Hulaj dusza – piekła nie ma, czyli na drodze i bezdrożu.....

FatBantha

sprzedawca niszowych etosów
Członek Załogi
8 862
25 420
Ciekawe ile wytrzymają z takim prawem.
Oj, niezbyt długo... Ale drogowa rewolucja francuska powinna dalej trwać - wystawić gilotyny. ;)

Świat 1 godz. 33 minuty temu
Taksówkarze, kurierzy i ośrodki szkolenia kierowców zdecydowanie potępiają ograniczenie prędkości na paryskich ulicach do 30 km/h. Część kierowców, wracających z wakacji, jest zaskoczona nowym przepisem, wielu z nich go nie przestrzega, a inni blokują ruch, jadąc z dozwoloną prędkością. - Piesi zaczną poruszać się niedługo szybciej niż samochody - uważa jeden z mieszkańców.

Po tygodniu od wejścia w życie nowy przepis jest ostro krytykowany przez firmy transportowe wskazujące na wydłużenie terminów dostaw towarów oraz przez taksówkarzy, którzy narzekają, że klienci "nie życzą" sobie jazdy 30 km/h.
Stowarzyszenie Les Nouveaux Taxis Parisiens oszacowało konsekwencje ograniczenia prędkości. - W ciągu dnia czas przejazdu wszystkimi trasami wydłuża się o 50 proc. Poprosimy władze o zmianę naszych cen, by ani taksówkarze ani klienci nie stracili pieniędzy - ostrzegł szef stowarzyszenia Jean Barreira.

Niemożliwe jest wyprzedzanie

Od 30 sierpnia ograniczenie prędkości do 30 km/h obowiązuje na całym obszarze Paryża poza kilkoma arteriami oraz obwodnicą francuskiej stolicy.
- Piesi zaczną poruszać się niedługo szybciej niż samochody! - uważa paryżanin Jean, kierowca z 20-letnim stażem, który wskazuje na blokadę lewych pasów ruchu przez tych, którzy jeżdżą 30 km/h.
Inni kierowcy skarżą się, że przy obecnym ograniczeniu prędkości niemożliwe jest wyprzedzanie. Część kierowców stosuje się do nowych przepisów, inni nadal poruszają się z większą prędkością, a wszystko to powoduje chaos, nadużywanie klaksonów oraz gwałtowne hamowania.
Zdaniem kierowców do chaosu na drogach przyczyniają się również elektryczne hulajnogi oraz rowerzyści, którzy często nie znają przepisów drogowych. - Zawsze mnie wyprzedzają i doganiam ich dopiero na czerwonym świetle - uważa z kolei rowerzysta Paul, jeżdżący po stolicy Francji. Jego zdaniem kierowcy nie stosują się do nowych ograniczeń prędkości.

Skarżą nowy limit

W niedzielę stowarzyszenie Rouler libre zorganizowało protest przeciwko ograniczeniu prędkości do 30km/h. - Dopóki nie będzie prawdziwych kontroli z wykorzystaniem większej liczby radarów, 30 km/h pozostanie fikcją - uważa z kolei zwolennik zamknięcia miasta dla samochodów Antoine.
Kilku prawników zdecydowało się zaskarżyć nowy limit prędkości w sądzie. - Kwestionujemy wszystkie argumenty wysuwane przez władze miasta w celu narzucenia tego środka. To ograniczenie prędkości nie zmniejszy korków ani zanieczyszczenia i nie spowoduje mniejszej liczby wypadków - uważa prawnik stowarzyszenia Rouler libre Patrick Tabet.
 

Ciek

Miejsce na Twoją reklamę
Członek Załogi
4 677
11 983
W takim regulowaniu ruchu chodzi przecież przede wszystkim o zniechęcenie ludzi do używania samochodów, więc najwyraźniej nieźle im idzie.
 

FatBantha

sprzedawca niszowych etosów
Członek Załogi
8 862
25 420
A jeśli chodzi o to, żeby zniechęcać do siebie jako prawodawcy, to idzie im jeszcze lepiej.

