Polska Służba Zdrowia taka piękna

FatBantha

sprzedawca niszowych etosów
Członek Załogi
7 660
21 051
Ruda Śląska: Lekarze odesłali chorą pacjentkę do domu. Trzy dni później amputowano jej nogę
Wczoraj, 13 kwietnia (13:54)
Lekarze pracujący na izbie przyjęć w śląskim szpitalu odmówili hospitalizowania kobiety, która skarżyła się na ból uda i stopy. Trzy dni później 47-latce amputowano nogę.

O sprawie jako pierwsza napisała "Gazeta Wyborcza".

Mieszkająca w Rudzie Śląskiej kobieta, która pracowała w firmie logistycznej, podczas nocnej zmiany zaczęła uskarżać się na ból uda i stopy. Następnego dnia pojechała do Szpitala Miejskiego. Na izbie przyjęć zaznaczyła, że leczy się na rozległe zapalenie stawów oraz cierpi na cukrzycę.

Po zleceniu badań krwi, moczu oraz prześwietleniu stopy, lekarze uznali, że 47-latka nie będzie hospitalizowana.

W sobotę pani Iwona z receptą na antybiotyk oraz leki przeciwzakrzepowe wróciła do domu, gdzie jej stan się pogorszył.

Siostra chorej zamówiła wizytę domową, podczas której kobiety dowiedziały się, że personel szpitala powinien od razu rozpocząć leczenie 47-latki. Pani Iwona wróciła do tej samej placówki.

W szpitalu noga pani Iwony została amputowana. Lekarze stwierdzili postępującą sepsę oraz zakrzepicę żylną z ropowicą.

Po operacji 47-latka zapadła w śpiączkę. Wykryto u niej również niewydolność nerek.

Bliscy chorej złożyli do prokuratury zawiadomienie podejrzeniu popełnienia przestępstwa przez lekarzy.

"W związku z pojawiającymi się doniesieniami medialnymi Zarząd Szpitala Miejskiego w Rudzie Śląskiej podjął czynności wyjaśniające w celu określenia poprawności oceny stanu klinicznego pacjentki w dniu 6 kwietnia 2019 roku podczas jej pobytu w Izbie Przyjęć naszego Szpitala w Goduli przy ulicy Wincentego Lipa 2. Zapewniamy, że dołożymy wszelkich starań celem wyjaśnienia wszystkich okoliczności tej sprawy" - tak do sprawy odniósł się szpital w Rudzie Śląskiej. Oświadczenie opublikował portal Onet.
 
D

Deleted member 6431

Guest
Nie lubię życia szpitalnego.
Nie znoszę, jak się mnie budzi o świcie.
Nie cierpię tego zapachu.
Brzydzi mnie wspólna łazienka.
Od jedzenia mam odruch wymiotny.
Oraz nie lubię, kiedy nieznajome osoby traktują mnie familiarnie!
– Nie wstawaj, niunia – mówią pielęgniarki. Dlaczego w szpitalu nie ma obowiązku mówienia do pacjentek „proszę pani”?!
Monika Szwaja

==
Te pielegniarki zachowują się jak moja nowa sąsiadka emerytka się wprowadziła i miesiąc nawet nie minął jak sąsiadom wali każdemu na TY a nikt ją o to nie prosił ludzie zdziwieni że tak babsko się zachowuje jakby wszystkich od lat znała jakaś prostaczka z niej.
 

pawel-l

Ⓐ hultaj
1 854
6 948
Według najnowszych dostępnych danych Eurostatu (czyli za 2016 rok), w ciągu roku umiera w naszym kraju 115 tys. osób w wieku poniżej 75 lat, które mogłyby żyć, gdyby profilaktyka zdrowotna i służba zdrowia działały optymalnie. To 64,3 proc. wszystkich zgonów osób poniżej 75. roku życia.

Z tej liczby 73 tysiące umierają ze względu na złą profilaktykę, a 42 tysiące przez złe leczenie. To nawet więcej, niż podają lekarze rezydenci (30 tysięcy).

Te liczby szokują, ale tylko jeśli nie ma się skali porównawczej. Według danych Eurostatu jeśli chodzi o jakość służby zdrowia, zajmujemy 19. miejsce w Europie. Ale różnice do kilku wyprzedzających nas krajów są minimalne.

Przez brak dobrego leczenia umarło w Polsce wspomniane już 42 tys. osób, czyli 23,5 proc. ludzi przed 75. rokiem życia. To mniej, niż wynosi średnia dla Unii Europejskiej (24,7 proc.). Prawie na tym samym poziomie są Austria i Niemcy, a gorzej niż u nas jest na przykład w Szwecji (23,7 proc.). W tej kategorii najlepsza jest Francja, a najgorsza Turcja.

Dane z innych krajów pokazują, że to jednak nie tylko pieniądze decydują o jakości leczenia. W dużo bogatszych od nas krajach system wcale działa nie lepiej.

https://www.money.pl/gospodarka/pol...-w-innych-krajach-unii-6426233771673729a.html
---
A skoro w innych krajach jest tak samo źle to spoko. Nie ma co zmieniać.
 

