Polska Służba Zdrowia taka piękna

Staszek Alcatraz

Tak jak Pan Janusz powiedział
2 784
8 402

Lekarz rodzinny dotarł po dwóch miesiącach. Seniorka zmarła


Rozżalenia nie kryje też inna mieszkanka Tarnowskich Gór. Jej 76-letni tata zmarł kilka miesięcy temu. Jak opowiada, na przełomie października i listopada miał typowe objawy wskazujące na COVID-19. Na teleporadę zostali umówieni następnego dnia po telefonie do przychodni. Lekarz tylko wypisał lek. Po kilku dniach wymusili kolejną teleporadę, tym razem lekarz wystawił skierowanie na wymaz. Senior czuł się coraz gorzej. Próbowali wezwać lekarza prywatnie, niestety nie udało się - niektórzy sami byli chorzy, inni bali się, bo test dał pozytywny wynik. – Gdy stan się pogarszał, a oddech stawach się ciężki, wezwaliśmy pogotowie. Przyjechała bardzo nieprzyjemna ekipa. Najpierw musieliśmy się tłumaczyć, po co ich wezwaliśmy i jakim prawem, bo rzekomo tata dobrze wyglądał i był zabezpieczony lekami. Po chwili dyskusji osłuchali go, powiedzieli, co jeszcze podać i pojechali. Niestety dobę później mój tata już nie żył – opisuje. Podkreśla, że tata przed chorobą był sprawnym, zdrowym człowiekiem, nie mającym żadnych "chorób współistniejących". Wirus bardzo go osłabił. Starała mu się pomóc, jak tylko mogła, ale nie jest lekarzem i nie wie, w jakim stanie naprawdę był.


– Człowiek, który całe życie odprowadzał składki, został w taki sposób potraktowany. Od marca w mediach jest tylko COVID-19, a kiedy ma się objawy zakażenia i dzwoni się do lekarza, ten zachowuje się tak, jakby epidemii nie było. Albo sam nie przyjmuje pacjentów, bo jest zagrożony. Ludzie chorzy powinni być badani i na tej podstawie powinny być wystawiane leki, skierowania do szpitala, a nie przez słuchawkę telefonu – podsumowuje.
 

FatBantha

sprzedawca niszowych etosów
Członek Załogi
8 902
25 516

Wirtualna Polska dotarła do korespondencji dr. Stanisława Mazura, prezesa Centrum Medycznego Medyk w Rzeszowie, ze swoimi pracownikami. Wynika z niej, że Mazur polecił wielokrotne używanie strzykawek jednorazowych przy podawaniu szczepionki. Prezes Centrum Medycznego tłumaczy WP, że polecenie szybko odwołał i że chodziło tylko o jedną z przychodni, w której zabrakło strzykawek.
O szczepieniach w Centrum Medycznym Medyk zrobiło się głośno w weekend wielkanocny. Media obiegły zdjęcia kolejek do szczepień przeciw COVID-19. W niektórych punktach medycznych tej placówki doszło do szczepień osób bez rejestracji. Na swojej stronie centrum zapraszało osoby powyżej 55. roku życia, mimo że zapisy na szczepienia dla tej grupy jeszcze nie ruszyły.
Według relacji świadków, pacjenci poniżej 40. roku życia często podawali się za służby mundurowe czy nauczycieli. Na wtorkowej konferencji prasowej, p.o. prezesa Narodowego Funduszu Zdrowia Filip Nowak zapowiedział, że NFZ przeprowadzi postępowanie wyjaśniające i sprawdzi, czy szczepiono osoby do tego nieuprawnione.

Dyrektor Mazur wydał polecenie w sprawie wykorzystywania strzykawek

Według korespondencji między prezesem centrum medycznego Stanisławem Mazurem a pracownikami, w niedzielę 28 marca, w trakcie szczepień w jednej z placówek, zabrakło strzykawek. Informatorzy WP twierdzą, że chodzi o najbardziej obleganą przychodnię przy alei Rejtana, która prowadziła szczepienia w pomieszczeniach Centrum Handlowego Full Market. Dyrektor Stanisław Mazur zarządził wielokrotne używanie małych strzykawek do tego samego rodzaju szczepionki. Zaznaczył jednak, aby wymieniać igły, których zapas był wystarczający.
Mazur dodatkowo napisał, aby nie aspirować przy szczepieniu igłami nr 5 czy 6, bo taką igłą nie jest się w stanie naciągnąć krwi. Szef centrum medycznego stwierdził, że szczepionka przeciw COVID-19 nawet podana do krwiobiegu nie powinna wywoływać niczego gwałtownego.
Aspirowanie to zabieg stosowany przy iniekcjach domięśniowych, dzięki któremu lekarz sprawdza, czy koniec igły nie tkwi w naczyniu krwionośnym. Jeżeli zastrzyk jest wykonywany w sposób właściwy, krew nie powinna pojawić się ani w igle, ani w strzykawce.
Według ulotki produktu Comirnaty firmy Pfizer szczepionkę podaje się do mięśnia górnej części ramienia, a nie do krwioobiegu. Tak samo szczepionkę Vaccine firmy AstraZeneca.

