Hulaj dusza – piekła nie ma, czyli na drodze i bezdrożu.....

wah

Well-Known Member
996
4 289
Jakby to było Gazeta.pl czy TVN24 czy TVP Info to spoko, ale nie pseudo portal "dziennikarski"
Tak, zwłaszcza TVN24;)

Rzecznik Prokuratury Okręgowej w Piotrkowie Trybunalskim Witold Błaszczyk przekazał w rozmowie z TVP Info, że śledczym udało się ustalić imię potencjalnej pasażerki Kamila Durczoka – jednak z uwagi na to, że nie uczestniczyła w czynie zabronionym, nie można ujawnić jej personaliów. – Nie wiadomo, gdzie i kiedy wsiadła ani gdzie i kiedy wysiadła z samochodu.

https://www.wprost.pl/kraj/10238077/kamil-durczok-byl-w-samochodzie-z-kobieta-jest-komentarz-prokuratury.html
 

kr2y510

konfederata targowicki
12 144
20 447
@Maksymiliana
Jeśli wprost powołuje się na TVP Info i podaje nazwisko rzecznika prokuratury, to jest to dobre źródło, bo w przypadku fałszu może to grozić procesem.

IMO cała ta operetka wokół Durczoka, sztucznie rozdmuchana po wypadku, ma na celu ocieplenie jego wizerunku oraz powrót gwiazdora do mediów. Portalu Silesion.pl nikt praktycznie nie oglądał.
 

sabat

Well-Known Member
612
1 387
Tak, zwłaszcza TVN24;)
Moja nowa sąsiadka emerytka też wierzy tylko tefaenowi24 gazecie michnika a policje wychwala pod niebiosa bo dzieki policjantom czuje się bezpieczna a broni nie wolno mieć bo ludzie by sie pozabijali i rozmawiaj z taką babą szkoda czasu.

A ten dziennikarz D nawalony jak stodoła po żniwach nie siedzi w areszcie bo celebryta tak samo jak kiedyś jakiś minister nawalony beemką jechał i przez okno strzelał i co??? i nic ludzie nic się nie stało rozejść się do roboty. A zwykły człowiek to gorszy sort i z aresztu nie wyjdzie.
 
  • Like
Reactions: wah

FatBantha

sprzedawca niszowych etosów
Członek Załogi
7 400
19 230
Koniec jazdy na światłach w dzień przez cały rok? Pismo jest już u ministra
01.08.2019, 17:31 | Aktualizacja: 01.08.2019, 20:48
Jazda na światłach mijania w dzień przez cały rok przestanie być obowiązkowa? To nie jest żart. Takiej rewolucji chcą posłowie, którzy w tej sprawie napisali do ministra infrastruktury. Powołują się na badania.
Kodeks drogowy mówi jasno - jazda na światłach mijania w dzień i przez cały rok jest w Polsce obowiązkowa. Ich brak wiąże się z mandatem w przypadku kontroli.

Wkrótce może się to jednak zmienić. Posłowie Paweł Szramka, Paweł Skutecki i Maciej Masłowski (wszyscy z Kukiz'15) złożyli już w tej sprawie interpelację do ministra infrastruktury. Parlamentarzyści powołują się na narzekania kierowców podkreślających, iż używanie świateł mijania w dzień w niczym nie poprawia bezpieczeństwa na drodze.

– Temat jest wart zainteresowania, dlatego interpelacja w tej sprawie była jak najbardziej wskazana. Chętnie poznam opinię ministerstwa. Może mają jakieś swoje badania, analizy w tym zakresie powiedział dziennik.pl poseł Paweł Szramka.

– Nie istnieją żadne wiarygodne badania, które dowodzą, że włączone w dzień światła mijania realnie wpływają na zmniejszenie liczby wypadków drogowych. Mało tego, są badania, które temu przeczą – argumentuje trio poselskie i przytacza wyniki prac Sławomira Gołębiowskiego, który w latach 1961-2005 roku miał być związany z Instytutem Transportu Samochodowego, pracował też jako wieloletni biegły sądowy w zakresie techniki samochodowej wypadków drogowych.

Wskazany przez posłów ekspert twierdzi, że jego badania dowodzą, iż wprowadzenie tego nakazu w Polsce w 1991 roku nie miało pozytywnego wpływu ani na liczbę zderzeń samochodów, ani na wypadki z pieszymi. Gołębiowski zwraca uwagę, że w miesiącach jesiennych i zimowych w sezonie 1990/91 do 45 proc. wypadków dochodziło w dzień. Po wprowadzeniu nowych przepisów ten odsetek się nie zmienił. Dodatkowo podpiera się badaniami Norwegów i Amerykanów, które także wykazały, że włączenie świateł nie wpływa na liczbę wypadków.

Wspomagając się tymi wynikami posłowie domagają się od Ministerstwa Infrastruktury zajęcia stanowiska w tej sprawie. Dociekają także, czy resort podejmie się zmiany przepisów prawa w tym zakresie.

Co na to minister infrastruktury Andrzej Adamczyk? Na razie cisza. W myśl regulaminu Sejmu odpowiedzi na interpelację musi udzielić pisemnie i nie później niż w terminie 21 dni od daty otrzymania zapytania od parlamentarzysty. A my trzymamy rękę na pulsie.
Dobrze by było. Nie tyle dlatego, że przepala się przez to więcej paliwa, sponsorując akcyzę czy zwiększa ślad węglowy (ohvey!), ale również dlatego, że ten przepis psuje linię nadwozia samochodów z lat '80 i '90, które mają chowane reflektory i najatrakcyjniej wyglądają z opuszczonymi.
 

