RFN, NRD, Niemcy: zbiorczy temat o sprawach zza zachodniej granicy pod wezwaniem lewego jaja Führera

MaxStirner

Well-Known Member
2 374
4 140
Ichniejsze skrzyźowanie Zięby z Davidem Icke - tak wnioskuje z opisów, ale nie znam niemieckiego, wiec nie umiem duźo o nim.powiedzieć, poza tym, źe facet jest silnie przeciwny restrykcjom covidowym. Andreas Noack (doktor??) chemii został najechany przez antyterrorystów w czasie streama z prawie 30 tys obserwujących.

 

The Silence

Well-Known Member
398
2 364

Niemcy: 92-latka ponownie skazana za negowanie Holokaustu​

Niemka Ursula Haverbeck od lat przekonuje, że Auschwitz-Birkenau nie był obozem zagłady. Właśnie usłyszała kolejny wyrok.

Skazywana już w przeszłości za negowanie Holokaustu Ursula Haverbeck znowu ma trafić za kratki. Kilka tygodni po tym, jak kobieta wyszła z więzienia, niemiecki sąd skazał ją na kolejną karę pozbawienia wolności.
Sąd w Berlinie uznał w piątek, że 92-letnia Haverbeck ponownie dopuściła się podżegania mas. Chodzi o wywiad opublikowany w internecie w marcu 2018 roku, w którym zaprzeczała Holokaustowi.
Kobieta przekonywała przed sądem, że jej słowa zostały wyrwane z kontekstu. Zaledwie kilka tygodni wcześniej Haverbeck wyszła z więzienia, gdzie odsiadywała karę dwóch i pół roku więzienia za to samo przestępstwo.

Niemcy. Haverbeck: negacjonistka, recydywistka​

Niemieckie sądy od lat zajmują się Ursulą Haverbeck i jej wypowiedziami, w których neguje fakty dotyczące zagłady Żydów podczas II wojny światowej. Przekonuje, że masowe mordowanie ludzi w komorach gazowych nie mogło mieć miejsca, a były niemiecki obóz Auschwitz-Birkenau nie był obozem zagłady, tylko zwykłym obozem pracy.

Po raz pierwszy Haverbeck została skazana w 2004 roku na karę grzywny. W następnych latach skazywano ją kilkakrotnie, także na kary bezwzględnego więzienia. W 2018 roku przegrała sprawę przed Federalnym Trybunałem Konstytucyjnym, który odrzucił skargę konstytucyjną na fakt umieszczenia jej w więzieniu.
Ursula Haverbeck przez wiele lat prowadziła, wraz z nieżyjącym już mężem, placówkę Collegium Humanum, zbliżoną do założonej w 1963 roku organizacji pod tą samą nazwą, która propagowała otwarcie ideologię nazistowską i została zakazana w 1980 roku.
Haverbeck wielokrotnie oświadczała publicznie, że Holocaust jest wymysłem żydowskiej propagandy i "największym i najtrwalszym kłamstwem w dziejach". Kobieta jest bardzo popularna w kręgach prawicowych ekstremistów; podziwiają jej nieugiętość i upór.


Niech Korwin się cieszy, że nie mieszka w Niemczech, bo by go jeszcze wsadzili za głoszenie, że akwarelista nie wiedział o Holokauscie. Swoją drogą gdyby wsadzali do pierdla wszystkich, którzy głoszą głupoty historyczne to cała masa ludzi by poszła siedzieć.
 

