Polska Służba Zdrowia taka piękna

FatBantha

sprzedawca niszowych etosów
Członek Załogi
7 938
22 338
W zasadzie to irytują mnie te wszystkie matriksowe teorie spiskowe kwestionujące realność epidemii. Oddalają tylko uwagę od "jakości" służby zdrowia, która częstokroć się spektakularnie kompromituje, gdy wreszcie przychodzi wyłożyć karty na stół w czasie próby.

"Dyrektor szpitala nie zarządza towarem, a ludzkim życiem". Dlaczego szpitale przegrywają z koronawirusem

Specjalista z zakresu systemu ochrony zdrowia Sławomir Jagieła* wyjaśnia, dlaczego w trakcie epidemii koronawirusa wiele szpitali pogrążyło się w chaosie. Dyrektorzy dobierani z politycznych lub lokalnych układów, traktowanie szpitali jak miejsc do upychania swoich ludzi przez miejscowe władze, brak poszanowania dla procedur, zarażone osoby pracujące w kilku szpitalach naraz – to kilka spośród wielu przyczyn, jakie wymienia.

  • Decydujący w porażce wielu szpitali z wirusem jest czynnik ludzki, czyli słabi dyrektorzy, brak procedur bezpieczeństwa, wieloletnie zaniedbania w zakresie epidemiologii i przygotowania na sytuacje kryzysowe – mówi ekspert
    • Wobec dyrekcji wielu szpitali należy wyciągać konsekwencje kadrowe, być może dyscyplinarne
    • W powiatach szpitale są miejscem do upychania swoich, zwykle niekompetentnych ludzi
    • Przenoszące wirusa pielęgniarki czy ratownicy są skazani na pracę w kilku placówkach. Zarabiają około 2 tys. zł, podczas gdy ordynator oddziału może zarabiać 25 tys. zł
    • Wielu dyrektorów nie chce zamykać oddziałów w sytuacji zakażenia wirusem. Wynika to z krótkowzrocznej chęci "wypełnienia kontraktu", a czasem po prostu z głupoty i braku wiedzy
    • Chęć "realizacji kontraktu" za cenę zdrowia lub życia ludzkiego jest "głęboko nieludzka"
    • Wśród wielu pogrążonych w chaosie szpitali są też ogromne placówki, w których nie zaraziła się ani jedna osoba. Wynika to ze świetnie opracowanych i przestrzeganych procedur

W ciągu ostatnich tygodni wielokrotnie pisaliśmy o szpitalach, które padły ofiarami wielokrotnych zakażeń koronawirusem. W każdym z opisywanych przez nas przypadków przyczyną takiego stanu rzeczy było nieprzestrzeganie procedur i błędne decyzje dyrektorów. W kolejnych artykułach opisywaliśmy sytuację w szpitalach:

W Grójcu:


W Bytomiu:


W Bielsku-Białej i Olsztynie:


W województwie łódzkim:


Z ekspertem z zakresu ochrony zdrowia Sławomirem Jagiełą rozmawiamy o tym, dlaczego w dobie epidemii niektóre szpitale pogrążają się w ciężkim kryzysie, a inne funkcjonują bez choćby jednego zarażonego medyka.
 

