Polska Służba Zdrowia taka piękna

T.M.

antyhumanista, anarchista bez flagi
1 295
4 047
Jeszcze niedawno moje doświadczenia ze służbą zdrowia ograniczały się do szczepionek w podstawówce i dwukrotnego składania zapijaczonego ryja, kiedy karetka mnie zabierała z miejsca pojedynku. Aha, jeszcze ta jedna akcja, o niej też wspomnę na początku. Otóż jakiś rok temu po trzech dniach umierania z powodu bólu brzucha i odwodnienia dowlokłem się w nocy na SOR. Nie miałem wtedy tzw. państwowego ubezpieczenia, przez większość "dorosłego" (wg definicji urzędowej) nie miałem i naturalnie wolę leczyć się prywatnie, ale wedy czułem już chłodny oddech śmierci na karku (teraz się z tego śmieję, ale było naprawdę słabo ze mną). No i kombinowałem tak: państwowy lekarz mnie potnie zardzewiałym skalpelem, ale przynajmniej usunie problem, to będę spłacał potem. Nie zastanawiasz się, jak będzie w akapie, po trzech dniach męczarni. Najpierw próbowałem się dostać do jednego szpitala (szpital bielański w Warszawie), zapomnij. Ludzie po jakichś okaleczeniach, z zakrwawionymi bandażami czekają grzecznie godzinami w kolejce. Wyczerpany bezowocną wyprawą próbowałem zamówić karetkę, ale przez telefon mi baba mówi, żebym wziął leki przeciwbólowe i wysłać karetkę to ona może, ale "jako taksówkę" (??). Że też nie wpadłem wtedy na pomysł oblania się wódką i leżenia na chodniku. Godzina 22, próbuję się dostać do kolejnego szpitala (szpital wolski). Kolejka jak skurwesyn, rekordzistka 17 godzin czeka. Chwilę posiedziałem, zapisali, że tam czekam i wyszedłem. Przetrzymałem jakoś noc i na następny dzień do prywaciarza podłego kapitalisty wyzyskiwacza poszedłem, to mnie wyleczył za 140 zł. A ja myślałem, że umieram. W każdym razie nawet bym o tym nie wspominał, gdyby nie to, że niedawno przysłali mi rachunek z tego drugiego szpitala! Za "usługę medyczną" plus koszty upomnienia, 300 parę złotych. Dzwonię do jakiegoś rzecznika praw pacjenta, co to za szopka, czy takie akcje się zdążają często. Na infolinii baba mi zaczyna Elizę Orzeszkową cytować, co mnie nieco zbiło z tropu, bo cytat faktycznie z pamięci wybrała długi i do sytuacji pasował. Żeby nie wyjść na chama, coś tam o Dostojewskim pierdolę i próbuję informację bardziej użyteczną uzyskać. No to ona, że pisz pan odwołanie i zobaczymy. Napisałem, ale odpowiedzi nie odebrałem, bo akurat musiałem z Warszawy wyjechać na trochę i awizo przepadło.

Ja pierdolę, bateria mi pada, dodaję ten strumień świadomości i CDN.
 

T.M.

antyhumanista, anarchista bez flagi
1 295
4 047
Telefon naładowany, po robocie jest, mogę przejść do moich ostatnich doświadczeń ze służbą zdrowia. Heh, tamto miał być wstęp, ale się rozwlekł, bo historia, przyznacie, pojebana.

Do sedna.

Na wiosnę tego roku strasznie źle się czułem. Non-stop kaszel, ucisk w klatce piersiowej. Zrzucałem to na karb fajek, ogólnie słabej formy, niedoleczonego przeziębienia i opalania lufek nad palnikiem gazowym. Kiedy jednak zaczął się nieznośny ból w klacie przy każdej zmianie położenia, święty przy wydechu, a czasem w ogóle problemy z oddychaniem, postanowiłem zasięgnąć porady lekarza. Ten standardowo mnie osłuchał, postraszył, że to coś od paleniai wysłał na RTG klatki piersiowej. Na prześwietleniu wyszły zmiany typowe dla przewlekłej choroby autoimmunologicznej - sarkoidozy (podobne rzeczy często doktor House diagnozował). No to mnie wysłali na obserwację do Instytutu Gruźlicy i Chorób Płuc. No, nie tak od razu mnie przyjęli. Miałem czekać w kolejce, od miesiąca do trzech. Wypadło, że wzięli mnie akurat w czasie ostatniego zjazdu libnetu, na który się wybierałem. Babka przez telefon nie byław stanie określić, ile będą mnie trzymać, ale przewidywała dzień - dwa. Ostatecznie trzymali mnie prawie dwa tygodnie! Tak swoją drogą, to dolegliwości mi niemal ustąpiły, zanim mnie przyjęli. No ale cóż, trzeba było doprowadzić sprawę do końca. W pracy powiedziałem, że nie będzie mnie "nie wiem ile, ale raczej niedługo". Błogosławione "umowy śmieciowe".