FatBantha

sprzedawca niszowych etosów
Członek Załogi
7 400
19 230
Tajemnicze symbole na autostradach w Austrii. Zignorujesz "IG-L 100er" zapłacisz ogromna karę
Ciekawostki
Piątek, 23 sierpnia (13:42)
Każdego lata tysiące zmotoryzowanych Polaków zmierzają na południe Europy. Być może kogoś, kto podróżował autostradą przez Austrię, zastanowił symbol IG-L, widniejący pod znakami ograniczenia prędkości (zazwyczaj do 100 km/godz.) wyświetlanymi na przęsłach przerzuconych ponad jezdnią. Co on oznacza?

Otóż IG-L to skrót od " Immissionsschutzgesetz Luft". Pod tym wdzięcznym określeniem kryje się uchwalona przez parlament w Wiedniu ustawa o ochronie powietrza. Jednym z jej celów jest ograniczenie zanieczyszczeń atmosfery na szczególnie cennych przyrodniczo lub gęsto zamieszkałych terenach. Służyć ma temu m.in. obniżenie limitu prędkości na przebiegających przez takie obszary autostradach - z ogólnie obowiązujących 130 km/godz. do 100 km/godz. Wiadomo przecież, że jadący wolniej samochód spala mniej paliwa, a zatem emituje mniej spalin i szkodliwych dla środowiska i zdrowia pyłów oraz związków chemicznych.

Internet straszy kierowców, że za zlekceważenie ograniczenia prędkości "IG-L 100er" zapłacą znacznie wyższy mandat niż wynikałoby to z taryfikatora, Nawet 2000-3000 euro! Według oficjalnie publikowanych wyjaśnień jest to nieprawda. Warto natomiast dodać, że wspomniana wyżej ustawa upoważnia lokalne władze do okresowego wprowadzania również wielu innych zakazów. Mogą m.in. zabronić przejazdu określonego rodzaju pojazdów (najczęściej ciężarówek) po określonych drogach w określonych porach doby (przeważnie dotyczy to nocy), dniach tygodnia czy miesiącach. Także przewożenia pewnych ładunków, np. odpadów. Takie działania podejmowane są bardzo chętnie m.in. w Tyrolu.

Jadąc do Chorwacji przyglądaliśmy się spotykanym samochodom, starając się wyłuskać spośród nich pojazdy elektryczne. Owszem, było ich trochę. W sumie pewnie ze... dwadzieścia. Oznacza to, że ten rodzaj napędu również za granicą wciąż nie cieszy się nadzwyczajną popularnością, przynajmniej na drogach pozamiejskich. I to pomimo zupełnie niezłej infrastruktury, służącej do uzupełnienia energii w akumulatorach.

Na wielu stacjach paliw na autostradzie w Słowenii stoją "hitre polnilnice", czyli szybkie ładowarki. Aby z nich skorzystać, trzeba zaopatrzyć się w specjalne karty przedpłacone.

W firmie Petrol, czyli słoweńskim Orlenie, do takiej karty można przypisać trzy rodzaje tzw. planów. W Osnovnim (Podstawowym) minuta podłączenia się do ładowarki o mocy 22,01-50 kW kosztuje 0,20 euro. W planie Entuziast (Entuzjasta, opłata miesięczna 10,40 euro) - 0,11, a w Brezskrbnim (Beztroskim, 39,90 euro za miesiąc) - nic, aż do wyczerpania puli, wynoszącej 170 kWh. Kto nie zarejestruje się w systemie Petrol, za minutę ładowania zapłaci 0,25 euro. W połowie sierpnia litr benzyny 95 na stacjach tej firmy kosztował 1,329 euro.



Czytaj więcej na https://motoryzacja.interia.pl/wiadomosci/ciekawostki/news-tajemnicze-symbole-na-autostradach-w-austrii-zignorujesz-ig-,nId,3164188#utm_source=paste&utm_medium=paste&utm_campaign=other
 

kr2y510

konfederata targowicki
12 144
20 447
We Wrocku pojawiły się takie znaki przy drogach. I rozpoczęła się wojenka prezydenta miasta z pałami.
5d77a00545d18_p.jpg
Sutryk do kierowców: Przepuszczajcie motory! Policja: Nie słuchajcie! To niebezpieczne!

"Wszyscy się zmieścimy" - z polecenia prezydenta Wrocławia Jacka Sutryka we Wrocławiu pojawiły się znaki z takim hasłem, sugerujące kierowcom samochodów, by zjeżdżali na bok ustępując miejsca motocyklom. Podobne zalecenie wyświetlane jest na miejskich tablicach ITS. Problem w tym, że według policji takie rozwiązanie zagraża bezpieczeństwu w ruchu drogowym. Policja sugeruje, aby kierowcy nie stosowali się do nowego "znaku".

Nowe znaki pojawiły się we Wrocławiu w sierpniu. Stoją m.in. przy ul. Nowy Świat, Kazimierza Wielkiego czy Legnickiej. Ich montaż to efekt porozumienia zawartego przez motocyklistę - prezydenta Jacka Sutryka - z Wrocławskim Stowarzyszeniem Motocyklistów. Na żółtym tle widać napis „Wszyscy się zmieścimy”, a poniżej rysunek kilku aut rozjeżdżających się na boki przed jadącym środkiem motocyklem. Stworzenie czegoś w rodzaju „korytarza życia” ma umożliwić motocyklom sprawny przejazd przez miasto.