FatBantha

sprzedawca niszowych etosów
Członek Załogi
7 938
22 338
Onet: Dlaczego część szpitali świetnie sobie radzi z koronawirusem, a w innych wirus szaleje, zakażając lekarzy, pielęgniarki, pacjentów?
Sławomir Jagieła: To jest związane z wieloma czynnikami, które ogólnie można podzielić na finansowe i ludzkie. Czynnik finansowy to oczywiście wyposażenie szpitali w sprzęt oraz dostęp do środków ochrony osobistej skutecznych wobec tego rodzaju wirusa, czyli rękawiczki, wyższej klasy maseczki, przyłbice, gogle oraz kombinezony ochronne.
To jest najważniejszy czynnik?
Nie, najważniejszy moim zdaniem jest czynnik ludzki. To on jest główną przyczyną chaosu w wielu szpitalach. Mam tu na myśli brak wypracowanych procedur, a nawet jeśli są, to nieprzestrzeganie ich, brak doświadczenia personelu medycznego wynikającego z wieloletnich zaniedbań, a wręcz codziennej pracy w zakresie epidemiologii i przygotowania procedur na sytuacje kryzysowe. W szpitalach działają specjalne zespoły epidemiologiczne i kryzysowe. Jeśli słyszę o kolejnym zakażonym szpitalu, to zadaję sobie pytanie, ile razy w ostatnich latach spotykały się takie zespoły i jakie procedury wypracowały, które miały na celu przygotowania podmiotu leczniczego na epidemię.
Kiedy tego słucham mam automatyczne skojarzenie ze szpitalem w Grójcu, o którym piszemy od kilku tygodni. Tam lekarze przychodzili do pracy już po pobraniu próbek do testów na wirusa. Zarażali kolegów i pacjentów. Kiedy wirus zaczął szaleć po szpitalu, zaczęli wypisywać chorych pacjentów do ich rodzin. Niektórzy umierali w domach, inni w szpitalach, do których przewoziły ich rodziny.
Jeśli te fakty się potwierdzą, to w szpitalu w Grójcu czy też w Radomiu, po przeprowadzonych kontrolach, moim zdaniem powinny zapaść szybkie decyzje kadrowe, być może dyscyplinarne, wobec kadry zarządzającej tymi podmiotami.
W przypadku Grójca śledztwa wszczęły już prokuratury, choć kiedy zapytałem starostę grójeckiego o ewentualne konsekwencje, odpowiedział mi, że to nie czas na wyciąganie konsekwencji. Skąd ta niechęć lokalnej władzy do wyciągania konsekwencji wobec dyrekcji szpitali?
Ta niechęć jest znacznie szerszym problemem, który dotyczy całego kraju. Proszę pamiętać, że szpitale są często głównymi lub jednymi z największych zakładów pracy dla samorządów. To są idealne miejsca do zatrudniania swoich ludzi lub rodzin tych ludzi. A jeżeli taka osoba nie była w stanie znaleźć sobie pracy przez całe lata i dostała ją dopiero po znajomości, to możemy sobie wyobrazić jej zakres kompetencji. I tu wracamy do tego, o czym mówiliśmy chwilę temu – błędów ludzkich wynikających z braku wykształcenie, doświadczenia i całościowego przygotowania zawodowego. Dodatkowo wyboru osób zarządzających dokonali przedstawiciele samorządów.
Pan był prezesem szpitala w Grójcu dziesięć lat temu. Co od tamtej pory się stało?
Trudno mi mówić o szpitalu, z którym czuję się w jakiś sposób związany. Kiedy stamtąd odchodziłem, szpital był 400 tys. zł na plusie. Dziś ma dług około 16 mln zł. Z tego, co wiem, od czasów mojej prezesury nie realizowano tam większych inwestycji. Nie chcę wchodzić w kwestie personalne, ale należy pamiętać, że zarządzenie szpitalem to bardzo skomplikowane zajęcie. Tu potrzeba bardzo dobrze wykształconych, dynamicznych menedżerów z wiedzą interdyscyplinarną i wielowymiarową, dodatkowo opartą o wieloletnie doświadczenie w branży medycznej zdobyte w różnych podmiotach medycznych. Ważna jest też ciągłość pewnych koncepcji zarządzania i ich kontynuowania, tymczasem w Grójcu w jednym tylko roku zmieniło się bodaj pięciu prezesów.
Z rozmowy z obecną panią prezes dowiedziałem się, że nawet siedmiu. To był 2015 r.
Czym więc w tym przypadku była ciągłość zarządzania finansowego, medycznego i przygotowanie szpitala na sytuację kryzysową, kiedy dodatkowo wraz z prezesem często zmieniano medyczny personel zarządzający? Na to pytanie powinna odpowiedzieć specjalnie do tego celu powołana komisja złożona z ekspertów Ministerstwa Zdrowia i Głównego Inspektora Sanitarnego. Przy czym konsekwencje powinny ponosić osoby zarządzające podmiotami medycznymi oraz niektóre osoby ze struktur samorządowych odpowiedzialnych za obszar ochrony zdrowia, dla których są organem tworzącym dla tych podmiotów medycznych.
Zaczęliśmy od szpitala w Grójcu, ale mam wrażenie, że jest on jedynie przykładem problemów trapiących wiele szpitali w Polsce. W tym szpitalu kryzys zaczął się od pielęgniarki, która zaraziła personel nie tylko Grójcu, ale jeszcze w co najmniej trzech innych placówkach. Wiadomo, że praca medyków w kilku placówkach jednocześnie jest powszechną praktyką.
Moim zdaniem praca personelu medycznego w wielu podmiotach leczniczych jest głównym czynnikiem przenoszenia wirusa pomiędzy tymi podmiotami. Nie winiłbym jednak za ten stan rzeczy pielęgniarek i ratowników, ponieważ ten personel pracuje z ogromnym zaangażowaniem. Szef oddziału w szpitalu może zarabiać około 25 tys. zł miesięcznie, więc on nie musi szukać pracy na dwa etaty. Dla pielęgniarki, która zarabia ledwo ponad dwa tysiące, drugi czy trzeci etat to kwestia przeżycia, utrzymania rodziny.
 

