Polska Służba Zdrowia taka piękna

tolep

ChNiNK! ChP!
7 786
13 540
400 zł? U naz w Poznaniu średnio chyba 600. Ale coraz więcej widzę rzeczywiście prywatnych (a nie "prywatnych na terenie szpitala państwowego) urządzeń MRI.
 

Max J.

Well-Known Member
410
425
Jest tobie to obojetne? to po co spedziles tyle swojego czasu, zeby napisac ta sciane tekstu? Jak juz wlozyles tyle wysilku, to chyba po to zeby to ktos przeczytal, warto zadbac o forme.
To takie ćwiczenie ujarzmiania swoich emocji. Wyrzucił to z siebie i już mu lepiej :p
 
U

ultimate

Guest
Kobieta zmarła przez błąd lekarzy?

Prokurator w Zduńskiej Woli w Łódzkiem prowadzi własne śledztwo w sprawie narażenia na bezpośrednie niebezpieczeństwo utraty życia kobiety, która po operacji ginekologicznej w zduńskowolskim szpitalu miała w ciele fragment gazy. Kobieta zmarła 1 kwietnia w szpitalu w Sieradzu.
(....)
Po raz pierwszy kobieta była operowana w listopadzie 2016 roku w szpitalu w Zduńskiej Woli. Wtedy to w ciele kobiety miał zostać fragment gazy. Natomiast lekarze ze szpitala w Sieradzu mieli usunąć ciało obce z jamy brzusznej. Podczas drugiej operacji, 1 kwietnia 2017 roku, kobieta zmarła.
http://www.rmf24.pl/fakty/polska/ne...ekarzy-prokuratura-wszczela-sledz,nId,2379741
 
U

ultimate

Guest


Wiem, że praca na SOR-ze jest bardzo ciężka, rozumiem, że jest młyn, setki pacjentów, cały czas karetki dowożą nowych, rozumiem, że w pierwszej kolejności trzeba ratować życie, a potem dopiero zdrowie, rozumiem, że system działa nie tak, jak powinien, że lekarze i personel zarabiają za mało, że jest weekend. Ale nie rozumiem tego, co się wydarzyło na tym SOR-ze 20 i 21 maja 2017 roku i jak się domyślam dzieje się każdego dnia – pisze dziennikarka Magdalena Rigamonti na swoim profilu na Facebooku.
Kilka dni temu jej tatę zabrało pogotowie. Wcześniej narzekał, że słabo widzi, że kręci mu się w głowie. W końcu zasłabł. Trafił do Centralnego Szpitala Klinicznego MSWiA w Warszawie. Cały dzień, noc i poranek spędził na SOR-ze. Na diagnozę czekał ponad 11 godzin.

Rigamonti pisze: "Jest 9 rano. Jadę na Wołoską. Ojciec na kozetce, obok niego starszy pan, który leży tu już 24 godziny. – Będą mnie wypisywać - mówi tata. I w tym momencie przestałam być tylko córką. Rozejrzałam się po sali. Ludzie na kozetkach, jak warzywa, czekają od wielu godzin, nie wiadomo na co, nikt już o nic nie pyta, zależni od stąpających wokół bogów - pielęgniarek, sanitariuszy i lekarza. I to nie jest tylko wina systemu, tego, że ci wszyscy pracownicy służby zdrowia są źle opłacani".

Jak funkcjonuje SOR?
Poniżej przytaczamy pozostałą część postu Moniki:

"Jest kilka łóżek - powiedzmy, że sześć na sali ogólnej, dwa miejsca erkowe, dwie kozetki na korytarzu i kilka krzeseł. Dyżuruje np. dwóch lekarzy. Pacjent np. z bólami brzucha jest przyjmowany przez lekarza, ten wszystko opisuje w komputerze (badanie i opis plus zlecenie badań). Zajmuje to kilkanaście minut. Następnie pielęgniarka lub ratownik zakładają wenflon, pobierają krew i jeżeli trzeba, jeżeli jest to w zleceniach lekarskich, podłączają kroplówkę i podają inne leki. Jest ich z reguły dwoje.

Kładą pacjenta do łóżka (jednego z sześciu), podłączają monitorowanie itp. Dla pacjenta zaczyna się czas oczekiwania na wyniki. Około dwóch, trzech godzin. Dlaczego? Po pierwsze jest jedna osoba zajmująca się zanoszeniem tych próbek do laboratorium, jeżdżeniem z pacjentami na rentgen, USG itd. Czyli dwóch pacjentów - jeden np. na wózku, drugi jest chodzący jedzie na rentgen. Badanie trwa trzy minuty. Rozebranie, ubranie - następne tyle.