Tymczasem u nas...

Zapowiadane od dłuższego czasu zmiany w Prawie o ruchu drogowym miały uczynić nasze drogi bezpieczniejszymi i poprawić sytuację ofiar wypadków drogowych. Niestety - sejmowe głosowania pokazały, że - tak naprawdę - chodzi raczej o pieniądze. Również te, jakie wyciągnąć można z kieszeni ofiar wypadków drogowych!
Sejm przegłosował zmiany w Prawie o ruchu drogowym, które od 1 stycznia skutkować mają drastyczną podwyżką mandatów. Ustawa czeka już tylko na podpis prezydenta i wszystko wskazuje na to, że niebawem wejdzie w życie. Chociaż posłowie niemal jednogłośnie opowiedzieli się za podniesieniem mandatów, jednocześnie odrzucili senackie poprawki, które mogłyby znacząco poprawić sytuację materialną ofiar wypadków drogowych. Mówiąc wprost - państwo wciąż zarabiać będzie na poszkodowanych!

Jak zarabiać na ofiarach wypadków? Sądy potrafią!

Obecną sytuację ofiar wypadków drogowym w Polsce świetnie obrazuje apel, jaki 1 grudnia wystosowała do posłów - reprezentująca ofiary wypadków drogowych - adwokat Magdalena Fertak. Zwraca ona uwagę na tzw. "wdowi grosz" czyli sposób, w jaki Skarb Państwa od lat żeruje na pieniądzach przyznawanym ofiarom tragicznych wypadków drogowych.

Jak to działa? Już wyjaśniamy. Występując na drogę sądową w sprawach o przyznanie zadośćuczynienia, ofiara wypadku musi się liczyć z poniesieniem opłat sądowych. Te wynoszą obecnie 5 proc. kwoty, o jaką się wnosi, a - jak zaznacza adwokat Fertak - "zwolnienia od kosztów udzielane są przez sądy bardzo niechętnie". Poszkodowany musi więc zapłacić owe 5 proc. sądowi z własnej kieszeni.
Oznacza to, że starając się np. o 100 tysięcy złotych zadośćuczynienia, ofiara zapłaci na rzecz państwa 5 tys. zł z tej kwoty. Kwoty zadośćuczynień mogą być jednak sporo wyższe. W przypadku miliona złotych (w perspektywie kosztów intensywnej opieki medycznej czy wieloletniej rehabilitacji nie jest to wcale absurdalna kwota) do budżetu państwa - z kieszeni ofiar wypadków - trafia 50 tys. zł!
Oczywiście taki stan prawny nie jest niczym nowym i funkcjonuje w Polsce od wielu lat. Przy okazji rewolucyjnych zmian w Prawie o ruchu drogowym eksperci od bezpieczeństwem ruchu drogowego, jak chociażby Janusz Popiel z reprezentującego ofiary wypadków drogowych Stowarzyszenia Alter Ego - proponowali zmianę krzywdzących przepisów. Pomysłem udało się zainteresować senatorów.
"Opłaty uiścić trzeba wnoszeniu pozwu. Oczywiście sąd może wystąpić o zwolnienie z kosztów, ale ta decyzja jest mocno uznaniowa. Bez opłaty lub decyzji o zwolnieniu z kosztów pozew jest zwracany" - tłumaczy w rozmowie z Interią adwokat Magdalena Fertak.
Zgłoszone w Senacie poprawki nie znosiły opłat sądowych w przypadku procesów o zadośćuczynienie, zmniejszały jednak ich wysokość do 1 tysiąca złotych. Pamiętajmy, że takie sprawy dotyczą z reguły towarzystw ubezpieczeniowych opóźniających (na różne sposoby) moment wypłaty odszkodowania, a starający się o zadośćuczynienie pozostają często bez środków do życia. Nie jest przecież tajemnicą, że ofiary wypadków drogowych przestają być aktywne zawodowo, a koszty opieki medycznej zmuszają je do dramatycznych wyborów, jak chociażby wyprzedaż majątku. Poprawki zgłoszone w Senacie wydawały się więc słuszne i - co najważniejsze - wpisywały się w główne założenie reformy Prawa o ruchu drogowym.