FatBantha

sprzedawca niszowych etosów
Członek Załogi
7 938
22 338
A Polska cierpi na niedobór personelu medycznego, więc praca źle opłacanych pielęgniarek, ratowników medycznych czy sanitariuszy na kilku etatach jest raczej normą niż wyjątkiem.
Dlatego było możliwe doprowadzenie przez jedną osobę do zamknięcia oddziałów w kilku szpitalach o luźniejszym podejściu do procedur bezpieczeństwa. Tutaj dodam z całą stanowczością, że mamy bardzo dobrze wykształcony i doświadczony personel medyczny, ale brak procedur i wypracowanych standardów doprowadził do dramatu, który trwa obecnie i będzie trwał jeszcze wiele tygodni z mniejszym lub większym nasileniem.
W ostatnich tygodniach pisaliśmy o kryzysach w kilku szpitalach w różnych miejscach Polski. Jednym z powtarzających się problemów, które dostrzegliśmy, była niechęć dyrekcji szpitali do natychmiastowego zamykania oddziałów ogarniętych wirusem, co oczywiście prowadziło do kolejnych zarażeń. Skąd takie podejście?
Wynika ono z niezdolności dyrektorów do myślenia długoterminowego, szybkiego podejmowania decyzji oraz nieumiejętności zarządzania w kryzysie. Szpitale otrzymują pieniądze za wykonywane przez siebie usługi w ramach realizacji kontraktów. Dlatego wielu dyrektorów godzi się na ryzyko za cenę dodatkowego dnia lub dwóch funkcjonowania tych oddziałów. Czym pan wytłumaczy takie postępowanie osób zarządzających podmiotami? Albo głupotą i brakiem wyobraźni, albo brakiem wiedzy, doświadczenia i umiejętności zarządczych. To bardzo krótkowzroczna strategia, ponieważ w dłuższej perspektywie szpital straci wielokrotnie więcej na odszkodowaniach dla rodzin, które w sądach zdołają wykazać, że ich bliscy stracili zdrowie lub życie z powodu dalszego funkcjonowania zawirusowanego oddziału. Odszkodowania będą wielomilionowe.
W jednym z przypadków, o którym słyszałem, na prośbę zamknięcia oddziału dyrektor szpitala odpowiedziała, że trzeba "zrealizować kontrakt".
To jest głęboko nieludzkie podejście. Dyrektor szpitala ponad wszystko musi pamiętać, że zarządza zdrowiem i życiem ludzi, a nie towarem. Jeśli taki przypadek miał miejsce, to było to świadome narażenie życia i zdrowia pacjentów. Jako wieloletni menedżer zarządzający podmiotami medycznymi i ekspert z zakresu ochrony zdrowia nie znajduje słów, aby to skomentować.
Skąd ten brak empatii?
Często bierze się z braku wiedzy, inteligencji emocjonalnej, doświadczenia pracy na najniższych szczeblach systemu ochrony zdrowia. Zarządzanie podmiotem leczniczym jest jak wspinanie się po drabinie: trzeba być na wielu wysokościach, aby mieć widok na całość otoczenia i wiedzieć, jak funkcjonuje podmiot leczniczy i jego otoczenie, czyli cały system ochrony zdrowia. Osobiście, za jeden z największych swoich atutów jako menedżera i eksperta ochrony zdrowia uważam to, że tę pracę znam od samego dołu, od pracy pielęgniarza.
Niektóre placówki, jak choćby szpital MSWiA w Warszawie, jednak świetnie sobie radzą w czasie epidemii. Dlaczego?
Cieszę się, że przechodzimy do pozytywnych przykładów. To jest szpital, który zatrudnia kilka razy więcej ludzi niż przytoczone przez pana podmioty lecznicze, a mimo to nie stwierdzono przypadków zakażonych pracowników, którzy pracują w tej palcówce. Dlaczego są w tak dobrej sytuacji? Ponieważ po pierwsze, mają świetny sprzęt i dostęp do odpowiednich do wirusa środków ochrony osobistej, ale po drugie, i to moim zdaniem jest ważniejsze, radzą sobie świetnie z wypracowanymi wcześniej procedurami bezpieczeństwa. Szpital jest wzorcowym przykładem zarządzania, ponieważ nawet jeśli podejrzenia zachorowania były, to po przeprowadzonym wywiadzie reagowano błyskawicznie i postępowano według procedur.
Od dowożącego tam pacjentów ratownika medycznego wiem, że zanim w ogóle przekaże pacjenta, najpierw sam jest poddany wywiadowi, dokumentacja medyczna pacjenta jest umieszczana w torebce uniemożliwiającej kontakt papieru z otoczeniem.
Takich pozytywnych przykładów jest więcej. Kiedy zaczęła się epidemia, wiceprzewodniczący Okręgowej Izby Pielęgniarek i Położnych w Słupsku Sebastian Irzykowski, podjął decyzję o zakupie ze środków tej izby kamery termowizyjnej dla miejscowego szpitala. Ta kamera już na wejściu wykrywa osoby z podwyższoną temperaturą. Takie osoby natychmiast się poddaje dodatkowemu badaniu.
Sejm odrzucił propozycję, by pracownicy medyczni obowiązkowo raz w tygodniu przechodzili prewencyjne testy na koronawirusa. Jak pan ocenia tę decyzję?
W przypadku pandemii nigdy nie będzie wystarczającej liczby testów dla personelu medycznego i dla pacjentów, każda ilość będzie niewystarczająca. Jako państwo mamy ograniczone środki finansowe i zapewniam, że środki, które nie zostały wydane na testy, tak czy inaczej zostały wydatkowane na cele do walki z pandemią.
Jak pan przewiduje dalszy rozwój epidemii w kontekście szpitali? Czy w kolejnych tygodniach zaczną uczyć się na własnych błędach, czy wieloletnie zaniedbania w wypracowaniu procedur skazują je na zamykanie całych oddziałów z powodu kolejnych zakażeń?
Moim zdaniem część szpitali wyciągnie wnioski z błędnie podjętych decyzji i uniknie ich już podczas tej pandemii. Ale z pewnością będą szpitale, które będą te błędy popełniały wielokrotnie, czy to z braku odpowiednich środków ochrony osobistej, czy z powodu błędnego zarządzania. Jestem przekonany, że obraz systemu ochrony zdrowia po pandemii będzie odmienny od tego, który znaliśmy przed jej rozpoczęciem. Z pewnością będziemy bogatsi o nowe doświadczenia wynikające z popełnianych błędów, lepiej będziemy dobierać kadrę zarządzająca szpitalami. Zmieni się system świadczenia usług medycznych i zapewniam, że ta zmiana już się rozpoczęła i zapewniam, że będzie zmianą na lepsze dla samego systemu, jak i dla pacjentów.
 
