LGBT

Volvek

Well-Known Member
795
1 834
Ktoś ma prawo uważać się za kobietę, albo za osobę niebinarną, albo za kogokolwiek/cokolwiek innego. Ja mam prawo uważać inaczej i "dyskryminować". Jeśli miałbym w gronie znajomych taką osobę i poprosiłaby mnie o nazywanie jej w określony sposób to rozpatrywałbym indywidualnie taki przypadek, prawdopodobnie zgadzając się na inne nazewnictwo, bo nic mnie to nie kosztuje.

Problemy zaczynają powstawać wtedy, gdy przykładowo mężczyzna identyfikuje się jako kobieta i zaczyna dochodzić do nadużyć, o których już od pewnego czasu słychać - te "kobiety" biorą udział w rywalizacjach w kategoriach kobiecych i potem wygrywają medale mając nieuczciwą przewagę. Jest oczywistą prawdą naukową, że mężczyźni mają biologicznie lepsze predyspozycje fizyczne. Lewica tę naukę odrzuca i próbuje ją zastąpić swoją nauką.

Albo Margot identyfikuje się jako kobieta i oczekuje, że będzie przeszukiwana przez policjantkę, a nie policjanta, bo przeszukiwanie przez policjanta to jest gwałt, a przebywanie w męskim areszcie to tortury. Z tym, że słyszałem, że Margot to nie tyle kobieta, co osoba niebinarna, czyli nie identyfikuje się z żadną płci. Nie wiem dokładnie na czym to polega, ale w takim razie nie ma dla niej/niego odpowiedniego aresztu, skoro nie jest ani mężczyzną ani kobietą.

Nie tak dawno temu była sytuacja w Anglii, że transseksualista poszedł na depilację krocza (miał genitalia męskie, ale uważał się za kobietę), a Pani prowadząca salon odmówiła mu obsługi. Została pozwana do sądu, a w internecie była krytykowana i uznawana za transfoba. Z tego co pamiętam na szczęście nie została ukarana przez sąd i nie została zmuszona do wykonania zabiegu.

I tak można wymieniać. Rozumiem argument prawicy/konserw, że jak zaczniemy przystawać na te rzeczy to to się rozprzestrzeni i cywilizacja stanie na głowie. Nie zgadzam się z konserwami na różne tematy i staram się kierować po prostu zdrowym rozsądkiem. W tych tematach mam wrażenie, że znacznie bliżej zdrowemu rozsądkowi jest konserwom niż lewicowcom.

Rozumiem natomiast lewicę w kwestii walki z katolikami, a konkretnie z katolickim radykałami, którzy uważają, że homoseksualizm to grzech i potępiają takie osoby. Podobnie jak lewica uważam, że to nie w porządku i nie idzie w parze z nauczaniem o wzajemnym miłowaniu się. Niestety wciąż sporo osób w społeczeństwie ma podejście "pedały do gazu". Niektórzy księża na świecie zaczynają rozumieć, że nie musi tak być i bronią osób o innych orientacjach. Przede wszystkim każdy powinien być równy wobec prawa i nie powinno oceniać się ludzi ze względu na płeć czy orientację, a ze względu na czyny. I wtedy mamy dobre społeczeństwo.
 
Ostatnia edycja:
D

Deleted member 6564

Guest
Rozumiem natomiast lewicę w kwestii walki z katolikami, a konkretnie z katolickim radykałami, którzy uważają, że homoseksualizm to grzech i potępiają takie osoby.
Mówisz o homoseksualizmie, czy homoseksualnym seksie? Bo homoseksualny seks to każdy katolik za grzech uważa, nie tylko jak ich nazwałeś "katoliccy radykałowie"
A grzeszących upominać to jeden z uczynków miłosierdzia względem duszy
 
Ostatnio edytowane przez moderatora:

Volvek

Well-Known Member
795
1 834
Mówisz o homoseksualizmie, czy homoseksualnym seksie? Bo homoseksualny seks to każdy katolik za grzech uważa, nie tylko jak ich nazwałeś "katoliccy radykałowie"
A grzeszących upominać to jeden z uczynków miłosierdzia względem duszy

W sumie niejasno się wyraziłem. Chodzi o to co napisałem potem, czyli kwestia szczucia na osoby o innej orientacji i budowania narracji, że są to osoby gorsze, chore itp. Nie zgadzam się z tym i uważam, że lepiej by było gdyby liczyło się to jak postępujemy, a nie jakie mamy preferencje seksualne. To jest jedna z rzeczy, w których popieram rozsądnych lewicowców, czyli uświadamianie, że wszyscy jesteśmy ludźmi. Problem w tym, że jest to wykorzystywane przez radykalną lewicę do zwalczania kościoła (co też godzi w prawo kościoła do wyrażania własnego zdania, mimo że się z nim można nie zgadzać) i wciskania na siłę swojej ideologii, a tego już nie popieram, idzie to zdecydowanie za daleko. Popieram przede wszystkim zdrowy rozsądek i ocenianie ludzi po czynach. "Po owocach ich poznacie" xD
 

inho

Well-Known Member
1 634
4 250
Wydaje mi się, że większość z nas nie miałaby z czymś takim problemu i ze zwykłej ludzkiej przyzwoitości czy z grzeczności zwracałaby się do przykładowego Michała per Margot. Z tym że jednocześnie nadal uważałaby taką osobę za mężczyznę, lecz w bezpośrednich relacjach odnosiłaby się niego jak do kobiety. Innymi słowy prywatnie uważałaby taką osobę za mężczyznę, a publicznie czy w bezpośrednim kontakcie za kobietę.

