RFN, NRD, Niemcy: zbiorczy temat o sprawach zza zachodniej granicy pod wezwaniem lewego jaja Führera

Denis

Well-Known Member
3 839
7 718
A czy kiedyś odeszły? W Niemczech Zachodnich rozliczenie z nazistami było cieniutkie.
Sam Adenauer niby taki opozycjonista, a na nazistów przymykał oko lub udawał głupiego.
 

GAZDA

EL GAZDA
7 714
9 719
na autostradach to juz w niewielu miejscach nie masz ograniczenia, choć jest zalecana prędkość 130kmh
jeśli jest się uczestnikiem wypadku i udowodnione jest że jechało sie powyżej 130kmh to jest sie współwinnym... zawsze...

to z tymi zamkami to pojebane faktycznie, choć jest to nie niemieckie ino lokalne prawo...
przynajmniej nadal można se kurzyć i pić piwo na peronie czekając na pociąg...
 

Imperator

Generalissimus
1 558
3 294
A czy kiedyś odeszły? W Niemczech Zachodnich rozliczenie z nazistami było cieniutkie.
Sam Adenauer niby taki opozycjonista, a na nazistów przymykał oko lub udawał głupiego.
Racja, lustracji tam do dziś nie zrobiono i wielu z nazistów było powszechnie szanowanymi ludźmi albo wiele zarabiało na opublikowaniu wspomnień z tamtego okresu. Ale tam jest straszny nacisk na cenzurę symboliki narodowosocjalistycznej, nawet w filmach trza podmieniać flagi.
 

Denis

Well-Known Member
3 839
7 718
Cenzura cenzurą, ale zamiast swastyki pokazują dziwne symbole w stylu trójkącik czy inne dziwy jako zamiennik.
To jest zwykłe fałszowanie historii. Równie dobrze można zamiast sierpa i młota pokazywać ciupagę i scyzoryk jako symbole komunizmu.
 

GAZDA

EL GAZDA
7 714
9 719
dobre było jak znajomemu ktoś swastyke wyrył na aucie, było to w niemczech i przyszła do niego policja nie dlatego że ktos mu auto zdemolował ino coby coś z tą swatą zrobił hehe i to natychmiast... kluczem musiał przerysować że miał takie kwadraciki ino i nie było swastyki widoć...
 

FatBantha

sprzedawca niszowych etosów
Członek Załogi
7 389
19 198
Poczytałbym sobie...

NIEMCY: ROZSZERZA SIĘ SKANDAL W BUNDESWEHRZE
DEUTSCHE WELLEDzisiaj, 13 maja (17:47)

Kolejny oficer Bundeswehry został zawieszony w czynnościach służbowych. Tym razem chodzi o porucznika Ralfa G. z jednostki w Augustdorfie. Zarzuca mu się propagowanie skrajnie prawicowej ideologii.

Rzecznik ministerstwa obrony Jens Flosdorff potwierdził doniesienie magazynu "Der Spiegel" o zawieszeniu w czynnościach służbowych porucznika Ralfa G. z jednostki w Augustdorfie w Nadrenii Północnej-Westfalii. Zarzuca mu się propagowanie skrajnie prawicowych treści oraz wypowiadanie się w niedopuszczalny sposób na temat aresztowanego pod koniec kwietnia porucznika Franco A. z niemiecko-francuskiej brygady stacjonującej w Illkirch w Alzacji, który prowadził podwójne życie i przygotowywał zamach na niemieckich polityków.

Czego nie wolno mówić oficerowi Bundeswehry
Jak oświadczył jeden z kolegów porucznika Ralfa G., miał on powiedzieć, że w jednostce w Illkirch działa "grupa skłonnych do użycia siły oficerów, zbierających broń i amunicję po to, aby w razie wojny domowej (w Niemczech - red.) walczyć po właściwej stronie". W jednostce tej służył wspomniany wyżej porucznik Franco A. oraz, aresztowany przed kilkoma dniami, inny oficer Maximilian T.

Jak pisze tygodnik "Der Spiegel", wewnętrzne śledztwo prowadzone przez niemiecki kontrwywiad wykazało, że Ralf G. "znał osobiście przynajmniej Maximiliana T.".

Instrukcja produkcji bomby oraz zakazana książka
Prowadzący śledztwo w sprawie porucznika Franco A. ustalili, że w jego posiadaniu znalazła się instrukcja budowy bomby z lat 90. ubiegłegu wieku, rozpowszechniana wtedy przez islamistycznych terrorystów. Niezależnie od tego Franco A. kupił w Szwajcarii, zakazaną w RFN, książkę "Der totale Widerstand" ("Totalny opór"). Cieszy się ona sporą popularnością w kołach niemieckich neonazistów, ponieważ może pełnić rolę instrukcji, jak postępować wobec armii okupacyjnej. Książkę tę można także potraktować jako podręcznik najszerzej pojętego sprzeciwu wobec nielubianej władzy, co, być może, złożyło się na jej popularność wśród przedstawicieli niemieckiej skrajnej prawicy.

