Polska Służba Zdrowia taka piękna

osman

Well-Known Member
380
1 609
Robilem badań dużo teraz to zle nie było , ale wszystkie miałem w klinice i forsy troche dałem , za 3 tygodnie będe miał operacje to sie dowiem jaka tam opieka bedzie.
 

FatBantha

sprzedawca niszowych etosów
Członek Załogi
7 393
19 212
"Rzeczpospolita": Nie ma pomocy dla dzieci chorych psychicznie
Polska Dzisiaj, 16 listopada (06:41)
Czasami dziecko tak długo czeka w kolejce do psychiatry, że zanim dotrze do lekarza, zdąży popełnić samobójstwo - informuje w czwartek "Rzeczpospolita".

System psychiatrycznej opieki w Polsce praktycznie nie istnieje. W warszawskim szpitalu przy ul. Niekłańskiej dzieci w kolejkach na odział psychiatryczny czekają siedem lub osiem miesięcy. W innych nawet rok - czytamy w "Rz".

Jeśli chodzi o specjalistów psychiatrów, to jest ich bardzo niewielu. W woj. lubelskim jest trzech takich lekarzy, a w opolskim czterech, dlatego odziały psychiatryczne są przepełnione. Powinno być inaczej. Pacjenci w stanie zagrożenia życia powinni być przyjmowani bezwzględnie. Taka jest opinia ekspertów, m.in. dr hab. Barbary Rembarek, która jest krajowym konsultantem psychiatrii dzieci i młodzieży. Potwierdzają to także inni specjaliści.

"Zdarza się, że dzieci, co do których istnieje podejrzenie, że targną się na własne życie, muszą czekać na miejsce nawet dwa tygodnie, a wtedy bywa za późno - powiedział gazecie prof. Bartosz Łoza, kierownik Kliniki Psychiatrii Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego.

W całej Polsce są tylko trzy ośrodki leczenia nerwic u dzieci, dlatego często mali pacjenci trafią do szpitali oddalonych o kilkaset kilometrów od rodzinnego domu.

Przepełnienie to także efekt zamknięcia wielu oddziałów z powodu braku lekarzy. Tak stało się w Radomiu. Z danych Naczelnej Izby Lekarskiej wynika, że w Polsce jest obecnie 441 psychiatrów dziecięcych, z czego 46 proc. z nich ma ponad 50 lat.

Biurokracja potrafi zarządzać całym tym zdrowiem narodu, nie ma co... To naprawdę trzeba mieć talent, aby coś spierdolić aż do tego stopnia.
 

MaxStirner

Well-Known Member
2 337
3 876
Historia tak dziwna, że warta by od niej zacząć:

"Lekarze wycięli Marcie M. żołądek, śledzionę, sieć większą, okołożołądkowe węzły chłonne i fragment przełyku. Kobieta na podstawie sfałszowanych wyników wmówiła im, że ma raka. Teraz za to odpowie.

24-latka z Gliwic cierpi na zespół zespół Münchhausena. To choroba psychiczna, która polega na wywoływaniu u siebie różnych objawów, dzięki którym wymusza się na personelu medycznym hospitalizację.

Ich nazwiska wymyśliła sama
Marta M. wybrała się do gliwickiego onkologa z wynikami badań, wedle których miała raka. Dwa z nich, wyniki tomografii komputerowej i markerów nowotworowych, były prawdziwe. Dwa pozostałe: wyniki gastroskopii i badań histopatologicznych - zmyślone. Były podpisane przez medyków, których nazwiska - jak się później okazało - 24-latka wymyśliła. Lekarze placówki, mimo że w trakcie operacji nic nie wykryli, wycięli jej żołądek, śledzionę, sieć większą, okołożołądkowe węzły chłonne i fragment przełyku.

O sprawie pisaliśmy w lipcu >>>

Sprawa wyszła na jaw, gdy w szpitalu odkryto, że wycięty żołądek nie miał zmian nowotworowych, a badania zostały podrobione na komputerze za pomocą programu do edycji tekstu. Placówka zawiadomiła prokuraturę. Tak samo postąpili adopcyjni rodzice kobiety, którzy z anonimowego listu dowiedzieli się, że ich córce wycięto zdrowe organy.