Problem moim zdaniem polega na tym, że takie osoby jak Michał vel Margot chciałyby i chyba dążą do tego, by pozostali nawet prywatnie zaczęli uznawać je zgodnie z ich identyfikacją płciową. I tu jest chyba główna oś sporu.
Zgadzam się w tej kewstii z @Volvek - każda sytuacja powinna być rozpatrywana osobno.

Szczególnie rozróżniłbym relacje bezpośrednie o charakterze towarzyskim od wypowiedzi oficjalnych. Towarzysko można grać w różne społeczne gierki językowe, natomiast w sytuacjach oficjalnych, w poważnej dyskusji - mam wątpliwości. Uważam, że każdy (szczególnie naukowiec, dziennikarz, polityk itp.), kto w oficjalnej wypowiedzi opisuje mężczyznę jako kobietę, podważa swoją wiarygodność.

O ile towarzysko możemy sobie poudawać, że Ziemia jest płaska, to czy w publicznej, naukowej dyskusji, mamy robić z siebie idiotę, żeby nie urazić czyichś uczuć? Byłby to kolejny przejaw narastającego społecznego infantylizmu i emocji przeważających nad rozumem i godnością człowieka. No i rodziłoby to pytanie: w jaki sposób odróżnić "płaskoziemca z głupoty" od "płaskoziemca z uprzejmości"?

Moim zdaniem wprowadzanie tego typu konwenansów do debaty publicznej prowadzi do dalszej degeneracji komunikacji międzyludzkiej i jest gigantycznym krokiem w stronę systemowego miksu Idiokracji i Roku 1984.
 

kompowiec

Open Source Boy
1 728
1 769
Czyli uznajemy bzdury aby się lepiej poczuć. Wystarczy więc mieć wyjebongo w uczucia problem solved. A jak ktoś się nie zgadza i staje się z tego powodu agresywny to mówić że psychopata i wymaga leczenia. Abraham lincoln opanował to do perfekcji.
 

FatBantha

sprzedawca niszowych etosów
Członek Załogi
7 938
22 327
PiS się stawia KE, a przy okazji bawi się dalej w demagogię.