Poprawki odrzucone. Posłowie dobrze wiedzieli, co głosują!

W tym miejscu warto dodać, że 1 grudnia - na dzień przed głosowaniem w tej sprawie - Janusz Popiel ze Stowarzyszenia Alter Ego, w imieniu poszkodowanych w wypadkach drogowych, skierował do klubu parlamentarnego PiS oficjalną prośbę o przyjcie wniesionych w Senacie poprawek, które - tu cytat z dokumentu "w istotny sposób poprawią sytuację osób poszkodowanych w zdarzeniach drogowych i tych, które w tych wypadkach straciły najbliższych".
Fragment pisma Stowarzyszenia Alter Ego do klubu parlamentarnego PiS /
Fragment pisma Stowarzyszenia Alter Ego do klubu parlamentarnego PiS

Stanowisku prezesa Alter Ego wtóruje adwokat Magdalena Fertak, która w rozmowie z Interią wyjaśnia, że "zadośćuczynienie ma przecież zadośćuczynić krzywdzie, a nie służyć pokrywaniu kosztów sądowych".
Problem w tym, że głosy ekspertów puszczono mimo uszu. W czwartek - 2 grudnia - Sejm odrzucił proponowane przez senatorów poprawki dotyczące spraw o zadośćuczynienie. Za odrzuceniem prawa, które zdecydowanie poprawiłoby sytuację ofiar wypadków drogowych było 219 posłów - cały klub parlamentarny PiS oraz dodatkowo: Paweł Kukiz, Jarosław Sachajko, Stanisława Żuk, Zbigniewa Ajchler i Łukasza Mejza.
Efekt? Poszkodowani w wypadkach, którzy zdecydują się dochodzić swoich praw przed sądem, wciąż finansować będą polski system sądownictwa, którego opieszałość w wydawaniu wyroków często doprowadza ich na skraj bankructwa. Mamy dziwne wrażenie, że nie o taką pomoc ofiarom wypadków chodziło...
 

FatBantha

sprzedawca niszowych etosów
Członek Załogi
8 862
25 420
Motodrama na żywo. Sprawdzić, czy to nie Fedorowicz prowadził.

Rajdy i wyścigi

Do kuriozalnej sytuacji doszło dzisiaj rano przed startem drugiego dnia zmagań na 59. Rajdzie Barbórka. Warszawska policja zakazała dalszej jazdy jednej z załóg, ponieważ poruszała się... samochodem przystosowanym do rajdów! Później okazało się, że nie był to przypadek odosobniony.

Rajd Barbórka - pierwsze doniesienia o załodze zatrzymanej przez policję

Brzmi to jak nieśmieszny żart, ale to niestety prawda. Jak poinformowała dzisiaj Sylwia Zaborowska, pilotka załogi z numerem 85, biorącym udział w Rajdzie Barbórka, o godzinie 7 rano została zatrzymana wraz z kierowcą Michałem Łusiakiem, przez warszawską policję. Funkcjonariusze po obejrzeniu ich Forda Sierry XR4i, zarzucili wiele nieprawidłowości technicznych. Takich jak za duży poziom głośności, modyfikację wydechu, czy też obecność klatki bezpieczeństwa. Uznali, że taki pojazd nie powinien poruszać się po drogach, zakazali dalszej jazdy oraz wystawili "wezwanie do osobistego stawiennictwa". Zapewne w celu wyjaśnienia, dlaczego samochód przystosowany do rajdów, został przystosowany do rajdów.

Nie jest oczywiście tajemnicą, że aby rywalizować w takich zawodach, pojazd musi być poddany daleko idącym przeróbkom. Dlaczego więc zawodnicy pomiędzy odcinkami specjalnymi poruszają się w normalnym ruchu ulicznym? Ponieważ te auta nadal są dopuszczone do ruchu! Co roku przechodzą przeglądy techniczne i jak podkreśliła w swoim wpisie Sylwia Zaborowska, Ford Sierra załogi również posiadał ważny przegląd. Policjanci uznali, że modyfikacje przeprowadzono dopiero po uzyskaniu ostatniej pieczątki? A może, że auto przeszło przegląd nielegalnie?