Wśród zabezpieczonych u Franco A. materiałów znalazły się także jego rozważania na temat właściwej - jego zdaniem - postawy personelu Bundeswehry wobec rzeczywistości, zwłaszcza politycznej. Jak się okazało, uważa on, że użycie siły przez personel Bundeswehry nie jest wcale "środkiem ostatecznym", tylko "przydatnym" i z powodzeniem wypróbowanym przez innych w innych sytuacjach.

Czystka w izbach tradycji w koszarach Bundeswehry
Po stwierdzeniu, że w koszarach w Illkirch w izbie tradycji wisiały na ścianach zdjęcia przedstawiające ceremonię wręczania wysokich odznaczeń żołnierzom Wehrmachtu, niemiecka minister obrony Ursula von der Leyen wydała polecenia sprawdzenia wszystkich koszar Bundeswehry pod kątem przechowywania w nich jakichkolwiek pamiątek po siłach zbrojnych III Rzeszy, w postaci np. hełmów czy karabinów.

Ofiarą tej czystki padły pamiątki po b. kanclerzu Helmucie Schmidcie na Uniwersytecie Bundeswehry w Hamburgu. W jednym z korytarzy akademika tej uczelni wisiało zdjęcie Schmidta w mundurze porucznika Wehrmachtu. Zostało już usunięte.

Minister obrony wstrzymała także wydanie śpiewnika Bundeswehry, ponieważ stwierdzono, że znalazło się w nim kilka piosenek śpiewanych przez żołnierzy Wehrmachtu.

DW, dpa, rtr / Andrzej Pawlak

Na ja, wpierw der totale Widerstand a później Auferstanden aus Ruinen... Tak czy inaczej, dobrze, że ktoś publikuje zakazane książki o kontestowaniu władzy.
 

Doman

Well-Known Member
1 221
3 875
W sumie racja.

Mogło się wydawać, że tylko w Polsce politycy i zawołani poprawiacze historii mogli wpaść na pomysł, żeby mścić się na Wojsku Polskim za to, że istniało w pewnym okresie historycznym (PRL) – a tymczasem ich niemieckim braciom w demokracji rzucił się na mózgi ten sam bakcyl.
http://xportal.pl/?p=29325
 

FatBantha

sprzedawca niszowych etosów
Członek Załogi
7 389
19 198
Tygodnik "Przegląd": Niemcy nie lubią bogatych
Świat
Wczoraj, 21 maja (15:26)
Młody niemiecki polityk swoimi pomysłami kolektywizacji trafił w czuły punkt: rosnące nierówności społeczne - pisze w najnowszym wydaniu "Przeglądu" Jan Opielka.

O Niemcach i ich samochodach można pisać całe tomy opowieści. I choć w ostatnich latach skandale wokół oszustw przy danych o emisji spalin naraziły na szwank wizerunek motoryzacyjnych gigantów, biznes motoryzacyjny nadal jest dla wielu mieszkańców kraju nad Szprewą powodem do dumy. Volkswagen i jego liczne marki jako samochody dla szerokich mas, Porsche, Daimler-Mercedes, Audi i BMW są synonimami wyrafinowanego luksusu.

Teraz jedna z tych pereł niemieckiego kapitalizmu stała się symbolem w debacie politycznej, która porusza cały kraj. A wszystko za sprawą wywiadu, jakiego udzielił Kevin Kühnert, 29-letni szef młodzieżówki socjaldemokracji (SPD), współrządzącej w Berlinie jako mniejszy partner koalicji z chadecją (CDU/CSU). Kühnert wprowadził do debaty publicznej, i to tuż przed wyborami do Parlamentu Europejskiego, możliwość wywłaszczania i kolektywizacji dużych koncernów oraz długofalowego odejścia od systemu kapitalistycznego. "Dla mnie drugorzędne jest to, czy na szyldzie firmowym BMW widnieje napis »państwowa firma motoryzacyjna« lub »spółdzielczy producent samochodów«, czy też kolektyw zadecyduje, że BMW w tej formie nie jest już potrzebne. Podział profitów musi być demokratycznie kontrolowany. To zaś wyklucza istnienie nie kapitalistycznego właściciela przedsiębiorstwa - mówi Kühnert i formułuje kluczową kwestię. - Bez kolektywizacji kapitalizm nie może zostać przezwyciężony". A ma zostać przezwyciężony, choć nie przez rewolucję, ale w drodze "ewolucyjnej".