Dyrektor Mazur: doszło do sytuacji nadzwyczajnej

Szef Centrum Medycznego Medyk w rozmowie z WP zapewnia, że swoje polecenie szybko odwołał.
"Strzykawki szybko dostaliśmy i zarządzenie nie weszło w życie, po prostu pożyczyliśmy te strzykawki. To był taki stan nadzwyczajny. Nie jestem w stanie przewidzieć, ilu będzie pacjentów" – mówi Stanisław Mazur. Według informatorów WP mogło jednak dojść do wykorzystania w trakcie szczepień użytych wcześniej strzykawek.
Dr Paweł Grzesiowski: jestem wstrząśnięty tą informacją
- To naruszenie podstawowych zasad bezpieczeństwa. Sytuacja do wytłumaczenia jedynie w momencie bezpośredniego ratowania życia – mówi immunolog dr Paweł Grzesiowski. Jak dodaje: - Dwukrotne wykorzystanie strzykawki to wejście w konflikt z prawem, naruszenie instrukcji producenta. Samo namawianie do tego też jest niedopuszczalne, bo jest namawianiem do działania wbrew przepisom – uważa Grzesiowski.
W ogólnych wytycznych dotyczących szczepień, powołany przez amerykański Centers for Disease Control and Prevention, Komitet Doradczy ds. Szczepień Ochronnych podano: "Do szczepienia należy używać wyłącznie jałowych igieł jednorazowego użytku, a każde wstrzyknięcie trzeba wykonywać nową igłą i strzykawką."
Do czasu publikacji tego materiału, WP nie otrzymała od Centrum Medycznego Medyk odpowiedzi na pytanie, czy doszło jednak do sytuacji zaszczepienia pacjenta przy pomocy wcześniej już użytej strzykawki.
 

FatBantha

sprzedawca niszowych etosów
Członek Załogi
8 902
25 516
Aniemówiłem? mode on.
Schadenfreude mode on.

MONIKA MIKOŁAJSKA | data publikacji: 26.03.2021, 11:36
ten tekst przeczytasz w 8 minut
- Za wszelką cenę hamujemy transmisję koronawirusa, ale to nic nie daje. Nasze działania nie przeszkadzają mu w rozprzestrzenianiu się - mówi lek. Paweł Basiukiewicz. Tymczasem koszty takiego podejścia są ogromne. Od ponad roku żyjemy w realiach ciągłego stanu wyjątkowego. Co więcej, okazuje się, że czas ten przyniósł ponad 90 tys. nadmiarowych zgonów, to jeden z najgorszych wyników w Europie. Dlaczego do tego doszło i jak można poprawić sytuację? Lekarz napisał o tym w raporcie "Ani jednej łzy. Ochrona zdrowia w pandemii".
  1. Ostatni rok przyniósł ponad 90 tys. nadmiarowych zgonów w Polsce. Częściowo są to zgony covidowe, ale też przypadki spowodowane niewydolnością służby zdrowia w pandemii COVID-19
  2. Na zapaść systemu ochrony zdrowia składa się m.in. jego niedofinansowanie, niedobór personelu, ale także przyjęcie błędnych założeń w walce z koronawirusem - twierdzi medyk
  3. Paweł Basiukiewicz przedstawił swoje rekomendacje, dzięki którym mogłaby poprawić się sytuacja w sektorze zdrowia. Niektóre propozycje są kontrowersyjne

Ponad 90 tys. nadmiarowych zgonów w Polsce

- Zbliżamy się do granic wydolności służby zdrowia, jesteśmy o krok od przekroczenia granicy, poza którą nie będziemy mogli we właściwy sposób leczyć pacjentów, leczyć naszych obywateli - mówił premier Mateusz Morawiecki, podczas czwartkowej konferencji ogłaszającej zaostrzenie lockdownu. O niewydolności polskiej służby zdrowia mówiło się jednak już od dawna, zanim jeszcze usłyszeliśmy o SARS-CoV-2.
Dziś jednak, po ponad 12 miesiącach życia z epidemią COVID-19, Polska ma ponad 90 tys. tzw. nadmiarowych zgonów (częściowo spowodowanych przez koronawirusa, częściowo To jeden z najwyższych współczynników w Europie.
- Nie było ich tyle w Szwecji, która ma podobny profil zgonów z powodu COVID-19 na milion mieszkańców, w Niemczech właściwie nadmiarowych zgonów nie odnotowano - zaznacza lek. Paweł Basiukiewicz, Kierownik Oddziału Obserwacyjno-Zakaźnego Szpitala Zachodniego w Grodzisku Mazowieckim i autor raportu na temat sytuacji polskiej ochrony zdrowia w czasie pandemii zatytułowanego "Ani jednej łzy. Ochrona zdrowia w pandemii" (jak zaznacza, jest to spojrzenie subiektywne).
Sebastian Stodolak z Warsaw Enterprise Institute (WEI, fundacja koncentrująca się na obszarach kluczowych dla otoczenia biznesowego i poprawy dobrobytu Polski) zaznacza, że nadmiarowe zgony częściowo są zgonami covidowymi, ale też są to przypadki śmierci spowodowane właśnie sytuacją ochrony zdrowia. W raporcie Paweł Basiukiewicz mówi wprost o zapaści wydolności polskiego systemu ochrony zdrowia, z którą będziemy zmagać się przez lata.
Z jakimi problemami boryka się nasza służba zdrowia, do czego to prowadzi i co można z tym zrobić? Paweł Basiukiewicz ujął te kwestie w swoim raporcie.