I tak oto, w umówionym terminie o 9 rano stawiłem się na pierwszy w moim życiu dłuższy pobyt w szpitalu. Nieco spóźniony, niewyspany i ziejący alkoholem, bo ziomki się uparli poprzedniego wieczoru, że muszą mnie odpowiednio pożegnać, na wypadek jakbym jednak umarł. Bałem się, że mnie odeślą przez to, ale nie, położyli mnie od razu do łóżka, co było świetnym pomysłem, bo tylko do spania się nadawałem.

Jak już swoje odespałem, akurat pojawiła się lekarka prowadząca. Troche mnie zmartwiła, bo plan badań obejmował kilka dni, a do tego mieli zamiar trzymać mnie aż do otrzymania wyników, bo przecież im dłużej trzymają pacjenta, tym większy hajs od NFZu dla placówki - jak mi wyjaśnił pan P. - sympatyczny sąsiad z sali, czekający na przeszczep płuc. W ogóle, wszyscy pacjenci na oddziale ciągle donośnie kaszlali i czekali na jakieś skomplikowane zabiegi, aż mi było głupio, że ja taki zdrowy. Ale skoro już nie byłem oblożnie chory, postanowiłem wykorzystać pobyt w szpitalu jak mały urlop. Po dwudniowym rekonesansie zauważyłem, że oprócz badań, które zajmowały maksymalnie dwie godziny dziennie, nikt mnie tu nie pilnuje. Wydzwoniłem gandzię, w plecaky przemyciłem piwo z pobliskiego sklepu i zacząłem wczasy.

Rano, zanim dopadła mnie monotonia szpitalnej codzienności, wychodziłem na dziedziniec na jointa. Dziadkowie, którzy wychodzilitam na szluga, zadomowieni już całkiem nieźle w szpitalu, cechowali się sporym optymizmem, który objawiał się na przykład w zdaniu "Panie, ja palę 50 lat i mi dopiero jedno płuco wycięli!". To się nazywa pozytywne podejście, przyznacie. Na trawkowym haju zabierałem się do eksplorowania budynku szpitala. Mieści się on w jakimś starym pałacu, i jest miejscami tak zaniedbany, że aż się zdziwiłem. Na dowód tego zamieszczę nawet zdjęcie szpitalnych podziemi, do których zabrnąłem, a wyglądają jak lokacja z jakiegoś survival horroru...

... ale to już w nastepnym poście, bo po pierwsze muszę znaleźć zdjęcie, a po drugie jeszcze kilka zabawnych sytuacji z mojej przygody z piękną służbą zdrowia zostało mi do opisania i muszę je najpierw zebrać w głowie :p
 

FatBantha

sprzedawca niszowych etosów
Członek Załogi
8 071
22 746
Niezła masakra. W sam raz na Halloween.

W szpitalu w Starachowicach trwa kontrola, konsultant wojewódzki analizuje dokumenty
WIADOMOŚCI LOKALNE
1 godz. 21 minut temu

Konsultant wojewódzki ds. ginekologii i położnictwa dr Wojciech Rokita analizuje dokumentację w szpitalu w Starachowicach, gdzie według doniesień mediów kobieta urodziła na podłodze jednej z sal martwe dziecko. W placówce trwa kontrola na polecenie ministra zdrowia.

Dr Rokita, który w sobotę przybył do starachowickiego szpitala, powiedział PAP, że jest to kontrola w trybie pilnym na polecenie ministra zdrowia Konstantego Radziwiłła, konsultanta krajowego ds. położnictwa i ginekologii prof. Stanisława Radowickiego oraz konsultanta krajowego ds. perinatologii prof. Mirosława Wielgosia.