Aktualizacja - policja zatrzymuje kolejne załogi startujące w Rajdzie Barbórka

Po nagłośnieniu opisywanego wyżej przypadku, można było jeszcze sądzić, że załoga trafiła na wyjątkowo nielubiącego samochodów i sportów samochodowych policjanta, który na dodatek wykazał się przesadną... nadgorliwością. Tymczasem później doszło do kolejnych zatrzymań! Między innymi Audi Quattro S1 załogi Grzegorz Olchawski/Łukasz Wroński. Funkcjonariusze zabrali im dowód rejestracyjny za głośny wydech, klatkę bezpieczeństwa oraz sportowe opony. Tej załodze udało się mimo tych problemów, wystąpić na Karowej.
Policja zatrzymała także załogę Audi Quattro S1 / Fot. Facebook/Bartłomiej Czartoryski (zdjęcie pochodzi z profilu GO+Cars) /
Policja zatrzymała także załogę Audi Quattro S1 / Fot. Facebook/Bartłomiej Czartoryski (zdjęcie pochodzi z profilu GO+Cars)

Sprawa zaczyna się robić więc coraz bardziej zastanawiająca, a jak donosi wysłannik Interii na Rajd Barbórka, załóg, które miały problemy z policją, było jeszcze więcej. Próbował im pomóc organizator imprezy, ale funkcjonariusze byli nieugięci. Z pewnością będziemy się nadal przyglądać tej sprawie.
Audi Quattro S1 zatrzymane przez policję / fot. Juliusz Szalek /
Audi Quattro S1 zatrzymane przez policję / fot. Juliusz Szalek

Policja ma awersję do wszystkich miłośników motoryzacji?

Sytuacja na Rajdzie Barbórka wydaje się być bezprecedensowa i nie można wykluczać, że jest dziełem przypadku (w poprzednich latach przecież takich problemów nie było). Przypominają się przy tej okazji inne działania policji, o których nie raz już informowaliśmy. Działania, które w teorii wywodzą się z troski o bezpieczeństwo w ruchu drogowym (co jest oczywiście czymś bardzo potrzebnym), ale w wykonaniu niektórych funkcjonariuszy można je eufemistycznie nazwać pewną... nadgorliwością. Chcecie przykładów?
Jakiś czas temu informowaliśmy chociażby, że w Częstochowie "udaremniono nielegalny wyścig" - tak przynajmniej można było przeczytać w oficjalnym komunikacie. Co więcej, miał to być wyścig aż na 700 samochodów! "Szybcy i wściekli" mogą się schować? Cóż... na zdjęciach i filmach przez funkcjonariuszy zrobionych, widać było... parking przed centrum handlowym, pełen zwykłych zupełnie, niesportowych i ani trochę niestuningowanych samochodów. Wyglądało to, jakby każdy, kto tego dnia wybrał się na zakupy, został uznany za uczestnika nielegalnych wyścigów.
Czasami jednak policjanci przybywali w miejsca, gdzie faktycznie zbierali się miłośnicy motoryzacji oraz modyfikowania swoich pojazdów. Niestety w ten sposób rozbito na przykład... zlot fanów japońskich samochodów, którzy spotkali się, żeby porozmawiać i pooglądać swoje projekty. Szczytem kuriozum było natomiast rozbicie... Halloweenowego Spotu w Zabrzu. W obliczu jednak historii jaka wydarzyła się dzisiaj, wcale nie wydają się już tak kuriozalne...
 