FatBantha

sprzedawca niszowych etosów
Członek Załogi
8 204
23 042
92-latka, czyli pewnie urodziła się w 1928 r. Kiedy Hitler zdobył władzę w 1933 r. miała 5 lat. W momencie wybuchu wojny - 11. Pewnie się przewinęła przez Hitlerjugend i piszczała na widok Adolfa a teraz na starość stara się nadrobić stracony czas. ;)
 

FatBantha

sprzedawca niszowych etosów
Członek Załogi
8 204
23 042

gospodarka

Dominacja Niemiec w kluczowych instytucjach unijnych tak szybko się nie skończy - uważa prof. Simon Bulmer, brytyjski historyk ekonomii i myśli politycznej.
Ta bezwzględna niemiecka "soft-power" jest oczywiście zauważana w krajach takich jak Włochy czy Grecja, gdzie w niektórych kręgach określa się Niemcy już mianem "Czwartej Rzeszy"

Wojciech Osiński, Gazeta Bankowa: O zbyt daleko idącej przewadze Niemiec w UE publicyści nie dyskutują od dziś. Jest ona faktem. Ciekawe wydaje się jednak pytanie, czy RFN - jak twierdzą jej władze - przejęła nieoficjalne przywództwo w Europie "mimowolnie". Czy ta dominacja w instytucjach unijnych została Niemcom w istocie narzucona?
Simon Bulmer: Niemieccy politycy twierdzą, że RFN przejęła tę rolę "mimowolnie", choć jednocześnie przyznają, że w obliczu "nieuchronnego" przebiegu wydarzeń kiedyś musiała to uczynić. Prezydent Frank-Walter Steinmeier powiedział jakiś czas temu, że Niemcy jakoby tej przywódczej roli w Europie sobie same nie wybrały. Jego zdaniem zawdzięczają ją temu, że w niepewnych czasach kryzysowych pozostały jedyne jako niezmiennie stabilne. Abstrahując już od tego, ze powody, z jakich Niemcy pozostawały "stabilne", głowa państwa RFN skrzętnie pomija, to należy z pewnością zauważyć jedno: Niemcy nie tylko od lat grają w Unii pierwsze skrzypce i nawet jeśli sami określają się mianem pacyfistów pod względem militarnym, to już co najmniej od dziesięciu lat pod względem politycznym i gospodarczym są hegemonem Europy.
Czy mógłby pan wskazać dokładny okres, w którym Niemcy faktycznie przejęły przywództwo w Europie?
- Trudno wskazać dokładną datę przejęcia przez Niemcy nieformalnego przywództwa w Europie, choć wiadomo, że nie nastąpiło ono z miesiąca na miesiąc. Prawdopodobnie należy się nawet cofnąć do 2005 r., kiedy Francja i Holandia odrzuciły Konstytucję UE w referendach, wywołując poważny kryzys we Wspólnocie. Potem nastąpiła najpierw dwuletnia faza "konsternacji", zanim Niemcy - podczas swojego przewodnictwa w UE w pierwszym półroczu 2007 r. - przygotowali raport na temat "możliwych przyszłych rozwiązań", co z kolei utorowało drogę do przyjęcia Traktatu Lizbońskiego. Nie wchodząc w szczegóły, odrzucenie 15 lat temu przez Paryż unijnej konstytucji zadało cios niezachwianemu dotąd filarowi UE, jakim była oś niemiecko-francuska.
Następnym wydarzeniem, przygotowującym grunt pod "mimowolne" przywództwo Niemiec w UE, był zapoczątkowany w 2009 r. kryzys strefy euro. Kiedy nad Grecją zawisło widmo bankructwa, Berlin już całkiem świadomie przejął inicjatywę w szukaniu rozwiązania tego problemu. Opierało się to na przekonaniu, że gospodarkę niemiecką czekają tłuste lata, co dla polityków takich jak Wolfgang Schäuble stanowiło silny argument do zarządzania polityką europejskich finansów. Przy czym należy też przyznać, że niektóre państwa wspierały wtedy rząd federalny i popychały go wręcz do podjęcia samodzielnych działań antykryzysowych. Z czasem niektórym partnerom w Europie ta niemiecka dominacja zaczęła się jednak coraz mniej podobać.