Co mają zrobić kierowcy, którzy widzą ten znak, a w lusterku wstecznym zbliżający się motocykl? Jak doradza policja, absolutnie nic. - Ustawa Prawo Ruchu Drogowym nie przewiduje możliwości poruszania się motocyklistów między dwoma pasami ruch – podkreśla asp. szt. Łukasz Dutkowiak z Komendy Miejskiej Policji we Wrocławiu. I tłumaczy, że znak „Wszyscy się zmieścimy” np. na ul. Nowy Świat został umieszczony na łuku drogi. W tym miejscu jezdnia jest zwężona, ponieważ poprowadzony jest tam pas ruchu dla rowerów. Dutkowiak wskazuje, że zachowanie się kierowców takie, jakie sugeruje piktogram na nowym znaku, mogłoby negatywnie wpływać na bezpieczeństwo ruchu drogowego i utrudniać utrzymanie bezpiecznej odległości od rowerzystów.

Ministerstwo Infrastruktury dodaje, że przepisy nie mówią o takim znaku, nie określają też warunków umieszczania takiego znaku i sugeruje że sprawą powinien zająć się wojewoda, który sprawuje nadzór nad zarządzaniem ruchem na drogach. Wojewoda jednak interweniować nie zamierza, bo dla niego nowy znak to nic innego jak umieszczona przy drodze reklama. Kierowcy nie muszą zwracać na nią uwagi.

Policja sugeruje jednak, że znaki zachęcające do przepuszczania powinny zniknąć. Nawet, jeśli są tylko reklamą.
- Zabrania się dokonywania w pasie drogowym czynności, które mogłyby powodować niszczenie lub uszkodzenie drogi i jej urządzeń albo zmniejszenie jej trwałości oraz zagrażać bezpieczeństwu ruchu drogowego – mówi Łukasz Dutkowiak powołując się na przepisy ustawy o drogach publicznych.​

Z tego co wiem, to jak samochody stoją, to można je omijać między pasami, ale kierowcy nie mają żadnego obowiązku ustępować miejsca, mogą to robić z dobrej woli.
 

FatBantha

sprzedawca niszowych etosów
Członek Załogi
7 400
19 230
Policja szuka... kierowcy bolidu F1, który jechał autostradą
Ciekawostki
Dzisiaj, 13 września (15:07)
Spróbujcie przypomnieć sobie najbardziej egzotyczne pojazdy, które "zgoniły" was z lewego pasa autostrady. Idziemy o zakład, że nie było wśród nich bolidu Formuły 1. No chyba, że mieszkacie w Czechach...

Jeśli to replika to świetnie wykonana /

Tamtejsza policja szuka kierowcy, który jeździł po jednej z autostrad pojazdem przypominającym bolid F1 z 2011 roku. Obecnie policjanci są w posiadaniu dwóch nagrań wideo dokumentujących zdarzenie, do którego dojść miało na autostradzie D4 nieopodal Przybramu. Niestety, nie wiadomo kiedy nagrania zostały wykonane i czy rzeczywiście mamy do czynienia z prawdziwym bolidem.

Niezależnie jednak od tego, czy to oryginalne Ferrari czy tylko jego replika, policjanci nie mają wątpliwości, że kierowca zachował się skrajnie nieodpowiedzialnie. Czeka go mandat m.in. za brak tablicy rejestracyjnej czy - wymaganego przez prawo o ruchu drogowym - oświetlenia pojazdu. W najlepszym wypadku kierowca ukarany zostanie kwotą od 5 do 10 tys. koron. Sąd może jednak nawet zatrzymać mu prawo jazdy na rok!

Bolidy Formuły 1 nie mają homologacji drogowej, co oznacza, że nie można poruszać się nimi po ulicach. Dzieje się tak nie tylko ze względu na braki w oświetleniu, lecz konstrukcję samych pojazdów. Zaawansowana aerodynamika pracować może optymalnie wyłącznie przy skrajnie niskim prześwicie, który na drodze mógłby doprowadzić do bardzo niebezpiecznych sytuacji. Jeżeli nagranie rzeczywiście prezentuje bolid F1, auto musiało otrzymać zmodyfikowane, drogowe zawieszenie.


Warto też zdawać sobie sprawę, że tego rodzaju pojazd pracować może optymalnie wyłącznie w odpowiednio wysokim zakresie prędkości. W przeciwnym razie spoilery i dyfuzory nie wytwarzają wystarczającego docisku i dochodzi do wychłodzenia opon (twardnieje mieszanka). W efekcie jazda z przepisowymi prędkościami może być dla kierowcy skrajnie niebezpieczna, bo auto nie dysponuje wówczas odpowiednią przyczepnością. Same opony również nie posiadają homologacji drogowej, nie mają bowiem np. odpowiedniego bieżnika.


/
Niewykluczone, że mamy jednak do czynienia z repliką bolidu Ferrari. Na świecie istnieje kilku wyspecjalizowanych producentów budujących tego typu pojazdy. Wbrew pozorom nie chodzi o zaspokojenie apetytów kolekcjonerów lecz wyjście naprzeciw potrzebom branży reklamowej. Bolidy F1 stosunkowo często pojawiają się w telewizyjnych reklamach i - z reguły - w ich rolę wcielają się repliki, wiernie odwzorowujące wygląd oryginału.
 