Polska ochrona zdrowia przed pandemią COVID-19. Problemy

O kryzysie w polskiej ochronie zdrowia słyszymy od lat. Jak jednak zaznacza Paweł Basiukiewicz, przed pandemią nie wyróżniała się ona na tle innych państw "w żaden nadzwyczajny sposób – poza trwającym chronicznym niedofinansowaniem". Jak zauważa lekarz nakłady są są u nas dwa - trzy razy mniejsze niż w pozostałych krajach UE.
Są też informacje pozytywne. Z danych za 2018 r. wynika, że pod względem liczby łóżek szpitalnych, znajdowaliśmy się w czołówce europejskiej, wyraźnie wykraczając ponad średnią europejską (473 łóżek na 100 tys. mieszkańców). Jeżeli doliczyć do tego łóżka w sanatoriach, na oddziałach rehabilitacji stacjonarnej i oddziałach neonatologii, "w Polsce pod koniec 2018 r. było 248 tys. łóżek (ok. 652 łóżek na 100 tys. mieszkańców)" - czytamy w raporcie. Odsetek zajętych miejsc w szpitalach w Polsce wynosił 67 proc., co w porównaniu z innymi państwami UE stanowiło ponadprzeciętny "bufor". Wydaje się więc, że "Polska była stosunkowo dobrze przygotowana do konieczności hospitalizacji dużej ilości chorych w krótkim czasie" (choć nadmienić trzeba o niskiej liczbie miejsc na intensywnej terapii).
Więcej, jak zaznacza Paweł Basiukiewicz w swoim dokumencie, "to, co czyniło polski system ochrony zdrowia w dłuższym okresie nieopłacalnym (konieczność utrzymywania dużej ilości miejsc szpitalnych oraz niewykorzystywanie tych miejsc), paradoksalnie okazało się pewną zaletą w przypadku zagrożenia epidemicznego związanego z koniecznością hospitalizacji dużej ilości osób".
Zaskoczyć może fakt, że nawet w październiku 2020 r., gdy było bardzo dużo przypadków pacjentów z infekcją SARS-CoV-2 wymagających hospitalizacji, często nie było wolnych miejsc w szpitalach, a karetki godzinami stały na podjazdach lub krążyły między szpitalami, ilość hospitalizacji rok do roku spadła o 35 proc! Dlaczego więc pacjenci nie otrzymywali pomocy?
Jak podkreśla autor raportu, do odpowiedniej reakcji na pandemię nie wystarczy tylko odpowiednia baza lokalowo-sprzętowa, należy dysponować także odpowiednio wyszkoloną kadrą specjalistów (lekarzy, pielęgniarek). Tymczasem my od lat zmagamy się z olbrzymim deficytem personelu medycznego. - Mamy dwa razy mniej lekarzy na 100 tys. mieszkańców niż Niemcy, dużo mniej pielęgniarek - mówi Basiukiewicz.

Walka z COVID-19 w Polsce. "Jeden błąd rodził kolejny"