OP
D

Deleted member 6852

Guest
Nie przyjęli go do szpitala, bo bali się koronawirusa. 17-letni Bartek zmarł.

17-letni Bartek zmarł wkrótce po operacji ropnia śródczaszkowego. Na początku podejrzewano jednak koronawirusa.
29 kwietnia mama 17-latka wezwała karetkę pogotowia do swojego syna. Ekipa ratownicza uznała, że chłopak ma koronawirusa. Zawieziono go zatem do szpitala SPOZ w Zgorzelcu, który nie przyjmował pacjentów z COVID-19. Bartek został zaintubowany i czekał w karetce pod szpitalem.

Ostatecznie szpital nie wykonał żadnych badań, a chłopaka odesłano do szpitala w Bolesławcu, w którym zrobiono tomografię. Później odesłano chłopaka do Legnicy, gdzie w końcu, po 10 godzinach, został zoperowany.

1 maja 17-latek zmarł. Rodzina chłopca jest zdruzgotana, ale jak przyznaje, na razie nie złoży zawiadomienia do prokuratury. "Chcą w spokoju przeżyć żałobę"

 
OP
D

Deleted member 6960

Guest
Ostatnio edytowane przez moderatora:

stanwojtow

Active Member
88
249
 

Maksymiliana

Everyday Hero
295
155
Mnie to denerwuje, telefoniczni lekarze... to jest kina.
Zawsze lubiłam rozmawiać twarzą w twarz z moją psychiatrą. Rozmowa telefoniczna to nie to samo, nie te emocje, nie ta gestykulacja itd.

Opowiem wam pewną anegdotę apropo wirusa:
Prwien mezczyzna miał mieć operacje wstawienia zastawki sercowej w marcu - z okazji koronawirusa operacja została przeniesiona na lipiec - ten mezczyzna zmarl około tydzień przed operacją w lipcu... to jest po prostu skandal jak lekarze którzy powinni zawsze i wszędzie pomagac, nagle okazuje się że są trzórzami.
 

myname

Member
96
88
Znam taką osobę, której się to podoba i się domyślcie dla czego.Ja natomiast idę w przyszłym tygodniu państwowo za kilka stów leczyć zęba.Poza tym są w internecie artykuły taniej uciąć, niż leczyć kalkulacja czyste wyrachowanie dla socjalizmu.
 

FatBantha

sprzedawca niszowych etosów
Członek Załogi
7 938
22 338

  • Bartek Godusławski
  • dzisiaj 06:00
Karetki jeżdżą po całej Warszawie i odbiją się od szpitalnych drzwi. Jak w przypadku placówki przy ul. Stępińskiej. Często nawet interwencja policji nie pomaga. Mamy nagrania, na których słychać, jak funkcjonuje pogotowie ratunkowe, gdy codziennie pojawia się kilka tysięcy nowych przypadków zachorowań na COVID-19. Posłuchaliśmy nagrań z pierwszej linii pandemicznego frontu. W tym artykule mogą Państwo poczuć atmosferę pracy ratowników i zrozumieć, jak wygląda prawda o gotowości systemu do zmierzenia się ze wzbierającą drugą falą pandemii.
  • Ministerstwo Zdrowia poinformowało, że tylko w czwartek liczba zakażonych wyniosła rekordowe 8099 osób
  • Karetki pogotowia z pacjentami czekają nawet po kilka godzin przed szpitalami
  • Z nagrań, do których dotarła redakcja Business Insider Polska, wynika, że wydolność wielu placówek medycznych jest na wyczerpaniu, a system stanął na krawędzi załamania
Chaos, przepychanki ze szpitalami i niepewność - przyjmą na oddział czy trzeba będzie jeździć i szukać innego miejsca - tak wygląda codzienność ratowników medycznych w dobie pandemii. Dzięki informatorowi, który przekazał nam kilkaset rozmów dyspozytorów pogotowia z karetkami, wiemy, jak z tej perspektywy wygląda służba zdrowia, która musi sobie radzić już z tysiącami zakażonych koronawirusem dziennie, ale także innymi chorobami.

Oddziały ratunkowe pękają w szwach

Dzięki nagraniom zrekonstruowaliśmy kilka godzin pracy medyków z Warszawy. Pochodzą z 13 października. To Dzień Ratownictwa Medycznego, ale czasu na świętowanie nie było. Rano Ministerstwo Zdrowia podało, że liczba zakażonych koronawirusem sięgnęła 5068 przypadków. Szpitale są pod coraz większą presją. Nie wszędzie przyjmują chorych. Oddziały ratunkowe pękają w szwach.
"Jak my mieliśmy problem z przekazaniem pacjenta na Orłowskim, to żeśmy się tam wbili na nielegal z transportem. Spróbujcie tam się wcisnąć, może się uda" - radzi kierowca karetki dyspozytorce z Wojewódzkiej Stacji Pogotowia Ratunkowego i Transportu Sanitarnego "Meditrans" w Warszawie.
To największa na Mazowszu i jedna z największych w kraju jednostek ratownictwa medycznego. Rocznie wykonuje ok. 200 tys. wyjazdów do stołecznych pacjentów i tych z okolicznych powiatów.
"Orłowskim" ratownicy nazywają Samodzielny Publiczny Szpital Kliniczny im. prof. W. Orłowskiego. Spokojny kobiecy głos rozwiewa nadzieję, że uda się zostawić pacjenta: "czekają jeszcze transporty z rana do realizacji, nie możemy tego pocisnąć, bo nie ma jak".