Ziobro zapowiada wsparcie "dla gmin szykanowanych przez KE". Tuchów otrzymał trzy razy więcej, niż miała mu przyznać Komisja
Dzisiaj, 12:30
Minister sprawiedliwości zapowiedział wsparcie dla gmin, którym Komisja Europejska nie przekazała środków unijnych z przyczyn - w jego ocenie - ideologicznych. Zapowiedział też wniosek do premiera w sprawie utworzenia stałego mechanizmu takiego wsparcia. Jak wyjaśnił, ministerstwo uwzględniło wniosek gminy Tuchów o wsparcie finansowe i przyznało jej kwotę trzykrotnie wyższą niż ta, która nie została przyznana przez KE. Na czeku, który otrzymali przedstawiciele gminy, widnieje logo Funduszu Sprawiedliwości.
Komisarz ds. równości Helena Dalli poinformowała pod koniec lipca o odrzuceniu sześciu wniosków o środki na projekty w ramach unijnego programu "Partnerstwo miast". W ich składanie, jak wskazała komisarz, zaangażowane były polskie władze lokalne, które przyjęły rezolucje dotyczące "stref wolnych od LGBTI" lub "praw rodzinnych".
Minister sprawiedliwości na wtorkowej konferencji prasowej w siedzibie resortu, zapowiedzianej pod tytułem "Wsparcie dla gmin skrzywdzonych przez komisarz Dalli" mówił m.in. o związanej z taką decyzją sytuacją gminy Tuchów (woj. małopolskie).
Jego zdaniem, tylko dlatego, że radni tej gminy "mieli odwagę upomnieć się o podstawowe wartości związane z ochroną rodziny", stali się "przedmiotem szykan i napaści" ze strony komisarz. Kwota, której nie przyznano gminie, to - jak mówił Ziobro - ok. 80 tys. zł.
- Mamy dobrą wiadomość dla tej gminy, ale też i w przyszłości dla każdej gminy, która byłaby szykanowana w ten sposób przez Komisję Europejską z przyczyn ideologicznych - podkreślił minister. Jak wyjaśnił, resort sprawiedliwości uwzględnił wniosek gminy Tuchów o wsparcie finansowe i przyznał jej kwotę trzykrotnie wyższą niż tę, którą "odebrała pani Dalli".
Przedstawiciele gminy Tuchów odebrali symboliczny czek na kwotę 250 tys. zł. Pieniądze mają zostać spożytkowane na rzecz ochotniczych straży pożarnych, które "zajmują się bezpośrednio bezpieczeństwem i pomocą udzielaną mieszkańcom".
W ocenie Ziobry, to wsparcie ma wymiar podwójny. - Udzielamy wsparcia dla gminy, która ma tu agendę prorodzinną i angażuje się we wsparcie dobrze funkcjonujących rodzin, sprzeciwiając się narzucaniu sprzecznej z polską kulturą, tradycją, ale też i polskim porządkiem prawnym, ideologii LGBT+, ideologii gender, którą forsuje Komisja Europejska - powiedział. Jednocześnie - dodał - wspierane są pożyteczne działania dla mieszkańców.
Ziobro poinformował ponadto, że w sprawie tej wystąpi także do szefa rządu. - Skieruję wniosek do pana premiera Morawieckiego, abyśmy pomyśleli nad stworzeniem takiego stałego mechanizmu wsparcia dla tych gmin, które - zgodnie z zapowiedziami pani komisarz Dalli - mają być szykanowane ewentualnie za to, że wspierają politykę prorodzinną - zapowiedział. - Takie gminy muszą wiedzieć, że polskie państwo stoi za nimi - dodał.
Zbigniew Ziobro już wcześniej zwracał się do rządu, aby ten zareagował w Komisji Europejskiej w kwestii dorzuconego wniosku o środki unijne od sześciu polskich miast. Swój apel kierował do premiera Mateusza Morawieckiego.
"Minister Zbigniew Ziobro poprosił premiera Mateusza Morawieckiego, aby stanowczo zareagował na forum Komisji Europejskiej, ponieważ decyzje Komisji są niedopuszczalne i bezprawne" - napisał resort w swoim komunikacie.
Pieniądze po raz kolejny pochodzą z Funduszu Sprawiedliwości
Pieniądze dla gminu Tuchów pochodzą z Funduszu Sprawiedliwości. W teorii ma pomagać ofiarom przestępstw. Jednak w ostatnich latach pieniądze w dużej mierze trafiały do organizacji zbliżonych do Kościoła, w tym tych należących do ojca Rydzyka.
Specjalistyczna, bezpłatna i poufna pomoc dla ofiar przestępstw, osób pokrzywdzonych i ich rodzin to obowiązek nałożony na każde państwo UE w ramach unijnej dyrektywy. Środki te płynąć mają właśnie z Funduszu Sprawiedliwości, który dysponuje wielomilionowymi kwotami pochodzącymi m.in. z nawiązek wpłacanych przez sprawców przestępstw.
W 2015 r. środki na pomoc ofiarom wynosiły ponad 30 mln zł. Rok później suma ta znacząco wzrosła do 385 mln zł, a w 2017 r. aż do 463 mln zł. Problem jednak w tym, że mimo zwiększenia środków w Funduszu, z roku na rok ofiary przestępstw dostawały z niego coraz mniej pieniędzy.
Jak podawał portal OKO.press, w 2015 r. - gdy w Funduszu było około 30 mln zł - aż 80 proc. z tych środków trafiło do organizacji pozarządowych zajmujących się wspieraniem ofiar przestępstw. Rok później, gdy Fundusz dysponował już blisko 400 mln zł, do pokrzywdzonych trafiło zaledwie 5 proc. tej sumy. Zaś w 2017 r., kiedy w Funduszu było 463 mln zł, organizacje pozarządowe zajmujące się pomocą ofiarom przestępstw dostały z tych pieniędzy zaledwie 3 proc.
Rodzaj organizacji pozarządowych, które od 2016 r. zaczęły wygrywać ministerialne konkursy na rozdział środków z Funduszu Sprawiedliwości zaczął stawać się coraz bardziej jednorodny. Mają one głównie profil prawicowy, często są zbliżone do kościoła lub bezpośrednio z nim związane, jak choćby podległy Konferencji Episkopatu Polski Caritas.
Środki z Funduszu trafiły też do instytucji powiązanych z ojcem Tadeuszem Rydzykiem. W 2017 r. w ramach konkursu na projekty mające służyć przeciwdziałaniu przyczynom przestępczości Fundacja Lux Veritatis dostała blisko 650 tys. zł. Na jaki cel? Przygotowanie reportaży interwencyjnych i... koncert kolęd. Rok później Lux Veritatis dostała z Funduszu Sprawiedliwości blisko 420 tys. zł.
 

NoahWatson

The Internet is serious business.
1 078
2 503
Problem wspólnego pastwiska objawiający się w postaci sporu o pomnik smoka wawelskiego.

Hmm, Franciszek Vetulani... Czy chodzi o wnuka znanego, zmarłego już neurobiologa i biochemika? Czy może zbieżność nazwisk przypadkowa?