FatBantha

sprzedawca niszowych etosów
Członek Załogi
7 660
21 051
Nie badać seniorów, żeby nie wykryć im chorób. Kuriozalna opinia rządowej agencji
Polska
Dzisiaj, 25 września (13:59)

Nie będzie bilansu seniora w Warszawie. Program badań profilaktycznych dla osób w wieku 70 i 80 lat nie uzyskał akceptacji Ministerstwa Zdrowia i podległej resortowi Agencji Oceny Technologii Medycznych i Taryfikacji. Powód: przez program mogą zwiększyć się kolejki do lekarzy. Swoją opinię rządowa Agencja tłumaczy w sposób kuriozalny.

Agencja zarzuca stołecznemu programowi zły dobór populacji docelowej: to seniorzy w wieku 70 i 80 lat.

W opinii czytamy, że do grupy, która miałaby zostać w ramach programu przebadana, włączono również populację bezobjawową, a to może - według Agencji - skutkować wręcz "nadwykrywalnością poszczególnych jednostek chorobowych".

Oznacza to ni mniej, nie więcej: im więcej osób zostanie przebadanych - tym więcej chorób może zostać wykrytych.

A to - zdaniem Agencji i resortu zdrowia - może przyczyniać się do "pogłębienia trudności w dostępie do świadczeń NFZ" przez zwiększenie kolejek do specjalistów.


Dokument /Mariusz PIekarski
W rozmowie z dziennikarzem RMF FM Mariuszem Piekarskim prezydent Warszawy Rafał Trzaskowski podkreśla, że "kompletnie nie rozumie" tłumaczeń Agencji i resortu.

"Będziemy na pewno protestować. Mam nadzieję, że rząd pójdzie po rozum do głowy i da nam jednak certyfikację na ten program" - mówi.

Zaznacza również, że nie chodzi o przekazanie przez rząd środków finansowych.

"Pieniądze są nasze, my pieniądze na to przewidzieliśmy. Tylko rząd się boi, że jeżeli się ludzie przebadają, to później będą chodzić do lekarza, co jest absurdalne, bo chodzi właśnie o to, żeby doprowadzić do sytuacji, w której profilaktyka będzie mogła być szybciej wykonana. Wszyscy specjaliści wiedzą, że to pomaga, jeżeli chodzi o obciążenie systemu zdrowia, bo to pomaga w szybkim wykrywaniu chorób i w rzetelnym podejściu do zdrowia. Rząd ma tutaj bardzo dziwne stanowisko, którego ja nie rozumiem" - komentuje Rafał Trzaskowski.

Mariusz Piekarski
 

Staszek Alcatraz

Tak jak Pan Janusz powiedział
2 713
7 755
Warszawa. Pacjent z tętniakiem zmarł w Szpitalu Czerniakowskim. "Spędził na SOR-ze 18 godzin bez sensu"

Prokuratura wszczęła śledztwo ws. pacjenta, który zmarł w Szpitalu Czerniakowskim. Według rodziny zmarłego, lekarze nie zajęli się odpowiednio 71-letnim mężczyzną. Z kolei władze szpitala nie dostrzegają błędów w pracy lekarzy.


Wszystko zaczęło się we wtorek 21 stycznia około godziny 3. Jak informuje tvnwarszawa.pl, 71-letni pan Jacek pojawił się na SOR Szpitala Czerniakowskiego przy ulicy Stępińskiej. Mężczyzna uskarżał się na na ból wokół osi ciała na poziomie brzucha i kręgosłupa lędźwiowego.

- Teść spędził na szpitalnym oddziale ratunkowym 18 godzin bez sensu - przyznaje w rozmowie z portalem pan Krzysztof, który czuwał nad mężczyzną od 8 rano do końca. Według niego, teść miał podawane "z wielką pretensją" leki przeciwbólowe. Źródła bólu doszukiwano się w kolce nerkowej.

Pierwsze badanie od czasu przybycia do szpitala zostało wykonane o 13:30. Miało z niego wynikać, że powstał około 10-centymetrowy tętniak na aorcie brzusznej i zalecono "pilną konsultację z chirurgiem naczyniowym".

- Poinformowano nas, że w tej placówce nie ma chirurga naczyniowego i trzeba będzie go przewieźć do innego szpitala z tą specjalizacją. Jacek zgodził się. Mimo to nie został przewieziony. Pani chirurg, która nas przejęła po interniście, powiedziała, że trzeba wykonać tomografię z kontrastem. Badanie było wykonane około godziny 14.30. Co ciekawe, powiedziano nam, że na opis będziemy czekać kilka godzin, bo nie ma lekarza radiologa, który opisuje badania - opowiada pan Krzysztof.

Dodał, że około godziny 20 pojawił się wynik tomografii, a pacjent został zabrany na salę obserwacyjną. Chwilę później stan pana Jacka pogorszył się i mężczyzna trafi na OIOM w Szpitalu Czerniakowskim. - Po około godzinie lekarz zmianowy z SOR i pani chirurg poinformowali mnie o zgonie Jacka – mówi pan Krzysztof w rozmowie z tvnwarszawa.pl.
Warszawa. Ruszyło śledztwo ws. śmierci pacjenta

Po śmierci mężczyzny Prokuratura Okręgowa w Warszawie wszczęła śledztwo "w sprawie narażenia pacjenta na bezpośrednie niebezpieczeństwo utraty życia albo ciężkiego uszczerbku na zdrowiu przez lekarzy ze Szpitala Czerniakowskiego poprzez niewdrożenie odpowiedniego leczenia i nieumyślnego spowodowania śmierci pacjenta".