W opinii autora raportu problemem okazało się również przyjęcie błędnych założeń w walce z koronawirusem, a potem uparte przy nich trwanie. "Jeden błąd rodził kolejny, a indolencja instytucjonalna pogłębiała się" - zaznacza w raporcie lekarz.
Specjalista mówi o "nadreakcji na pojawienie się wirusa". Jak tłumaczy w raporcie, "główną metodą zwalczania pandemii w Polsce pozostaje próba odsuwania problemu poprzez wydłużanie obecności koronawirusa, czyli tzw. spłaszczanie krzywej przy pomocy drastycznych i coraz bardziej kontrowersyjnych metod niefarmaceutycznych. Stosowane w ochronie zdrowia nadzwyczajne procedury izolacyjne, dezynfekcyjne, zabezpieczające przed możliwością zakażenia doprowadzają do zaniedbań na polu diagnostyki i leczenia zarówno chorych na »COVID«, jak i »nonCOVID«".
Jednym z podanych w raporcie przykładów jest izolacja i kwarantanna osób, które miały styczność z osoba zakażoną lub podejrzaną o zakażenie. "Nigdy nie policzono kosztów i szkód, które powstają przez masowe izolowanie i kwarantannę obywateli podejrzanych o zakażenie" - zaznacza lekarz, przypominając, że osoba taka nie może opuszczać domu, udać się po zakupy czy do lekarza (poza sytuacjami wyjątkowymi).
Tymczasem, jak czytamy w raporcie: "Ryzyko transmisji zakażenia przez osobę na kwarantannie jest bardzo niskie (na kwarantannie przebywają osoby zdrowe po kontakcie). Ryzyko transmisji przez osobę bezobjawową przebywającą na izolacji z powodu pozytywnego wyniku testu jest bardzo niskie, gdyż udowodniono, że osoby bezobjawowe nie zakażają lub ich zakażalność jest minimalna, zaś osoby przedobjawowe (osoby w stadium bezobjawowym 1–3 dni przed wystąpieniem objawów) stanowią ok. 25 proc. osób wyjściowo bezobjawowych" (...) "Biorąc pod uwagę, że nie rozpoznajemy wszystkich zakażeń (prawdopodobnie rozpoznajemy ok. 10 proc. wszystkich zakażeń) oraz biorąc pod uwagę szkody i krzywdę, jaka czyniona jest obywatelom obkładanym pozasądowym wyrokiem aresztu domowego na co najmniej 10 dni, to, że korzyści epidemiczne przewyższają koszty jest co najmniej wątpliwe. Nie przeprowadzono zresztą takiej kalkulacji" - zaznacza specjalista, zauważając, że "izolację i kwarantannę kontaktów należy znieść jako interwencję gwałcącą prawa i wolności obywatelskie jednostki".
Wśród problemów, na które wskazuje w dokumencie lekarz, pojawiły się również "masowa kwarantanna i izolacja personelu – często bez objawów lub ze zwiewnymi objawami, rekomendacje towarzystw naukowych nakazujące maksymalne skracanie czasu przeznaczonego na pacjenta, szczególną wstrzemięźliwość w planowaniu i wykonywaniu procedur diagnostyczno-terapeutycznych, masowe wykonywanie testu PCR, który jak wspomniano wcale nie identyfikuje celnie osoby chorej i zakażającej, masowe kwarantanny rodzin uniemożliwiające normalne funkcjonowanie czy uzyskanie pomocy (a nawet utrudniające samopomoc)". Specjalista wspomina również o panującym chaosie społecznym, stanie "pseudowojny". To wszystko nakłada się na wspomniane już braki personelu.
  1. Trzecia fala COVID-19. Co się dzieje w ochronie zdrowia? Lekarz: rozbijemy się o ludzi
- Za wszelką i każdą cenę hamujemy transmisję koronawirusa - przyznaje lekarz. - Jak widzimy, to nic nie daje. Nasze działania nie przeszkadzają wirusowi w rozprzestrzenianiu się.
Tymczasem efektem obserwowanej nadreakcji na pojawienie się wirusa jest narastający dług zdrowotny, czyli, jak tłumaczy Basiukiewicz, przesunięcie w czasie realizacji świadczeń we wszystkich dziedzinach medycyny. "Na owe nadwyżkowe zgony należy patrzeć jak na bardzo wysokie oprocentowanie tego długu" - przyznaje w raporcie Paweł Basiukiewicz.

COVID-19 w Polsce. Jak dziś poprawić funkcjonowanie ochrony zdrowia?

Jak dziś, w czasie pandemii, można poprawić działanie służby zdrowia? W raporcie lekarz zamieścił konkretne rekomendacje, podkreślając, że "metody walki z wirusem w służbie zdrowia powinny opierać się o zasadę akceptacji ryzyka", czyli przyjęcie do wiadomości i pogodzenie się z faktem braku możliwości całkowitego przerwania transmisji wirusa nawet przy użyciu najbardziej drastycznych metod. Jakie działania zaleca Paweł Basiukiewicz?
1. Zaprzestać stosowania testów u osób bezobjawowych i stosować je wyłącznie u osób chorych (objawowych).
2. Nie izolować personelu (po zakończonej akcji szczepień personelu medycznego ten problem zasadniczo przestanie istnieć).
3. Nie izolować osób bezobjawowych, które jednocześnie wymagają hospitalizacji z innych przyczyn w warunkach szpitalnych, ponieważ ryzyko transmisji jest niskie.
4. Osoby objawowe ze wskazaniami do hospitalizacji izolować nie dłużej niż 9–10 dni od początku objawów (obowiązujące od połowy 2020 r. zalecenia amerykańskiego CDC w pewnym zakresie spełniają ten postulat)
5. Kosztem jest zaakceptowanie pewnej ilości zakażeń, do jakiej dojdzie w środowisku szpitalnym, w zamian za znaczne zwiększenie możliwości diagnostyczno-terapeutycznych
6. W przypadku ambulatoryjnej opieki zdrowotnej, dopuszczalność teleporady powinna istnieć jedynie w ściśle zdefiniowanych przypadkach, np. konieczności przedłużenia recepty na leki stosowane przewlekle u osoby w stanie stabilnym
7. Odnośnie do pacjentów ambulatoryjnych należy znieść nakaz izolacji osób z pozytywnym testem i kwarantanny kontaktów – wykreślić fragmenty dotyczące SARS-CoV-2 z "Rozporządzenia Ministra Zdrowia w sprawie chorób zakaźnych powodujących powstanie obowiązku hospitalizacji, izolacji (…)". Osoby z objawami klinicznymi infekcji dróg oddechowych powinny być zachęcane do autoizolacji dobrowolnej i z pewnością takiej by się poddały zwłaszcza wobec istniejącej obecnie presji społecznej
Lekarz podkreśla, że istnieje prawdopodobieństwo, że nie uda się całkowicie usunąć SARS-CoV-2, "ale nie możne oznaczać to ciągłego stanu wyjątkowego – społeczności, rodziny, państwa muszą zacząć funkcjonować normalnie".
 

cyklista

Well-Known Member
518
582
25-latek zdemolował SOR.