Angelika Pitoń
9 sierpnia 2020 | 07:00

"Złaź stamtąd i nie pajacuj", "Teraz ja protestuję, chcę dziecku zrobić ze smokiem zdjęcie", "Nie może pan jakoś inaczej protestować, a nie w miejscu publicznym?" - wykrzykiwały do młodego aktywisty rodziny w sobotę pod Wawelem. Mężczyzna zawiesił na Smoku Wawelskim tęczową flagę. Policjanci spisali go za "zakłócanie porządku publicznego".
"Syrenka warszawska ma w dłoni miecz i tarczę. Ma tęczę i bandanę. To nasze wezwanie do walki. Jak długo będziemy zasypiać z myślą, że i tak nic się nie zmieni, tak długo będzie trzeba przypominać o tym, że istniejemy. Że nie jesteście sami i same" - napisały Margot i Łania z kolektywu "Stop Bzdurom", kiedy rozwiesiły tęczowe flagi i różowe chusty na pomnikach Kopernika, Piłsudskiego, Chrystusa przed Bazyliką św. Krzyża i na syrence w Warszawie.
W piątek Margot zatrzymano. Decyzją sądu najbliższe dwa miesiące spędzi w areszcie, bo zniszczyła furgonetkę fundacji "Pro-prawo do życia", głoszącej kłamliwe, homofobiczne hasła. Oprócz Margot zatrzymano 48 osób, które protestowały przeciwko zatrzymaniu. W Krakowie i innych miastach Polski przez cały weekend organizowane są pikiety solidarnościowe.
Pod komisariatem na ul. Szerokiej w Krakowie w sobotę był też Franciszek Vetulani razem z przyjaciółmi. A potem, kiedy wracali bulwarami wiślanymi, Franek, wzorem Margot, postanowił zawiesić tęczową flagę na Smoku Wawelskim. - To, co wydarzyło się w piątek w Warszawie zszokowało mnie. Nie zgadzam się na takie bezprawie, brutalność policjantów. Chciałem w taki sposób okazać solidarność z Margot i aresztowanymi aktywistami - mówi krótko chłopak.
Policja spisała go, bo zawiesił tęczową flagę na smoku wawelskim
Franek zawiesił flagę na smoku, a sam stanął obok z transparentem: "Murem za Margot". Jak relacjonuje, wokół pomnika szybko zrobiło się zamieszanie. Częśc osób domagało się natychmiastowego ściągnięcia flagi. Na pomnik wspiął się ok. 30-letni mężczyzna, który chciał wyrwać smokowi flagę. Franek zagrodził mu jednak do niej dostęp.
Jak wylicza chłopak, zaledwie po kilku, 5-7 minutach na Bulawarach dwa duże radiowozy policyjne, tzw. suki.
- Podeszło do mnie dwóch policjantów i zażądali zejścia z pomnika. Odmówiłem, uprzedzając zgromadzonych, że akcja nie potrwa długo i nie mam zamiaru stawiania oporu. Policja wylegitymowała mnie więc i spisała - relacjonuje Franek. Policjanci wylegitymowali też pozostałą piątkę znajomych Franka stojących pod pomnikiem.
Powód: zakłoćenie porządku publicznego.
Zatrzymanie Margot. Turyści: Pan mi zabiera miejsce publiczne. I to mnie oburza bardziej
Ten moment nagrał nasz fotoreporter, Jakub Włodek. Na filmie słyszymy, jak przechodnie sprzeczają się o to, czy flaga na wawelskim smoku powinna wisieć, czy też nie. "Może pan zdjąć tę flagę? Chciałem zrobić zdjęcie" - mówi jeden z mężczyzn. A do policjantów mówi: "Można prosić o interwencję czy mam interweniować sam?". "A nam się akurat flaga podoba" - odpiera stojąca obok kobieta. "Nikomu przecież ta flaga nie przeszkadza" - dodaje inna osoba. Słychać krzyki: "Brawo", "Gratuluję odwagi". Ale chwilę później podchodzą kolejni: "Złaź stamtąd i nie pajacuj, ku*wa", "Teraz ja protestuję, chcę dziecku zrobić ze smokiem zdjęcie".
Policjanci (według wyliczeń świadków pod koniec akcji wokół pomnika zebrało się siedmioro funkcjonariuszy) przekazali chłopakowi, że interweniują, bo otrzymali kilka zgłoszeń o zakłoceniu porządku publicznego. - Równocześnie zaznaczono, że nie ma tu mowy o znieważaniu uczuć religijnych, jak w Warszawie - dodaje Franek.
Chłopak od początku tłumaczył zgromadzonym, dlaczego powiesił flagę na pomniku i co działo się w piątek w Warszawie. Dla turystów ważniejsze było jednak zrobienie zdjęcia smokowi. Jedna z kobiet powiedziała do Franka: - Nie może pan jakoś inaczej protestować? Czemu ja mam przez pana cierpieć? Pan mi zabiera miejsce publiczne. I to mnie bardziej oburza niż tamta sprawa - powiedziała kobieta.
Kiedy smok zionął ogniem, w dyskusję włączyły się kolejne osoby. Łucja Dębińska, która wracała z Frankiem z protestu mówi: - Wykrzykiwano, że mamy "pier*olić się w domu, a nie w przestrzeni publicznej". Jeden z mężczyzn chciał nam zrobić zdjęcie, bo jak powiedział "żyje 40 lat i nic głupszego nie widział". Ludzie, zwłaszcza mężczyźni, byli agresywni, atakowali nas słownie - przyznaje.
Nie było to jedyne reakcje na happening Franka. Niektórzyli bili brawa, gratulowali odwagi, krzyczeli: "a mnie się tęcza podoba", "tak trzymać".
"To bezzasadna interwencja"
Franek po ok. dwudziestu minutach zdjął z pomnika flagę i zszedł ze skały, na której postawiony jest smok wawelski. - Kiedy zszedłem, poproszono mnie, abym podszedł pod radiowóz w celu zakończenia czynności. Ale zastrzegli od razu, że nie będę do niego wsiadał. Poszedłem tam więc i chwilę później mnie wypuszczono - podsumowuje Franek.
Oliwia Piechura, koleżanka Franka obecna na miejscu: - Z całej siódemki tylko dwóch funkcjonariuszy przedstawili się. Jeden z nich nie chciał podać swoich imion i nazwisk twierdząc, że jest w mundurze, więc nie musi tego robić. Nie chciał pokazać legitymacji, podać numeru odznaki. Usłyszeliśmy, że jesteśmy wścibscy i zadajemy za dużo pytań - dodaje. Wtóruje jej Łucja Dębińska, która nie ukrywa zdziwienia, że policjanci pojawili się tak licznie, i przede wszystkim - tak szybko. - Kiedy kilka tygodni temu, w nocy, grożono Frankowi pobiciem i atakiem nożem, policjanci zjawili się po 30 minutach. Tym razem dojechali pod Wawel w kilka minut - rozkłada ręce dziewczyna.
Kiedy rozmawiamy później, Franek podkreśla: - Nie rozumiem celu tej intwencji. Zakłócanie porządku? Lojalnie uprzedzałem, że za moment zejdę z pomnika. W Polsce łamane są prawa człowieka, nie można milczeć, udawać, że nic się nie dzieje. To była manifestacja polityczna, mam do niej konstytucyjne prawo - odpiera. - Ta władza i jej poczynania są tak samo złe dla nas, jak i dla policji. Sytuacja, w której rządzący wykorzystują policję do własnych rogrywek jest ujmą dla policyjnego munduru - puentuje.
O komentarz w tej sprawie poprosiliśmy krakowską policję. Na odpowiedź czekamy.
Tak, chodzi o wnuka prof. Jerzego Vetulaniego
 