Prokuratura chciała umorzenia

Dla dziewczyny ta sprawa będzie miała ciąg dalszy. Gliwiczanka stanie teraz przed sądem za podrobienie dokumentacji medycznej. Chociaż z powodu stwierdzonej choroby psychicznej prokuratura wniosła do sądu o warunkowe umorzenie sprawy, ten wniosek odrzucił - informuje TVN24. Właśnie zdecydował o wszczęciu procesu.

- Nie zdarzyło się w historii tego kraju, żeby ktoś sfałszował dokumentację medyczną po to, by dać się okaleczyć - powiedział TVN24 Piotr Trzeciak, chirurg który operował Martę. Twierdzi, że był bezradny. Śledczy sprawdzają też postępowanie lekarzy w tej sprawie.

Marta M. nie potrafiła wyjaśnić powodów swojego postępowania ani przed prokuratorem, ani przed dziennikarzami. Jak mówi, nie myślała, że ktoś się nabierze na podrobione dokumenty. Jak ustalili dziennikarze, zawierały np. literówki. Kobieta opisała, że przed operacją miała wątpliwości, ale stwierdziła, że było "za późno", by się wycofać."
 
Ostatnio edytowane przez moderatora:

osman

Well-Known Member
380
1 609
Już po po operacji i w szpitalu bylo bardzo dobrze , opieka dobra i posiłki też smaczne byly nie narzekam ,ale załatwiełem sobie w zachodniej Polsce bo mam trochę znajomych na tym terenie bo u mnie w kujawskim to bym z tego szpitala żywy nie wyszedł/ heh
dzisiaj przyjechalem po wynik nie jest taki zły i jeszcze jedno badanie mi zrobili, trochę znajomych trzeba odwiedzić a jutro do domu i pakować się do sanatorium , trzeba odpoczac sobie po wszystkim.
 

bombardier

Well-Known Member
1 347
5 616
Tak zarabia się na kolejkach w NFZ. Polska firma wozi pacjentów do Czech, teraz wybudowała tam klinikę

- Biznes uruchomiliśmy w maju, w czerwcu mieliśmy pierwszego pacjenta, a w lipcu już był dochodowy - mówi Waldemar Gawrol, prezes OneDayClinic. Polski przedsiębiorca wpadł na genialny pomysł. Wozi Polaków do Czech na operację zaćmy. W Polsce na ten zabieg czeka się latami. Kto za to płaci? Oczywiście NFZ. A kto traci? Polskie państwo.

Krzysztof Janoś: Nie wstyd panu zarabiać na kłopotach polskiej służby zdrowia?

Waldemar Gawrol, prezes OneDayClinic:
Nie, bo choć to oczywiście biznes, to my też pomagamy ludziom. Obecnie miesięcznie wozimy do Czech już po około 320 osób. Pół roku temu było to 200. A teraz rośnie to jeszcze dynamiczniej i pod koniec roku zapowiada się na około 400.

Według danych NFZ na usunięcie zaćmy trzeba czekać 2 lata...

Trzy, cztery, a nawet pięć lat, jak mówią nasi pacjenci. Wiele tu zależy od regionu kraju.

Zatem na razie może pan być spokojny o ciągły dopływ pacjentów?

Doświadczenie pokazało, że idealnie trafiliśmy w zapotrzebowanie. Współpracę z czeskimi klinikami zaczęliśmy dwa lata temu. Wtedy jeszcze tylko dowoziliśmy pacjentów do klinik partnerskich. Biznes uruchomiliśmy w maju, w czerwcu mieliśmy pierwszego pacjenta, a w lipcu już był dochodowy. To moje pierwsze przedsięwzięcie, które przynosi zyski w drugim miesiącu funkcjonowania.

Wiele różnych już w życiu prowadziłem. Dziś jednak nie mam wątpliwości. Całą swą uwagę przekierowuje na rynek usług medycznych, bo jest on najlepszym z możliwych.

Skąd ta pewność?

NFZ po prostu sobie nie radzi i nic nie wskazuje na to, żeby to się miało szybko zmienić. Te kolejki jeszcze się wydłużą. Powiem więcej. Bardzo prawdopodobne, że on za jakieś pięć lat całkowicie upadnie.

Problem jest zakopany w fundamentach. Reformy nic tu nie zdziałają. Jak lekarze mało zarabiają, to uciekają. Jak na początku słabo im się płaci, to potem chcą się też szybko odkuć, co prowadzi do patologii. Nawet wrzucenie 10 mld do skarbonki NFZ nic tu nie zmieni.