"W tej chwili analizuję dokumentację, rozmawiam z osobami, które zajmowały się pacjentką w dniu zdarzenia - powiedział Rokita PAP. - Jestem jeszcze w trakcie tych rozmów. Trudno jest w tej chwili, przed zakończeniem kontroli, przekazywać jakiekolwiek informacje, ponieważ wszystkie te działania są w toku. Mogę jedynie powiedzieć, że dla nikogo nie jest przyjemne, że takie zdarzenie miało miejsce".

Protokół z kontroli zostanie przekazany resortowi zdrowia.

"Myślę, że na początku przyszłego tygodnia szczegółowych informacji dotyczących wyników kontroli udzieli Ministerstwo Zdrowia" - dodał Rokita.

Minister zdrowia Konstanty Radziwiłł zapowiedział w sobotę dokładne wyjaśnienie sytuacji w szpitalu w Starachowicach. "Jeżeli się okaże, że są osoby winne, będą wyciągnięte konsekwencje" - powiedział.

Według mediów kobieta w ósmym miesiącu ciąży zgłosiła się do szpitala, ponieważ przestała czuć ruchy dziecka; zdiagnozowano, że dziecko nie żyje. Według pacjentki i jej męża, na których powołują się media, gdy rozpoczęła się akcja porodowa, kobiecie nie udzielono pomocy; pozostawiona bez opieki, urodziła na podłodze jednej ze szpitalnych sal, a dziecko nie żyło.

"Sprawę na miejscu zbadamy najdokładniej jak się da. Jeżeli jest prawdą choćby część z tego, co doniosły media, to na pewno będą wyciągnięte wnioski" - podkreślił szef resortu zdrowia.

Absolutnie bulwersująca sytuacja - tak minister rodziny, pracy i polityki społecznej Elżbieta Rafalska skomentowała w sobotę sprawę porodu martwego dziecka w szpitalu w Starachowicach. Pytana w sobotę przez dziennikarzy o tę sprawę, minister Rafalska powiedziała, że nie zna tego przypadku. "Ale jeżeli taka sytuacja się zdarzyła, to jest rzecz absolutnie skandaliczna, niedopuszczalna i osoby, które doprowadziły do takiej sytuacji, która nie powinna mieć nigdzie w Polsce miejsca, powinny ponieść odpowiedzialność" - podkreśliła.

Sprawą starachowickiego szpitala zajmuje się prokuratura. "Po doniesieniach medialnych, że doszło do porodu martwego dziecka w szpitalu w Starachowicach w skandalicznych warunkach, prokurator rejonowy w Starachowicach podjął decyzję o zbadaniu sprawy" - powiedział PAP rzecznik Prokuratury Okręgowej w Kielcach Daniel Prokopowicz. Dodał, że policjanci z miejscowej komendy powiatowej zabezpieczyli dokumentację medyczną, ustalili krąg potencjalnych świadków. Planowana jest także sekcja zwłok dziecka.

"Po wynikach sekcji będziemy mogli określić, czy rzeczywiście doszło do śmierci (...) w łonie matki. Póki co, nikt tego nie kwestionuje" - powiedział Prokopowicz.

"Będziemy też badać kwestię opieki medycznej nad kobietą, kiedy była w ciąży. Na razie, do wczoraj do późnych godzin wieczornych nie udało nam się przesłuchać tej kobiety, z uwagi na jej stan psychofizyczny. To, co zezna będzie kluczowe jeśli chodzi o dalsze kierunki śledztwa, które prowadzimy" - powiedział rzecznik.

Od piątku w stałym kontakcie z dyrekcją szpitala w Starachowicach jest świętokrzyski NFZ. "Wiemy, że została powołana przez szpital specjalna komisja, która ma wyjaśnić całe zdarzenie. O działaniach tej komisji będziemy informowali na bieżąco" - poinformowała rzecznik świętokrzyskiego oddziału NFZ Beata Szczepanek.

I to by było na tyle, jeśli chodzi o etos ciepła lewicowej wspólnoty i walki o godność człowieka. Takie rzeczy - i to w dwudziestymktórymś wieku? Ano. Etatyzm to piekło a okrucieństwo piekła jest ponadczasowe.
 