FatBantha

sprzedawca niszowych etosów
Członek Załogi
7 938
22 327

Michał Sz. napisał:
My jako anarchistki, jesteśmy wroginiami tradycyjnego modelu polskiej rodziny, która jest głównym źródłem przemocy dla młodych osób w Polsce. Nigdy nie obchodziła nas dyskusja z prawicą na temat ich wizji rodziny. Podobnie, stały stosunek mamy do własności prywatnej, protestów czy akcji bezpośrednich.
Przestań pierdolić. Głównym źródłem przemocy jest zawsze państwo.


Lance do boju, dildosy w dłoń. LGBTowca goń, goń, goń.
 

FatBantha

sprzedawca niszowych etosów
Członek Załogi
7 938
22 327
Adam Wielomski mocno wchodzi w klimaty wyordnungowanych ciot w nazistowskich jebalniach. ;)


Przeglądając Internet pod kątem nazistowskiego imperializmu i ekspansjonizmu III Rzeszy – którym to tematem ostatnio zajmuję się naukowo – znalazłem niedawno, na jednej z gejowskich stron w języku francuskim, obszerny kilkuczęściowy artykuł na temat historii homoseksualizmu w Związku Radzieckim. Początkowo byłem zaskoczony, że wpisując słowa kojarzące się z narodowym socjalizmem, III Rzeszą i faszyzmem, w wynikach pokazała mi się strona gejowska na temat represji homoseksualizmu w ZSRR. Dlaczego?
Ano dlatego, że autor tekstu szeroko rozpisywał się na temat prześladowań aktywu homoseksualnego w ZSRR. Najpierw opisał błogie czasu tolerancji w epoce Lenina, a potem ciemną epokę dla owej mniejszości w czasach Stalina. Otóż, w 1934 roku – na osobisty rozkaz Jozefa Wissarionowicza Stalina – do radzieckiego kodeksu karnego wpisano artykuł penalizujący homoseksualizm, będący prawie toćka w toćkę przepisanym podobnym artykułem z kodeksu karnego sprzed rewolucji radzieckiej. Ale najciekawsze było uzasadnienie, które dał Stalin dla tej inicjatywy prawodawczej, a które spowodowało, że strona wyskoczyła mi, gdy szukałem informacji związanych z faszyzmem i z nazizmem. Otóż, Stalin nakazał penalizację homoseksualizmu, określając to zachowanie mianem „faszystowskiego zboczenia”. Niestety, autor nie podał jak termin ten brzmiał po rosyjsku, ale przypomniało mi się, że w faszystowskich Włoszech homoseksualizm określano wtenczas podobnym mianem „niemieckiego zboczenia” (vizio tedesco), a raczej o wspólne ustalenia językoznawcze włoskich faszystów i radzieckich komunistów nie podejrzewałem.
Temat jakoś mnie podświadomie dręczył przez dwa czy trzy tygodnie, aż nagle rzuciłem Eureka! Zrozumiałem skąd ta zbieżność języka faszystów włoskich i komunistów moskiewskich. Kluczem do wszystkiego jest fakt, że Stalin wprowadził penalizację homoseksualizmu w 1934 roku, a przecież w tymże 1934 roku w Niemczech Adolfa Hitlera miała miejsce Noc Długich Noży, w czasie której SS wymordowało kilkaset osób, z których większość stanowili członkowie lewicującej SA, na czele z Ernstem Röhmem. Jak ustalili historycy, istotą sporu były kwestie ideologiczno-polityczne, to znaczy postulaty zgłaszane przez kierownictwo SA: 1/ po przeprowadzeniu „rewolucji narodowej” konieczności przeprowadzenia „rewolucji socjalistycznej”, co wywoływało panikę w popierających NSDAP środowisk biznesowych; 2/ połączenia dwumilionowej SA ze stutysięczną Reichswerą, przy jednoczesnym przekształceniu stopni w SA w stopnie wojskowe, co oznaczałoby roztopienie wojska w przybudówce partyjnej, co niepokoiło korpus oficerski. Jednakże oficjalnym uzasadnieniem pogromu SA był masowy homoseksualizm w jej kierownictwie. Rzeź uzasadniono przyczynami „moralnymi”, tak jakby Adolf Hitler znał Ernsta Röhma od wczoraj, nie wiedział o jego homo-sado-masochistycznych orgiach, z udziałem licznego grona kierowniczego SA, przy których to zabawach dziesiątkami wykorzystywano seksualnie nieletnich chłopców z SA i z Hitlerjugend. Orgie te były powszechnie znane i wiele pisała o nich ówczesna nienazistowska prasa. Wiemy, że już przed 1934 roku Heinrich Himmler przynajmniej kilkakrotnie interweniował w tej sprawie u Hitlera, wskazując dwa aspekty tego problemu: 1/ zachowanie kierownictwa SA kompromituje ruch narodowo-socjalistyczny w oczach opinii publicznej; 2/ homoseksualne praktyki w SA ośmieszają oficjalnie głoszone hasła NSDAP na temat konieczności masowej i przyśpieszonej reprodukcji ludzi należących do „rasy nordyckiej”, roli macierzyństwa, matki, rodziny, etc.
O homoseksualnych tendencjach wielu czołowych nazistów, szczególnie zaś w SA, informowała przedwojenna prasa niemiecka. Część z tych informacji stanowiły opisy homoerotycznych eskapad i balang nazistów, a część były to informacje wyciekające z Instytutu Seksuologicznego w Berlinie, prowadzonego przez żydowskiego lekarza dra Magnusa Hirschfelda (zresztą bodaj także homoseksualisty, ale o liberalno-lewicowych poglądach). W Instytucie znajdowały się akta kilkudziesięciu tysięcy osób uznanych za dewiantów seksualnych najrozmaitszego rodzaju, w tym także homoseksualistów. Najprawdopodobniej kartoteki posiadali tutaj także homoseksualiści działający w SA i NSDAP. Co tam dokładnie było nie wiemy, gdyż naziści całą dokumentację puścili z dymem w 1934 roku, zapewne aby zatrzeć ślady własnej działalności lokującej się w zakresie zainteresowania Instytutu.
Nawiasem mówiąc, to homoseksualne skłonności niemieckich nazistów nie były niczym dziwnym. Skłonność ta była wielokrotnie opisywana, gdyż pruscy militaryści i szowiniści od lat fascynowali się ideą „związków mężczyzn” (Männerbünde). Czytałem kilka tekstów twórców takich organizacji, i kilka pozycji naukowych na ich temat, i powiem szczerze, że unosi się w nich rodzaj „homoseksualnej atmosfery”, fascynacji męskością, męskim ciałem, przy równoczesnej niechęci i pogardzie dla kobiet, które zresztą nie miały do nich wstępu. Sam fakt, że tebański Święty Zastęp jest tu wielokrotnie przywoływanym wzorcem sam w sobie jest wielce znaczący. O ile w okresie międzywojennym Paryż uważano za stolicę kobieciarzy i – jak to się teraz nazywa – „sexworkerek”, to Berlin uważany był w tym czasie za stolicę europejskiego homoseksualizmu. Status wice-stolic miały Kolonia i portowy Hamburg.
Czy fakty te mogły być tajemnicą dla wywiadów radzieckiego czy włoskiego w okresie międzywojennym? Czy Benito Mussolini i Józef Stalin mogli nie wiedzieć o nadreprezentacji homoseksualistów w SA i pośród założycieli nazizmu? Z pewnością raportowała na ten temat tajna agentura, wieści prasowe studiował tzw. biały wywiad, zapewne pisali o tym ambasadorzy i konsulowie. Stąd równoczesne pojawienie się w Italii faszystowskiej i w Związku Radzieckim terminów „zboczenie niemieckie” lub „zboczenie faszystowskie”.
Adam Wielomski
 