1622884344122.png

Dziś w godzinach popołudniowych doszło do aktu wandalizmu w naszym Szpitalnym Oddziale Ratunkowym. Pacjent z Wielkopolski, który zgłosił się do nas uskarżając się na ból kręgosłupa szyjnego w pewnym momencie zaczął demolować SOR. Zniszczył drzwi, zdemolował pomieszczenie poczekalni, rozbił przesłony oddzielające personel od pacjentów, cały sprzęt komputerowy wraz z serwerem oraz oświetlenie. Napastnik został obezwładniony dzięki odważnej postawie personelu, przede wszystkim lekarza dyżurnego, następnie został przekazany przybyłym na miejsce policjantom. Obecnie oddział jest zamknięty, trwają prace policji, szacowanie strat. Po zakończeniu ww. czynności podjęte zostaną działania zmierzające do zapewnienia funkcjonalności oddziału.

PS. W odpowiedzi na usunięte już komentarze informujemy, że pacjent, który dokonał zniszczeń został przyjęty praktycznie bez żadnej zwłoki. Wszystkich komentujących krytykujących działalność SOR zachęcamy do edukacji w dziedzinie medycyny ratunkowej, a później zasilenia naszych szeregów i przekonania się jak to jest "po drugiej stronie".

Onet.pl

To była próba nowego ładu?
 

Slavic

Wolnorynkowiec
577
1 657
Ratowali życie dzieci, NFZ nałożył na nich horrendalne kary

To, co ich spotkało, określają jednym słowem: "skandal". Narodowy Fundusz Zdrowia ukarał lekarzy, którzy przepisywali refundowane mleko dzieciom z ciężką alergią pokarmową. - To nie były fanaberie, tylko konieczność. Ratowaliśmy tym dzieciom życie - mówią Interii ukarani medycy. - Jestem już wiele lat lekarzem, ale taką bezduszność urzędniczą widzę pierwszy raz - dodaje Marek Twardowski, wiceprezes Federacji Porozumienie Zielonogórskie.

Ta historia zaczyna się kilka lat temu, kiedy do gabinetów lekarzy pediatrów trafiają dzieci z ciężkimi alergiami pokarmowymi. Mali pacjenci tolerują tylko jedno mleko - preparat Neocate LCP. Problem w tym, że jest on refundowany dla dzieci tylko do 12. miesiąca życia.

- Dzieci po ukończeniu pierwszego roku życia, zgodnie z wytycznymi NFZ, powinny przejść na inny, nieco tańszy preparat. Ale tak się w życiu zdarza, że dzieci nie chcą chorować według przepisów i wytycznych urzędników - mówi Wojciech Perekitko, lekarz z woj. lubuskiego.

I tłumaczy: - Nie mieliśmy wyjścia, jak tylko ratować im życie preparatem, który dobrze na nie działał. Dlatego chociaż miały więcej niż rok, nadal przepisywaliśmy im Neocate LCP.

Ta decyzja dziś kosztuje go wiele nerwów, niezrozumienia i 20 tys. zł kary.

"Wymiotowały, traciły na wadze, nie mogliśmy ryzykować ich życia"

W podobnej sytuacji znalazł się Krzysztof Bembnowicz, pediatra, alergolog. Narodowy Fundusz Zdrowia żąda od niego zapłacenia 43 tys. zł kary. Doskonale pamięta pacjentów, których dotyczy problem.

- Te dzieci kompletnie nie tolerowały żadnego innego mleka, tylko Neocate LCP. Celem rozszerzenia diagnostyki gastroenterologicznej, trafiały w różnym okresie do klinik gastroenterologicznych. Tam potwierdzono ich alergię pokarmową. Były robione próby, żeby przestawić je na inne mleko, niestety za każdym razem się to nie udawało, maluchy bardzo źle na niego reagowały. Wymioty, biegunki, utrata masy ciała. W pewnym momencie nie można było dłużej próbować przestawiania, bo groziło to ich zagłodzeniem i śmiercią - tłumaczy lekarz.

Córka pani Katarzyny jest jednym z dzieci, u których refundację zakwestionował NFZ.

- Były trzy próby wprowadzenia kolejnego mleka u Hani, ale za każdym razem kończyło się tak samo i lekarz zdecydował, że musi zostać na poprzednim mleku. Innej opcji nie było - tłumaczy Katarzyna Frąckiewicz, mama Hani.

- Szanujemy wytyczne NFZ-u, ale nie mogliśmy w imię przepisów ryzykować życia i zdrowia naszych pacjentów. Robiliśmy wszystko, żeby te dzieci ratować. Mamy czyste sumienia, a teraz jesteśmy za to karani - mówi Krzysztof Bembnowicz.

NFZ potrzeb dzieci nie kwestionuje, ale...

Dwa lata temu, kiedy Narodowy Fundusz Zdrowia pierwszy raz zapytał lekarzy o kwestię podawania starszym dzieciom preparatu refundowanego niemowlakom, medycy szczegółowo wyjaśnili pobudki, jakie nimi kierowały. Sprawa ucichła. Po dwóch latach NFZ nałożył na nich kary. Od 10 do 50 tys. zł.