Ostatnia edycja:

T.M.

antyhumanista, anarchista bez flagi
1 295
4 047
@TeeM No fajnie opisałeś objawy, ale gdzie diagnoza i leczenie?
Na diagnozowanie (a co dopiero leczenie!) to ja się nie porywam, poprzestanę na kilku refleksjach ;)

Skończyłem na tym, że łaziłem sobie po budynku szpitala. Obiecałem zdjęcie lochów, to znaczy podziemi.

8kvDnk4.jpg


Tutaj pielęgniarki palą szlugi na nielegalu. Obok jest szpitalny barek (bleh). Tędy też wożą cię na na zabiegi i z powrotem. Zimno jak nie wiem, nawet w lecie. Jak mnie wieźli na wózku (procedury) na bronchoskopię to myślałem, że się zesram. Sama wizja wyrywania kawałeczków oskrzeli przez gardło niezbyt przyjemna, a tu jeszcze takie klimaty wokół. Kiedy wracałem z badania jakaś baba sobie kpiła: "co, taki młody i na wózku jeździ?". Chciałem ją zapytać "kim ty kurwa jesteś", ale byłem zbyt wyczerpany po znieczuleniu i badaniu, więc tylko jakieś nieartykułowane dźwięki się ze mnie wydobyły. Pielęgniarka pchająca wózek dała mi do zrozumienia, że nie wolno dyskutować, bo to ktoś ważny.

Tak sobie lokatorowałem w szpitalu. W dzień paliłem skręty, wieczorem wpadał znajomy i piliśmy piwo pod kostnicą (jedyne miejsce, gdzie cieć nie zaglądał). Haczyk polegał na tym, że po 20:00 nie można wchodzić ani wychodzić z terenu szpitala, ale przecież siłą cię nie zatrzymają. Potem znaleźliśmy kawałek rozwalonego muru na dziedzińcu i niskie ogrodzenie za nim, więc już w ogóle przestało być problemem opuszczanie placówki po nocy. Zuważyłem, że w niedzielę nie działał nie tylko szpitalny kiosk, ale i automat z kawą. A to było jeszcze w czasie, kiedy o zakazie handlu tylko się mówiło.

Zaczęło mi się nudzić, ale ogarnąłem sobie służbowego laptopa. Więc albo pracowałem, albo po prostu uciekałem do mieszkania na prysznic i obiad, bo mieszkam blisko. Szpitalne jedzenie nie było aż tak złe, jak to się przyjęło uważać, ale też bez rewelacji. Salowe w większości opryskliwe, stopy jednej z nich, ubrane w odkryte buty, to była chyba najgorsza rzecz, jaką w życiu widziałem.

Większość pacjentów to byli stali bywalcy z przewlekłymi chorobami, mega zblazowani i przyzwyczajeni do szpitalnego życia. Pielęgniarki mówiły do nich po imieniu, a oni włóczyli się po korytarzu i kasłali. Ze mną na sali leżało jeszcze dwóch gości, obaj czekali na przeszczep płuc. Jeden z nich to K., młody absolwent prawa, niziutki, wychudzony ponad wszelką przyzwoitość i dość dziwny. Nie szło z nim nawiązać komunikacji. Zastanawiałem się, czy miał tak zawsze, czy wychudł i zamknął się w sobie na skutek choroby i długotrwałego przebywania w szpitalu. Miał przynajmniej jakąś przyjaciółkę z kobiecej sali i godzinami gadali, siedząc na wózkach inwalidzkich stojących na korytarzu. Za to drugi pacjent to wspomniany pan P. - wylewny facet, gadał cały czas. Przez całe życie pracował przy jakichś pylących rzeczach, aż zapadł na płuca. Opowiadał, że wcześniej potrafił zadąć w klakson od TIRa, jak w urodzinową trąbkę (w to mi się jakoś nie chciało wierzyć, ale kto wie), taki miał dech. Nie palił nawet, jak chyba większość pacjentów Instytutu Gruźlicy i Chorób Płuc. Co do personelu, to z niewielkimi wyjątkami stanowili wręcz podręcznikowy przykład pracowników służby zdrowia. Salowe, pielęgniarki, lekarze, wszyscy znudzeni i odnoszący się z wyższością do pacjenta. Na szczęście moja lekarka prowadząca była zawsze uśmiechnięta i pomocna. Zwróciło moją uwagę, że nawet bardzo młode pracownice (w końcu zawody pielęgniarki, czy salowej są bardzo sfeminizowane) już zachowują się, jakby przepracowały 20 lat. Tak chyba po prostu działa na człowieka praca w państwowym szpitalu (podobne obserwacje mam co do młodych pracowników np. poczty).

