Śmieszne newsy z rana

FatBantha

sprzedawca niszowych etosów
Członek Załogi
7 591
20 503
Pojechał w delegację i zmarł podczas seksu. Sąd uznał to za wypadek w pracy
Wczoraj, 12 września (11:51)
Atak serca, którego dozna się podczas seksu uprawianego w czasie podróży służbowej, może być uważany za "wypadek przy pracy" - uznał sąd apelacyjny w Paryżu. Wyrok zapadł w sprawie Francuza, który pojechał w delegację i zmarł podczas seksu z nieznajomą.

Pracodawca mężczyzny, firma budowlana TSO argumentowała, że ponieważ incydent miał miejsce po godzinach pracy i że pracownik zmarł w pokoju innym niż wcześniej zarezerwowany, nie powinna zostać pociągnięta do odpowiedzialności za śmierć.

Przedstawiciel firmy powiedział na rozprawie sądowej w gminie Meaux na wschód od Paryża, że śmierć nastąpiła, gdy pracownik "świadomie przerwał podróż służbową z przyczyn podyktowanych interesem osobistym, niezależnym od zatrudnienia", dopuszczając się "cudzołóstwa z kompletnie nieznajomą kobietą". Dlatego - według firmy - przyczyna śmierci jej pracownika "była związana nie z jego pracą, ale z aktem seksualnym, który miał z nieznajomą".

Jednak po rozpoznaniu sprawy przez sąd apelacyjny w Paryżu zapadło orzeczenie niekorzystne dla firmy, stwierdzające że przyczyną śmierci był wypadek przy pracy - podaje portal Euronews.

Francuskie prawo stanowi, że wypadek przy pracy jest wypadkiem, który ma miejsce w trakcie pracy - powiedział Euronews rzecznik sądu. Dodał, że praca w tym kontekście odnosi się do faktycznego czasu pracy w zwykłym miejscu pracy lub w czasie, gdy pracownik jest w podróży służbowej. W tym konkretnym przypadku pracownik był w podróży służbowej, która obejmuje czas pracy przeznaczony na podróż służbową (czas trwania podróży, czas pracy w ciągu dnia, czas odpoczynku podczas podróży) - wskazał rzecznik. Dotyczy to również nocy, kiedy musi być z dala od domu - powiedział.

Jak dalej tłumaczył rzecznik, przez cały czas podróży służbowej pracownik "pozostaje pod zwierzchnictwem pracodawcy, dopóki nie zostanie udowodnione, że przerwał (obowiązki służbowe) dla działań, których nie można uznać za część życia codziennego". W tym przypadku sędziowie podkreślają, że uprawianie seksu można uznać za "część życia codziennego".

Sąd orzekł również, że nawet jeśli wypadek miał miejsce poza pokojem zarezerwowanym przez firmę dla pracownika, to wciąż był on pod ochroną pracodawcy.

Sąd nie miał informacji, czy zmarły mężczyzna był żonaty.

Opracowanie:
Arkadiusz Grochot
 

The Silence

Well-Known Member
344
1 988
Zuchwała kradzież złotego sedesu z muzeum w Wielkiej Brytanii

Ten eksponat nie jest tak łatwo ukraść. Nie wciśnie się go do kieszeni spodni, jak część biżuterii, czy nie wytnie z ramy i zwinie w rulon, jak obraz. Złota toaleta o tytule "Ameryka", dzieło włoskiego artysty Maurizio Cattelana, została skradziona. Jej wartość szacuje się na 4 mln funtów (ok. 19 485 700 zł).



Sedes zrobiony z 18-karatowego złota "wyparował" z muzeum umieszczonego w Blenhaim Palace w Wielkiej Brytanii, rodzinnego domu Winstona Churchilla. Złodzieje zostawili po tym dziele sztuki kawałek spłuczki i ledwo rozpoczętą rolkę papieru toaletowego.

Złota toaleta miała definiować amerykański sen uosabiający bogactwo, do którego dąży się poprzez pracę. Jest to dzieło słynnego włoskiego artysty Maurizio Cattelana, który znany jest z licznych, czasami nawet obrazobójczych, prowokacji. Przez media określany jest nawet mianem "wielkiego psotnika".