Chyba najpóźniej wtedy, gdy Niemcy przestały ukrywać, że chcą budować swoją dominację w UE na "poprawnych" stosunkach z Rosją.
- Jak pokazuje dziś ponownie sprawa związana z próbą zabójstwa rosyjskiego opozycjonisty Aleksieja Nawalnego, budowanie dobrych stosunków z Moskwą wpędziło Berlin w pewien dylemat. Wszystko bowiem wskazuje na to, że Rosja nie zrezygnuje ze stosowania dotychczasowych metod uprawiania polityki. Niemcy już w 2014 r. nie wiedzieli jak mają się zachować po aneksji Krymu. W znacznie w większym stopniu stracili jednak swoją wiarygodność rok później, kiedy kanclerz Angela Merkel, już w pełni świadoma swojej władzy w Europie, zawiesiła konwencję dublińską, otwierając granice i inicjując kryzys migracyjny. Rzesze migrantów zalewających Europę Zachodnią pogłębiły kontrowersyjne opinie o przywódczej roli Niemiec w UE. Powracające niczym mantra zdanie kanclerz Merkel "Wir schaffen das" ("Damy radę") utwierdziło wielu europejskich polityków w przekonaniu, że rząd niemiecki rozmijał się z rzeczywistością i że rola lidera RFN w tej kwestii została już przyjęta i to nie "mimowolnie", lecz aktywnie i apodyktycznie, za plecami partnerów. Decyzja Brytyjczyków o wyjściu z Unii była wyraźnym wyrazem odrzucenia formy przywództwa narzuconego przez Berlin. Odejście tak silnego gracza ze Wspólnoty paradoksalnie wzmocniło niemiecką dominację w instytucjach unijnych, bo tym samym na niemieckie barki spadło więcej odpowiedzialności. Tymczasem Niemcy zaś zamiast przemyśleć, dlaczego Brytyjczycy postanowili wycofać się z wzniosłego niegdyś projektu, zaczęły wzmacniać swoją przywódczą funkcję w oparciu o koncepcję coraz głębszej integracji europejskiej.
Dziś prezydent Francji Emmanuel Macron i Angela Merkel znów występują w zgodnym tandemie. Czy Berlin podzieli się znów swoją dominacją w Europie z Paryżem?
- Mimo swojej silnej roli w ONZ i potencjału militarnego, Francja jest już dziś tylko cieniem swojej dawnej potęgi. W okresie pandemii wskaźniki ekonomiczne nie wyglądają najlepiej, a niezadowolenie społeczne rośnie. To już nie będzie ten sam niemiecko-francuski tandem jak kiedyś. Zresztą może trudno to sobie dziś wyobrazić, ale jeszcze za prezydentury Jacques'a Chiraca Francja oceniała forsowaną przez socjaldemokratyczne Niemcy integrację w UE za wielki błąd. Odrzuceniem w 2005 r. unijnej konstytucji Paryż pokazał, że wątpi w rosnący w siłę neoliberalizm. Jednocześnie, podobnie jak ostatnio w przypadku Wielkiej Brytanii i brexitu, ten opór osłabił pozycję Francji w Brukseli, której lewicowo-liberalni urzędnicy ostatnią nadzieję na utrzymaniu status quo w coraz większym stopniu upatrywali w Niemczech. Bo akurat w tym kontekście trzeba przyznać rację prezydentowi Steinmeierowi - niemieckie elity pozostały w swoim neoliberalizmie "stabilne". Co ciekawe, te ówczesne podskórne niemiecko-francuskie animozje odbijały się też w rozwoju gospodarczym obu krajów. Niemcy w pewnym sensie wykorzystały brak pokory Francji do osłabienia jej pozycji na rynkach finansowych. Obniżenie francuskich obligacji państwowych przez agencje ratingowe były wtedy symptomem zwiastującym, kto niebawem przejmie niepodzielne przywództwo w Europie.