Obecnie śledczy gromadzą materiał dowodowy. Sekcja zwłok wykazała na pęknięcie tętniaka aorty brzusznej.

Z kolei władze Szpitala Czernikowskiego odcinają się od zarzutów.

"Wdrażane procedury lecznicze i diagnostyczne w czasie całego pobytu pacjenta w Szpitalnym Oddziale Ratunkowym w ocenie Szpitala Czerniakowskiego nie nosiły znamion błędu lub niewłaściwego postępowania leczniczego, a zastosowana sekwencja działań medycznych była prawidłowa. Rzeczywista i pełna przyczyna zgonu będzie mogła być określona dopiero w wyniku sekcji zwłok, która w przedmiotowym przypadku zostanie przeprowadzona w Zakładzie Medycyny Sądowej" - poinformował tvnwarszawa.pl Marcin Wiśniewski, rzecznik prasowy Szpitala Czerniakowskiego.
 

Staszek Alcatraz

Tak jak Pan Janusz powiedział
2 713
7 755
To jest "republikański" think-tank Klub Jagielloński.

Libura: Podczas transformacji zapomniano, że zdrowie jest też zasobem społecznym

„Zdrowie powinno być traktowane jako zasób wspólny, a nie jedynie jako zasób indywidualny. Jeśli spojrzeć na rozumienie tego, czym jest zdrowie, zobaczymy ciągłą ewolucję. Przykładem są tutaj nauki ekonomiczne, w których po przerwie wywołanej falą komercjalizacji systemów ochrony zdrowia w latach 70. zaczęto wracać do rozumienia zdrowia jako istotnego zasobu społecznego. Jak ważne jest takie podejście do zdrowia, widzimy to obecnie na przykładzie skutków działań ruchów antyszczepionkowych. Okazuje się, że jeśli odpuścimy sobie pewne wymogi wobec jednostek, wówczas powoduje to zaprzepaszczenie dotychczasowych osiągnięć w dziedzinie zdrowia publicznego i powrót chorób, o których sądziliśmy, że nie występują w naszej części świata. W takich sytuacjach koszty zachowania jednostek ponosi potem społeczeństwo” – przekonywała Libura.
Newsletter

„Patrzenie na zdrowie jako na zasób społeczny było jedną z tych rzeczy, którą zgubiono w trakcie transformacji ustrojowej. Uznano nie tylko, że zdrowie jest zasobem indywidualnym, lecz przyjęto także założenie, że w trosce o ten zasób jednostki będą zachowywać się w każdym wypadku zupełności racjonalnie. W szczególności to ostatnie założenie było zbyt optymistyczne. Co więcej, tworząc system opieki zdrowotnej po roku 1990 pominięto szereg istotnych teorii, które opisywały zawodność rynku w kontekście zdrowia publicznego. Przykładem takiej teorii może być stanowisko wyrażone przez Kennetha Arrowa w artykule 1963 roku. Zwrócił on uwagę między innymi na to, że nie jesteśmy w stanie przewidzieć, kiedy będziemy potrzebowali świadczenia zdrowotnego. Wiemy, kiedy musimy zjeść chleb i kiedy go kupić, dlatego w tym kontekście rynek działa dobrze. Nie wiemy jednak, kiedy będziemy potrzebowali operacji serca, ani czy zachorujemy na rzadki nowotwór, nie wspominając o bardzo rzadkich schorzeniach. Jeśliby zapadli na jedno z nich, wówczas koszt naszego leczenia może wynieść nawet milion złotych rocznie” – uważa Libura.

„System opieki zdrowotnej w czasach PRL działał źle. Był skrajnie niedofinansowany, miał przestarzałą infrastrukturę, miał wysoce rozwinięty system tzw. „płatności nieformalnych”. Pośród tych wszystkich wad miał jednak jedną ciekawą cechę, którą zmieniono od razu po 1989 roku, choć być może warto było ją zachować. Otóż, był to system zoptymalizowany pod kątem niskich wydatków. To znaczy, że z uwagi na małe nakłady finansowe lekarz pierwszego kontaktu był powiązany z grupą specjalistów w zakładzie zdrowia, z kolei szpital trzymał nad wszystkim pieczę, a cały system był zorganizowany terytorialnie. To jest model, które obecnie próbuje się wdrażać w wielu krajach, czego przykładem jest Norwegia” – mówiła Libura.