Tak czy inaczej, mamy jednak do czynienia z sytuacją, kiedy budując klinikę, zakłada pan firmę w Czechach. Pomaga pan wprawdzie pacjentom, bo nie stoją w kolejkach, tyle że podatki z tej kliniki trafiają do czeskiego budżetu. Coś tu chyba jednak jest nie tak?

Odpowiada za to niewydolność naszego systemu ochrony zdrowia. Gdyby w Polsce pozwolono operować się w polskich prywatnych ośrodkach z gwarancją zwrotu pieniędzy z NFZ, doszłoby do katastrofy. Polski system, by tego nie wytrzymał. Oceniamy, że obecnie w Polsce na operacje czeka milion oczu. Daje do ponad 20 mld zł.

Konieczność przekroczenia granicy ratuje finanse NFZ?

Trochę tak to wygląda. Zresztą to dotyczy wszystkich obywateli Unii, którzy mogą operować się poza granicami swego kraju. Poza tym Polska zobligowana jest do zabezpieczenia środków na refundacje w procedurze transgranicznej. Te środki są. W tym roku to 1,46 mld zł.

W związku z tym, czy NFZ zapłaci w Polsce te pieniądze, czy za granicą to z jego punktu widzenia nie ma to kompletnie żadnego znaczenia.

A podatki?

Rzeczywiście jednak pozostają jeszcze podatki, które płaci klinika. Wszystko to jednak działa na korzyść pacjentów, których niewydolny polski system nie jest w stanie leczyć na czas. Inaczej też nie można tego zorganizować. Przy procedurze transgranicznej miejsce wykonywania zabiegu musi być przynajmniej ten przysłowiowy metr za granica. W naszym przypadku jest to 10 km.

W tym roku we wrześniu otworzył pan klinikę w Ostrawie. Koniec z wożeniem do czeskich szpitali?

Nie do końca. Wprawdzie nasza klinika jest w stanie obsłużyć około 400 osób miesięcznie, ale liczymy, że liczba chętnych ciągle będzie rosła. Dalej też będziemy pracować z czeskimi szpitalami dla wygody pacjenta. Jeśli ktoś mieszka blisko Zachodu, nie ma sensu wieźć go do Ostrawy.

Dyrektywa transgraniczna obowiązuje od 2014 r. Statystyki pokazują jednak, że Polacy niechętnie leczą się za granicą. Choć skraca to długie oczekiwanie na zabieg. Boimy się?

Nie tylko o to chodzi. Przy zastosowaniu dyrektywy transgranicznej pacjent najpierw musi ponieść koszty leczenia, a potem dopiero może ubiegać się o zwrot tych pieniędzy przez NFZ. Dopiero my - jako pierwsi na tym rynku - wprowadziliśmy taki model, w którym to my płacimy i występujemy o zwrot do NFZ.

Nie ma tu żadnego ryzyka? Nie ma z tym odzyskiwaniem żadnych problemów?

Na kilka tysięcy osób może zdarzy się jeden taki przepadek z błędami w procedurze.

Na czym zatem zarabiacie, skoro pacjent nic wam nie płaci za sam zabieg?


Płaci jednak za transport, hotel ze śniadaniem na miejscu, tłumaczenie dokumentów i inne elementy związane z kompleksową obsługą.

Ile to kosztuje?

W wersji z podstawową soczewką niecałe 600 zł.

Strasznie tanio to to też nie jest. Dla niektórych jednak to wystarczający powód, by trochę poczekać.


Moim zdaniem jednak niewiele w kontekście zdrowia. Nie prawdziwą jest bowiem obiegowa opinia, że na leczenie zaćmy można czekać. Każde opóźnienie oznacza bowiem większe ryzyko komplikacji. Niestety i do nas trafia bardzo wielu pacjentów, którzy już praktycznie nie widzą.

A gdybym na własną rękę pojechał do Czech na zabieg?

W prywatnej klinice w Czechach i w Polsce cena jest porównywalna. Kosztuje to od 2,5 do 3 tys. zł za oko. I też warto to powiedzieć, płaci się wtedy prywatnemu gabinetowi, a nie czeskiej służbie zdrowia, która jest bardzo mocno obłożona.

Wszystko dlatego, że tam nie ma kolejek. Czeski pacjent już po trzech tygodniach do stwierdzenia zaćmy trafia na stół zabiegowy.

Dużo można zarobić w tym biznesie. Inwestycja w klinikę zwróci się też, jak na początku pańskiej drogi, w drugim miesiącu?