kr2y510

konfederata targowicki
12 770
24 562
Jakie macie samochody? Jesteście z nich zadowoleni?
Ja z mojego poprzedniego byłem bardzo zadowolony. Teraz nie mam nic. Ale teraz nie ma za bardzo czego chcieć. Ja bym chciał manual, >200HP, bez wypaśnej elektroniki, AWD ale nie paliwożłopa Subaru Impreza czy Lancera w którym źle mi się kontroluje gaz. Nie chcę też BMW. I wybór jest ograniczony. :(
 

kalvatn

Well-Known Member
1 315
2 112
Mam bmw serii 1 diesela. Ma 16 lat i 80 tys km przejechane. Realnie bo kupiłem jako nowy u dealera. Raz w życiu taki kaprys. Mały niewygodny, twardy ale jest dobrze wyposażony. Teraz gdybym chciał go sprzedać to nikt mi nie uwierzy w przebieg a nawet jak uwierzy bo sprawdzi to i tak cena max może być około 25 tys. I co potem? Nie ma co kupić nowego bo to co obecnie produkują pominę milczeniem. Moje auto ma dwa fotele elektryczne i wszystkie lusterka samościemniające się. Nie tylko środkowe w kabinie. Dziwne bo po 16 latach wciąż na palcach jednej ręki można policzyć producentów, którzy oferują wszystkie lusterka fotochromatyczne - to modele od 300 tys w górę przykładowo. W kompaktach nie oferuje tego nikt. Niektórzy tylko jedno boczne od strony kierowcy. Po tylu latach jazdy z wszystkimi nie potrafię jechać autem bez bocznych - razi mnie w oczy nocą.
Technologia z końca lat 80tych kosztująca nie więcej niż tysiąc złotych a wciąż niedostępna jak klient chce za dopłatą. Fotel elektryczny tez musze mieć bo się przyzwyczaiłem a nie szarpanie wajchą z lewej czy pod fotelem czy z boku.

kr2y510 Suzuki s-cross ten nowy jest przyzwoity, ma 4x4, bez żadnych ekranów LCD i telewizorów w środku i jeździ dosyć żwawo mimo mocy 130 km. Ale nawet środkowe lusterko musisz pstrykać palcami w nocy bo nie może być fotochrom. Rok 2022 kurwa mać Suzuki!
 

tosiabunio

Grand Master Architect
Członek Załogi
6 932
14 930

FatBantha

sprzedawca niszowych etosów
Członek Załogi
8 862
25 420

Oprac.: Jan Wysocki
POLSKA
Sąd Okręgowy w Warszawie prawomocnie uniewinnił znanego pirata drogowego Roberta N. ps. Frog w sprawach dotyczących rajdów w Warszawie i pod Kielcami. Wcześniej sąd I instancji częściowo uznał jego winę i wymierzył mu karę 2,5 roku bezwzględnego więzienia.
W lutym ubiegłego roku Sąd Rejonowy dla Warszawy-Mokotowa uniewinnił Roberta N. za przestępstwa związane z pirackim rajdem po Warszawie, jednak uznał go winnego tego, że sprowadził bezpośrednie niebezpieczeństwo katastrofy w ruchu lądowym, prowadząc samochód w lutym 2014 r. pod Kielcami. Mężczyznę skazano na 2,5 roku bezwzględnego więzienia. Sąd orzekł także 5-letni zakaz prowadzenia pojazdów.