Przykład koncernu motoryzacyjnego BMW podsuwają Kühnertowi dziennikarze wpływowego tygodnika "Die Zeit", uchodzącego za liberalny także w kwestiach gospodarczych. "Samochód nie powstaje ani bez tego, kto go wymyśli, ani bez tych, którzy go wyprodukują. Dlaczego zatem dziesiątki tysięcy ludzi wytwarzających tę wartość zbywane są tylko zapłatą wynegocjowaną w warunkach zależności? Dlaczego nie posiadają takich samych udziałów w przedsiębiorstwie?", pyta Kühnert. I dodaje, że nie chodzi tylko o branżę motoryzacyjną: "Zasada jest niezmienna: to, co definiuje nasze życie, powinno znajdować się w rękach społeczeństwa i powinno być zarządzane w sposób demokratyczny". Jako przykład podaje choćby potężną władzę internetowych gigantów, dysponujących ogromnymi zasobami danych.

Przy czym Kühnert nie jest przeciw rynkowi jako takiemu: "Socjalizm też będzie musiał działać według mechanizmów rynkowych". Jednak "celem jest demokratyczna kontrola tego, jak pracujemy i co produkujemy". I można dodać: gdzie mieszkamy. Nawiązując bowiem do problemu rosnących cen najmu mieszkań i powstałej w związku z tym w Berlinie inicjatywy, która chce wywłaszczyć koncerny nieruchomościowe, Kühnert powiedział: "Mieszkanie to jest podstawowa potrzeba. Każdy musi gdzieś mieszkać. Myślę, że nie jest uzasadniony model biznesowy, by na swoje utrzymanie zarabiać miejscem zamieszkania innych ludzi".

Wrzenie w koalicji
Takie słowa nie mogły pozostać bez reakcji. "Już długo nie dyskutowano tak zażarcie na temat nierówności w społeczeństwie", komentuje "Spiegel". Do słów Kühnerta odnoszą się oponenci polityczni, wpływowi publicyści, renomowani naukowcy, przedstawiciele biznesu, a także jego towarzyszki i towarzysze partyjni (takie określenie obowiązuje wśród niemieckich socjaldemokratów). "Na szczęście mój czas w młodzieżówce był 30 lat temu, wówczas Kühnerta nie było jeszcze nawet na świecie, komentował Olaf Scholz, obok Andrei Nahles jeden z szefów SPD, a zarazem minister finansów. - Mógłbym mu dziś przedstawić długą listę moich ówczesnych żądań, które również okazały się niezbyt sensowne". Inni politycy SPD odnieśli się podobnie polemicznie. Johannes Kahrs, rzecznik tzw. Seeheimer Kreis, probiznesowego skrzydła partii, napisał na Twitterze: "Co to za prostackie bzdury! Co on palił? Zapewne nic legalnego". Prezydent forum gospodarczego SPD, Michael Frenzel, zażądał nawet wyrzucenia Kühnerta z partii. Tylko Ralf Stegner, jeden z wiceszefów partii, zauważył, że "wielu młodych ludzi jest przekonanych, że kapitalizm, jakiego dziś doświadczamy, już doszedł do swoich granic".

Wypowiedź Kühnerta oczywiście ostro skrytykowała chadecja: "On widocznie uważa, że NRD była modelowym sukcesem, i ochoczo dąży do przechylenia SPD na lewo", powiedział Alexander Dobrindt, czołowy polityk bawarskiej CSU. Rzecznik ds. gospodarki w CDU Joachim Pfeiffer żąda od liderów SPD, aby partia ostro przeciwstawiła się ciągotom do socjalizmu. "Własność prywatna jest gwarantem sukcesu zarówno społecznej gospodarki rynkowej, jak i demokracji w Niemczech".

W kraju wrze, a Wielka Koalicja znów stoi pod znakiem zapytania - nie tylko ze względu na wypowiedzi Kühnerta. SPD, tonąca w sondażach z 16-procentowym poparciem, na początku roku faktycznie skręciła nieco w lewo. Chce wyraźnego podwyższenia płacy minimalnej, większego wsparcia dla bezrobotnych i wprowadzenia tzw. emerytury podstawowej dla najbiedniejszych emerytów. CDU temu wszystkiemu ostro się sprzeciwia i wysuwa argument, że ostatnie szacunki wpływów z podatków zostały poważnie obniżone.