W klinikę zainwestowaliśmy 2 mln zł. Nie chce zdradzać, jak zyskowny to interes i jakie mamy plany. Również dlatego, że to wszystko zależy od sytuacji z polską służbą zdrowia.

W myśl zasady im gorzej i im dłuższe kolejki, tym lepiej dla pana?

Tak, ale tylko teoretycznie. Nawet zakładając, że kolejki się skończą, chce już być na rynku na tyle znaną marką, że pacjenci, mając wybór, i tak przyjadą do mnie.

Czyli zostaje pan w Czechach na dłużej?

Możemy się w Polsce nabijać z czeskiego języka, ale to ludzie bardzo mądrzy i przedsiębiorczy. W rejonach przygranicznych uproszczono wiele procedur tak, by mogły powstawać tu kliniki dla polskich pacjentów. Nie oznacza to, że nie mieliśmy kontroli i inspekcji na głowie. Wszystko jednak odbyło się szybko, prosto i sprawnie. Jak w przypadku innych procedur, z którymi w Polsce sobie nie radzimy.

Na przykład?

Chcieliśmy zmienić siedzibę spółki. Usiedliśmy przy komputerze na kilka minut z podpisem elektronicznym i było po sprawie. Tymczasem w Polsce wymaga to wizyty u notariusza i wniosku do KRS. Potem pięć miesięcy czeka się na decyzję.
 

FatBantha

sprzedawca niszowych etosów
Członek Załogi
7 393
19 212
Ot, uroki braku dywersyfikacji w państwowym zamordyzmie i trzymaniu wszystkich jajek w jednym koszyku.

Cyfrowa opieka zdrowotna ma wadę: połowa Norwegów może stracić zwrot podatku
22.01.2018 12:20
Cyberprzestępcy złamali zabezpieczenia norweskiego systemu ochrony zdrowia obywateli, w wyniku czego prawdopodobnie zdobyli dane ponad połowy obywateli. Włamanie może mieć poważne konsekwencje. Dane medyczne są warte o wiele więcej, niż finansowe, o które zwykle martwimy się najbardziej.

Atak przeprowadziła nieznana grupa cyberprzestępców. Celem były systemy regionalnego centrum opieki zdrowotnej, obsługującego południe i wschód kraju, w tym Oslo. O ataku poinformował HelseCERT, a dziś władze potwierdziły, że istotnie do takiego ataku doszło. Warto zaznaczyć, że według informacji dostarczonych przez norweski CERT, za atakiem stoją profesjonaliści, mający ogromne możliwości i wyposażeni w zaawansowane narzędzia. Może to oznaczać, że mają szeroko zakrojony plan wykorzystania danych lub działają na zlecenie potężnego podmiotu.

Na razie nie ma potwierdzenia, że istotnie przestępcy uzyskali dostęp do danych obywateli i nic na to nie wskazuje. Wciąż trwają prace nad oceną skali ataku. Pesymistyczny scenariusz zakłada jednak, że udało się wykraść historię medyczną nawet 2,9 miliona osób – ponad połowy z 5,2 miliona mieszkańców Norwegii. Podmiot odpowiedzialny za opiekę zdrowotną w Norwegii zapewnił, że zostały już podjęte działania, mające zminimalizować konsekwencje włamania.

W zasadzie dowolny podmiot przechowujący dane może paść ofiarą ataku, czy to ze strony przestępców liczących na korzyści materialne, czy rządów chcących destabilizacji w innych krajach. Dane medyczne są istotne dla obu typów atakujących. W Norwegii opieka medyczna jest stawiana na równi z krytyczną infrastrukturą, dostarczającą energię elektryczną, wodę czy zapewniającą możliwość przemieszczania się.

Na czarnym rynku dane medyczne są warte więcej, niż dane bankowe. W przeciwieństwie do numerów kart kredytowych, historia medyczna nigdy się nie „przeterminuje”. Umiejętnie wykorzystana stanowi doskonałą pożywkę dla specjalistów od kradzieży tożsamości i wyłudzeń. Z takimi informacjami można udać się do ubezpieczyciela i ubiegać się o odszkodowanie, a korzystając z danych osobowych i historii zatrudnienia, można też przechwycić zwroty z podatków obywateli Norwegii.
 

pawel-l

Ⓐ hultaj
1 837
6 560
Berni Sanders ostatnio się pytał na Twitterze jak wygląda system powszechnych ubezpieczeń medycznych. O właśnie tak:

Zabiegi pielęgnacyjne”? Ani pani K., ani żadna z jej współtowarzyszek z sali nie była ani razu umyta przez pielęgniarkę czy kogokolwiek innego z personelu.