FatBantha

sprzedawca niszowych etosów
Członek Załogi
7 938
22 327
WIADOMOŚCI LOKALNE
Dzisiaj, 23 września (09:12)

W przyszłości - ale wciąż nieokreślonej - powstanie w Warszawie hostel dla lesbijek, gejów, biseksualistów i osób transpłciowych. Natomiast nie będzie centrum kulturalnego i rzecznika tej społeczności przy prezydencie miasta - wynika z odpowiedzi udzielonej przez ratusz w imieniu prezydenta Warszawy na interpelację radnych Koalicji Obywatelskiej. Z części zapisów deklaracji na rzecz LGBT+ Rafał Trzaskowski rezygnuje.

Dwoje radnych stołecznych Agata Diduszko-Zyglewska i Marek Szolc (KO) zwrócili się do prezydenta miasta Rafała Trzaskowskiego z interpelacją w sprawie realizacji podpisanej przez niego w ubiegłym roku "Deklaracji - Warszawska Polityka Miejska na rzecz Społeczności LGBT+". Zwrócili się m.in. o przyspieszenie działań mających na celu utworzenie hostelu dla lesbijek, gejów, biseksualistów i osób transpłciowych.
W odpowiedzi wystosowanej przez ratusz w imieniu Trzaskowskiego napisano, że "działania związane z utworzeniem hostelu interwencyjnego dla osób LGBT+ są przedmiotem rozmów i analiz wewnątrz urzędu oraz z organizacjami społecznymi z doświadczeniem w tym obszarze".
Według informacji ratusza, "podjęte zostaną prace z udziałem strony społecznej nad wypracowaniem długofalowego rozwiązania opartego o mechanizm ekonomii społecznej". Podkreślono, że "do tego czasu wdrożone zostanie rozwiązanie 'przejściowe', najprawdopodobniej w formie wieloletniego konkursu dla organizacji pozarządowych na realizację programu wspierającego osoby LGBT+ w osiąganiu samodzielności życiowej".
Z tego zapisu Trzaskowski się wycofał
Ratusz poinformował, że "prezydent wycofał się natomiast z realizacji zapisu Deklaracji dotyczącego centrum kulturowo-społecznościowego dla osób LGBT+". Wyjaśnił, że decyzja ta została podjęta "z uwagi na możliwość realizacji potencjału środowiska w istniejących już w stolicy instytucjach i trudną sytuację finansową miasta".
Trzaskowski zrezygnował również z "realizacji postulatu dotyczącego powołania osobnego stanowiska Pełnomocnika Prezydenta ds. społeczności LGBT+". W odpowiedzi na interpelację wyjaśniono, że "tematyka ta znajdzie się w kompetencjach Pełnomocnika Prezydenta ds. równego traktowania, którego przywrócenie jest aktualnie przedmiotem analiz w Urzędzie Miasta".
 