„Grzechem pierworodnym współczesnego systemu opieki zdrowotnej w Polsce było wprowadzenie elementów konkurencji do silnie regulowanego przez państwo modelu. Jego twórcy zdawali sobie sprawę, że taki krok będzie się wiązał z dodatkowymi kosztami. Pośród nich na plan pierwszy wybijają się przede wszystkim koszty administracyjne. Polski NFZ jest pod tym względem bardzo tani, ponieważ koszty administracyjne to niewielki procent budże. Tymczasem w systemie amerykańskim sięgają one 25%. Rzecz jasna, można wprowadzać konkurencyjność jako bodziec projakościowy, jednak trzeba wtedy przyjąć, że cały system będzie kosztował więcej. Pierwotnie zatem zakładano wprowadzenie odpowiednio wysokiej składki zdrowotnej, jednak ostatecznie obniżono ją w imię zmniejszania kosztów pracy. Dodatkowo stworzono całe grupy, które mają obniżoną składkę, jak chociażby płatnicy KRUSu. Co więcej, dano pole do unikania płacenia składek za pomocą lawirowania między różnymi formami prawnymi zatrudnienia. Tym samym nie dość, że składka zdrowotna była ustawiona na niskim poziomie, to w dodatku istniały całe grupy społeczne, które płaciły ją jeszcze mniejszą lub nie płaciły wcale. Rezultatem tego było unieważnienie całego projektu systemu opieki zdrowotnej już w momencie jego powstania.” – przekonywała Libura.
 

FatBantha

sprzedawca niszowych etosów
Członek Załogi
7 660
21 051
Dzisiaj, 17 kwietnia (12:29)
Aktualizacja: 1 godz. 58 minut temu
Jedyna pielęgniarka, która zajmowała się pacjentami w Domu Pomocy Społecznej w Kaliszu opuściła ośrodek, ze względu na skrajne wyczerpanie. Na miejscu zostali już tylko opiekunowie, którzy formalnie nie mogą np. podawać leków. Pracownicy DPS-u odbyli wczoraj pełną emocji wideokonferencję z prezydentem Kalisza Krystianem Kinastowskim.
Prezydent Kalisza obiecał pracownikom wsparcie, ale przyznał wprost, że nie ma chętnych do pomocy w ośrodku.
Jak zaznaczają rozmówcy RMF FM, Krystian Kinastowski do tej pory nie zdawał sobie sprawy z dramatu, jaki od tygodnia rozgrywa się za bramą DPS-u. Dziś rano przyjechał jednak przed ośrodek, spotkał się z dziennikarzami i przyznał wprost, że nie wiadomo kto z przebywających w środku jest zdrowy, a kto może być nosicielem Covid-19.
Wspomniał też, że prosił m.in. szpital w Kaliszu o przyjęcie części pensjonariuszy w ciężkim stanie, ale spotkał się z odmową.
Personel wsparło dziś pięć sióstr zakonnych, ale do środka obawiają się wejść medycy, m.in. dlatego, że w budynku nie ma nawet prowizorycznej śluzy do dezynfekcji, dla osób, które pracują z zakażonymi pacjentami.
Po 10 dniach nareszcie ktoś nas słucha i pyta o nasze potrzeby - relacjonują w rozmowie z naszym reporterem pracownice DPS w Kaliszu.
Same pracownice mówią, że pracują 24 godziny na dobę. Śpimy po godzinie, po dwie, po trzy - mówią. Zaznaczają, że największym problemem jest w tej chwili to, że nie ma kto ich wymienić.
Prezydent miasta nam wczoraj powiedział, że najlepiej jak będą nas wywozić karetkami, to wtedy wyjdziemy stąd. Tak nie można do nas mówić, bo my chcemy pracować - mówi jedna z nich.
Pierwsze objawy koronawirusa u mieszkańców kaliskiego DPS-u pojawiły się 4 kwietnia. Wcześniej wystąpiły u jednej z pracownic administracji ośrodka, u której kilka dni później potwierdzono jego obecność. Na miejscu nie wdrożono jednak żadnych procedur, które mogłyby zapobiec rozprzestrzenianiu się choroby. Jak informują nas pracownicy - dyrekcja placówki starała się zataić pierwszy potwierdzony przypadek.
Na razie Covid-19 potwierdzono u około 50 osób z kaliskiego DPS-u, z czego 19 osób to pracownicy, którzy trafili na izolację domową. Jest wśród nich kierownictwo placówki. Kolejne osoby czekają jeszcze na wyniki.Według danych dyrekcji Domu Pomocy Społecznej w Kaliszu od 9 do 17 kwietnia zmarło 7 pensjonariuszy.

Gdy przyszło co do czego, świeccy specjaliści wydygali a na placu boju zostały z własnej woli tylko zakonnice. Ot, taka scenka rodzajowa o wyższości wiary w nieśmiertelność duszy nad bezbożnością.

Personel wsparło w piątek pięć sióstr zakonnych, ale do środka obawiają się wejść medycy, m.in. dlatego, że w budynku nie ma nawet prowizorycznej śluzy do dezynfekcji, dla osób, które pracują z zakażonymi pacjentami.
 

czandra

Well-Known Member
603
1 158
Dzwonię do przychodni i pytam o okulistę. Paniusia mówi : okuliści nie przyjmują. Odwołani na czas nieokreślony. Mówię paniusi, że mam piasek w oczach, błyski i czasem swędzenie. Mrugam jak wariat. Jak ku*wa żyć? Ona odpowiada, że chyba zespół suchego oka mam. Pierwszy raz o takiej przypadłości słyszę. Pytam : kto mi to suche oko wyleczy ? Myśli, myśli i mówi : proszę jechać na izbę przyjęć kliniki okulistycznej. Jadę.