Doktor mówi "nie", policja nie daje rady

Właściwie każdy kontakt z centralą zaczyna się od tego samego pytania: gdzie możemy zawieźć pacjenta?
"No i jaka decyzja? Bo cały czas czekam" - pyta załoga karetki.
"Jestem na linii z panem doktorem, zostawiamy i odjeżdżamy" - słyszy w odpowiedzi.
"Ale to mamy go rzucić pod drzwi czy gdzie, bo oni nie chcą otworzyć drzwi. Drzwi są zamknięte na izbę przyjęć" - sytuacja robi się coraz bardziej napięta.
"Poczekaj chwilę, zaraz będzie policja" - to znów dyspozytor.

"Policja już jest. Nawet dwa radiowozy" - melduje kierowca.

"Interweniują, żeby pan doktor otworzył ci drzwi" - uspokaja centrala.

"Niech wejście siłowe robią. Może doktorowi się coś popier..." - w karetce tracą cierpliwość.

"Doktor na Orłowskim nie przyjmie pacjenta, odmawia w ogóle wypełnienia jakichkolwiek dokumentów i oświadczenia, że pacjent może zostać gdzieś w krzakach, nie wiem gdzie, w obecności policji. Policja też mówi, że nie jest w stanie nic zrobić. Jaka decyzja dalsza?" - pytają.

Pacjent w "stanie zagrożenia zdrowia"

Utrzymanie wydolności służby zdrowia to teraz największe wyzwanie dla rządzących. Historia z jednego tylko dnia, z kilku godzin pracy ratowników medycznych pokazuje, że sytuacja jest napięta. Szpitale mają swoje procedury, pogotowie także. Dochodzi o napięć, pojawia się policja.

Dyspozytorka upewnia się jeszcze, czy funkcjonariusze podjęli interwencję i napisali notatkę o tym, że lekarz odmawia przyjęcia pacjenta w "stanie zagrożenia zdrowia".

Szpital im. prof. Orłowskiego jest wyjątkowo asertywny. Musi więc w końcu interweniować wojewoda mazowiecki. Z satysfakcją odnotowuje to dyspozytorka pogotowia:

"Nie zgadniesz, jaki szpital został wybrany przez wojewodę, wskazany do przyjęcia twojego pacjenta".

"No słuchamy z niecierpliwością" - słychać z karetki.

"Z uśmiechem na twarzy i dumą bardzo proszę jechać do Szpitala im. prof. Orłowskiego, Czerniakowska 231. Decyzją wojewody mazowieckiego szpital musi przyjąć pacjenta".

"No dobra, to jedziemy, zobaczymy, kolejne pewnie będą kłótnie".

"Żadnych kłótni, decyzja wojewody" - ucina centrala.

Cztery szpitale odmawiają, ratownicy nie ustępują

Ale nie tylko szpital przy ul. Czerniakowskiej odmawia przyjmowania pacjentów. Kolejna rozmowa.

"Międzylesie nie chce przyjąć. Nie ma miejsc" - opisują sytuację w Międzyleskim Szpitalu Specjalistycznym w Warszawie ratownicy.
"Nikt nie ma miejsc. Także niestety, ale musimy pozostawić tam" - ucina dyspozytorka i w odpowiedzi słyszy, że negocjacje trwają, ale na razie bez pozytywnego rozstrzygnięcia.
Informacje o tym, że w stołecznych szpitalach brakuje łóżek dla chorych na COVID-19, pojawiają się od początku października. Tydzień temu wiceprezydent Warszawy Paweł Rabiej mówił, że sytuacja w szpitalach jest znacznie gorsza, niż była na początku epidemii.
Z wczorajszego komunikatu Mazowieckiego Urzędu Wojewódzkiego wynika, że w całym województwie w szpitalach hospitalizowanych jest 818 osób. To znaczy, że wolnych łóżek dla chorych na COVID-19 powinno być jeszcze 639.

Są jednak szpitale, których moce są na wyczerpaniu. Taka sytuacja miała miejsce w Szpitalu Grochowskim przy ul. Grenadierów.

"Zablokowani są, bo COVID jest na SOR, czy tam na izbie przyjęć. Więc ja tylko przekazuję informację, że nie ma opcji, żeby tutaj pacjent został" - melduje karetka.

Dyspozytorka traci cierpliwość: "Nie no, jest opcja. Zostawiasz pacjenta na Grenadierów. Nie ruszymy się już nigdzie indziej, czwarty szpital odmawia przyjęcia pacjenta".

Przy ul. Stępińskiej też nie jest łatwo. To z kolei Szpital Czerniakowski. Kolejna rozmowa, kolejny pacjent czekający w karetce.