Przy sali była łazienka, ale nikt nie dolewał mydła w płynie do podajnika. Na samym początku mojego pobytu zauważyłem stojący przy umywalce plastikowy pojemnik z rzadkim, żółtym płynem w środku. Pomyślałem, że to zapas taniego, szpitalnego mydła, ale okazało się że to pojemnik na zbieranie moczu do badań pana P. Potem sam dostałem taki i woziłem go autobusem podczas szpitalnych wagarów.

Trzymali mnie tak całymi dniami, karmiąc i udostępniając Internet (hasło do WiFi to pierwsza rzecz, jaką dostałem), nawet nie robiąc mi już żadnych badań, tylko czekając na wyniki. Marnotrawstwo pieniędzy podatnika i tyle. Takie to mam pierwsze większe doświadczenia z piękną służbą zdrowia. Wcześniej spędziłem trochę czasu w szpitalu i to między innymi w tzw. "umieralni", gdzie starsi ludzie bełkoczą, rozbierają się i robią pod siebie, ale dopiero teraz poznałem szpital od środka. Najgorzej nie było, za to dość groteskowo. Dziękuję, Drogi Pamiętniczku.

Jako podsumowanie niech będzie taka sytuacja. Podczas kiedy przebywałem w szpitalu trwała akurat olimpiada. W rogu korytarza stał telewizor, okupowany przez dziadków całymi dniami. Kiedy się w końcu rozchodzili, zostawiali po sobie krzesła w nieładzie. Raz usłyszałem, jak salowa mówiła do drugiej: "Zwiążę im sznurkiem te krzesła, zobaczysz! Nie umieją odstawić pod ścianę? Jakby służbę sobie znaleźli!"

To mnie rozśmieszyło, bo w końcu to niby właśnie "służba" zdrowia, a nie bezduszny kapitalizm :D
 
Ostatnia edycja:

T.M.

antyhumanista, anarchista bez flagi
1 295
4 047
Miałem na myśli to wyleczenie za 140 zł u prywatnego.
Diagnozy mi nikt nie podał, a po co mi ona. Lekarz był małomówny, tylko pougniatał mi brzuch i już wszystko wiedział. Dostałem dietę + receptę na parę rzeczy i jak następnym razem będę miał takie same objawy (oby nigdy) , to spróbuję brać te same leki.
 
OP
U

ultimate

Guest
Tego nie leczymy, ten niech już umiera.

"W Polsce istnieje wyrok śmierci. Chorym odmawia się leczenia, odbierając im godność i skazując na powolne konanie. Masz na leki, to płać z własnej kieszeni. Nie masz, to siedź cicho na dupie i umieraj". Szermierz Jacek Gaworski wielokrotnie słyszał od lekarzy, że na przeżycie nie ma żadnych szans. Za kilka miesięcy prawdopodobnie stanie przed szansą na wywalczenie medalu igrzysk paraolimpijskich

Koszmar zaczyna się w 2004 roku. Po powrocie z zawodów Jacek przestaje mówić i chodzić, traci kontrolę nad swoim ciałem. W szpitalu chaos. Szermierzowi podają jakieś leki, robią badania, nie informują dlaczego. W końcu jest diagnoza: stwardnienie rozsiane. Co to oznacza? Nie do końca wiadomo. – To nie te czasy, że można sobie było wklepać na poczekaniu w internet i sprawdzić. A lekarz powiedział tylko "SM" i sobie poszedł. Zero informacji. Jacek leżał, coś bełkotał, a ja nie mogłam go zrozumieć. Na domiar złego zaczął puchnąć – opowiada Ela.

Niedługo po diagnozie Gaworscy dostali kolejny cios. Okazało się, że nie ma mowy o refundacji leków, bo Jacek jest za stary (program obejmował osoby między 16. a 40. rokiem życia). Później zniesiono ograniczenie wiekowe, ale sytuacja tylko się pogorszyła – postać choroby przeszła z rzutowo-remisyjnej na wtórnie-postępującą, a tej nie leczy się w Polsce na koszt państwa. Jacek dostał jasny komunikat: radź sobie sam.