Bogatsi jeszcze bogatsi
Jednak argumenty Kühnerta opierają się nie na aktualnej kondycji stanu finansów państwa, ale na szerszej podstawie - coraz bardziej powiększającym się rozwarstwieniu społecznym. Według sondażu dla konserwatywnego dziennika "Frankfurter Allgemeine Zeitung", aktualnie około połowy Niemców wątpi w "społeczną gospodarkę rynkową", jak nazywana jest nadreńska odmiana kapitalizmu. Patrząc na kilka kluczowych parametrów, trudno temu się dziwić. Według analizy Niemieckiego Instytutu Badań Gospodarczych (DIW), wpływowego liberalnego think tanku, 45 najbogatszych niemieckich gospodarstw domowych posiada tyle samo, co 20 mln najbiedniejszych gospodarstw domowych kraju. Do najbogatszych zalicza się notabene także głównych właścicieli BMW - dysponują oni majątkiem rzędu 36 mld euro. Rozwarstwienie w zasobach majątkowych jest w Niemczech znacznie większe niż choćby we Francji, gdzie protesty "żółtych kamizelek" przeciwko takiemu stanowi rzeczy nie ustają.

W Niemczech do tak gwałtownych zamieszek na razie nie dochodzi - ostatnie lata to bowiem czas stabilnego wzrostu gospodarczego i względnie niskiego bezrobocia. Jednak analiza wzrostu zarobków ukazuje, że nie wszyscy na tym zyskali. Od 1991 r. do 2016 r. dochody gospodarstw domowych, uwzględniając inflację, przeciętnie wzrosły realnie o 18%. Ale przeciętność to wątpliwa miara. Najwięcej bowiem zyskało 10% najlepiej zarabiających - wzrost dochodów wyniósł w tej grupie 35%. A 10% najbiedniejszych mieszkańców Niemiec zarabiało w 2016 r. realnie o 9% mniej niż 25 lat temu. Do tego dochodzi wyraźny wzrost zagrożenia względną biedą osób o dochodach poniżej 60% mediany zarobków w kraju. Ten wskaźnik wzrósł nie tylko wśród bezrobotnych, lecz podwoił się także w gospodarstwach domowych z dziećmi, gdzie tylko jedna osoba pracuje. Wzrósł też odsetek zagrożonych biedą dzieci i osób między 25. a 34. rokiem życia.

Na takim tle nie dziwi, że rośnie niechęć biednej lub mniej zamożnej części społeczeństwa do osób bogatych. Jak pokazało reprezentatywne badanie z lutego br., coraz więcej Niemców uważa bogatych za egoistów (sądzi tak 62%), materialistów (56%) i ludzi bezwzględnych (50%). Po kryzysie z 2008 r. ludzie byli świadkami tego, jak państwo ratuje koncerny i wykupuje udziały w bankach, które znalazły się w tarapatach, podczas gdy wcześniej były współodpowiedzialne za wybuch tego kryzysu. Hasło "prywatyzacja zysków - kolektywizacja strat" kosztem państwa i zwykłych obywateli zadomowiło się w debacie publicznej. Jednym ze skutków jest wzmocnienie prawicowych ugrupowań, takich jak Alternatywa dla Niemiec (AfD). "Politycznej debacie, która po prawej stronie otwarła się niebezpiecznie szeroko, Kühnert próbuje dodać lewicową przeciwwagę - to dobrze dla demokracji i dlatego warto przetrzymać krzyk krytyków", pisze lewicowy publicysta Stephan Hebel z dziennika "Frankfurter Rundschau".
 

FatBantha

sprzedawca niszowych etosów
Członek Załogi
7 389
19 198
Kolektywizacja zasobów mieszkaniowych
Dziś zatem ludzie mówią: kolektywizujmy zyski. Co prawda według pierwszego sondażu tylko 23% osób popiera pomysły Kühnerta, jednak niewykluczone, że obraz jest nieco zniekształcony - wszak BMW uchodzi za wspomnianą perłę niemieckiej gospodarki, a stosunki i warunki pracy w fabrykach koncernu w Niemczech są tak zadowalające, że przewodniczący rady pracowniczej w BMW Manfred Schoch już ogłosił: "Z takimi pomysłami SPD nie jest już w wyborach opcją dla pracowników niemieckich przedsiębiorstw". Podobnie wyrazili się przedstawiciele pracowników w Daimlerze (Mercedes). Faktycznie, zarobki w niemieckich fabrykach motoryzacyjnych są ponadprzeciętne, przynajmniej dla stałej kadry.