FatBantha

sprzedawca niszowych etosów
Członek Załogi
7 400
19 230
Kierowcy "najbardziej uciskaną" grupą obywateli w Polsce
Ciekawostki
Wczoraj, 2 października (14:55)
Za niespełna dwa tygodnie wybory parlamentarne. Być może ktoś zadaje sobie pytanie, co słychać w Partii Kierowców, ugrupowaniu, które wiosną, zaraz po zawiązaniu, narobiło wokół siebie sporo szumu, ale potem straciło impet i ostatnio jakby trochę się miota...

Jeszcze niedawno liderzy PK zastanawiali się, czy partię tę stać już na samodzielną walkę o miejsca w Sejmie. Najwyraźniej doszli do wniosku, że nie, bowiem pod koniec sierpnia ogłosili, że dołączają do Skutecznych Piotra Liroya-Marca. "Nasi kandydaci wystartują jako liderzy list w kilku okręgach wyborczych. Zwracamy się z prośbą do wszystkich naszych sympatyków o pomoc w zbiórce podpisów" - apelowali. Niestety, Skuteczni okazali się nieskuteczni i nie zdołali zarejestrować list wyborczych w całym kraju. Dlatego Partia Kierowców zwróciła się ku Konfederacji Wolność i Niepodległość. Janusz Korwin-Mikke, lider wchodzącej w skład tejże partii KORWiN, wyraził z tego powodu głębokie zadowolenie i przyznał, że kierowcy są "najbardziej uciskaną" grupą obywateli w Polsce.

"Kierowców tępi się na wszystkie sposoby, karze, ogranicza, a co najgorsze, ogromne podatki od benzyny przekazuje wbrew wszelkim prawom na konkurencję - na koleje" - stwierdził.

Ewidencja działających w Polsce partii politycznych liczy 89 podmiotów. Zarejestrowana w Sieradzu Partia Kierowców figuruje pod numerem 82. W dziale "Aktualności" na jej stronie internetowej (nawiasem mówiąc niełatwej do odnalezienia w sieci) najświeższe informacje pochodzą z kwietnia br. Jest też 25-punktowy program PK, będący, jak czytamy, żądaniem "spełnienia słusznych i naturalnych postulatów polskich kierowców - grupy szczególnie dotkniętej bezmyślną polityką rządu."

Niektóre z postulatów są całkiem rozsądne, jak choćby ten, dotyczący "usunięcia z egzaminów [na prawo jazdy - przyp. red.] pytań nie mających związku z umiejętnością prowadzenia pojazdów, a umożliwiających szykanowanie kandydatów." Inne są, jakby to rzec... bardzo odważne. I tak PK domaga się "zniesienia wszelkich - z wyjątkiem obowiązujących wskutek umów międzynarodowych - ograniczeń w sprowadzaniu zza granic pojazdów mechanicznych (...) Zniesienia nadmiernych ograniczeń nałożonych na właścicieli samochodów, np. dotyczących liczby przewożonych osób (...) Zwiększenia dopuszczalnego limitu stężenia alkoholu we krwi dla kierujących pojazdami (...) Zniesienia absurdalnych ograniczeń prędkości - powodujących, że kierowcy masowo je lekceważą (...) Likwidacji fotoradarów ustawianych, tam gdzie przekraczanie prędkości nie stanowi istotnego zagrożenia dla życia innych (...) Zniesienia przymusu ubezpieczeń OC - z wyjątkiem ubezpieczenia od spowodowania śmierci lub trwałego kalectwa poszkodowanego (...) Obniżenia wieku przyznawania prawa jazdy (...) Zakazu dofinansowywania z podatków od kierowców konkurencyjnych wobec transportu samochodowego środków transportu - kolei, trolejbusów, tramwajów, samolotów (...) Zwiększenia liczby miejsc parkingowych, poszerzania jezdni, zmniejszenia stref płatnego parkowania (...) Likwidacji progów zwalniających i innych niepotrzebnych ograniczeń - poza drogami wewnątrzosiedlowymi (...) Likwidacji ścieżek rowerowych tam, gdzie uniemożliwiają one poszerzenie jezdni."

Walka z silnikiem Diesla trwa w najlepsze. Kolejne miasta wprowadzają zakazy wjazdu dla pojazdów napędzanych właśnie tym silnikiem. Szurnięci ekolodzy i aktywiści miejscy triumfują

Jest ostro, ale jeszcze ostrzej brzmią wpisy na, o dziwo bardzo aktywnym, fejsbukowym profilu Partii Kierowców (ma niespełna 2500 polubień). Oto kilka

przykładów zamieszczonych tam i sygnowanych przez PK wpisów (pisownia oryginalna)...

"Inspirowana ideologicznie ekspansja silników elektrycznych dokonuje się jak zwykle na koszt kierowców użytkujących silniki spalinowe. I tak jak każdy pasożyt, elektryki muszą się żywić na zdrowym ciele... czyli z opłat emisyjnych zawartych w cenie paliwa, dopłat unijnych finansowanych z naszych podatków, tzw. "darmowej infrastruktury" budowanej ze środków budżetowych czy ze zwykłych przywilejów w korzystaniu z dróg publicznych wymuszanych przez pseudo ekologów."

"Wyniki kolejnych testów pokazują jak dobrym i ekologicznym silnikiem jest silnik Diesla. Nie ma nowoczesnego i taniego transportu bez tego "przeklętego przez ekologów" silnika. Tym bardziej wkurzająca jest ustawa o elektro-mobilności promująca gaz jako paliwo nisko emisyjne. Kolejny raz rząd dofinansowuje naszym kosztem niesprawdzone rozwiązania bezkrytycznie naśladując inne rządy państw unii europejskiej."