"Stępińska twierdzi, że jest zamknięta, wysyłali pismo, nie mają personelu, nie przyjmują, okopali się, krokodyle są w fosie. Nie umawiajmy".
"Pacjenta z dusznością".

"Tak. Doktor przyszedł ostatecznie, wysłuchał wywiadu, to się odsunął i twierdzi, że na Wołoską powinniśmy jechać. Gdzie mogę pojechać?".

"Pacjent nie ma wyniku potwierdzonego i Wołoska jest zapchana. Nie przyjmie bez potwierdzenia COVID. Zostawiamy pacjenta na Stępińskiej, zostawiamy pacjenta na Stępińskiej" - decyduje dyspozytorka. Przy ul. Wołoskiej jest znany Centralny Szpital Kliniczny Ministerstwa Spraw Wewnętrznych i Administracji.

"Lekarz się rozpisał na karcie, powiedział, że kategorycznie nie, nie przyjmie i nie da łóżka, i koniec" - nie ma dobrych wiadomości załoga karetki.
"Zostaje na Stępińskiej" - zapada decyzja.

"Dobrze. To ja poproszę o telefon, żeby wydali łóżko i chętnie zostawię pacjenta".
Niestety takich rozmów jest znacznie więcej. To obraz warszawskiego pogotowia ratunkowego z doby, w której COVID-19 potwierdzono w stolicy u 350 pacjentów. Jeden zmarł.
 

erte

Well-Known Member
538
2 233
Kiedyś pacjentami w szpitalach zajmowały się siostry miłosierdzia które robiły to z powołania.


Szpital w Gorzowie Wlkp. prosił zakonnice o pomoc.

Powód? Sytuacja kadrowa szpitala na którą wpływ mają nie tylko zachorowania wśród personelu medycznego lecznicy, ale także wzrastająca liczba chorych z COVID-19.
Bojąc się, że wkrótce nie będzie komu pomagać zakażonym w najcięższym stanie, szpital w Gorzowie Wlkp. poprosił zakonnice,
(wystosował apel do Konferencji Wyższych Przełożonych Żeńskich Zgromadzeń Zakonnych z prośbą o pomoc)
by podjęły się obowiązków opiekunów medycznych, oczywiście za wynagrodzeniem. Odzew był znikomy, ale na apel odpowiedziały osoby świeckie.


"Zarząd Wielospecjalistycznego Szpitala Wojewódzkiego w Gorzowie Wlkp., zwrócił się do Konferencji Wyższych Przełożonych Żeńskich Zgromadzeń Zakonnych w Polsce z prośbą o pomoc w zapewnieniu opieki pielęgnacyjnej pacjentom zakażonym koronawirusem SARS-CoV-2 przebywającym w oddziale zakaźnym gorzowskiego szpitala. Szpital potrzebuje osób do wykonywania czynności pielęgnacyjnych, przy których nie jest wymagane wykształcenie pielęgniarskie. Siostrom, które zdecydują się pomóc w opiece i pielęgnacji pacjentów z COVID szpital oferuje całodobowe wyżywienie, zakwaterowanie oraz wynagrodzenie stanowiskowe powiększone o 20% w stosunku do obowiązującej w szpitalu stawki."

Po dwóch tygodniach, mimo preferencyjnych stawek, na apel odpowiedziała tylko jedna siostra zakonna. Jak podaje gorzowska redakcja radia Eska, kobieta wróciła z misji w Tanzanii,ale miała kontakt z osobą zakażoną więc trafiła na kwarantannę jeszcze przed
rozpoczęciem pracy. Do Polski przyjechała jedynie na urlop, dlatego nie zdąży podjąć pracy w szpitalu.


Miłość bliźniego. Jezus byłby dumny.
 

NoahWatson

The Internet is serious business.
1 078
2 503
Vito-Med czyli partnerstwo publiczno-prywatne at its finest
Niezwykłe ustalenia związane z testami na obecność koronawirusa SARS-CoV-2.
Na razie jednak musimy jeszcze na chwilę powrócić do karetki, służącej do przewożenia wymazów. Na filmie, który przekazaliśmy policji (fot. – fragment filmu w galerii tekstu) widać i słychać, że jechała na sygnałach uprzywilejowania.
[..]
kolejnych naszych informacji bowiem wynika, że próbki na obecność koronawirusa SARS-CoV-2 przewoził kierowca z jednym szklanym okiem.
[..]
Blaszak jest od kilku miesięcy głównym laboratorium COVID-19 dla 4,5-milionowego woj. śląskiego.

Doświadczeni diagności mówią, że w tych lokalowych warunkach można ich zdaniem prawidłowo przebadać znacząco niższą ilość próbek niż to się dzieje. Tylko w sierpniu Vito-Med wydał 31 148 wyników badania próbek na obecność koronawirusa SARS-CoV-2.

Nasi rozmówcy – diagności laboratoryjni – uważają, że jest to niemożliwe, by przy tej ilości badania te były wykonywane prawidłowo.
 