Czyli Niemcy nie chciały się już z nikim podzielić swoją dominacją?
- Tak, choć temu kryzysowi w niemiecko-francuskich stosunkach towarzyszył rzeczywiście też brak alternatywnych partnerów dla Niemiec. Włochy miały i mają wystarczająco wiele własnych problemów. Mój kraj kłóci się obecnie z całą Unią. A pomiędzy Polską a Niemcami też nie układa się najpomyślniej, przy czym nie chodzi jedynie o insynuacje dotyczące polskiej praworządności, lecz także o pojawiającą się często na linii Berlin-Warszawa różnicę zdań w kwestii relacji z Rosją. Słowem - pogarszające się stosunki Niemiec z innymi państwami UE paradoksalnie wzmocniły ich hegemonię, choć nie ociepliły oczywiście ich wizerunku.
Polska nie zgadza się w pełni z niemiecką dominacją w Unii, choć nie zamierza opuścić Wspólnoty. Pytanie tylko, na ile np. państwa Grupy Wyszehradzkiej są w ogóle jeszcze w stanie ograniczyć rosnącą siłę Niemiec w instytucjach unijnych? Czy jest to w ogóle jeszcze możliwe?
- Faktem jest, że Niemcy od lat bez większych zahamowań wykorzystują w Europie swoją przewagę polityczną i ekonomiczną. O tym świadczą choćby ostatnie opinie niektórych niemieckich polityków, którzy domagają się sfinalizowania projektu Nord Stream 2. Nic nie jest na zawsze, ale odrzucenie przez Francję konstytucji unijnej, kryzys strefy euro oraz fala imigrantów wzmocniły hegemonię Niemiec, które tym samym odebrały unijnym instytucjom autorytet i stosowne narzędzia, jakimi mogłyby same zarządzać kryzysami. Zanim powstały takie inicjatywy jak Grupa Wyszehradzka, w Unii brakowało alternatywy dla hegemonii Berlina. Po francuskim buncie nikt się nie kwapił do podzielenia się z Niemcami dominacją, co stworzyło pewien klimat przyzwolenia na niemieckie przywództwo. Ale to Niemcy same stopniowo wykorzystały sytuację dla swoich potrzeb, zdawszy sobie sprawę z rosnącej przewagi.
Silna waluta euro oraz rosnąca potęga eksportowa dostarczają Niemcom kolejnych argumentów do wypełnienia tej roli...
- To prawda, właściwie od wprowadzenia przez kanclerza Schrödera Agendy 2010 Niemcy odnotowywały corocznie nadwyżki i coraz mniejsze długi. Wzmocniły swoją dominację, uzależniając gospodarki innych państw od swojego eksportu. Choć z drugiej strony wiele państw UE chwali sobie też stosunki handlowe z RFN. Niemcy uchodzą za partnera godnego zaufania, co więcej - za dostarczyciela najwyższej próby towarów.
No dobrze, ale mówiliśmy też o niemieckiej hegemonii, która jest stricte polityczna.