Z informacji uzyskanych od medyków wynika, że NFZ wprawdzie podzielił ich opinię, że w wyjątkowych przypadkach mogli przepisywać starszym rocznym dzieciom preparat dla niemowlaków, ale... z odpłatnością 100 proc.

- Problem w tym, że jedna puszka spornego mleka bez refundacji kosztuje 153 zł. A dzieci wypijają od 10 do 13 puszek miesięcznie. Gdyby to nie było refundowane, to koszt dla rodzica wyniósłby 1500-2000 zł miesięcznie. Jak szacowaliśmy, nawet do 24 tys. zł rocznie. Konia z rzędem temu, kto wskaże mi rodziny w Polsce, które mogą sobie na taki wydatek pozwolić - mówi Marek Twardowski, wiceprezes Federacji Porozumienie Zielonogórskie.

Ogromną różnicę w cenie tego samego mleka z refundacją i bez, doskonale pamięta wciąż mama Hani.

- Ta sama puszka z refundacją kosztowała 4 zł. Hania miała alergię nie tylko na mleko, ale na całą masę innych pokarmów. Piła Neocate LCP ponad 3 lata. Przy pełnej odpłatności to byłby dla nas potworny koszt, ciężki do udźwignięcia - przyznaje Katarzyna Frąckiewicz.

Lekarze tłumaczą, że nie mieli serca skazywać rodziców chorych maluchów na takie wydatki.

Rodzice murem za medykami. "Ukaranie lekarzy to kompletny szok"

Za pediatrami ujęli się rodzice ratowanych dzieci.

- Pisaliśmy z innymi rodzicami petycje do ministerstwa, do Narodowego Funduszu Zdrowia. Ja i mąż dwukrotnie byliśmy w NFZ w Zielonej Górze na rozmowach. Tłumaczyliśmy, że to mleko to nie była fanaberia, ale konieczność. NFZ pozostał niewzruszony - opowiada Katarzyna Frąckiewicz. - Dla nas to, że leczący nasze dzieci lekarze zostali ukarani, to szok - dodaje mama Hani.

- Jestem już wiele lat lekarzem, ale taką bezduszność urzędniczą widzę pierwszy raz. Chciałbym widzieć, jak któraś z tych kontrolerek, która jest matką i ma dzieci, jakby się zachowała, gdyby przyszła do lekarza i lekarz jej powiedział, że urzędnicy wymyślili, iż jej dziecku tego mleka lekarz nie może przepisać na refundację i powie: pani sobie kupi to mleko za 2 tys. zł miesięcznie. Co by powiedziała o takim lekarzu i o takim państwie? - pyta Marek Twardowski.

Ile tak naprawdę stracił NFZ?

Doktor Bembnowicz wylicza na przykładzie wystawionych przez siebie recept: - Koszt spornego mleka to 37 359,04 zł. Gdybym przepisywał dzieciom mleko następne, refundowane przez NFZ, ale nietolerowane przez pacjentów, kosztowałoby to 35 459, 84 zł. Czyli rzeczywista strata to 1899,20 zł. A NFZ żąda ode mnie z odsetkami dokładnie 43 152 zł.

Marek Twardowski: "Mamy żal do Adama Niedzielskiego. Złamał dane nam słowo"

Wiceprezes Federacji Porozumienie Zielonogórskie, jednocześnie Prezes Lubuskiego Porozumienia Zielonogórskiego za nałożone kary obwinia nie tylko Narodowy Fundusz Zdrowia, ale i samego ministra zdrowia.

- Mamy ogromny żal do Adama Niedzielskiego, że nie dotrzymał danego słowa. Jak zaczynali nas gnębić za te refundacje w 2019 roku, to ówczesny prezes NFZ Adam Niedzielski orzekł, że to jest problem, który trzeba rozwiązać, że karanie lekarzy za działanie w dobrej wierze, w sytuacji, gdy stan zdrowia tego wymagał, nie powinno mieć miejsca i on rozwiąże ten problem. I ustały wtedy wszelkie kontrole i karanie lekarzy. Ale jak został ministrem zdrowia, któremu podlega NFZ, to zaczęło się znowu nękanie - twierdzi Marek Twardowski.

Nie jest tajemnicą, że stosunki między zrzeszonymi w Porozumieniu Zielonogórskim lekarzami a resortem zdrowia są napięte.

- W czerwcu ubiegłego roku minister Niedzielski pofatygował się osobiście pogrozić palcem lekarzom do Zielonej Góry i od tego czasu nasiliły się kontrole. W całej Polsce ukarano nielicznych lekarzy. Jednego w Radomiu, jednego w województwie pomorskim, jednego w województwie kujawsko-pomorskim. U nas, tylko w powiecie nowosolskim, czyli tu, gdzie mieszka Marek Twardowski, z którym w latach 2018-2019 spierał się w czasie negocjacji z Porozumieniem Zielonogórskim Prezes NFZ Adam Niedzielski i w wielu kwestiach musiał ustąpić i widać, że utkwiło mu to bardzo w pamięci, kary nałożono aż na pięć podmiotów POZ. Za stary jestem, żeby wierzyć, że to czysty przypadek - ocenia wiceprezes porozumienia.