FatBantha

sprzedawca niszowych etosów
Członek Załogi
7 938
22 338

Magda Ważna | data publikacji: 05.11.2020, 09:17
Każdego tygodnia w Polsce umiera średnio 7,7 tysiąca osób. Do mniej więcej połowy września tygodniowa liczba zgonów w 2020 roku pokrywała się z tym, co obserwowaliśmy w poprzednich latach. W połowie września, gdy epidemia COVID-19 zaczęła przybierać na sile, wzrosła też liczba zgonów, ale nie tylko tych spowodowanych bezpośrednio epidemią. W ostatnim tygodniu października zmarło 12 257 osób.
  1. Tak wielu zgonów w ciągu tygodnia nie było od co najmniej pięciu lat. W ostatnim tygodniu października zmarło 12 257 osób, tydzień wcześniej 12 244
  2. W ocenie ministra zdrowia wzrosty zgonów wynikają nie tylko z utrudnionego dostępu do lekarzy i lekarzy specjalistów, ale pokazują też pewien szerszy mechanizm

Epidemia przybiera na sile, liczba zgonów rośnie

Tak źle nie było w Polsce od dawna. Cofnijmy się na chwilę do czasów, gdy epidemia w Polsce dopiero się zaczęła. Polski rząd, w obawie przed załamaniem się systemu ochrony zdrowia, zamknął nas w domach, licząc na to, że w ten sposób niewiele osób zarazi się nowym koronawirusem. I to się właściwie udało.
Jeśli spojrzymy na statystyki z marca czy kwietnia, zobaczymy, że w porównaniu z innymi krajami (np. Włochami czy Hiszpanią), Polska praktycznie suchą nogą przeszła przez pierwsze miesiące epidemii. Wielu sceptyków pisało, że epidemii nie ma i co to w ogóle za epidemia, skoro umiera ogółem mniej osób niż rok czy dwa lata temu. I faktycznie, w pierwszych miesiącach roku liczba zgonów była niższa niż w analogicznym okresie w latach ubiegłych. Zobacz więcej: Jak epidemia wpłynęła na statystyki zgonów w Polsce?
W połowie września coś się zmieniło. Tygodniowe statystyki zgonów zaczęły rosnąć w 38. tygodniu roku. Na przełomie września i października, w ciągu jednego tygodnia zmarło 8 410 osób. Tydzień później kolejne 9 190. Po raz pierwszy 10 tys. zgonów w ciągu tygodnia przekroczyliśmy między 12 a 18 października. W kolejnym tygodniu zmarło 12 244 osoby, a w ostatnim tygodniu października – 12 257.
Takich liczb nie widzieliśmy od co najmniej pięciu lat. Średnio w Polsce w ciągu tygodnia umiera 7,7 tys. osób. Nietrudno zauważyć różnicę.
Część z tych zgonów to śmierci spowodowane bezpośrednio przez COVID-19. Między 26 października a 1 listopada zmarło z powodu COVID-19 1 348 osób. 10 909 zmarło z innych powodów. Zakładając, że średnio tygodniowo umiera 7,7 tys. osób, nietrudno policzyć, że w jednym tygodniu śmierć poniosło dodatkowo 3 209 osób.
W sumie od 36. do 44. tygodnia roku (31.08-1.11) zmarły w Polsce 84 054 osoby. W analogicznym okresie w 2019 roku odnotowano 68 203 zgonów. Rożnica wynosi prawie 16 tys. Z powodu COVID-19 zmarło w tym czasie ok. 3,7 tys. osób. Oznacza to, że pozostałe 12 tysięcy może być tzw. ukrytymi ofiarami epidemii.

Ukryte ofiary epidemii COVID-19

Kilometrowe kolejki karetek przed szpitalami, trudności w dostępie do specjalistów i lekarzy pierwszego kontaktu, braki łóżek, personelu – o ile w marcu i kwietniu, dzięki lockdownowi, system ochrony zdrowia "jakoś" poradził sobie z opanowaniem epidemii, tak teraz nastąpił kompletny chaos i załamanie. Lekarze, pielęgniarki, ratownicy medyczni i inni pracownicy ochrony zdrowia mówią wprost, że doszli do ściany.
W rozmowie z money.pl prof. Piotr Szukalski, ekspert demografii z Uniwersytetu Łódzkiego tłumaczył, że to, co widzimy w statystykach, to najprawdopodobniej pośrednie konsekwencje epidemii, czyli "długie miesiące bez wizyt lekarskich, utrudniony dostęp do służby zdrowia i problemy z diagnozowaniem różnego rodzaju problemów zdrowotnych. Jeżeli ludzie nie chodzą do lekarza, bo się boją lub nie mogą do niego się dostać, to oczywiście wykrywamy masę chorób o wiele później. Czasami po prostu za późno. Jednocześnie trzeba zadać sobie pytanie, na ile telemedycyna pozwala na precyzyjne diagnozy".
Dodał również, że część nadmiernych zgonów może być spowodowana wirusem, ale nie wiemy o tym, bo nie wszyscy mają wykonywane testy. "Nie wiemy przecież, ile np. zawałów wśród seniorów jest spowodowane właśnie wirusem" - dodał.
Podczas konferencji prasowej, na której minister zdrowia Adam Niedzielski przedstawiał kolejne punkty strategii walki z COVID-19, padło pytanie o te rekordowe liczby zgonów. Minister przyznał, że sytuację monitoruje i nadzoruje Narodowy Instytut Zdrowia Publicznego.
- Pierwsze wnioski pokazują, że mamy odczynienia ze wzrostem liczby zgonów. Nie można go jednak jednoznacznie przypisać do zachorowań covidowych. Dotyczą one grupy ludzi w wieku 65 plus – powiedział Niedzielski.
Zaznaczył, że z tej analizy wynikają także zalecenia skierowane do seniorów: zostańcie w domu, ograniczcie kontakty szczególnie z osobami w młodszym wieku, które w sposób bezobjawowy mogą przechodzić zachorowanie.
W ocenie szefa resortu zdrowia, wzrost zgonów w ostatnim czasie wynika nie tylko z utrudnionego dostępu do służby zdrowia, ale także pokazuje pewien szerszy mechanizm.
- Do sierpnia było ich znacznie mniej niż w roku poprzednim – zauważył. Stwierdził, że może to być efekt wiosennego lockdownu, odłożony w czasie i związany z ograniczeniem świadczeń medycznych.
Jeżeli macie ochotę dowiedzieć się, jak to wygląda z punktu widzenia lekarza - i to takiego, który nie nakręca paniki covidowej, tylko ocenia zgodnie ze swoim wieloletnim doświadczeniem, porównując sytuację z epidemiami lat '80 - przesłuchajcie sobie audycję "Szlachetne zdrowie" Radia Opole, z 30.08. Ja tego słuchałem w samochodzie i ten lekarz wielokrotnie punktował, że kadra medyczna ma teraz znacznie lepszą sytuację niż 40 lat temu, ale z kolei pacjenci mają przewalone, przez system i specjalne traktowanie koronawirusa oraz związanie rąk biurokracją z testami.