Ani razu przez dwa tygodnie.

Najwyraźniej panuje niepisana zasada, że należy to do rodziny. Zresztą przy przyjmowaniu pacjenta do szpitala pielęgniarki informują, że krewni mają kupić: pampersy, podkładki na łóżko, chusteczki do mycia i wodę. Generalnie – troska o leżącego pacjenta, czyli mycie, karmienie, opróżnianie basenu, to codzienny obowiązek rodziny.

A co z tymi, którzy są samotni? Których rodzina nie da rady wpadać do szpitala, bo pracuje albo mieszka daleko? Chorują niemyci?
Zapach nie kłamie: takich ludzi musi być na tym oddziale wielu.

Pościel we krwi? Nie ma co wymieniać, pobrudzi się znowu. Pani K. leżała kilkanaście godzin w zakrwawionej pościeli – przez całą noc. Pielęgniarki rano przewróciły kołdrę tak, by plamy krwi były od spodu, niewidoczne. Dopiero na wyraźne żądanie zmieniły pościel na czystą.

Cewnik do wymiany? Po co? Obowiązuje tu zasada, że cewnik wyjmuje się, dopiero gdy pacjent wychodzi ze szpitala. Niemożliwe? Ależ tak – panią T. poinformowała o tym pielęgniarka poproszona o wymianę. Pani T. leżała z niewymienionym cewnikiem 19 dni.

Efekt? Bolesne zapalenie dróg moczowych.

Zawracanie głowy
Nad każdym łóżkiem wisi karta, a na niej – imię i nazwisko. Ale pielęgniarki i rehabilitantki czasami zwracają się do pacjentów per ty. Bez imienia.

Jedzenie szykowane na miejscu. Śniadania i kolacje skromne, dwie-trzy kromki chleba, wędlina (najtańsza szynka mielona) lub plastry żółtego sera. Żadnych owoców czy warzyw. Zupy dobre, drugie dania smaczne, z warzyw szpinak, buraczki i marchewka na zmianę. Kompot.

Chorzy, którzy sami nie są w stanie się poruszać, mogą dostać herbatę, zupę czy kompot w zamykanych kubkach z dzióbkiem. Bardzo praktyczne, gdy można jeść tylko w pozycji leżącej.
Ale są pacjenci, którzy nawet takiego kubka nie utrzymają w ręku. Oni nie jedzą – ani panie rozwożące obiady, ani pielęgniarki nie mają czasu ich nakarmić.

Pani L. (leży połamana, spadła z konia) na podłogę upadł długopis. Poprosiła salową – akurat wieszała nowe worki na mocz – by jej podała. Usłyszała: – Nie mam tego w obowiązkach.

Długopis został pod łóżkiem.

– Czy może mi pani przelać wodę z większej butelki do mniejszej? Tak łatwiej pić – zapytała salową pani K. – Nie mam czasu – padła odpowiedź.

Wody nie przelała.

Materac antyodleżynowy jest jeden. Zepsuty. Materace pod pośladki – cztery na 47 łóżek. O tym, że pani K. może mieć kłopot z odleżynami, poinformowały mnie zaniepokojone sąsiadki z łóżek obok. Pielęgniarka ani słowem o tym nie wspomniała. A gdy zapytałam, była oburzona, że ma się tłumaczyć.

Tak samo, gdy zapytałam, dlaczego w weekend nie wymienia się opatrunków na ranie pooperacyjnej.

Gdy pewnego dnia pani S., która leżała na łóżku obok mojej krewnej, nagle zaczęła się skręcać z bólu, poprosiła, żebym zawołała na pomoc pielęgniarkę. Poszłam po nią do dyżurki. Wpadła do sali. – Co się stało?! – krzyknęła.

Wystraszona pani S., zamiast opowiedzieć, co ją boli, przeprosiła. Dostała lek przeciwbólowy.

W sali pani K. na cztery pacjentki dwie mają aparaty słuchowe. Pielęgniarki i lekarze zamiast zgodnie z zasadami mówić do nich powoli, wyraźnie i niskim głosem, podnoszą głos. Efekt? Osoba niedosłysząca rozumie jeszcze mniej

Dzień dobry?
Na tym oddziale rzadko pada „dzień dobry”. Wszyscy zabiegani, ale i skrzywieni, zniecierpliwieni, niezadowoleni.