I dodaje: - Stan faktyczny jest zatem następujący: Adam Niedzielski jako prezes NFZ nie ukarał lekarzy, ale za to ukarał ich prezes NFZ Filip Nowak podlegający bezpośrednio ministrowi Adamowi Niedzielskiemu. Jak to miejsce widzenia zależy od punktu siedzenia - puentuje Twardowski.

Ministerstwo Zdrowia komentarza na temat nałożonych kar odmówiło, odsyłając nas do Narodowego Funduszu Zdrowia.


Ukarani lekarze problem widzą także w tym, że przez lata nikt nie kwestionował wystawianych przez nich recept, a realizujące je apteki dostawały za nie refundację.

- NFZ dwa razy w miesiącu kontroluje wystawiane recepty. I przez ileś miesięcy nikt się nieprawidłowości nie dopatrzył, nic nam nie kwestionował, apteki dostawały refundacje - podkreśla Krzysztof Bembnowicz.

- Jak spotkaliśmy się w tamtym tygodniu z innymi ukaranymi lekarzami, to widziałem na ich twarzach żal i gniew. Nie zrobiliśmy nic złego, pochyliliśmy się nad chorymi dziećmi, nie mieliśmy z tego ani złotówki zysku. Zyskał pacjent, którego ratowaliśmy, farmaceuta, który dostał refundację od NFZ, a teraz z odsetkami zapłacić ma za to lekarz poz. Za to, że zapisał dziecku specjalne mleko, żeby nie umarło - mówi Wojciech Perekitko

"Nie godzimy się na ślepe podążanie za chorymi przepisami"

Zapytaliśmy o powody ukarania lekarzy i placówek, w których pracują lubuski oddział Narodowego Funduszu Zdrowia. Odpowiedzi nie uzyskaliśmy.

- NFZ zapowiedział nam, że jeśli nie zapłacimy, to potrąci sobie sam z naszych kontraktów. U mnie napisali też, że jeśli nie zapłacę, to będzie windykacja komornicza - opowiada Krzysztof Bembnowicz.

Ukarani lekarze nie zamierzają się jednak poddać. Zapowiadają wejście z Narodowym Funduszem Zdrowia na drogę sądową.

- Jesteśmy zdeterminowani, bo jeśli odpuścimy, to żaden lekarz potem nie odważy się pomóc takiemu dziecku. Bo będzie szacował ryzyko, jakie ponosi. I to będzie tragedia przede wszystkim dla naszych pacjentów - mówi Wojciech Perekitko.

 

ckl78

Well-Known Member
1 446
1 692
Dodatki covidowe, czyli górka pieniędzy, na którą nikt nie patrzył.

Pojawia się coraz więcej pytań o dodatkowe świadczenia wypłacane personelowi pracującemu w placówkach medycznych, czyli tzw. dodatek covidowy.
Generalne założenie było proste i - zdawałoby się - rozsądne: za pracę w szczególnych warunkach, narażając się na zakażenie koronawirusem, lekarz - i nie tylko lekarz, ale gros środków trafiła do lekarzy; dodatki trafiły do co najmniej 25 tys. medyków - dostaje więcej pieniędzy. Jego wynagrodzenie może być pomnożone dwukrotnie. Jednocześnie jednak Ministerstwo Zdrowia postanowiło, że maksymalna kwota dodatku to 15 tys. zł miesięcznie.

Szybko pojawiły się problemy.
Dziś wiele bowiem wskazuje na to, że tak naprawdę nikt nie kontrolował tego, w jaki sposób wydano 10,3 mld zł. Urzędnicy twierdzą, że weryfikacja była zadaniem dyrektorów placówek. Dyrektorzy odbijają piłeczkę i mówią, że przy tak niejasnych przepisach i braku chęci urzędników do współpracy nie poczuwają się do żadnej odpowiedzialności.


LEKARSKA TURYSTYKA COVIDOWA
Kilka dni temu Najwyższa Izba Kontroli poinformowała, że weryfikuje prawidłowość przyznawania dodatków covidowych – sprawdzane są placówki w Zachodniopomorskiem. Według NIK już po wstępnym sprawdzeniu widać szereg nieprawidłowości. Sprowadzają się one do tego, że lekarze pobierali więcej pieniędzy niż powinni.

I tak kilkanaście osób dostało po niemal 8 tys. zł za spędzenie 30 minut na oddziale covidowym. Jeden z lekarzy, który pracował w trzech placówkach jednocześnie, pobrał dodatek w każdej z nich - łącznie niemal 38 tys. zł miesięcznie. W jednym ze szpitali zaś były 52 osoby personelu medycznego na jednego pacjenta.

- To efekt fatalnej konstrukcji przepisów i braku jakiejkolwiek weryfikacji - przyznają w rozmowach z nami lekarze (rozmawialiśmy z dziewięcioma


Dyrektorzy placówek, którzy mieli wskazać komu i ile się należy, najzwyczajniej w świecie nie wiedzieli, według jakich zasad powinni wypłacać środki.