Jest godzina 14-ta, jestem siódmy w kolejce, bez skierowania. Siódmy : myślę jest dobrze. Pisze na drzwiach, że w pierwszej kolejności wchodzą ze skierowaniem. A jeszcze przyszedł młody tatuś z małym dzieckiem. Wchodzi bez kolejki.To teraz ósmy jestem. Wychodzi kobieta w białym stroju z gabinetu a gość z kolejki krzyczy, że czeka od dziewiątej rano! Jest po 14 tej. Pytam go co on tak długo robi. Ano panie mówi, od rana jeden lekarz przyjmuje i co chwilę ktoś uprzywilejowany bez kolejki wchodzi. A niektórzy wejdą i aż 40 minut tam siedzą! Następny się odzywa, że od 11 tej czeka. Jeden gabinet, jeden lekarz a przed pandemią zawsze sześc gabinetów było otwartych i w każdym przyjmował okulista. Wiadomo : klinika. To ja się pytam gdzie są ci lekarze teraz?Może maja opiekę na dzieci, szkoły zamknięte. Może oddelegowani na służbę do zakaźnego ? Tak sobie rozmawialiśmy czekając na zaproszenie do gabinetu.

Wszedł cierpliwy gościu co siedział od dziewiątej rano. Doczekał się. Zakropili go i musi czekać dalej, na badanie.Jest kilka minut po 16 tej.

Żona dzwoni do mnie: kiedy wracasz? Powiedziałem, że chyba kolację będzie musiała sama sobie zrobić, zawsze ja przygotowuję.

Wychodzi z gabinetu paniusia w niebieskim stroju i mówi: kończę za chwilę pracę i proszę żeby zostały dwie osoby ze skierowaniem, pozostali proszę pod gabinet 17, za pół godziny przyjdzie lekarz dyżurny i będzie przyjmował. Lekarz z pokoju 17 przyszedł za godzinę z minutami.Wyszedł z gabinetu, powiedział gdzie leżą ankiety do wypełnienia i wrócił do gabinetu.Wszyscy rzucili się na jeden długopis.
Pan doktor w tym czasie wyszedł z gabinetu i wsiadł do windy.Wrócił za około pół godziny : może pilnie był potrzebny na oddziale? Wrócił i mówi do nas : proszę pierwszą osobę z kolejki. No wreszcie!Ruszyło się!
Do domu wróciłem po 20 tej. Tylko sześć godzin. Nie jest źle. Pierwszy raz czekała na mnie przygotowana przez żonę kolacja.
A jednak : moje gałki nie są nawilżone, tak jak powinny. Żel i krople. Ale słyszałem w kolejce, że wielu ma takie dolegliwości. Może ogłoszą epidemię suchego oka?
 

pawel-l

Ⓐ hultaj
1 854
6 948
Miałem zaczerwienione oko więc uruchomiłem chat w Luxmedzie, po kilku minutach zgłosiła się lekarka, poprosiła o zdjęcie oka. Zrobiłem selfi, wysłałem, za chwilę dostałem receptę na telefon. Bez wstania od biurka po kwadransie miałem problem z głowy. Inny świat.
 

wah

Well-Known Member
1 547
6 543
ez wstania od biurka po kwadransie miałem problem z głowy. Inny świat.
Porady lekarskie i e-recepty bez wychodzenia z domu - fajna sprawa. Wygodne rozwiązanie. Są jednak sytuacje gdzie konieczna jest wizyta w gabinecie. Ale może trzeba czekać aż się pogorszy i dzwonić pod 112? Oby nie było za późno!
 

FatBantha

sprzedawca niszowych etosów
Członek Załogi
7 660
21 051
W zasadzie to irytują mnie te wszystkie matriksowe teorie spiskowe kwestionujące realność epidemii. Oddalają tylko uwagę od "jakości" służby zdrowia, która częstokroć się spektakularnie kompromituje, gdy wreszcie przychodzi wyłożyć karty na stół w czasie próby.

"Dyrektor szpitala nie zarządza towarem, a ludzkim życiem". Dlaczego szpitale przegrywają z koronawirusem

Specjalista z zakresu systemu ochrony zdrowia Sławomir Jagieła* wyjaśnia, dlaczego w trakcie epidemii koronawirusa wiele szpitali pogrążyło się w chaosie. Dyrektorzy dobierani z politycznych lub lokalnych układów, traktowanie szpitali jak miejsc do upychania swoich ludzi przez miejscowe władze, brak poszanowania dla procedur, zarażone osoby pracujące w kilku szpitalach naraz – to kilka spośród wielu przyczyn, jakie wymienia.