Od tego czasu Gaworscy musieli każdego miesiąca zdobyć na lek ponad siedem tysięcy złotych (na początku płacili 15 tys., na szczęście cena leku spadła). Zaczęli sprzedawać wszystko, co zgromadzili przez lata małżeństwa. Wystarczało na opłacenie pierwszych dawek lekarstwa, brakowało na opłacenie mieszkania, później nawet na jedzenie.

Patrycja: Każdy z nas udawał przed drugim twardziela, a później samotnie płakał po kątach.

Jacek: Dochodziło do tego, że jak ktoś dzwonił do drzwi, to nie reagowaliśmy. Baliśmy się, że to komornik, bo groziła nam eksmisja z mieszkania.

Ela: Mało kto przeżył takie upokorzenia, jakich my doświadczyliśmy. W końcu musieliśmy błagać ludzi o pomoc, bo nie mieliśmy już nic, co można byłoby sprzedać. Trzeba było wstać rano, zrobić mężowi śniadanie, bo nie mógł się ruszyć. A co dać dziecku? (Ela na chwilę zawiesza głos, Patrycja podaje mamie chusteczki). Najczęściej córka dostawała kromkę z masłem, czasem jej jeszcze jabłko pokroiłam. Nie skarżyła się, nie miała pretensji. Rozumiała, że nie stać nas na nic innego.

Gaworscy cały czas walczą. Nauczyli się już żyć ze strachem i cierpieniem, przyzwyczaili się do ciągłych upokorzeń. Nie mogą pogodzić się jednak z tym, że choć błagają o pomoc, instytucje państwowe konsekwentnie tej pomocy odmawiają.

Wszystko jest ubierane w ładne słowa. Dostaliśmy odpowiedź, że "leczenie Jacka jest niezgodne z medycyną opartą na faktach". Ubierają białe rękawiczki i ukręcają ci łeb. Zostajesz sam, a choroba odziera człowieka z godności. W aptece nie pytają: "a skąd na to wszystko państwo wezmą pieniądze?". Musisz żebrać, błagać ludzi o pomoc, bo zasady są proste: masz środki, to kupujesz lek, nie masz, to siedź cicho na dupie i umiera

Według Eli ona i jej mąż na każdym kroku spotykają się z bezdusznością instytucji. Czasem muszą sobie radzić także z butnymi lekarzami. – Ostatnio rozmawiałam z rodziną chorego na SM, któremu zrobiły się odleżyny i zaczęły odpadać kawałki ciała. Zrozpaczona żona zadzwoniła do szpitala. Usłyszała: "niech pani kupi skalpel i odetnie". Polska, XXI wiek. Żyję w strachu, bo boję się, ze mnie spotka to samo.

http://eurosport.onet.pl/szermierka/tego-nie-leczymy-ten-niech-juz-umiera/tkby8n
 

Mati

Member
46
62
Jest to choroba nieuleczalna, w koncu przestaje sie chodzić, ale umysł, intelekt nie traci nic w tej chorobie, przynajmniej na początku, więc można się przygotować do godnej smierci, ale czy tak sie da ? Może libertarianie tak potrafią ?
 

libertarianin.tom

akapowy dogmatyk
2 643
6 335
W akapie będzie tak samo przecież....

W akapie nie bedziesz placil 9% pensji na nieistniejace ubezpieczenie. Nie bedzie tez zakazu taniego leku na stwardnienie rozsiane: marychy. Beda tez dostepne tanie, nieprzebadane leki produkowane przez Zdzislawa z piatego pietra albo importowane z Kamerunu. Bedzie tez wiecej lekarzy dzieki brakowi wymagania 6 letnich studiow i 2 letniego stazu.itd
 

Finis

Anarchoindywidualista
432
1 695
Od tego czasu Gaworscy musieli każdego miesiąca zdobyć na lek ponad siedem tysięcy złotych (na początku płacili 15 tys., na szczęście cena leku spadła).
Pytanie zasadnicze: dlaczego cena tego leku jest taka wysoka jak na nasze polskie warunki? Przeliczając to np. na euro (wg. kursu z dnia 2016.12.07 1EUR = 4.42 PLN), mamy kwotę 1583 EUR. Biorąc pod uwagę zarobki w krajach zachodnich EU, nie jest to aż takie obciążenia dla budżetu domowego jak u nas. IMO Gdyby cena tego leku lub ew. jego tańszego odpowiednika wynosiła 1583 PLN to można by jeszcze jakoś wyżyć.
 