Jeśli zatem kolektywizacja miałaby zostać w Niemczech urzeczywistniona, to raczej nie w przemyśle, ale w nieruchomościach. Zwiastun możliwych zmian rozgrywa się właśnie w liczącej ok. 3,6 mln mieszkańców stolicy Niemiec, która co roku przyciąga coraz więcej nowych przybyszów. Wzrost cen najmu i wypieranie biedniejszych obywateli z centrum (a raczej kilku centrów) miasta w ostatnich latach stały się poważnym problemem. Na rynek wkraczają kolejne koncerny liczące na dalszy wzrost cen mieszkań w niemieckiej stolicy.

W zeszłym roku powstała inicjatywa oburzonych lokatorów sprzeciwiających się nieprawidłowościom na rynku najmu mieszkań i domagających się wywłaszczenia koncernów mieszkaniowych. "Prywatne przedsiębiorstwa mieszkaniowe, posiadające więcej niż 3 tys. mieszkań, powinny zostać wywłaszczone według art. 15 ustawy zasadniczej, a ich zasoby przekształcone we własność ogólnospołeczną", głosi społeczna inicjatywa ustawodawcza aktywistów z "Deutsche Wohnen & Co enteignen" (Wywłaszczyć DW & Co). Spółka akcyjna Deutsche Wohnen posiada w stolicy ponad 100 tys. mieszkań oraz nieruchomości komercyjne. Zasób mieszkań wykupiła w większości od miasta Berlin za rządów lewicy (65 tys. udziałów przedsiębiorstwa GSW) za cenę zaledwie 400 mln euro. Krytycy zarzucają Deutsche Wohnen windowanie cen czynszów oraz zaniedbywanie zasobów mieszkaniowych. "Jak długo mamy patrzeć na to, jak nasze miasto staje się łupem kilku chciwych sępów czyhających na zyski“, mówi Michael Prütz, jeden z inicjatorów. Aktywiści zbierają już podpisy pod żądaniem referendum w tej sprawie. W sumie chodzi o wywłaszczenie ok. 200 tys. mieszkań także innych przedsiębiorstw, które miałyby stać się częścią "zakładu prawa publicznego zarządzanego demokratycznie przez lokatorów oraz bezpośrednio wybranych przedstawicieli społeczeństwa Berlina". Chodzi więc nie o upaństwowienie, lecz o "nową, demokratyczno-solidarnościową formę gospodarczą", piszą inicjatorzy. Aby doszło do referendum, muszą oni w pierwszej fazie uzyskać 20 tys. podpisów popierających ich inicjatywę, w drugim etapie - ok. 175 tys. podpisów (7% mieszkańców). Potem jeszcze wynik referendum musi zostać zatwierdzony przez parlament miasta (Senat). Wywłaszczone w mieście i landzie Berlin przedsiębiorstwa miałyby otrzymać odszkodowanie.


Młodzi za wywłaszczeniem
Rządząca w Berlinie SPD zamiast wywłaszczenia rozważa odkupienie tych mieszkań. Jednak czasy i ceny się zmieniły. Według szacunków Deutsche Wohnen wartość tych mieszkań to dziś ok. 7 mld euro, czyli kilkunastokrotnie wyższa niż miasto otrzymało 15 lat temu. Współrządząca w Berlinie lewicowa partia die Linke jest za uspołecznieniem zasobów mieszkalnych, a Zieloni, jako trzecia partia w koalicji, po długiej debacie 15 maja również zadecydowali o poparciu uspołecznienia. Na początku roku także większość berlińczyków opowiadała się za wywłaszczeniem. Teraz jednak zwolennicy są w mniejszości - 36% wobec 56%. Wśród zwolenników dominują młodzi. W całych Niemczech w kwietniu 70% ankietowanych było przeciwnych takim wywłaszczeniom, 23% obywateli było za. Jednak ogromna większość opowiadała się za istotną ingerencją państwa w rynek mieszkaniowy - w formie budowy mieszkań komunalnych, dodatków do czynszów, ustawowego "hamulca" zabraniającego gwałtownych podwyżek czynszów.

Krytyczne reakcje Niemców na rosnące w zawrotnym tempie ceny czynszu mogą wynikać także z tego, że wielu starszych pamięta jeszcze czasy, gdy duża część zasobów mieszkalnych w Niemczech znajdowała się w rękach spółdzielni, państwowych i gminnych spółek oraz mniejszych prywatnych firm, które jednak nie były w stanie dyktować wygórowanych cen. To się jednak zmieniło, a patologie na rynku nieruchomości - nie tylko w Berlinie - są tak wielkie, że nawet Marcel Fratzscher, szef wspomnianego probiznesowego instytutu DIW, widzi problem. "Jeśli właściciele nieruchomości wyrzucają lokatorów lub zmuszają, aby ci płacili horrendalne czynsze, to znaczy, że coś zostało wyprowadzone ze stanu równowagi". Inni przedstawiciele biznesu ostrzegają przed wywłaszczaniem - będzie to według nich działało odstraszająco na potencjalnych nowych inwestorów.