  • Decydujący w porażce wielu szpitali z wirusem jest czynnik ludzki, czyli słabi dyrektorzy, brak procedur bezpieczeństwa, wieloletnie zaniedbania w zakresie epidemiologii i przygotowania na sytuacje kryzysowe – mówi ekspert
    • Wobec dyrekcji wielu szpitali należy wyciągać konsekwencje kadrowe, być może dyscyplinarne
    • W powiatach szpitale są miejscem do upychania swoich, zwykle niekompetentnych ludzi
    • Przenoszące wirusa pielęgniarki czy ratownicy są skazani na pracę w kilku placówkach. Zarabiają około 2 tys. zł, podczas gdy ordynator oddziału może zarabiać 25 tys. zł
    • Wielu dyrektorów nie chce zamykać oddziałów w sytuacji zakażenia wirusem. Wynika to z krótkowzrocznej chęci "wypełnienia kontraktu", a czasem po prostu z głupoty i braku wiedzy
    • Chęć "realizacji kontraktu" za cenę zdrowia lub życia ludzkiego jest "głęboko nieludzka"
    • Wśród wielu pogrążonych w chaosie szpitali są też ogromne placówki, w których nie zaraziła się ani jedna osoba. Wynika to ze świetnie opracowanych i przestrzeganych procedur

W ciągu ostatnich tygodni wielokrotnie pisaliśmy o szpitalach, które padły ofiarami wielokrotnych zakażeń koronawirusem. W każdym z opisywanych przez nas przypadków przyczyną takiego stanu rzeczy było nieprzestrzeganie procedur i błędne decyzje dyrektorów. W kolejnych artykułach opisywaliśmy sytuację w szpitalach:

W Grójcu:


W Bytomiu:


W Bielsku-Białej i Olsztynie:


W województwie łódzkim:


Z ekspertem z zakresu ochrony zdrowia Sławomirem Jagiełą rozmawiamy o tym, dlaczego w dobie epidemii niektóre szpitale pogrążają się w ciężkim kryzysie, a inne funkcjonują bez choćby jednego zarażonego medyka.
 

FatBantha

sprzedawca niszowych etosów
Członek Załogi
7 660
21 051
Onet: Dlaczego część szpitali świetnie sobie radzi z koronawirusem, a w innych wirus szaleje, zakażając lekarzy, pielęgniarki, pacjentów?
Sławomir Jagieła: To jest związane z wieloma czynnikami, które ogólnie można podzielić na finansowe i ludzkie. Czynnik finansowy to oczywiście wyposażenie szpitali w sprzęt oraz dostęp do środków ochrony osobistej skutecznych wobec tego rodzaju wirusa, czyli rękawiczki, wyższej klasy maseczki, przyłbice, gogle oraz kombinezony ochronne.
To jest najważniejszy czynnik?
Nie, najważniejszy moim zdaniem jest czynnik ludzki. To on jest główną przyczyną chaosu w wielu szpitalach. Mam tu na myśli brak wypracowanych procedur, a nawet jeśli są, to nieprzestrzeganie ich, brak doświadczenia personelu medycznego wynikającego z wieloletnich zaniedbań, a wręcz codziennej pracy w zakresie epidemiologii i przygotowania procedur na sytuacje kryzysowe. W szpitalach działają specjalne zespoły epidemiologiczne i kryzysowe. Jeśli słyszę o kolejnym zakażonym szpitalu, to zadaję sobie pytanie, ile razy w ostatnich latach spotykały się takie zespoły i jakie procedury wypracowały, które miały na celu przygotowania podmiotu leczniczego na epidemię.
Kiedy tego słucham mam automatyczne skojarzenie ze szpitalem w Grójcu, o którym piszemy od kilku tygodni. Tam lekarze przychodzili do pracy już po pobraniu próbek do testów na wirusa. Zarażali kolegów i pacjentów. Kiedy wirus zaczął szaleć po szpitalu, zaczęli wypisywać chorych pacjentów do ich rodzin. Niektórzy umierali w domach, inni w szpitalach, do których przewoziły ich rodziny.