Apelacja

Od wyroku wniesiono apelację, którą warszawski Sąd Okręgowy rozpoznał w ten wtorek. Jak poinformowała sekcja prasowa tego sądu, sąd zmienił orzeczenie I instancji w ten sposób, że uniewinnił Roberta N. również w tzw. "wątku kieleckim". "W pozostałym zakresie wyrok utrzymano w mocy" - przekazano. Oznacza to, że w tej sprawie Robert N. jest prawomocnie niewinny.
Wydając wyrok I instancji, sąd podkreślił, że - prowadząc samochód na trasie Jędrzejów-Kielce - "Frog" znacznie przekroczył prędkość w czasie dużego natężenia ruchu, nie respektował żadnych praw innych uczestników ruchu drogowego, nie zatrzymał się do policyjnej kontroli i podjął próbę ucieczki. Mężczyzna złamał też zakaz wyprzedzania, przekraczał podwójną linię ciągłą, a - wykonując niebezpieczne manewry - "nie miał możliwości dokonania prawidłowej oceny sytuacji na drodze". Jego styl jazdy miał zmusić innych uczestników ruchu - w tym betonomieszarkę - do "ucieczki i maksymalnego zjazdu na pobocze".
- Gdyby nie racjonalne zachowanie innych uczestników ruchu, to jazda oskarżonego w taki sposób, z taką prędkością i w takich warunkach, a więc prowadzenie pojazdu mechanicznego z naruszeniem najbardziej elementarnych zasad w ruchu lądowym, doprowadziłoby do wypadku drogowego o tragicznych skutkach, w których uczestniczyliby kierowca betonomieszarki, kierowca ciężarówki, rowerzysta, dwaj policjanci i sam oskarżony, oraz być może inne pojazdy znajdujące się w niedalekiej odległości - podkreśliła sędzia Agata Pomianowska. Jak dodała, gdyby "Frog" zderzył się z którymś z pojazdów, poruszając się z prędkością 120-150 km/h, najprawdopodobniej by tego nie przeżył.

Sąd uznał jednak, że w przypadku jazdy po Warszawie zachowanie mężczyzny nie wyczerpało znamion przestępstwa bezpośredniego sprowadzenia niebezpieczeństwa katastrofy w ruchu lądowym.

"Oskarżony mimo brawurowej jazdy panował nad pojazdem"

- Oskarżony nie stworzył takiej sytuacji, która sprowadzałaby zagrożenie dla zdrowia lub życia wielu osób. Sąd uznał, że pomimo brawurowej jazdy, łamiąc przy tym zasady obowiązujące w ruchu drogowym, poruszając się z dużą prędkością i powodując dezorganizację ruchu drogowego, oskarżony w krytycznym czasie panował nad swoim pojazdem. To stanowisko znajduje odzwierciedlenie w opinii biegłego - uzasadniano. Sędzia przypomniała przy tym, że za dotychczasowe wykroczenia "Frog" został ukarany prawomocnymi wyrokami.

Szersze uzasadnienie prawomocnego wyroku w tej sprawie nie jest znane. Przewodniczącą składu sędziowskiego i sprawozdawcą była sędzia Wanda Jankowska-Bebeszko. W składzie byli również sędziowie Urszula Myśliwska i Piotr Bojarczuk.
"Frog" poszukiwany jest obecnie przez policję w związku z inną ze spraw - chodzi o prowadzenie samochodu mimo sądowego zakazu. W 2020 r. prawomocnie skazano go za to na 1,5 roku pozbawienia wolności.
O Robercie N. stało się głośno, gdy w czerwcu 2014 r. w internecie pojawił się film nagrany kamerą umieszczoną w jego aucie. Mężczyzna jechał ulicami Warszawy, poruszając się szybkim slalomem między innymi pojazdami, wjeżdżając na skrzyżowanie na czerwonym świetle, a także ścigając się z motocyklistami.
 

ckl78

Well-Known Member
1 220
1 511
Potomac River Boat Crash -- Two speedboat racers are killed when their vessel flips at 140mph in a deadly crash. James Melley, 49, and Garth Tagge, 61, were said to be traveling at speeds in excess of 140mph The two men were competing in the Potomac River Radar Run, an annual speed-boating competition The bodies of the two men were extricated from the river by the Maryland Natural Resources Police.



View: https://www.youtube.com/watch?v=W9p0tDq-DrI
 

FatBantha

sprzedawca niszowych etosów
Członek Załogi
8 862
25 420

Eksperci od rekonstrukcji wypadków na własną rękę zbadali miejsce głośnego wypadku motocyklisty na S8, obok którego jechali samochodem Małgorzata Gersdorf i jej mąż. Prędkość motocyklisty oszacowali na ponad 180 km na godz.
Łukasz Zboralski
Wczoraj, 14:03

Eksperci z firmy Crashlab.pl zajmujący się rekonstrukcją wypadków drogowych przeprowadzili analizę wypadku motocyklisty, obok którego w samochodzie osobowym jechali Bohdan Zdziennicki, były prezes Trybunału Konstytucyjnego, i jego żona — była I prezes Sądu Najwyższego Małgorzata Gersdorf.