- Zgoda, ale mówiliśmy też, że inne państwa członkowskie na to pozwalały. Jeśli dobrze pamiętam, to np. były szef polskiej dyplomacji Radosław Sikorski w listopadzie 2011 roku w Berlinie wskazywał wręcz na "konieczność" niemieckiej dominacji w Europie. Stwierdził, że mniej obawia się niemieckiego przywództwa niż niemieckiej "bezczynności". Można uznać, że tego rodzaju wypowiedzi umacniały tylko niemiecki rząd w przekonaniu, że ta rola im się należy. Ale trzeba też przyznać, że nie wszystkim niemieckim politykom ona się podoba. O tym, że ta rola jest w pewnym stopniu mimowolna, świadczą głosy sprzeciwiające się zbyt dużej odpowiedzialności Niemiec za procesy zachodzące w UE. Ale koniec końców decyzje będzie podejmować i tak kanclerz Angela Merkel.
Przy czym w przeszłości nie interesowały ją ani opinie zarządu Bundesbanku, ani sędziów Trybunału Konstytucyjnego w sprawie polityki pieniężnej EBC. I tak już prawdopodobnie pozostanie do jej abdykacji w roku wyborczym 2021. Przy czym akurat w kwestiach finansów oraz strefy euro wiodącą rolę Niemcy przyjęły już od początku istnienia wspólnej waluty. Nikt jej im nie narzucił, do głównych architektów strefy euro należą głównie niemieccy politycy i oni z pełną świadomością chcieli nadawać w tej sprawie ton. Choć na pewno wtedy jeszcze nie myśleli o uwspólnotowieniu długów. Ale dziś, już w pełni świadomi swojej rozbudowanej hegemonii, mogą wprowadzać rozmaite "konieczne" zmiany.
Niektórzy twierdzą, że dzięki ożywieniu osi Paryż-Berlin prezydent Francji ograniczy niemiecką hegemonię.
- Obecna prezydencja RFN w Unii oraz postawa niemieckiej szefowej Komisji Europejskiej Ursuli von der Leyen są wyraźnymi sygnałami, że w najbliższej przyszłości Niemcy nie oddadzą swoich wpływów w kluczowych instytucjach unijnych. Oczywiście wiele zależy też od tego, kto jesienią 2021 r. zostanie sukcesorem Annegret Kramp-Karrenbauer w CDU oraz następcą Angeli Merkel na fotelu kanclerskim.
Poglądy choćby takich kandydatów jak Norbert Röttgen czy Friedrich Merz w kwestii odpowiedzialności Niemiec za UE różnią się zasadniczo od tego, co głosi nadreński premier Armin Laschet, który uchodzi raczej za kontynuatora polityki Merkel. Poza tym wbrew głośnym zapewnieniom Macrona pozycja Francji w UE jest coraz słabsza. W ostatnich piętnastu latach w Pałacu Elizejskim kręciła się karuzela personalna, podczas gdy lokatorka Urzędu Kanclerskiego pozostawała ta sama, ugruntowując swoją władzę w Europie. I to dlatego Merkel dziś może sobie pozwolić na zdania typu: "Jeśli upadnie euro, to upadnie cała Europa".
Z jednej strony mówi się o rosnącej hegemonii, z drugiej o pewnej "opieszałości" kanclerz Angeli Merkel, która - tak jak np. teraz w kwestii Nord Stream 2 - woli "przeczekać" kryzys, zanim podejmie decyzję. A może to tylko polityczne wyrachowanie? Jeśli tak, na ile ta strategia przyczyniła się do wzmocnienia niemieckiej hegemonii w Europie?
- Na początku kryzysu w strefie euro to "wyczekiwanie" było uzasadnione tym, że Niemcy jako największy kredytodawca nie chciały od razu przelewać środków państwom, które być może nie chcą spełniać stawianych im warunków. Na pewno zwlekanie szefowej niemieckiego rządu z podjęciem niektórych decyzji jest też obliczone na to, by inne państwa miały czas oswoić się z przywódczą rolą Niemiec. Niektórzy mówią już nawet o tzw. "merkiawelizmie", czyli "świadomym czekaniu", które ma być skutecznym narzędziem wymuszania na innych państwach afirmacji decyzji Berlina. Jednocześnie Niemcy