Tu zaczyna się praca, którą widzi tylko technik.

Opisuje wszystko w komputerze, "robi zdjęcie", umieszcza je na stronie szpitalnej pod nazwiskiem danego człowieka. Dwoje ludzi - jakieś pół godziny. Próbki z krwią czekają na SOR-ze. Powrót z rentgena, kurs do laboratorium - już są próbki czterech osób. W laboratorium krew należy odwirować (kilka minut) i nastawić w specjalnych aparatach - wynik do godziny. Następnie laborantka wklepuje wyniki w system szpitala. Laborantki są dwie lub trzy na cały szpital. Wykonują badania dla wszystkich oddziałów szpitalnych.


Nasz pacjent leży więc na SOR-ze już około trzech godzin. Ma RTG klatki piersiowej i wyniki krwi. Lekarz je ogląda (ciągle przyjmując innych). Uważa, że konieczna jest konsultacja np. chirurgiczna. Dzwoni. Chirurgów jest dwóch. Mają swój oddział, swoich pacjentów. Od godziny jednak operują na bloku (w tym czasie na oddziale chirurgii pacjenci zostają pod opieką pielęgniarek). Po zabiegu, który trwa jeszcze godzinę, chirurg schodzi na SOR. Ma już np. takich konsultacji trzy. Bada każdego i "naszemu " pacjentowi zleca USG jamy brzusznej, żeby potwierdzić swoje rozpoznanie.

USG, kilka minut. Raz jeszcze chirurg. Sześć godzin w sumie? Mamy szczęście. Chirurg został złapany na oddziale, nie operował właśnie wcześniej przyjętego wyrostka. Zdążył zejść raz jeszcze na SOR, zanim wrócił na blok. W międzyczasie jeszcze obejrzał inne wyniki chorych ze swojego oddziału i wspólnie z kolegą skorygował zlecenia.

Decyzja - niech będzie, że "nasz " pacjent ma zapalenie wyrostka robaczkowego. Lekarz z SOR-u opisuje wszystko w komputerze, wcześniej chirurg oczywiście musiał wpisać swoje konsultacje i zalecenia, robi przekazanie chorego na chirurgię. Znowu jakieś pół godziny. Potem pan, który albo jest na rentgenie, albo w laboratorium tylko wróci i pacjenta można zawieść na chirurgię. Jakieś siedem, osiem godzin. Jeden człowiek, jedno z sześciu łóżek. Przed SOR-em tłum.

Dlaczego ani pielęgniarka ani ratownik nie jeżdżą , nie zawożą? Gdyby jednego z nich nie było, a coś by stało się któremuś z pozostałych pięciu ludzi na łóżkach, jednemu z dwóch na kozetkach lub jednemu z siedzących na kilku krzesłach, jedna osoba nie da rady.

10 godzin później
Jak przyznaje Monika, to tylko próba pokazania, jak funkcjonuje w Polsce SOR. Wszędzie brakuje ludzi.
A jak powinno wyglądać to zdaniem pielęgniarek? Specjaliści na SOR-ze, więcej personelu pomocniczego, większa obsada w laboratorium. - Szpitalne oddziały ratunkowe w samym założeniu są świetnym miejscem do szybkiej diagnozy i następnie leczenia. Szpitale są dobrze wyposażone. Brakuje tylko ludzi. Wszystko rozbija się o braki kadrowe – pisze Monika.

- Czas od momentu przyjęcia do momentu przekazania np. na chirurgię to około 10 godzin. Średnia liczba pacjentów w ciągu doby - kilkadziesiąt, bez pacjentów erkowych i wypadkowych. Prawda, nic nie usprawiedliwia obojętności. Ale czy ktoś z Państwa chciałby tam pracować? Ja nie – kończy pielęgniarka.
http://kobieta.wp.pl/dlaczego-tak-d...dz-jest-okrutna-ale-banalna-6125694996244609a
 

ernestbugaj

kresiarz umysłów
834
2 662
No dobra, ale z czego wynikają te braki? Za mało absolwentów studiów medycznych? Budżet szpitali nie pozwala zatrudnić więcej? Lobby lekarskie blokuje napływ młodych?
 