"Ustawa zasadnicza (...) nie preferuje jakiegoś rodzaju kapitalistycznego porządku - mówi w wywiadzie radiowym historyk ekonomii Werner Plumpe. - Pozostawia politycznemu ustawodawcy otwartą możliwość, w jaki sposób chce go kształtować". Widmo kolektywizacji być może zmieni trajektorię głównych niemieckich partii, które dotychczas działają na dobrze znanej w Polsce zasadzie "ciepłej wody w kranie". Jak się okazuje, nie satysfakcjonuje to już jednak coraz większej liczby Niemców. Zwłaszcza młodych.

Jan Opielka
 

FatBantha

sprzedawca niszowych etosów
Członek Załogi
7 389
19 198
Katastrofa demograficzna na wschodzie Niemiec
Świat
Dzisiaj, 13 czerwca (16:04)
Wyniki badań opublikowanych w czwartek przez renomowany instytut zajmujący się gospodarką obrazują katastrofę demograficzną w byłej NRD. Naukowcy sądzą, że w najbliższych latach sytuacja jeszcze się pogorszy.

Z raportu drezdeńskiej filii Instytutu Badań nad Gospodarką (ifo) wynika, że w niemieckich krajach związkowych, które niegdyś tworzyły NRD, mieszka obecnie 13,9 mln osób. Mniej więcej tyle, ile w 1905 r. W chwili zjednoczenia Niemiec (1990 r.) było to 16,6 mln osób.

Exodus rozpoczął się jednak znacznie wcześniej - w latach 50. XX wieku, przed budową muru berlińskiego. W 1950 r. liczba ludności komunistycznych Niemiec wynosiła 18,3 mln.

"Obszary wiejskie dosłownie się wykrwawiają"
30 lat po zjednoczeniu mieszkańców Wschodu wciąż kuszą lepsze zarobki i wyższy poziom życia na Zachodzie. W związku z tym ifo prognozuje dalsze wyludnianie się tego rejonu RFN, co bezterminowo oddala cel kolejnych rządów, jakim jest zrównanie pod względem gospodarczym obu części kraju. W najbliższych 15 latach liczba mieszkańców Wschodu skurczy się o kolejne 12 proc.

"Obszary wiejskie dosłownie się wykrwawiają" - alarmuje autor raportu Felix Roesel. "Rozziew w dochodach i poziomie bezrobocia między Wschodem a Zachodem co prawda jest coraz mniejszy, ale dysproporcja w liczbie ludności wzrasta" - dodaje.

Zwraca przy tym uwagę, że na terenie "starej" Republiki Federalnej żyje obecnie najwięcej ludzi w jej historii - 68,7 mln. Zdaniem Roesla, gdyby dynamika wzrostu demograficznego była podobna w obu częściach Niemiec, to miasta takie jak Drezno, czy Lipsk miałyby powyżej 1 mln mieszkańców. Tymczasem w rzeczywistości mają ich po około 550 tys.

Dotkliwe konsekwencje
Konsekwencją wyludniania się wschodnich landów są coraz dotkliwsze braki siły roboczej.

Jak przewidują badacze ifo, w 2030 r. w niektórych regionach byłej NRD liczba osób w wieku produkcyjnym spadnie o 30 proc. w porównaniu ze stanem obecnym.

Z Berlina Artur Ciechanowicz
U nas też tak zaraz będzie.
 

Maksymiliana

Everyday Hero
210
107
Ja zobaczyłam ciekawe porównanie.
Oto najdroższe sedany lat 1989/ 1990

Zachodnich Niemców:



Wschodnich Niemców:



Różnica spora :)
 

FatBantha

sprzedawca niszowych etosów
Członek Załogi
7 389
19 198
Eksperci Bundestagu o reparacjach. "Tak" dla Grecji, "nie" dla Polski
Deutsche Welle
Dzisiaj, 10 lipca (13:16)
Zespół ekspertów niemieckiego parlamentu zakwestionował żądania reparacyjne Polski. Za uzasadnione autorzy ekspertyzy uważają natomiast roszczenia Grecji.

"Z punktu widzenia prawa międzynarodowego stanowisko rządu federalnego jest dopuszczalne, ale w żadnym wypadku obligatoryjne" - tak ustosunkowują się do odrzucenia przez rząd w Berlinie żądań odszkodowawczych Grecji za straty poniesione podczas II wojny światowej eksperci Bundestagu w opinii sporządzonej na wniosek klubu parlamentarnego Lewicy.