"Z niecierpliwością czekamy na światowy dzień bez rowerzysty i światowy dzień bez pieszego. Tak na prawdę to te światowe dni to mamy w .... ale jak już to prosimy bez dyskryminacji!"

"Powoli dowiadujemy się jak mało było prawdy w informacjach o katastrofalnie szkodliwym wpływie silników spalinowych na czystość powietrza w naszych miastach. Szczególnie jeżeli chodzi o silniki DIESLA. Dzięki tym fałszywym przesłankom zaczęły obowiązywać coraz bardziej drakońskie normy emisji spalin, które wkrótce objęły również silniki benzynowe. Jakie są tego skutki? Jak się dowiadujemy zanieczyszczenie powietrza w miastach nie uległo poprawie! A co uległo zmianie? Silniki! Tutaj nastąpiło wiele zmian ale niestety tylko na gorsze. Silniki spalinowe znacząco zdrożały, stały się koszmarnie skomplikowane, bardziej zawodne i zdecydowanie mniej trwałe. A jakby tego było mało to już wkrótce nie będą produkowane wcale .... bo dla czyjegoś widzi mi się mają je zastąpić silniki elektryczne (?!) Teraz dopiero rozumiemy szefów koncernu Volkswagen, którzy próbowali bronić swoich silników Diesla przed tą nagonką. I ta nagonka to jest prawdziwa afera ... afera DIESLGATE."

"Walka z silnikiem Diesla trwa w najlepsze. Kolejne miasta wprowadzają zakazy wjazdu dla pojazdów napędzanych właśnie tym silnikiem. Szurnięci ekolodzy i aktywiści miejscy triumfują. Najlepszy silnik spalinowy odchodzi powoli do lamusa. Ostateczny cios zada mu kuriozalna norma EURO 7. Czy nadal będziemy się temu przyglądać w milczeniu?"

Janusz Korwin-Mikke pisząc, że "kierowcy są najbardziej wyzyskiwaną grupą społeczną w Europie", wyraził nadzieję, że w przyszłych (czyli jeszcze nie w najbliższych) wyborach PK zdobędzie co najmniej 30 procent głosów. No cóż...
 

FatBantha

sprzedawca niszowych etosów
Członek Załogi
7 400
19 230
Kierowcy płacą za parkowanie. A potem... mandat
Dzisiaj, 9 października (15:29)
Miasto Kraków od lat traktuje kierowców po macoszemu, notując przy tym wpadkę za wpadką. Echem na całą Polskę odbiły się m.in. nieudolne wprowadzanie pierwszej w Polsce Strefy Ograniczonego Transportu.

W pierwotnej wersji strefa powodowała, że w dzielnicy nie dało się mieszkać. Po ostrych protestach mieszkańców i przedsiębiorców radni zmienili zasady funkcjonowania strefy, czyniąc z niej de facto wydmuszkę - w strefę autem mógł wjechać każdy, kto wybierał się np. do funkcjonujących w niej firm, czyli również sklepów i restauracji.

Ta klęska nie zniechęciła krakowskich włodarzy do kolejnych eksperymentów na Kazimierzu. Kolejną wpadką było poustawianie w tej dzielnicy... donic z drzewami. W świetle dziennikarskich fleszy drzewa były podlewane z wykorzystaniem pojazdów elektrycznych, ale na co dzień - albo przy pomocy jak najbardziej spalinowego ciągnika, albo - wcale. Co zaowocowało oczywiście ich uschnięciem.

I to nie zniechęciło miejskich urzędników. W przyszłym roku akcja ma być powtórzona - ktoś doszedł bowiem do wniosku, że uschnięcie drzew to... ich wina, więc trzeba znaleźć gatunek bardziej odporny. Sugerujemy kaktusy.

Miasto nie zrezygnowało również z pierwotnych planów wyrugowania samochodów z Kazimierza. Od września nazwę strefy zmieniono na Strefę Ograniczonego Ruchu. Do SOR (nomen omen) mogą wjechać tylko osoby upoważnione, a piesi mają w niej pierwszeństwo przed autami.


/
Dodatkowo 22 września powiększono strefy płatnego parkowania, chociaż przy okazji poprzedniego powiększenia, urzędnicy zapewniali, że dalszych inicjatyw w tym zakresie już nie podejmą. Podjęli i jesteśmy pewni, że to nie koniec...

Przy tej okazji urzędnicy zaplanowali horrendalne podwyżki cen za parkowanie. Znów, po buncie mieszkańców, skalę podwyżek zmniejszono, ale i tak w centrum trzeba będzie płacić o 100 proc. więcej niż do tej pory.

Nowa strefa parkowania składa się z kilkunastu podstref. Obecnie jeszcze we wszystkich strefach płaci się "po staremu". Nowe stawki (od 4 do 6 zł za godzinę) wejdą w życie 15 grudnia. I tu pojawi się kolejna pułapka zastawiona przez miasto na kierowców - nigdzie na znakach nie ma map obrazujących podział na strefy, więc kierowcy nie wiedzą, w jakiej strefie się znajdują. Mapka znajduje się na stronie miasta oraz na parkomatach.

Tyle tylko, że za parkowanie można płacić na wiele sposobów - również aplikacjami. Płacąc np. aplikacją SkyCash kierowca nie tylko nie wie, w jakiej strefie się znajduje, ale nie wie również, że tę strefę musi określić. Jednym słowem - płaci, a następnie... dostaje mandat w wysokości 150 zł! Dlaczego?