U

ultimate

Guest
Skandal w polskich szpitalach. Dzieci wyją z bólu przy pobieraniu szpiku

Dzieci walczące z białaczką, w połowie polskich szpitali muszą walczyć jeszcze z bólem, bo lekarze pobierając szpik stosują tylko znieczulenie miejscowe, nie ogólne. Lekarze bronią się mętnymi argumentami mówiąc, że... nie wiedzieli, iż dzieci wyją z bólu i myśleli, że po prostu histeryzują ze strachu przed białym fartuchem.
(....)
Sprawą zainteresował się też Rzecznik Praw Pacjenta. Zapowiedział kontrole w placówkach, w których chorym dzieciom odmówiono właściwego znieczulenia (m.in. w niektórych szpitalach w Poznaniu, Krakowie, Katowicach). – Nie możemy dopuścić, by małoletni pacjenci cierpieli w XXI wieku.
https://www.wykop.pl/link/3800207/comment/46444709/
Cierpienie uszlachetnia, kurwa!
Najlepsze są komentarze, że pobranie nie boli.To po uj dają znieczulenie? Niech robią na żywca.
 

bombardier

Well-Known Member
1 390
6 156
Gliwice: Wycięli pacjentce żołądek, śledzionę i przełyk. Okazało się, że była zdrowa

Lekarze ze szpitala w Bełchatowie wycięli żołądek, przełyk oraz śledzionę kobiecie, która miała być rzekomo chora na raka. W toku śledztwa okazało się, że 24-latka cierpi na zespół Munchhausena i sama sfałszowała dokumentację medyczną.

24-latka, której sprawę opisała „Gazeta Wyborcza” , od kilku miesięcy skarżyła się na bóle brzucha. Kobieta zgłosiła się do lekarza, który zalecił jej wykonanie serii badań. Specjalista skierował pacjentkę m.in. na gastroskopię oraz histopatologię tkanek i tomografię. Kiedy 24-latka miała już wszystkie wyniki badań, wróciła do lekarza z prośbą o diagnozę. Onkolog stwierdził, że pacjentka ma nowotwór żołądka, dlatego powinna jak najszybciej zgłosić się do szpitala. Lekarz zalecił 24-latce aby wybrała szpital w Bełchatowie, ponieważ placówka ta specjalizuje się w tego typu operacjach.

Młoda kobieta pokazała lekarzom dokumentację medyczną, z której wynikało, że była wcześniej hospitalizowana, miała wykonaną tomografię, pięć gastroskopii, a w ciągu kilku miesięcy schudła 10 kg. Diagnoza lekarzy wskazywała na konieczność resekcji chorych narządów.
Dopiero podczas operacji chirurdzy mieli wątpliwości odnośnie stanu pacjentki, ponieważ nie dostrzegli żadnych zmian nowotworowych. Po konsultacji i naradzie, chirurg prowadzący stwierdził, że narządy trzeba jednak wyciąć.

Kilka tygodni po operacji kobieta otrzymała anonimowy list, którego autor stwierdził, że nigdy nie chorowała na raka. Matka kobiety zgłosiła sprawę do prokuratury. W toku śledztwa ustalono, że 24-latka...sama sfałszowała dokumentację medyczną. Przyznała się dopiero wówczas, gdy śledczy zarzucili jej fałszerstwo dokumentów. Kobieta została skierowana na badania psychiatryczne, które wykazały, że cierpi na zespól Munchhausena. Cierpiący na to schorzenie skarzą się na nieistniejące dolegliwości, symulują objawy, często sami je wywołując (np. połykając ostre przedmioty) po to, aby wymusić na lekarzach hospitalizację oraz operację.

https://www.wprost.pl/kraj/10064674...one-i-przelyk-Okazalo-sie-ze-byla-zdrowa.html
 

tolep

ChNiNK! ChP!
7 786
13 540
Heee, matka miała złamany kręg, bo spadła z drabiny. Poleżała w szpitalu 2 tygodnie, w końcu ją wypuścili z jakimś gorsetem. Ból nie ustępował, no to zaplanowali na 9 sierpnia operację a właściwie zabieg cementowania kręgosłupa (brzmi groźnie, ale zajebista metoda). Pojechała dzisiaj do szpiyala, nawt jej dali opaskę, po czym wyjebali do chaty, bo wypadki, bo coś, oddział zajebany. Ma czekać na telefon, może do 30 sierpnia.
 
Do góry Bottom