15-stronicowy dokument pod nazwą "Greckie i polskie żądania reparacyjne wobec Niemiec" systematyzuje "prawne linie argumentacji" i wskazuje na "podobieństwa i różnice" w obu przypadkach.

Mówiąc o Grecji, zespół ekspertów proponuje, by dla uzyskania "jasności prawnej" sprawę rozpatrzył Międzynarodowy Trybunał Sprawiedliwości (MTS) w Hadze. Ponieważ jednak spór dotyczy wypadków sprzed ponad 70 lat, rząd Niemiec musiałby zdecydować się na taki krok dobrowolnie.

Na początku czerwca Grecja oficjalnie wezwała Niemcy do wszczęcia rozmów w sprawie reparacji wojennych. Grecki parlament zobowiązał do tego rząd w Atenach z wówczas jeszcze lewicowym premierem Aleksisem Tsiprasem. Powołana przez parlament komisja ekspertów oszacowała straty wojenne Grecji na 290 mld euro.

Dla Berlina temat jest zamknięty, zarówno z prawnego, jak i politycznego punktu widzenia. Niemiecki rząd jest zdania, że "Traktat o ostatecznej regulacji w odniesieniu do Niemiec", tzw. traktat zjednoczeniowy "2+4" z 1990 r. zawiera "ostateczną regulację kwestii prawnych powstałych w związku z II wojną światową".

Tyle że w traktacie "2+4" zawartym między Republiką Federalną Niemiec, Niemiecką Republiką Demokratyczną oraz czterema byłymi mocarstwami okupacyjnymi USA, Wielką Brytanią, ZSRR i Francją w ogóle nie wzmianki o reparacjach wojennych. Grecja nie uczestniczyła też w rozmowach na ten temat.

Eksperci nie widzą szans na powodzenie polskich żądań
Odrzucenie przez Niemcy dalszych świadczeń reparacyjnych dotyczy także Polski, która, jak zwraca uwagę niemiecka agencja prasowa DPA, podobnie jak Grecja także je przypuszczalnie wkrótce wysunie. Odpowiedni raport zamierza przedłożyć najpóźniej do końca roku, a przypuszczalnie do 1 września sejmowy zespół ds. reparacji. DPA przypomina, że rząd PiS od 2017 r. regularnie domaga się od Niemiec adekwatnych odszkodowań na zniszczenia i zbrodnie wojenne.

Jak dotąd polski rząd wstrzymywał się od wystąpienia z oficjalnymi żądaniami, co może się zmienić. - Istnieje silna wola polityczna, by systematycznie pracować nad tym tematem - powiedział szef parlamentarnego zespołu ds. reparacji Arkadiusz Mularczyk (PiS). Wysokość odszkodowań należnych Polsce od Niemiec za szkody wyrządzone w trakcie II wojny światowej zespół oszacował na 800 mld euro.

Zespół ekspertów Bundestagu uważa te żądania za nieuzasadnione. Jak czytamy w najnowszej opinii, nie można znaleźć "żadnej przekonywającej argumentacji prawnej". W przeciwieństwie do Grecji, w 1953 r. (i ponownie w 1970 r.) Polska miała jednoznacznie zrezygnować z reparacji wobec Niemiec. Polski rząd uważa tamte deklaracje za nieważne, argumentując, że do ich złożenia doszło pod naciskiem ZSRR.

Według autorów ekspertyzy, polska rezygnacja z roszczeń odszkodowawczych także dzisiaj jest "wiążąca z punktu widzenia prawa międzynarodowego". Grecki rząd natomiast także jeszcze w związku z traktatem "2+4" podkreślał, że nie zrezygnuje z żądań odszkodowawczych.

Zdanie ekspertów Bundestagu dotyczące Polski podziela przewodniczący niemiecko-polskiej grupy parlamentarnej w Bundestagu Thomas Nord (Lewica). - Można się w Polsce z tym nie zgadzać, ale istniały umowy prawne, które dawno uregulowały te kwestie - powiedział Nord w rozmowie z "Deutsche Welle". - Z moralnego punktu widzenia nie można jednak robić żadnych różnic. Jeżeli chodzi o poszczególne grupy ofiar, może jeszcze dojść do dalszych odszkodowań - dodał polityk Lewicy.

Lewica domaga się przejęcia odpowiedzialności
Pytanie, jak do kwestii reparacji odniesie się nowy rząd Grecji premiera Kyriakosa Mitsotakisa. Jego liberalno-konserwatywna Nowa Demokracja uzyskała w niedzielnych wyborach absolutną większość w parlamencie. Oczekuje się, że w jedną ze swoich pierwszych podróży zagranicznych Mitsotakis uda się do Niemiec.