Jak donosi "The Daily Mail", tuż po ujawnieniu kradzieży pierwsze podejrzenie padło właśnie na niego. Zdaniem niektórych mógł maczać palce w zniknięciu dzieła, by zyskać dzięki temu większy rozgłos. Nic dziwnego, w końcu w poprzedzający zniknięcie dzieła piątek w angielskim pałacu otwarto wystawę dzieł Włocha. Z toalety mogli, zgodnie z jej przeznaczeniem, korzystać zwiedzający.
- Chciałbym wierzyć, że jest to tylko żart. Kto byłby na tyle głupi, by kraść toaletę? Zapomniałem, że przecież jest ze złota - oburzał się na łamach dziennika artysta. - Mam tylko nadzieję, że była to kradzież w stylu Robin Hooda - dodawał.

W związku z kradzieżą miał już zostać zatrzymany 66-letni mężczyzna. Jak podaje PAP, przebywa on w areszcie, ponieważ wyrywając podłączony klozet, zalał część pałacu - siedziby książąt Marlborough.

Złotego wychodka na razie nie odnaleziono.

https://www.bankier.pl/wiadomosc/Zu...ltFDPGzhXqughGF34BDQeqdD-ABxnfz32PUd5v3xuunLo

Jak dla mnie ten eksponat jest strasznie do dupy :D
 

pawlis

Samotny wilk
2 381
8 843
Ach te wolne sądy i dzielna policja :)
Znamy wyrok w sprawie zaśmiecenia chodnika jedną łupinką słonecznika. Kibic Pogoni nie odpuszcza

Sąd przyznał, że sprawa powinna się zakończyć już na etapie policyjnej interwencji. Mimo wszystko uznał Sławomira Żukowskiego winnym wykroczenia i wymierzył karę. Obwiniony nadal uważa, że kara nie jest adekwatna do popełnionego czynu i zapowiada odwołanie od wyroku.

Przypomnijmy: 27 kwietnia Sławomir Żukowski wybrał się na mecz Pogoni Szczecin z Lechem Poznań. Idąc na stadion, włożył rękę do kieszeni kurtki, pod palcami poczuł ziarenko słonecznika, wyjął je i rozłupał, po czym łupinę wyrzucił na chodnik. Tę sytuację dostrzegł policjant i postanowił wymierzyć karę: mandat w wysokości 250 złotych. Kibic mandatu nie przyjął, a sprawa trafiła do sądu. Jak mówi pan Sławomir, cała sytuacja jest absurdalna.

- Powinno się to skończyć pouczeniem, to także forma kary, a przy tym nie angażuje całego aparatu związanego z wymiarem sprawiedliwości – komentuje.

Niemniej sprawa trafiła przed oblicze sędziego, a ten podczas posiedzenia niejawnego uznał Sławomira Żukowskiego winnym „zaśmiecania miejsca dostępnego dla publiczności, tj. chodnika, poprzez wyrzucenie łupinki od słonecznika” i wymierzył mu karę w wysokości 100 złotych grzywny, z czego 50 zł to koszty sądowe, a kolejnych 20 złotych koszty prowadzonego postępowania wyjaśniającego.

Szczecinianin nie zgodził się z wyrokiem nakazowym i odwołał się od decyzji sądu. Dziś doszło do rozprawy, podczas której sędzia sugerowała, że ta sprawa powinna się zakończyć już w chwili policyjnej interwencji pouczeniem ze strony mundurowego, po raz kolejny potwierdzając, że chodziło tylko o jedną łupinę słonecznika. Sąd mimo wszystko uznał pana Sławomira winnym wykroczenia, ale odstąpił od wymierzenia mu kary finansowej i udzielił jedynie nagany.

Zamierza się odwołać
Choć szczecinianin nie będzie musiał płacić wcześniej zasądzonej kary w wysokości 100 złotych, to wciąż nie jest zadowolony z wyroku.

- Sąd nadal uznaje, że wyrzucenie jednej łupiny słonecznika jest czynem szkodliwym społecznie. Ja się z tym nie zgadzam, nie czuję się winny tak znaczącego przewinienia. Z niecierpliwością będę oczekiwał pisemnego uzasadnienia wyroku i wówczas będę się odwoływał – mówi Sławomir Żukowski. Jego zdanie podziela obrońca, dr Zbigniew Barwina.

- Każde wykroczenie jest czynem bezprawnym, zawinionym oraz karygodnym i regulowanym przez ustawę, w tym wypadku kodeks wykroczeń – wyjaśnia. – Czyn jest karygodny wtedy, kiedy jest szkodliwy społecznie. Oznacza to, że kiedy czyn, który jest bezprawny i zawiniony, ale nie jest karygodny, a więc nie jest szkodliwy społecznie, nie może być wykroczeniem i dlatego obrona starała się przekonać sąd, że wrzucenie jednej łupinki od słonecznika na chodnik przy ulicy Twardowskiego, nieopodal starego basenu, nie jest szkodliwe społecznie i nie stanowi wykroczenia. Sąd nie dał się przekonać do tego stanowiska. Czekamy na pisemne uzasadnienie tego nieprawomocnego wyroku – dodaje.