chcą być "hegemonem zdemilitaryzowanym", wzdragającym się przed osiągnięciem minimalnych nawet celów ustalonych w ramach NATO. Natomiast we wszystkich innych kwestiach nie dadzą sobie odebrać roli lidera. I ta bezwzględna "soft-power" jest oczywiście zauważana w krajach jak Włochy czy Grecja, gdzie w niektórych kręgach określa się Niemcy już mianem "Czwartej Rzeszy". Nie zawsze było też łatwo rozegrać Niemcom swoją dominacje, jak choćby w przypadku unii bankowej. W Niemczech mnożą się zresztą głosy krytyczne, zarzucające Berlinowi "dyktatorskie" zapędy. W okresie kryzysu euro wybitny socjolog Jürgen Habermas mocno skrytykował ówczesnego ministra finansów Wolfganga Schäublego, który w mediach stosował politykę zastraszania, zapowiadając nieuchronność wyrzucenia Grecji ze wspólnoty walutowej w razie nieprzestrzegania przez nią nowych reguł "zaciskania pasa".
Wróćmy do kryzysu migracyjnego, jakże aktualnego również w tych dniach. W tej kwestii nie zauważyliśmy u Angeli Merkel właściwej jej "opieszałości'".
- W obliczu kryzysu migracyjnego Merkel istotnie wcale nie czekała, podejmując swoją decyzję wręcz pochopnie, wbrew napomnieniom doradców i ekspertów. Tu jej polityczny instynkt ją opuścił, choć na pewno nie kierowała się wyłącznie pobudkami "humanitarnymi". Przede wszystkim chyba liczyła na to, że napływający imigranci zasilą niemiecką gospodarkę zamiast obciążać kasę państwa. Kolejne miesiące oczywiście boleśnie zweryfikowały te pierwotne założenia. Jednocześnie Merkel zauważyła, że niemiecka dominacja w Unii była już tak rozbudowana, że w sprawie dotyczącej relokacji uchodźców została w Europie sama jak palec. Niemiecka kanclerz się zagalopowała, zapominając po raz pierwszy o pewnej niepisanej zasadzie: aby utrzymać hegemonię trzeba być pewnym wsparcia innych państw. Odkąd zauważyła, że tak nie jest, zaczęła brnąć w nieracjonalne zapewnienia o konieczności europejskiej integracji. Potem dolała oliwy do ognia uporczywym przykrywaniem wszelkich wątpliwości groźbami sankcji wobec "niepokornych" państw.
Myśli pan, że w roku wyborczym 2021 Niemcy zdobędą się na odrobinę refleksji?
- Z racji swojego położenia geograficznego i wkładu w cywilizację europejską Niemcy pewnie mają prawo do odegrania szczególnej roli w Unii Europejskiej. A jednak powiększa się armia przeciwników niemieckiej hegemonii. Dlaczego? Na pewno nie z zazdrości. Oprócz przewagi ekonomicznej główny problem z dominacją Berlina polega na tym, że pod kierownictwem Angeli Merkel charakteryzuje się ona też ideologicznym uciskiem. Niemcy wykorzystują swoją przewagę do narzucania innym państwom swoich wyobrażeń na temat masowej imigracji, kwestiach obyczajowych czy globalizmu. Tego rodzaju filozofia, wedle której w imię "moralnej wyższości" można "zagłodzić" państwa, z którymi Niemcy utrzymują już lepsze stosunki handlowe niż choćby z Francją, może doprowadzić do upadku całego europejskiego projektu.
Rozmawiał Wojciech Osiński, Berlin
Prof. dr Simon Bulmer - brytyjski historyk ekonomii i myśli politycznej, niemcoznawca. Wykładowca Uniwersytetu w Sheffield. Autor wielu publikacji o roli Niemiec w Europie i na świecie
 