FatBantha

sprzedawca niszowych etosów
Członek Załogi
7 938
22 327
Dalej będą się bawić w strofowanie za to, że nie chcemy przyjmować ich dekadenckiego ideolo.

- Polska posiada na Zachodzie reputację kraju nieprzyjaznego mniejszościom seksualnym. To się przekłada na niekorzystne decyzje inwestycyjne. Ma również wpływ na sprawy militarne. Nie jest tajemnicą, że wielu kongresmanów jest zaangażowanych w sprawy LGBT. Te kwestie łączą Donalda Trumpa i Joe Bidena - mówi w rozmowie z Marcinem Makowskim dla Wiadomości WP ambasador USA w Polsce, Georgette Mosbacher.
Marcin Makowski: W niedzielę opublikowała pani na Twitterze list otwarty w obronie środowisk LGBT w Polsce, pod którym podpisało się 50 ambasadorów. "Prawa człowieka to nie ideologia - są one uniwersalne" - dodała pani od siebie. Czy to normalna praktyka dyplomatyczna, czy działanie ponadstandardowe?
Georgette Mosbacher (Ambasador USA w Polsce): Zacznę od podkreślenia jednej, fundamentalnej sprawy: Stany Zjednoczone wierzą w równość wszystkich ludzi. W pełni rozumiem i szanuję fakt, że Polska jest krajem katolickim - nikt nie chce tego podważać. Niemniej musicie wiedzieć, że w kwestii LGBT jesteście po złej stronie historii. Mówię o postępie, który się dokonuje bez względu na wszystko. Używanie tego typu retoryki wobec mniejszości seksualnych jedynie wyobcowuje Polskę, przekładając się też na konkretne decyzje biznesowe.
Na przykład jakie?
Choćby branży filmowej i technologicznej - trzeba być tego świadomym. Ci przedsiębiorcy nie chcą jechać i inwestować tam, gdzie ich pracownicy nie są szanowani i nie mają praw, które akceptuje większość świata Zachodu. Dochodzą do mnie głosy zaniepokojonych przedsiębiorców, ale co warto dodać - podobnie dzieje się również w Ameryce. Hollywood i sektor IT nie chcą współpracować ze stanami, które uchwalają prawa sprzeczne z wartościami branży.