Bo chociaż stawki parkowania w całym mieście do połowy grudnia są takie same, to od 22 września wykupuje się bilet na konkretną strefę. Chodzi o to, by po przestawieniu auta trzeba było wykupić nowy bilet na kolejną strefę, nawet jeśli dotychczasowy czas nie upłynął! Z tego powodu niewybranie strefy w aplikacji oznacza, że chociaż pieniądze zostały wydane, to kierowca nie ma prawa do parkowania w żadnej strefie.

Miasto nie zadbało więc o odpowiednie oznakowanie (mapki na parkomatach to za mało, bo nie po to płaci się telefonem z auta, by jeszcze chodzić do parkomatu), ale za to chętnie nakłada podwyższone opłaty... Warto więc uważać, by nie płacić więcej niż to konieczne...
 

FatBantha

sprzedawca niszowych etosów
Członek Załogi
7 400
19 230
Autostrady pozostaną ostoją rozpasania
Wiadomości
Poniedziałek, 21 października (09:29)
Niemieckie autostrady pozostaną ostoją motoryzacyjnego rozpasania. W czwartkowym głosowaniu Bundestag odrzucił propozycję wprowadzenia ograniczeń prędkości.

Wnioskodawcą projektu była Partia Zielonych, która domagała się, by od 1 stycznia 2020 roku na sieci niemieckich autostrad obowiązywała prędkość maksymalna 130 km/h. Wywodzący się z Partii Zielonych szef niemieckiej parlamentarnej Komisji Transportu - Cem Ozdemir - argumentował, że zmiany powinny być wprowadzone nie tylko z uwagi na ochronę środowiska, ale również ze względów bezpieczeństwa. W jego opinii pozwoliłoby to uniknąć niebezpiecznych sytuacji gdy na sąsiednich pasach ruch odbywa się ze skrajnie różnymi prędkościami. Podkreślał również, że wprowadzenie ograniczeń musi nastąpić w związku z rozwojem autonomicznych pojazdów.

Projekt wywołał w Bundestagu gorącą dyskusję. W odpowiedzi Oliver Luksic z liberalnej FDP argumentował, że (podobnie jak w Polsce - przyp. red.) autostrady stanowią najbezpieczniejszą grupę dróg w Niemczech, więc rzeczywiste działania dotyczące poprawy stanu bezpieczeństwa powinny być raczej skierowane w kierunku dróg lokalnych. Inni parlamentarzyści zwracali też uwagę na problem dotyczący egzekwowania ewentualnych ograniczeń. Według wielu głosów wiązałoby się to z "totalną inwigilacją", czyli rozbudową i tak już bardzo skomplikowanego systemu nadzoru nad siecią autostrad.

Ostatecznie argumenty Partii Zielonych spotkały się w głosowaniu z miażdżącą krytyką. Za wprowadzeniem limitów opowiedziało się 126 posłów, przeciwko było aż 498 deputowanych!

Nasi zachodni sąsiedzi to jedyny kraj w Unii Europejskiej, gdzie na autostradach nie obowiązuje limit prędkości. Pomysł wprowadzenia ograniczeń coraz częściej pojawia się jednak w mediach, właśnie za sprawą rozwoju pojazdów autonomicznych i szeroko pojętej ekologii.

Co ciekawe, jak wynika z badań opinii społecznej zleconych przez największy niemiecki serwis ogłoszeń motoryzacyjnych - mobile.de - ponad połowa (56 proc.) Niemców opowiada się za wprowadzeniem prędkości maksymalnej. Zdecydowany sprzeciw w tej kwestii wyraziło 17 proc. ankietowanych.

Nie ulega wątpliwości, że limity uderzyłby pośrednio w niemieckich producentów aut segmentu premium. Większość modeli Audi, BMW czy Mercedesa bez trudu rozpędza się do 250 km/h, a ich właściciele często robią użytek z drzemiącego pod maską potencjału. Wprowadzenie państwowego "kagańca" mogłoby osłabić ich pozycję na lokalnym rynku.

Warto jednak zdawać sobie sprawę, że problem prędkości na niemiecki autostradach może rozwiązać się samoistnie wraz z elektryczną ofensywą lokalnych potentatów motoryzacyjnych. Prędkość maksymalna odgrywa bowiem kluczową rolę dla zasięgu elektrycznego pojazdu i żywotności baterii. Dlatego też Audi założyło swojemu e-tronowi "kaganiec" przy 200 km/h, a Mercedes w przypadku EQC już przy 180 km/h. Mało który właściciel tych aut zdecyduje się jednak na tak szybką jazdę, z obawy o błyskawiczne wyczerpanie akumulatora. Sporo wskazuje więc na to, że jednym ze skutków ubocznych elektrycznej rewolucji, będzie zmniejszenie prędkości z jaką poruszamy się po autostradach.

opr. PR

W sumie, to nigdy mi wcześniej nie przyszło na myśl, że Niemcy nie mają ograniczeń na autostradach z powodu marketingu dla swojego silnego przemysłu samochodowego...
 

FatBantha

sprzedawca niszowych etosów
Członek Załogi
7 400
19 230
Pierwsze miasto z ograniczeniem prędkości do... 10 km/h!
Ciekawostki
Dzisiaj, 30 października (09:46)
Władze liczącej 80 tys. mieszkańców Pontevedry w północno-zachodniej Hiszpanii zatwierdziły przepisy ograniczające maksymalną prędkość jazdy w śródmieściu do 10 kilometrów na godzinę. To pierwsze miasto w Hiszpanii z tak niskim limitem prędkości.