ukos

Well-Known Member
509
646
Niemcy stawiają kapsuły dla bezdomnych: ocieplane i bezpieczne.


1611608317199.png

To już trzeci zimowy sezon funkcjonowania kapsuł w Ulm. W tym roku w związku z pandemią ustawianie kapsuł się opóźniło, ale jak podkreślają władze miejskie udało się zdążyć przed największymi mrozami.

450-kilowe kapsuły nazwane "Ulmer Nester" są zrobione z drewna i stali i mają otwierany jeden z boków. W środku znajduje się jednoosobowe miejsce do spania. Każda kapsuła jest wyposażona w automatyczną wentylację a także w czujnik temperatury oraz czujnik informujący czy jest ona zajęta czy wolna. 60-milimetrowej grubości ściany są wyposażone w izolację ciepła oraz czujniki dymu. Są wodoodporne i wiatroszczelne.

W środku nie ma kamer, jednak po otwarciu drzwi pracownicy socjalni dostają automatyczny sygnał, że kapsuła jest pusta i gotowa do oczyszczenia przed następnym użyciem.
Cały projekt - budowa kapsuły oraz jej projekt techniczny - kosztował miasto Ulm 35 tys. euro. Kapsuły zaprojektował zespół założony przez sześciu lokalnych przedsiębiorców i inżynierów.

Miejsca do spania cieszą się już trzeci sezon dużym zainteresowaniem, a zespół Ulmer Nest obiecuje, że będzie pracował zarówno na ulepszeniu swoich instalacji, jak i nad masową produkcją kapsuł, licząc, że ich projekt zyska uznanie także w innych niemieckich miastach zmagających się z kryzysem bezdomności.


Wygląda to trochę jak trumna.

 

FatBantha

sprzedawca niszowych etosów
Członek Załogi
8 204
23 042

U schyłku ery Angeli Merkel w Niemczech dostrzec można zalążki klęski. W kluczowych dziedzinach kraj znajduje się na zaledwie przeciętnym poziomie. Państwo jest dysfunkcjonalne, a społeczeństwo zastygłe w dobrobycie - czytamy w "Der Spiegel".
Ullrich Fichtner w eseju opublikowanym w najnowszym wydaniu tygodnika "Der Spiegel" maluje w czarnych barwach przyszłość Niemiec. Autor porównuje RFN do Imperium Osmańskiego, które po okresie świetności z czasem przestało się rozwijać i uległo w końcu rozpadowi.
"Społeczeństwo, które zamyka się na zmiany, na dłuższą metę nie utrzyma dostatku. Kraj, który próbuje zatrzymać czas, aby korzystać z osiągniętego dobrobytu, upadnie. Kultura, która żywi się jedynie przeszłością i teraźniejszością, a do przyszłości odwraca się plecami, jest skazana na zagładę" - pisze Fichtner.
Autor przyznaje, że przypisywanie Niemcom obecnie egzystencjalnego kryzysu wydaje się na pierwszy rzut oka niepoważne. Przed wybuchem pandemii kraj znajdował się w doskonałej sytuacji. Najsilniejszy gospodarczo kraj UE przeżył w drugiej dekadzie XXI wieku wiele lat dobrej koniunktury i porządnego wzrostu. Można mówić o "małym cudzie gospodarczym", który umocnił imponującą siłę rynkową Niemców.

Kryzys? Jaki kryzys?

Dodatnie saldo w handlu zagranicznym zapewniło Niemcom krajowy dobrobyt, niską stopę bezrobocia i wysoki standard życia.
"Ten, kto przyjrzał się dokładniej pięknemu całościowemu obrazowi, ten od dawna mógł dostrzec rysy na tej budowli" - pisze Fichtner. Jak zastrzega, rozpatrując całą gospodarkę narodową, trudno jest znaleźć dane statystyczne, które świadczyłyby o kryzysie. Istnieje jednak dużo przykładów z różnych branż wskazujących na problemy, regres, zator reform i skandale, które wzięte razem, zakłócają pozytywny portret własny Niemców.

Przeciętni Niemcy

Zdaniem autora Niemcy reprezentują dziś na wielu polach zaledwie przeciętny poziom. Podczas gdy postępowe kraje w Azji i Skandynawii rozpoczęły już na początku lat 90. tworzenie społeczeństw cyfrowych, w Niemczech przez długi czas dominowało przekonanie, że są to jedynie "nowomodne zabawy".
Na liście "Speedtest Global Index" krajów uprzemysłowionych, utworzonej na podstawie szybkości dostępnego internetu, Niemcy zajmują 34. miejsce, podczas gdy Rumunia, Dania, Francja, Szwajcaria, Hiszpania i Węgry znalazły się w pierwszej dziesiątce - czytamy w "Spieglu".
Fichtner nie obarcza Angeli Merkel odpowiedzialnością za niechęć Niemców do technicznych nowinek. Problem polega jego zdaniem na tym, że Merkel "w sposób perfekcyjny symbolizuje te obawy". Objęcie stanowiska kanclerza przez naukowca nie poprawiło sytuacji. Słabą stroną jej polityki nie jest brak wiedzy, lecz "brak pasji i woli czynu".