Cz.1
Cz.2
 

ukos

Active Member
167
146
"To jest sprawa do prokuratury". Lekarz opowiedział Pawłowi Reszce, co dzieje się w szpitalu.

Rządzący zapewniają, że Polska zaczyna wygrywać z koronawirusem, ale lekarze są innego zdania. Dziennikarz Paweł Reszka przytoczył rozmowę z anestezjologiem, którego praca przypomina obecnie armagedon.

Druga fala pandemii nie odpuszcza, ale rząd Prawa i Sprawiedliwości twierdzi, że jako kraj jesteśmy gotowi na intensywną walkę z wirusem, bo w błyskawicznym tempie przybywa nowych łóżek covidowych.

Zdaniem jednego z lekarzy pracujących na pierwszej linii frontu, to nie jest wyznacznik odpowiedniego przygotowania służby zdrowia. "Wieszasz kartkę na drzwiach: "Oddział covidowy" – i już! Ale co to za oddział covidowy bez respiratorów, sprzętu, personelu? Sprzęt w kartonach: cewniki naczyniowe, cewniki pęcherzowe. Personel przypadkowy, z łapanki" - relacjonuje Paweł Reszka.
Anestezjolog obecnie codziennie widzi umierających pacjentów i boli go, że mimo chęci i usilnych prób, nie jest w stanie wszystkim pomóc. Brakuje sprzętu i personelu. A na każdym oddziale panuje wielki chaos. "Te oddziały to umieralnie. Są po to, żeby ludzie nie schodzili na ulicy" - tłumaczy.

"Jeszcze pójdziemy za to siedzieć. To jest przecież sprawa do prokuratury. I co ja powiem: 'Pacjent zmarł, bo skończyła się butla z tlenem, bo nie było komu przypilnować, bo jest mało pielęgniarek'? A co to obchodzi żonę tego faceta? Albo pana prokuratora? Jak widzisz, trudno przeżyć w moim szpitalu" - opowiada dalej lekarz Reszce.

Na koniec Paweł Reszka wyjawia, że żona jego rozmówcy jest zakażona, a on modli się, aby tylko nie musiała trafić do szpitala, bo doskonale wie, że personel medyczny nie jest w stanie zapewnić odpowiedniej opieki. "Czy przepracowany lekarz albo pielęgniarka zauważy, że tlen w butli się kończy? Skoro ja się boję, co muszą przeżywać inni ludzie, którzy nie są lekarzami?" - zastanawia się.

Źródło – Wirtualna Polska
 

FatBantha

sprzedawca niszowych etosów
Członek Załogi
7 938
22 338
Jeżeli macie ochotę dowiedzieć się, jak to wygląda z punktu widzenia lekarza - i to takiego, który nie nakręca paniki covidowej, tylko ocenia zgodnie ze swoim wieloletnim doświadczeniem, porównując sytuację z epidemiami lat '80 - przesłuchajcie sobie audycję "Szlachetne zdrowie" Radia Opole, z 30.08. Ja tego słuchałem w samochodzie i ten lekarz wielokrotnie punktował, że kadra medyczna ma teraz znacznie lepszą sytuację niż 40 lat temu, ale z kolei pacjenci mają przewalone, przez system i specjalne traktowanie koronawirusa oraz związanie rąk biurokracją z testami.

Cz.1
Cz.2
Wielka szkoda, że te audycje są umieszczane w necie z takim poślizgiem.

'Szlachetne zdrowie' (06.11) - 1 cz. rozmowy
'Szlachetne zdrowie' (06.11) - 2 cz. rozmowy

Zdziwka o politycznym traktowaniu COVIDu, ciąg dalszy.
 
Do góry Bottom