- Podstawowy błąd to niejasne kryteria. Przyznawaniu dodatków covidowych od samego początku towarzyszył chaos. Niejasne zasady powodowały różne interpretacje, na co samorząd lekarski wielokrotnie zwracał uwagę - wskazuje Renata Jeziółkowska z Naczelnej Izby Lekarskiej.
Doktor Jerzy Friediger, dyrektor Szpitala Specjalistycznego im. S. Żeromskiego w Krakowie, mówi zaś wprost: - Ministerstwo Zdrowia i NFZ uporczywie odmawiały precyzyjnej odpowiedzi, która by nam pozwoliła określić kryteria przyznawania dodatków covidowych. Wiele krwi zostało napsute.
Friediger chciał choćby wiedzieć, czy lekarzowi, który przepracował jeden dzień na oddziale covidowym, powinien wypłacić dodatek proporcjonalnie do jego aktywności zawodowej, czy za cały miesiąc. To - w pieniądzach - różnica co najmniej kilku, a niekiedy kilkunastu tysięcy zł.
- My wypłacaliśmy proporcjonalnie do czasu spędzonego z pacjentami covidowymi. Nie widziałem powodu, aby dodatek dla lekarza, który miał jeden dyżur na oddziale covidowym, był liczony identycznie jak dodatek dla lekarza, który spędził na nim cały miesiąc. Ale wiem, że wiele szpitali każdemu wypłacało maksymalną kwotę. I choć nie popieram, to rozumiem to podejście. Tym bardziej że nie sposób było się doprosić od resortu zdrowia i NFZ precyzyjnych wytycznych. A związki zawodowe upominały się o korzystniejsze dla lekarzy interpretowanie przepisów - wskazuje dyrektor Friediger.


- Najpierw pilnowałem pieniędzy, bo uważałem, że środki publiczne to środki nas wszystkich – obywateli. Ale zmieniliśmy u nas w szpitalu praktykę, bo mało kto miał takie wątpliwości jak ja. A ostatecznie byłem rozliczany nie z tego, ile wydałem, tylko z tego, czy byli u mnie lekarze. A ci woleli iść w inne miejsce, gdzie kierownictwo szpitala nie miało żadnych dylematów – mówi dyrektor jednego z zachodniopomorskich szpitali.
Renata Jeziółkowska wskazuje, że z perspektywy środowiska lekarskiego niejasne zasady wypłat skutkowały poczuciem niesprawiedliwości i podziałami - pojawiały się konflikty wewnątrz środowiska i w placówkach medycznych.
- Wielu lekarzy nie zostało wynagrodzonych za swoją pracę z pacjentami covidowymi, wielu lekarzy od kilku miesięcy czeka nadal na wypłatę przyznanych środków. Zdarzało się też, że środki w ramach dodatków covidowych dla danego lekarza były nieadekwatnie wysokie - mówi Jeziółkowska.

DROGIE DRZEMKI
Pojawił się jeszcze inny kłopot. Mianowicie - kto miałby kontrolować kontrolujących?
W jednym ze szpitali uniwersyteckich – według dokumentacji przygotowanej do wypłat, które widzieli dziennikarze Wirtualnej Polski – dyrektor szpitala przepracował w rekordowym miesiącu na oddziałach 368 godzin. Jego zastępca – 422. Oznacza to, że jeden leczył pacjentów przez ponad 12 godzin na dobę dzień w dzień, a drugi przez ponad 14 godzin. I nie wchodzi w to czas na zarządzanie szpitalem ani zajęcia prowadzone ze studentami. Obaj medycy wskazali, że przez znaczną część miesiąca opiekowali się pacjentami covidowymi. Wicedyrektor za intensywny miesiąc pracy wystawił rachunek na łącznie 110 tys. zł.

- Wstępne ustalenia Najwyższej Izby Kontroli są zatrważające. Oczywiście o ile są one prawdziwe, ale NIK to poważna instytucja. Wiem bowiem, że w przychodniach dodatki były nieznaczne i wydatkowane oszczędnie. Gdy więc dowiaduję się, że ktoś dostał 8 tys. zł za 30 minut pracy z pacjentami covidowymi, włos mi się jeży na głowie. I to nie dlatego, że zazdroszczę tych pieniędzy, tylko widać daleko idącą niedoskonałość systemu - uważa Michał Sutkowski, specjalista chorób wewnętrznych i medycyny rodzinnej, członek Rady ds. Ochrony Zdrowia działającej przy prezydencie RP.
Sutkowski nie ma wątpliwości: przepisy i wytyczne dla dyrektorów placówek powinny być tak precyzyjne, jak to tylko możliwe.
- Ale jednocześnie nie zdejmujmy ciężaru odpowiedzialności za decyzje z dyrektorów. Ostatecznie decyzji nie może podejmować urzędnik zza biurka. Dyrektor powinien mieć jasne wskazanie, w jaki sposób obliczać wysokość dodatku, ale nie brońmy wątpliwych na pierwszy rzut oka decyzji, gdy ktoś dostaje równowartość miesięcznej wypłaty za pół godziny pracy – oponuje Sutkowski.

cd.


Specjaliści wynagradzani są na zasadach rynkowych. Godzina pracy lekarza na prywatnym rynku (duże miasta) kosztuje od 200zł wzwyż- to są realne stawki.
 
Do góry Bottom