Jak poinformowały we wtorek władze miasta, ograniczenie prędkości do 10 km na godzinę obowiązywać będzie w ścisłym centrum miasta, a także na kilkudziesięciu większych ulicach przylegających do śródmieścia.

Ratusz Pontevedry poinformował, że nowe przepisy służą zwiększeniu bezpieczeństwa pieszych, a także licznych pielgrzymów udających się przez to miasto do Santiago de Compostela tzw. portugalskim szlakiem.

Pierwsze ograniczenia prędkości w Pontevedrze wprowadzone zostały w 2009 r. W ciągu kolejnych 10 lat liczbę wypadków drogowych na obszarze miejskim objętym limitami prędkości udało się zredukować o 90 proc. - obliczył ratusz.

Od wtorku nowe limity prędkości, do 30 kilometrów na godzinę, obowiązują niemal w całym mieście Bilbao w Kraju Basków. Wprawdzie już w czerwcu miasto to zabroniło szybszej jazdy kierowcom, ale ograniczenie prędkości dotychczas nie dotyczyło rowerzystów ani użytkowników elektrycznych hulajnóg.

Władze Bilbao zatwierdziły również minimalny wiek dla osób korzystających z tych ostatnich. Z tego popularnego w baskijskim mieście środka transportu korzystać będą mogły teraz tylko osoby powyżej 16. roku życia.

Zgodnie z nowymi przepisami na 87 proc. ulic w Bilbao zabroniona będzie jazda z prędkością powyżej 30 km na godz.

Z danych Dyrekcji Dróg Hiszpanii (DGT) wynika, że strefy z ograniczeniami prędkości do 30 km na godz. obowiązują już w 19 miastach kraju, w tym w trzech największych aglomeracjach: Madrytu, Barcelony i Walencji.

W poniedziałek kierownictwo DGT zaprezentowało dane dotyczące liczby wypadków na trasach, na których w styczniu br. obniżono limit prędkości ze 100 do 90 km na godzinę. Ze statystyk wynika, że po wprowadzonej redukcji liczba wypadków drogowych zmalała tam o 9 proc.

Z Barcelony Marcin Zatyka
Powinni jeszcze puścić przed każdy samochód człowieka z chorągiewkami ostrzegawczymi, aby przechodnie byli dobrze poinformowani o potencjalnym zagrożeniu. Najlepiej wtedy byłoby jeździć w z drugim pasażerem, który wysiadałby z samochodu i wypełniał rolę flagowego.
 

FatBantha

sprzedawca niszowych etosów
Członek Załogi
7 400
19 230
Czekają nas podwyżki. Samochód stanie się dobrem luksusowym
Ceny samochodów cały czas rosną. Z początkiem roku mogą sięgnąć nawet 20 proc. Dodatkowo unijna polityka i walka z klasycznymi napędami, będzie powodowała kolejne wzrosty cen. Tym samym może się okazać, że dla wielu zakup samochodu będzie równoznaczny z dużą inwestycją np. w małe mieszkanie.

Przyszły rok może okazać się kluczowym dla motoryzacji. To właśnie z jego początkiem większość aut oferowanych na rynku europejskim (ok. 95 proc.) będzie musiało spełniać nowe limity dotyczące średniej emisji CO2, które wynosić będą 95 g CO2/km. Jest to wartość uśredniona, gdyż limity będą uzależnione od masy pojazdu. Jak łatwo się domyślić producenci, którzy nie spełnią tych wymagań będą płacić gigantyczne kary – 95 euro za każdy przekroczony gram. Co więcej kara będzie naliczana od każdego sprzedanego samochodu.

Producenci pojazdów wiedzą, że nie są w stanie ograniczyć emisji z każdego oferowanego auta. Dlatego też nie jest tajemnicą, że ceny poszybują i to wysoko. Szacuje się, że będzie to od 10 do 20 proc. Według wyliczeń Carsmile.pl przy utrzymaniu zeszłorocznych średnich poziomów emisji CO2 (w 2018 roku było to 120,5 g) kara od jednego pojazdu dla producenta wyniosłaby 2422,5 euro (w 2020 roku od 95 proc. sprzedanych samochodów, a w 2021 roku od wszystkich aut). Jeżeli ta kara zostałaby doliczona do ceny auta, to podwyżka wyniosłaby minimalnie 12 753 zł brutto.

Sytuacja ta nie wygląda też zbyt dobrze również dla pojazdów elektrycznych. Na chwilę obecną średnia cena nowego samochodu zasilanego prądem sprzedawanego w Polsce, jest dwukrotnie większa od zbliżonego do niego modelu z silnikiem benzynowym. Dokładnie uśredniona różnica dla sześciu przebadanych modeli (Opel Corsa E, Mazda MX-30, E-golf, Renault Zoe, Mercedes EQC oraz Audi eTron) wynosiosła 101 proc.

– Obecna różnica w cenie aut elektrycznych i tych z silnikiem benzynowym można traktować jako zakres możliwego wzrostu cen samochodów w nadchodzących latach. Poprzez podwyżki cen branża „odbije sobie” rosnące nakłady na rozwój elektromobilności, jak również wszelkie kary czy nowe podatki ekologiczne, które będzie musiała zapłacić. Jest więc bardzo prawdopodobne, że za 5 lat popularne modele będą po prostu dwa razy droższe niż obecnie, stając się dobrami luksusowymi – ocenia Łukasz Domański, prezes Carsmile.