Zachować dobrobyt

"Ten bogaty kraj od dawna już nie ma celów wykraczających poza dzień dzisiejszy i wąską perspektywę, nie ma żadnych ambicji oprócz jednej - utrzymania osiągniętego dobrobytu, poziomu emerytur i wszystkich pozostałych przywilejów" - stwierdza krytycznie autor i dodaje: "Najchętniej nie robi się nic, tylko się czeka".
Fichtner zwraca uwagę na wiele inwestycji, których realizacja trwała znacznie dłużej niż planowano, bądź zakończyła się całkowitym fiaskiem.
"Kraj, który wynalazł kolej elektryczną, praktycznie nie jest w stanie zbudować nowego dużego dworca. W ojczyźnie Otto Lilienthala, który jako pierwszy człowiek żeglował w przestworzach, państwo przez ponad dekadę nie potrafi zbudować lotniska w swojej stolicy. Sale koncertowe w Monachium i Bonn są przez lata planowane, ale ich budowa kończy się fiaskiem. Metropolie takie jak Kolonia i Berlin próbują bezskutecznie wyremontować swoje opery. Mieszkańcy Hamburga i Monachium nie chcą igrzysk olimpijskich w swoich miastach" - wylicza autor.

Przemysł motoryzacyjny zagrożony

Autor wskazuje na groźną sytuację flagowej branży niemieckiej gospodarki - przemysłu motoryzacyjnego. "Założone w 2003 r. przedsiębiorstwo Tesla jest w marcu 2021 r. ponad dwukrotnie więcej warte niż trzy wielkie niemieckie koncerny samochodowe - Volkswagen, Daimler i BMW" - pisze dziennikarz "Spiegla". To zdanie jest dowodem na to, że świat, w którym Niemcy przyjemnie żyli tak długo, należy już do przeszłości.
Niemieccy producenci muszą się obawiać, że pewnego dnia ich ranga spadnie do roli dostarczycieli podwozi, karoserii i hamulców dla takich gigantów jak Apple. Dziś nikt nie potrafi przewidzieć, czy VW, Daimler i BMW utrzymają się na rynku, ale nie wygląda to szczególnie dobrze - ocenia.
Zamiast projektować najlepsze silniki elektryczne i przestawić się na jazdę bez kierowcy, przemysł motoryzacyjny skierował wszystkie siły na obronę "starego dobrego Diesla". Lata stracone w ten sposób są nie do odrobienia - stwierdza pesymistycznie autor.
Jego zdaniem jedną z barier osłabiającą Niemcy i hamującą rozwój jest federalna struktura kraju, która uniemożliwia szybkie podejmowanie decyzji na szczeblu centralnym.

Bajki o niemieckim mistrzostwie

Podczas gdy w wielu miejscach panuje fuszerka, politycy i duża część społeczeństwa wierzą nadal w bajki o niemieckim mistrzostwie.
"Nadchodzą ciężkie czasy" - stwierdza autor, zaznaczając, że Niemcy nie są w nastroju optymistycznym. Pomimo zbliżających się wyborów parlamentarnych brakuje pozytywnych projektów politycznych propozycji skierowanych ku przyszłości. Społeczeństwo kieruje się dewizą "dziękuję - postoję", koncentrując się na obronie status quo i odrzucając zmiany i ryzyko.
"Jeżeli tak jest w rzeczywistości, to możemy pakować walizki" - konkluduje Fichtner. Niemcom grozi to, że staną się kolejnym po Imperium Osmańskim dowodem na prawdziwość teorii o wzlocie i upadku "wysokich kultur, które upadają, gdy powodzi się im zbyt dobrze przez zbyt długi okres".
Jacek Lepiarz / Redakcja Polska Deutsche Welle
 
Do góry Bottom