Przypomnijmy — do wypadku doszło 14 kwietnia na drodze ekspresowej S8 w okolicach Zambrowa. Na nagraniu, które zarejestrował kierowca ciężarówki, widać sam moment wypadku. Motocyklista jadący lewym pasem przewrócił się i uderzył w bariery. Tuż przed nim lewym pasem jechało wtedy auto z Gersdorf. Nie wiadomo, co działo się tuż przed wypadkiem. Wiadomo, że Zdziennicki i Gersdorf po wypadku nie zatrzymali się ani nawet nie zawiadomili służb. Utrzymują, że nie widzieli, iż coś na drodze się stało. Choć na filmie widać, że prawdopodobnie sunący po wypadku motocykl w pewnym momencie wyprzedził ich auto i przeciął im drogę.

Wyliczenia: motocyklista w chwili hamowania jechał ok. 180 km na godz.

Eksperci z Crashlab.pl nie tylko przeanalizowali film ze zderzenia, ale też dokonali oględzin miejsca wypadku, również przy użyciu drona. W ten sposób udało się im wskazać miejsce, w którym hamowanie zaczął motocyklista — co doprowadziło do zblokowania koła i utraty panowania nad jednośladem. Pokazali też miejsce, w którym ostatecznie motocykl zatrzymał się po wypadku.
Na podstawie tych danych oszacowali prędkość, z jaką poruszał się motocyklista w chwili, gdy rozpoczynał hamowanie. Według Crashlab.pl jechał wówczas ok. 180 km na godz. To oznacza, że przed manewrem hamowania jego prędkość była jeszcze większa.
To niezmiernie istotna informacja. Do takich samych wniosków — bo opartych o wyliczenia na podstawie śladów wypadku i filmu — będą musieli dojść także biegli, którzy na zlecenie prokuratury będą sporządzać opinię w sprawie tego wypadku śmiertelnego. Znaczne przekroczenie prędkości na drodze ekspresowej stawiać będzie pod znakiem zapytania ewentualne przyczynienie się do wypadku przez Zdziennickiego, który kierował osobowym subaru. Gdyby bowiem nawet założyć hipotezę, że tuż przed wypadkiem zmienił pas na lewy, mógł widzieć motocyklistę dość daleko od siebie. Nie musiał dostrzec, że inny uczestnik ruchu pędzi dużo szybciej niż dozwolone na drodze ekspresowej 120 km na godz.

Motocykl przetoczył się przed maską Zdziennickiemu

W innej sprawie jednak sędziom wytłumaczyć będzie się już dużo trudniej. Chodzi o nieudzielenie pomocy ofierze wypadku, które w Polsce jest karalne. Wypełnienie tego obowiązku może polegać w minimalnym stopniu na zawiadomieniu służb.
Z analizy Crashlab.pl wynika, że motocykl, który poruszał się z ogromną prędkością, po uderzeniu w bariery nadal sunął szybciej, niż jechali Zdziennicki i Gersdorf. W pewnym momencie przeciął więc pas ruchu przed samochodem i ześlizgnął się tam na pas awaryjny, gdzie ostatecznie pozostał.
Zdaniem ekspertów motocykl przeleciał więc przed maską Zdziennickiemu. Z analizy rekonstrukcyjnej pokazanej przez Crashlab.pl wynika, że kierowca powinien zauważyć to przed swoim samochodem. Oczywiście — kierowca samochodu nadal będzie mógł utrzymywać, że motocykla nie widział. Udowodnienie, że było inaczej, będzie bardzo trudne.
 

hrab

Well-Known Member
223
311
Nie ma takiej opcji, żeby kierowca subaru nie zauważył przelatującego motocykla przed maską samochodu.
 
Do góry Bottom