Na kilkanaście pielęgniarek spotykam jedną, która się uśmiecha. Nawet czasem zażartuje.

Komentarz
Dziś chory na takim oddziale, na którym spędziłam z krewną dwa tygodnie, czuje się jak w „Procesie” Kafki – wszyscy mają do niego pretensje, czegoś się domagają, więc zaczyna czuć się winny i bezradny. A ponieważ nie ma przecież powodu, by go o cokolwiek oskarżać, nie rozumie tej całej absurdalnej sytuacji.

Sfrustrowany, niedoinformowany, w brudnej pościeli, z niewymienionym cewnikiem, zamiast zdrowieć, ma się coraz gorzej.

To oczywiście zły system, w którym nie ma na nic pieniędzy. Generuje stres i zmęczenie. Ale czy i zwykłą arogancję, i brak kultury między ludźmi?

Nie trzeba wielkich pieniędzy, żeby nie krzyczeć na niedosłyszących, mówić do chorej „pani Aniu” zamiast ty, podać długopis, przelać wodę, wymienić cewnik. Drobne gesty mogą mieć ogromne skutki.
Ale lekarze ani pielęgniarki nie przechodzą przez szkolenia „obsługi” chorych, niedołężnych. A np. w USA studenci medycyny mają zajęcia, podczas których wkładają okulary pomazane wazeliną, wtyczki do uszu, groch do butów, ich ręce są unieruchamiane. Tak uczą się empatii.

Gdy na szpitalnym oddziale króluje bylejakość, brak kultury i współczucia, gdy nie ma dobrego gospodarza, szpital staje się wrogiem chorego. Bo sam szpital jest chory. Fizycznie i psychicznie.

Gorąco popieram protest lekarzy rezydentów. Ale wszyscy, również lekarze i pielęgniarki, powinni pamiętać, że walczą nie tylko o większe pieniądze na służbę zdrowia, ale także o podniesienie jakości szpitalnej opieki.

O to, żeby pacjent miał prawo wiedzieć, dlaczego podłączono mu kroplówkę, jak wezwać pielęgniarkę, jak nazywa się jego lekarz prowadzący. Chodzi o prawo do szacunku i godności.

Pacjent to chory, bezbronny, bezradny i potrzebujący pomocy człowiek. W naszym systemie pacjent nie jest partnerem dla lekarza, pielęgniarki, salowej, NFZ czy Ministerstwa Zdrowia. W efekcie taki pacjent przegrywa z nimi wszystkimi.
http://wyborcza.pl/magazyn/7,124059,22949037,bogowie-sa-zmeczeni-czyli-moje-dwa-tygodnie-w-szpitalu.html#Z_BoxGWImg
 

Doman

Well-Known Member
1 221
3 875
Mojej mamie pielęgniara po operacji brzusznej chciała zmieniać opatrunek w tych samych rękawiczkach w których sprzątała łóżko innej pacjentce. Dopiero na wyraźne żądanie mamy zmieniła rękawiczki z miną typu "no dobra, no dobra....". Brudasy pieprzone w tych państwowych szpitalach.
A te torebki na buty...Jeszcze do nich zmuszają? przypomina mi to czasy szkolne (późny PRL) gdzie woźna i cały aparat represji ganiali za niezmienione obuwie, a na podłodze i tak zalegały tony kurzu. Jako dziecko myślałem, że to przez nas, że czasem w butach łazimy :). Dopiero po latach zrozumiałem, że to po prostu była olewka sprzątaczki, że w firmach i instytucjach ludzie chodzą w butach a mimo to jest czysto. W prywatnych szpitalach też po prostu stawiają na sprzątanie zamiast na ochraniacze na buty.

Cyberprzestępcy złamali zabezpieczenia norweskiego systemu ochrony zdrowia obywateli, w wyniku czego prawdopodobnie zdobyli dane ponad połowy obywateli. Włamanie może mieć poważne konsekwencje. Dane medyczne są warte o wiele więcej, niż finansowe, o które zwykle martwimy się najbardziej.
No to proszę posłuchać bełkotu Radziwiłła odpowiadającego na pytanie jakie "organizacje i instytucje" mogą obracać danymi medycznymi obywateli III RP.

 
Do góry Bottom