Jeśli te fakty się potwierdzą, to w szpitalu w Grójcu czy też w Radomiu, po przeprowadzonych kontrolach, moim zdaniem powinny zapaść szybkie decyzje kadrowe, być może dyscyplinarne, wobec kadry zarządzającej tymi podmiotami.
W przypadku Grójca śledztwa wszczęły już prokuratury, choć kiedy zapytałem starostę grójeckiego o ewentualne konsekwencje, odpowiedział mi, że to nie czas na wyciąganie konsekwencji. Skąd ta niechęć lokalnej władzy do wyciągania konsekwencji wobec dyrekcji szpitali?
Ta niechęć jest znacznie szerszym problemem, który dotyczy całego kraju. Proszę pamiętać, że szpitale są często głównymi lub jednymi z największych zakładów pracy dla samorządów. To są idealne miejsca do zatrudniania swoich ludzi lub rodzin tych ludzi. A jeżeli taka osoba nie była w stanie znaleźć sobie pracy przez całe lata i dostała ją dopiero po znajomości, to możemy sobie wyobrazić jej zakres kompetencji. I tu wracamy do tego, o czym mówiliśmy chwilę temu – błędów ludzkich wynikających z braku wykształcenie, doświadczenia i całościowego przygotowania zawodowego. Dodatkowo wyboru osób zarządzających dokonali przedstawiciele samorządów.
Pan był prezesem szpitala w Grójcu dziesięć lat temu. Co od tamtej pory się stało?
Trudno mi mówić o szpitalu, z którym czuję się w jakiś sposób związany. Kiedy stamtąd odchodziłem, szpital był 400 tys. zł na plusie. Dziś ma dług około 16 mln zł. Z tego, co wiem, od czasów mojej prezesury nie realizowano tam większych inwestycji. Nie chcę wchodzić w kwestie personalne, ale należy pamiętać, że zarządzenie szpitalem to bardzo skomplikowane zajęcie. Tu potrzeba bardzo dobrze wykształconych, dynamicznych menedżerów z wiedzą interdyscyplinarną i wielowymiarową, dodatkowo opartą o wieloletnie doświadczenie w branży medycznej zdobyte w różnych podmiotach medycznych. Ważna jest też ciągłość pewnych koncepcji zarządzania i ich kontynuowania, tymczasem w Grójcu w jednym tylko roku zmieniło się bodaj pięciu prezesów.
Z rozmowy z obecną panią prezes dowiedziałem się, że nawet siedmiu. To był 2015 r.
Czym więc w tym przypadku była ciągłość zarządzania finansowego, medycznego i przygotowanie szpitala na sytuację kryzysową, kiedy dodatkowo wraz z prezesem często zmieniano medyczny personel zarządzający? Na to pytanie powinna odpowiedzieć specjalnie do tego celu powołana komisja złożona z ekspertów Ministerstwa Zdrowia i Głównego Inspektora Sanitarnego. Przy czym konsekwencje powinny ponosić osoby zarządzające podmiotami medycznymi oraz niektóre osoby ze struktur samorządowych odpowiedzialnych za obszar ochrony zdrowia, dla których są organem tworzącym dla tych podmiotów medycznych.
Zaczęliśmy od szpitala w Grójcu, ale mam wrażenie, że jest on jedynie przykładem problemów trapiących wiele szpitali w Polsce. W tym szpitalu kryzys zaczął się od pielęgniarki, która zaraziła personel nie tylko Grójcu, ale jeszcze w co najmniej trzech innych placówkach. Wiadomo, że praca medyków w kilku placówkach jednocześnie jest powszechną praktyką.
Moim zdaniem praca personelu medycznego w wielu podmiotach leczniczych jest głównym czynnikiem przenoszenia wirusa pomiędzy tymi podmiotami. Nie winiłbym jednak za ten stan rzeczy pielęgniarek i ratowników, ponieważ ten personel pracuje z ogromnym zaangażowaniem. Szef oddziału w szpitalu może zarabiać około 25 tys. zł miesięcznie, więc on nie musi szukać pracy na dwa etaty. Dla pielęgniarki, która zarabia ledwo ponad dwa tysiące, drugi czy trzeci etat to kwestia przeżycia, utrzymania rodziny.
 