Alternatywą dla zakupu okazuje się być wynajem albo leasing. Jest to forma, która może zyskać na popularności, gdyż w tym przypadku klienci spłacają jedynie utratę wartości pojazdu, a nie jego całą jego wartość. Według ekspertów odejdzie się też od klasycznej sprzedaży samochodów. Wszystko będzie się robiło przez Internet. Dzięki temu będzie można ograniczyć część kosztów wchodzących w składową samego pojazdu.
Tak się właśnie walczy o zieloną przyszłość. Odbierając robolom dawne możliwości, wypracowane jeszcze w czasach kapitalizmu Henry'ego Forda. Niech ch... wiedzą, że od tej pory karoce są dla królów a pospólstwo niech gania pieszo, to zdrowsze będzie...
 

ernestbugaj

kresiarz umysłów
815
2 427
Czyli w sumie ta tzw. "kara" to nic innego jak akcyza / podatek od nowego auta. I tak bym to uwzględniał we wszelkich zestawieniach ile nas kosztuje UE. A biedni niech nie pierdolą, że to tylko problem bogaczy i ich i tak będzie stać na samochody, bo ci biedni też będą kiedyś chcieli kupić używane auto. A wtedy się zdziwią, że ceny używanych też poszły w górę.
 

FatBantha

sprzedawca niszowych etosów
Członek Załogi
7 400
19 230
Premier zapowiada pierwszeństwo dla pieszych przed przejściem

Dzisiaj, 19 listopada (10:53)
W sejmie premier Morawiecki wygłosił expose. Raczej rzadko się zdarza, że w takim przemówieniu poruszane są wątki motoryzacyjne. Tak się jednak stało w tym przypadku.

Morawiecki zapowiedział wprowadzenie pierwszeństwa pieszych jeszcze przed wejściem na przejście. Oznacza to, że piesi będą mogli bez zatrzymywania, z marszu, wchodzić wprost pod nadjeżdżające samochody.

Być może w dłuższej perspektywie przyniesie to jakieś korzyści (być może, bowiem już dziś w 90 proc. przypadków kierowca jest uznawany za winnego, jeśli do potrącenia dojdzie na przejściu), natomiast w okresie przejściowym, możemy spodziewać wzrostu liczby potrąceń, ze względu na pieszych, którzy nie bacząc na własne bezpieczeństwo, zaczną egzekwować swoje pierwszeństwo.


"Utworzymy program bezpiecznej infrastruktury drogowej, by współfinansować bezpieczne chodniki, lampy uliczne, przejścia dla pieszych, ronda, światła, wysepki czy wyniesienia na przejściach. Nie może być dłużej tak, że przejście dla pieszych jest najbardziej niebezpiecznym elementem na drogach. Dlatego wprowadzimy pierwszeństwo pieszych jeszcze przed wejściem na przejście. Nie może być tak, że sądy obarczają winą za wypadek starszą, prawie 80-letnią panią, z ograniczoną ruchomością, bo wtargnęła na pasy" - powiedział Morawiecki, nawiązując do wyroku sądu uniewinniającego Piotra Najsztuba.

Przypomnijmy, że potrącił on w nocy, w deszczu 77-letnią kobietę na przejściu. Biegli uznali, że jechał z prędkością ok. 20 km/h. Uzasadniając wyrok sędzia powiedział, "że to nie jest tak, że bycie osobą pieszą zwalnia wszystkich pieszych od zachowania również szczególnej ostrożności. (...) Oskarżony twierdzi, że nie widział pani pokrzywdzonej (...) Jeżeli przyjęlibyśmy, że oskarżony widział pokrzywdzoną, a mimo to wjechał na przejście dla pieszych, to (...) wtedy mamy do czynienia z przestępstwem za art. 148, czyli usiłowanie zabójstwa".


Morawiecki powiedział również, że "dziś za piratów drogowych słono płacimy, w najgorszych przypadkach zdrowiem lub życiem, w najlepszych przypadkach - wyższymi stawkami ubezpieczenia OC. Wprowadzimy rozwiązania, które sprawią, że to piraci drogowi poniosą finansowe konsekwencje łamania przepisów". Można to odebrać, jako zapowiedź podwyżki mandatów. Przypomnijmy, że dziś najwyższy mandat to 500 zł. Jednocześnie jednak obowiązują przepisy mówiące o zatrzymaniu prawa jazdy na trzy miesiące, za przekroczenie prędkości o ponad 50 km/h w terenie zabudowanym. Dla większości osób to sankcja znacznie poważniejsza niż nawet wysoki mandat.

Premier stwierdził również, że największym wrogiem bezpieczeństwa ruchu drogowego jest alkohol. "Przyzwolenie społeczne na jazdę po spożyciu skończyło się już, ale wciąż słyszymy o tragediach spowodowanych przez nietrzeźwych kierowców" - wskazał. Szef rządu zapowiedział też zaostrzenie polityki karania pijanych kierowców. Co to oznacza, na razie nie wiadomo. Jednak jedynym słusznym krokiem w tym zakresie jest bezwzględne wsadzanie do więzień osób, które już straciły prawo jazdy za jazdę po alkoholu, a mimo tego siadają za kierownicą.


Morawiecki zapowiedział również wprowadzenie możliwości poruszania się buspasem, gdy w samochodzie znajdują się minimum cztery osoby. Ma to być układ w kierunku rodzin i to jest zmiana zdecydowanie na plus.


Zobacz, o czym jeszcze mówił premier. Relacja na żywo.

Mirosław Domagała
 
Do góry Bottom