Mati

Member
46
62
W akapie nie bedziesz placil 9% pensji na nieistniejace ubezpieczenie. Nie bedzie tez zakazu taniego leku na stwardnienie rozsiane: marychy. Beda tez dostepne tanie, nieprzebadane leki produkowane przez Zdzislawa z piatego pietra albo importowane z Kamerunu. Bedzie tez wiecej lekarzy dzieki brakowi wymagania 6 letnich studiow i 2 letniego stazu.itd
czyli tez będą kłamac, ze mozna wyleczyć ? Tylko ,że to będzie w ich interesie, zeby zarobić.
 

Ciek

Miejsce na Twoją reklamę
Członek Załogi
4 615
11 560
No tak. Zapomnialem wspomniec o patentach. A to one odpowiadaja za obecne niebotyczne ceny.

Patenty i długotrwałe procedury dopuszczania leków na rynek, w wyniku których chorzy umierają, ale za to ze świadomością, że nieprzebadane leki im nie zaszkodzą :)

Sprawa opisywana już gdzieś na forum:

https://en.wikipedia.org/wiki/Pyrimethamine#Availability_and_price

In the United States, as of 2015, with Turing Pharmaceuticals' acquisition of the US marketing rights for Daraprim tablets,[25] Daraprim has become a single-source and specialty pharmacy item, and the price of Daraprim has been increased.[26] The cost of a monthly course for a person on 75 mg dose rose to about $75,000/month, or $750 per tablet.[27][28] Outpatients can no longer obtain Daraprim from their community pharmacy, but only through a single dispensing pharmacy, Walgreens Specialty Pharmacy, and institutions can no longer order from their general wholesaler, but have to set up an account with the Daraprim Direct program.[26][29] Presentations from Retrophin, a company formerly headed by Martin Shkreli, CEO of Turing, from which Turing acquired the rights to Daraprim, suggest that a closed distribution system could prevent generic competitors from legally obtaining the drugs for the bioequivalence studies required for FDA approval of a generic drug.[29]


Martin Shkreli, CEO of Turing, defended the price hike by saying, "If there was a company that was selling an Aston Martin at the price of a bicycle, and we buy that company and we ask to charge Toyota prices, I don't think that that should be a crime."[30][31] As a result of the backlash, Shkreli hired a crisis public relations firm to help explain his fund's move.[32] Turing Pharmaceuticals announced on November 24, 2015, "that it would not reduce the list price of that drug after all", but they will offer various patient assistance programs.[33] However, New York Times journalist Andrew Pollack noted that these programs "are standard for companies selling extremely high-priced drugs. They enable the patients to get the drug while pushing most of the costs onto insurance companies and taxpayers."[33]


The price increase has been fiercely criticised by physician groups such as HIV Medicine Associates and Infectious Diseases Society of America.[34]


In 2016, a group of high school students from Sydney Grammar supported by the University of Sydney prepared pyrimethamine as an illustration that the synthesis is comparatively easy and the price-hike unjustifiable. Shkreli said the schoolboys were not competition, likely because the necessary bioequivalence studies require a sample of the existing medication provided directly by the company, and not simply purchased from a pharmacy, which Turing could decline to provide.[35][36]


In India, over a dozen pharmaceutical companies manufacture and sell pyrimethamine tablets and, multiple combinations of generic pyrimethamine are available for a price ranging from US$0.04 to US$0.10 each (3–7 rupees).[37][38][39][8]


Pogrubienia moje.
 

tolep

five miles out
8 016
14 203
OK, to ja się wtrącę. Polecacie jakieś sklepy online z indyjskimi generykami, które wysyłają do Polski i nie mają cen z kosmosu, z taką przebitką jak narkotyki w darkwebie? I nie, nie chodzi mi wyłącznie leki na ED. Nawet nie głównie :D
 
Do góry Bottom