List ambasadorów ws. LGBT. Bartłomiej Sienkiewicz ostrzega

Rządzący kontrargumentują, że nikt w Polsce nie dyskryminuje osób LGBT, mają one takie same przywileje i obowiązki jak ludzie żyjący samotnie albo w związkach nieformalnych, a większość społeczeństwa nie życzy sobie narzucania prawa, które mamy stanowić. Choćby w kwestii małżeństw osób tej samej płci.
Nie chcę wchodzić w szczegóły legislacyjne, bo to sprawa należąca do Polski. Mówię tylko, jakie są konsekwencje posiadania reputacji kraju nieprzyjaznego mniejszościom LGBT. A to reputacja, którą Polska za granicą posiada, nawet jeśli sama ocena nie jest fair.
I w jaki sposób Polska miałaby - pani zdaniem - tę reputację zmienić?
Na pewno nie pomaga w tym tworzenie "stref wolnych od LGBT". To bardzo obraźliwe.
Doprecyzowując: takich stref nie ma w naszym kraju. Istnieją uchwały poszczególnych gmin o "strefach wolnych od ideologii LGBT" albo Samorządowe Karty Rodzin. Jak twierdzą sygnatariusze - uchwały niczego nie zmieniają w polskim prawie, są symboliczne.
Czasami symbole mówią więcej niż czyny czy słowa. Wiem, że to nie jest do końca uczciwe, ale przez takie "symbole" Polska nabawiła się wizerunku państwa, które nie szanuje ludzi o innej orientacji seksualnej. Raz jeszcze podkreślam, mam ogromny szacunek do religijnej tradycji kraju, w którym jestem ambasadorem, ale prawa człowieka to prawa człowieka - są uniwersalne bez względu na dominującą religię.
Jakby pani ambasador zdefiniowała prawa człowieka w odniesieniu do mniejszości seksualnych? To jest chyba istota tego sporu. Czy należy do nich np. prawo do małżeństwa?
Nie chciałabym tego komentować.
Pytam, ponieważ część państw, które podpisały się pod listem otwartym, o którym rozmawiamy, sama nie uznaje takich postulatów.
Ma pan rację, zgadzam się. W tej sprawie wchodzimy jednak w szczegóły prawne, a ja argumentuję na poziomie najbardziej podstawowych praw przysługujących każdemu człowiekowi. Prawa do niepodlegania ostracyzmowi, do równego traktowania i wyrażania swoich poglądów, prawa do poczucia bezpieczeństwa.
Czy rozmawiała pani na ten temat z polskim rządem? Jaka była odpowiedź?
Nie rozmawiałam. Nie musiałam, ponieważ rząd wie, jakie są nasze wartości. Wystarczy poczytać mojego Twittera, zobaczyć, że na budynkach ambasady i konsulatu od lat wywieszamy tęczowe flagi.
Jak rozumiem są to wartości zbieżne z zaleceniami Departamentu Stanu i prezydenta Donalda Trumpa?
Tak, oczywiście. Staramy się je przekazywać we wszystkim, co robimy - nie tylko w deklaracjach słownych i listach. Niczego nikomu nie dyktujemy, dajemy jedynie przykład.
Wielu komentatorów twierdzi jednak, że podobne listy to wywieranie presji.
To nie jest presja, ale zdanie i pogląd wyrażony przez sygnatariuszy. W pewnych sprawach jesteśmy z Polską blisko, inne nas różnią. Tak już między państwami bywa.
Czy "to, co nas różni" w kwestiach światopoglądowych - jak to pani ambasador ujęła - wpływa również na amerykańskie decyzje dyplomatyczne i militarne wobec Polski?
W naturalny sposób wpływa, ponieważ ma przełożenie na nasz Kongres, który zatwierdza m.in. wydatki militarne. Nie jest tajemnicą, że wielu kongresmanów jest bardzo zaangażowanych w sprawy LGBT. Tutaj nie ma znaczenia, co ja myślę - to oni stanowią prawo i rozdzielają pieniądze.
Były szef polskiego MSZ, Witold Waszczykowski, tak skomentował całą sprawę w mediach społecznościowych: "Czy ktoś przypomni ambasadorom 41 art. Konwencji Wiedeńskiej z 1961? Konwencja zakazuje dyplomatom ingerowania w wewnętrzne życie polityczne w kraju urzędowania".
Zgadzam się, ale tu nie idzie o politykę ani ideologię. Żaden ambasador nie ma prawa wpływać na politykę suwerennego państwa, ale prawa człowieka to nie polityka i ideologia. Tutaj nie chodzi się na kompromisy, stąd nasz apel.
Kto był jego inicjatorem? Belgia?
Tak, ambasador Belgii zaproponował podobne stanowisko, nie miałam jednak wpływu na treść listu. Po prostu zgodziłam się z jego treścią i podpisałam w imieniu Stanów Zjednoczonych jako dokument zgodny z naszymi pryncypiami moralnymi.
Jeszcze jedna sprawa wzbudziła kontrowersję podczas debaty wokół listu. Chodzi nie tyle o jego treść, co brak podobnego, solidarnego stanowiska wobec sytuacji na Białorusi czy sprzeciw wobec budowy gazociągu Nord Stream 2. Dlaczego na tych odcinkach dyplomaci nie potrafią się podobnie zjednoczyć?
Przecież w tych przypadkach nie mówimy o światopoglądzie czy prawach człowieka, ale o zagadnieniach gospodarczo-politycznych. Jeśli chodzi o Nord Stream 2 - odnosimy się do takich właśnie kategorii. Tutaj można się różnić, mieć odmienny punkt widzenia w zależności od państwa, natomiast szacunek wobec mniejszości seksualnych i drugiego człowieka jest czymś prostym i poza dyskusją. Nie porównujmy jabłek z pomarańczami.
Czy według pani wiedzy prezydent Donald Trump osobiście interesuje się tymi tematami i czy rozmawiał o nich z prezydentem Andrzejem Dudą?
Nie wiem, o czym prezydenci rozmawiają między sobą, a nawet jeśli bym wiedziała, nie mogłabym o tym powiedzieć. To są sprawy między głowami państwa. Wiem jednak, że jako przedstawicielka Donalda Trumpa w Polsce, moim zadaniem jest również wspieranie mniejszości seksualnych, tak jak robimy to w Ameryce.
To nie kwestia tego, kto będzie ambasadorem w Warszawie - to stały element polityki mojej ojczyzny. Nawet wiceprezydent i konkurent Donalda Trumpa - Joe Biden - odniósł się niedawno na Twitterze do "stref wolnych od LGBT" przypominając, że nigdzie na świecie nie ma na nie miejsca. W tym jednym aspekcie obaj panowie oraz partia demokratyczna i republikańska są ze sobą zgodni. Warto wziąć to pod uwagę.
Rozmawiał Marcin Makowski dla WP Wiadomości
 
Ostatnia edycja:

FatBantha

sprzedawca niszowych etosów
Członek Załogi
7 938
22 327
@workingclass, w sumie obojętnie, bo w tym wypadku każda z powyższych opcji jest prawidłowa.

Jeżeli amerykańscy etatyści wywrą odpowiednio silną presję na polskich etatystów, to osiągną ich podporządkowanie. A jeżeli tak się stanie, możemy się spodziewać, że wszelkie mainstreamowe próby oporu stawiane politycznie się skończą i społeczeństwo grzecznie będzie musiało łykać amerykańskie normy, żeby namiestnicy mogli się wykazać, że zaprowadzają tu porządek wartości obecnego świata zachodniego.

Każda próba zachowania bardziej konserwatywnych norm społecznych będzie traktowana jako zbliżanie się do Rosji.
 

workingclass

Well-Known Member
1 882
3 715
@FatBantha, rozumiem z tego, że czujesz się strofowany i pouczany a ja w przeciwieństwie do Ciebie wcale a w cale. Do tego wydaje mi się, patrząc choćby na ostatnie wybory, że spora część polskiego społeczeństwa wcale nie identyfikuje się z obecną władzą ich działaniami i poplecznikami i chętnie widzieliby porządek wartości obecnego świata zachodniego.
 
Do góry Bottom