FatBantha

sprzedawca niszowych etosów
Członek Załogi
7 660
21 051
A Polska cierpi na niedobór personelu medycznego, więc praca źle opłacanych pielęgniarek, ratowników medycznych czy sanitariuszy na kilku etatach jest raczej normą niż wyjątkiem.
Dlatego było możliwe doprowadzenie przez jedną osobę do zamknięcia oddziałów w kilku szpitalach o luźniejszym podejściu do procedur bezpieczeństwa. Tutaj dodam z całą stanowczością, że mamy bardzo dobrze wykształcony i doświadczony personel medyczny, ale brak procedur i wypracowanych standardów doprowadził do dramatu, który trwa obecnie i będzie trwał jeszcze wiele tygodni z mniejszym lub większym nasileniem.
W ostatnich tygodniach pisaliśmy o kryzysach w kilku szpitalach w różnych miejscach Polski. Jednym z powtarzających się problemów, które dostrzegliśmy, była niechęć dyrekcji szpitali do natychmiastowego zamykania oddziałów ogarniętych wirusem, co oczywiście prowadziło do kolejnych zarażeń. Skąd takie podejście?
Wynika ono z niezdolności dyrektorów do myślenia długoterminowego, szybkiego podejmowania decyzji oraz nieumiejętności zarządzania w kryzysie. Szpitale otrzymują pieniądze za wykonywane przez siebie usługi w ramach realizacji kontraktów. Dlatego wielu dyrektorów godzi się na ryzyko za cenę dodatkowego dnia lub dwóch funkcjonowania tych oddziałów. Czym pan wytłumaczy takie postępowanie osób zarządzających podmiotami? Albo głupotą i brakiem wyobraźni, albo brakiem wiedzy, doświadczenia i umiejętności zarządczych. To bardzo krótkowzroczna strategia, ponieważ w dłuższej perspektywie szpital straci wielokrotnie więcej na odszkodowaniach dla rodzin, które w sądach zdołają wykazać, że ich bliscy stracili zdrowie lub życie z powodu dalszego funkcjonowania zawirusowanego oddziału. Odszkodowania będą wielomilionowe.
W jednym z przypadków, o którym słyszałem, na prośbę zamknięcia oddziału dyrektor szpitala odpowiedziała, że trzeba "zrealizować kontrakt".
To jest głęboko nieludzkie podejście. Dyrektor szpitala ponad wszystko musi pamiętać, że zarządza zdrowiem i życiem ludzi, a nie towarem. Jeśli taki przypadek miał miejsce, to było to świadome narażenie życia i zdrowia pacjentów. Jako wieloletni menedżer zarządzający podmiotami medycznymi i ekspert z zakresu ochrony zdrowia nie znajduje słów, aby to skomentować.
Skąd ten brak empatii?
Często bierze się z braku wiedzy, inteligencji emocjonalnej, doświadczenia pracy na najniższych szczeblach systemu ochrony zdrowia. Zarządzanie podmiotem leczniczym jest jak wspinanie się po drabinie: trzeba być na wielu wysokościach, aby mieć widok na całość otoczenia i wiedzieć, jak funkcjonuje podmiot leczniczy i jego otoczenie, czyli cały system ochrony zdrowia. Osobiście, za jeden z największych swoich atutów jako menedżera i eksperta ochrony zdrowia uważam to, że tę pracę znam od samego dołu, od pracy pielęgniarza.
Niektóre placówki, jak choćby szpital MSWiA w Warszawie, jednak świetnie sobie radzą w czasie epidemii. Dlaczego?
Cieszę się, że przechodzimy do pozytywnych przykładów. To jest szpital, który zatrudnia kilka razy więcej ludzi niż przytoczone przez pana podmioty lecznicze, a mimo to nie stwierdzono przypadków zakażonych pracowników, którzy pracują w tej palcówce. Dlaczego są w tak dobrej sytuacji? Ponieważ po pierwsze, mają świetny sprzęt i dostęp do odpowiednich do wirusa środków ochrony osobistej, ale po drugie, i to moim zdaniem jest ważniejsze, radzą sobie świetnie z wypracowanymi wcześniej procedurami bezpieczeństwa. Szpital jest wzorcowym przykładem zarządzania, ponieważ nawet jeśli podejrzenia zachorowania były, to po przeprowadzonym wywiadzie reagowano błyskawicznie i postępowano według procedur.
Od dowożącego tam pacjentów ratownika medycznego wiem, że zanim w ogóle przekaże pacjenta, najpierw sam jest poddany wywiadowi, dokumentacja medyczna pacjenta jest umieszczana w torebce uniemożliwiającej kontakt papieru z otoczeniem.
Takich pozytywnych przykładów jest więcej. Kiedy zaczęła się epidemia, wiceprzewodniczący Okręgowej Izby Pielęgniarek i Położnych w Słupsku Sebastian Irzykowski, podjął decyzję o zakupie ze środków tej izby kamery termowizyjnej dla miejscowego szpitala. Ta kamera już na wejściu wykrywa osoby z podwyższoną temperaturą. Takie osoby natychmiast się poddaje dodatkowemu badaniu.
Sejm odrzucił propozycję, by pracownicy medyczni obowiązkowo raz w tygodniu przechodzili prewencyjne testy na koronawirusa. Jak pan ocenia tę decyzję?
W przypadku pandemii nigdy nie będzie wystarczającej liczby testów dla personelu medycznego i dla pacjentów, każda ilość będzie niewystarczająca. Jako państwo mamy ograniczone środki finansowe i zapewniam, że środki, które nie zostały wydane na testy, tak czy inaczej zostały wydatkowane na cele do walki z pandemią.
Jak pan przewiduje dalszy rozwój epidemii w kontekście szpitali? Czy w kolejnych tygodniach zaczną uczyć się na własnych błędach, czy wieloletnie zaniedbania w wypracowaniu procedur skazują je na zamykanie całych oddziałów z powodu kolejnych zakażeń?
Moim zdaniem część szpitali wyciągnie wnioski z błędnie podjętych decyzji i uniknie ich już podczas tej pandemii. Ale z pewnością będą szpitale, które będą te błędy popełniały wielokrotnie, czy to z braku odpowiednich środków ochrony osobistej, czy z powodu błędnego zarządzania. Jestem przekonany, że obraz systemu ochrony zdrowia po pandemii będzie odmienny od tego, który znaliśmy przed jej rozpoczęciem. Z pewnością będziemy bogatsi o nowe doświadczenia wynikające z popełnianych błędów, lepiej będziemy dobierać kadrę zarządzająca szpitalami. Zmieni się system świadczenia usług medycznych i zapewniam, że ta zmiana już się rozpoczęła i zapewniam, że będzie zmianą na lepsze dla samego systemu, jak i dla pacjentów.
 

czandra

Well-Known Member
603
1 158
Nie przyjęli go do szpitala, bo bali się koronawirusa. 17-letni Bartek zmarł.

17-letni Bartek zmarł wkrótce po operacji ropnia śródczaszkowego. Na początku podejrzewano jednak koronawirusa.
29 kwietnia mama 17-latka wezwała karetkę pogotowia do swojego syna. Ekipa ratownicza uznała, że chłopak ma koronawirusa. Zawieziono go zatem do szpitala SPOZ w Zgorzelcu, który nie przyjmował pacjentów z COVID-19. Bartek został zaintubowany i czekał w karetce pod szpitalem.

Ostatecznie szpital nie wykonał żadnych badań, a chłopaka odesłano do szpitala w Bolesławcu, w którym zrobiono tomografię. Później odesłano chłopaka do Legnicy, gdzie w końcu, po 10 godzinach, został zoperowany.

1 maja 17-latek zmarł. Rodzina chłopca jest zdruzgotana, ale jak przyznaje, na razie nie złoży zawiadomienia do prokuratury. "Chcą w spokoju przeżyć żałobę"

 

chum

Active Member
49
129
Ostatnia edycja:
Do góry Bottom