Prawne rozwiązanie kwestii reparacji dla Grecji rząd w Berlinie odrzuca. Wiceszef niemieckiego MSZ Niels Annen (SPD) wyjaśnił w końcu czerwca na zapytanie parlamentarne Lewicy, że "zajmowanie się kwestią greckich żądań reparacyjnych przez MTS nie jest zamiarem żadnej ze stron".

Partia Lewicy domaga się od rządu, by wyszedł naprzeciw greckim żądaniom reparacyjnym. - Opinia ekspertów Bundestagu pokazuje, że rząd federalny nie może już dłużej unikać historycznej odpowiedzialności - powiedziała agencji DPA posłanka Lewicy Heike Hänsel. - Nie może być mowy o polityce definitywnego postawienia kropki - dodała. - Dotychczas rząd zawiódł na całej linii - pod względem prawnym, politycznym a przede wszystkim moralnym - podkreśliła.

(DPA / stas, rom)

Redakcja Polska "Deutsche Welle"
 

FatBantha

sprzedawca niszowych etosów
Członek Załogi
7 389
19 198
"Rasa skundlonych panów", że tak sobie pozwolę nawiązać do narracji z lat trzydziestych ubiegłego wieku. ;)

Rekord: Co czwarty mieszkaniec Niemiec ma obce pochodzenie
Świat
Wczoraj, 21 sierpnia (20:56)
To, co przez dziesięciolecia negowano, jest faktem: Niemcy są krajem napływowym. Co czwarty mieszkaniec ma obce korzenie.

Prawie 25 proc. mieszkańców Niemiec ma obce pochodzenie - przynajmniej według definicji Federalnego Urzędu Statystycznego. Jako osoby z obcym pochodzeniem uznaje się nie tylko napływowych obcokrajowców, lecz także osoby, które urodziły się w Niemczech, lecz jedno z ich rodziców od urodzenia nie było obywatelem Niemiec. Są to więc np. urodzone w Niemczech dzieci z małżeństw mieszanych.

W myśl tej definicji według małego spisu ludności z roku 2018 około 20,8 mln osób mieszkających w Niemczech miało obce pochodzenie. Ogólna liczba tych osób, w porównaniu z rokiem 2017, wzrosła o 2,5 proc.

Z tych 20,8 mln osób ponad połowa (10,9 mln) ma niemieckie obywatelstwo. 5,5 mln miało niemieckie obywatelstwo od urodzenia.

11 proc. obcokrajowców to Polacy
13,5 mln osób z obcym pochodzeniem nie urodziło się w Niemczech, lecz imigrowało do Niemiec. Najczęstszym motywem przesiedlenia w prawie co drugim przypadku były powody rodzinne. Innymi przyczynami było poszukiwanie pracy (co 5. przypadek), uchodźstwo i azyl (15.proc.)

Mieszkający w Niemczech cudzoziemcy mają korzenie w Turcji (13 proc.), Polsce (11 proc.) i Rosji (7 proc.).

Jak zaznacza Federalny Urząd Statystyczny w aktualnych danych nie uwzględnia się osób mieszkających w zbiorowych kwaterach. Podczas małego spisu ludności 9,9 mln cudzoziemców mieszkało w prywatnych lokalach mieszkalnych. Natomiast w roku 2018 Centralny Rejestr Cudzoziemców doliczył się10,9 mln obcokrajowców, którzy w ubiegłym roku mieszkali w prywatnych mieszkaniach i domach.

Liczby będą rosły
Zdaniem Daniela Thyma, profesora na wydziale prawa europejskiego i międzynarodowego na uniwersytecie w Konstancji, te dane statystyczne nie są żadną niespodzianką. Liczby te od lat są wysokie i będą dalej rosły - zaznacza prawnik, wyjaśniając, że dzieje się tak z dwóch powodów. Po pierwsze osoby z obcym pochodzeniem są zazwyczaj młodsze i ze względu na prokreację ich udział w społeczeństwie będzie dalej rósł. Po drugie także w przyszłości należy liczyć się z dalszymi napływem obcokrajowców.

Prof. Thym, będący wiceprzewodniczący Rady Rzeczoznawców niemieckiej Fundacji Integracji i Migracji ostrzega jednak, żeby obcokrajowców automatycznie nie kojarzyć z tradycyjną islamską chustą, religią czy ogólnie wyglądem.

- To zbyt jednostronne podejście. Imigracja jest bardzo złożoną sprawą, charakterystyczną dla Europy. Ponad 50 proc. mieszkańców Niemiec z obcym pochodzeniem ma swoje korzenie w krajach europejskich, nie wliczając Turcji - wyjaśnia ekspert.

Redakcja Polska Deutsche Welle
 
Do góry Bottom