Sędzia podczas rozprawy przyznała, że doszło do zaśmiecania, sugerując, że ta sprawa nie powinna mieć finału w sądzie.

Tymczasem sprawą zajmowała się policja, gromadząc materiały dowodowe i przesłuchując obwinionego. Potem dwukrotnie już zajmował się nią sąd i wszystko wykazuje na to, że to jeszcze nie koniec.
 

pawlis

Samotny wilk
2 381
8 843
Myśliwy upolował jelenia. I umarł


W Ogonkach nieopodal Zdunowic w gminie Sulęczyno w woj. pomorskim odnaleziono ciało myśliwego. Leżał koło swojej ofiary - ustrzelonego jelenia.

62-letni mieszkaniec powiatu kościerskiego, a także członek koła łowieckiego Bekas Gdańsk, wybrał się na polowanie we wtorek.

Około 20 zadzwonił do brata z informacją, że upolował jelenia.

Ponieważ dwie godziny później nie odbierał telefonu, rodzina rozpoczęła poszukiwania.

Martwego mężczyznę znaleziono obok ustrzelonego jelenia - pisze portal Kartuzy.info.

Prokuratura wstępnie wykluczyła działanie osób trzecich. Według informacji rodziny myśliwego, mężczyzna chorował na nadciśnienie i cukrzycę, więc postępowanie będzie prowadzone w kierunku naturalnych przyczyn zgonu. Zlecono jednak sekcję zwłok.
Na moje to zobaczył jaką super sztukę pozyskał i uznał, że już może umierać ;):
 

kr2y510

konfederata targowicki
12 384
21 892
Duży penis zrobił z niego złodzieja

Steve Whitehurst przyszedł na zakupy ze swoją partnerką i jej 18-miesięcznym wnukiem. Kiedy stali przy kasie, żeby zapłacić za rzeczy na sumę 400 funtów, mężczyznę zaczęto podejrzewać o kradzież. Ekspedientka zwróciła uwagę na dużą „wypukłość” na jego spodniach. Klient zapewnił, że to po prostu jego penis, ale kobieta mu nie uwierzyła.

W rezultacie Whitehurst ściągnął spodnie, jego towarzyszka z wnukiem również byli świadkami zdarzenia. Jednak dla pracownicy sklepu było to niewystarczające. Kiedy mężczyzna poszedł do przymierzalni i ściągnął bokserki, ochroniarz powiedział kasjerce, że rzeczy w majtkach naprawdę nie ma. Jak tłumaczył klient, był w bardzo wąskich jeansach, które obciskały jego 10-calowego penisa (25,4 cm).
Wielkosiusiakowcy w akcji. :p
 

tolep

ChNiNK! ChP!
7 781
13 436
Lead artykułu jest wewnętrznie sprzeczny

"Pracownica sklepu odzieżowego w Anglii zmusiła 47-mężczyznę do ściągnięcia spodni, ponieważ podejrzewała go o kradzież ubrań – pisze gazeta The Sun."

Ktoś z takim penisem pozwolił się zmusić do sciągnięcia gaci przez jakąś karynę ekspedientkę? Pewnie penis OK, ale jaj brak :D
 

kr2y510

konfederata targowicki
12 384
21 892
Ktoś z takim penisem pozwolił się zmusić do sciągnięcia gaci przez jakąś karynę ekspedientkę? Pewnie penis OK, ale jaj brak :D
Skoro piszą że sprawdzał ochroniarz, to pewnie ochroniarzy z jajami było tam więcej. A facet był z niewiastą i jej wnuczką, a pewnie też nie chciał robić dymu na swej dzielni, lub w sklepie do którego uczęszcza.

Ja na jego miejscu wyciągnąłbym fujarę z gaci i kazałbym pomacać kasjerce, czy czegoś tam nie ma. A na koniec bym powiedział: -I co? Fajny okaz no nie?
Jakby co, to zwaliłbym winę na kasjerkę, że to ona mi kazała, a ja się podporządkowałem.
 

inho

Well-Known Member
1 596
3 901
Anti-racism event hosted by Edinburgh University bans white people from asking questions https://www.telegraph.co.uk/news/2019/09/27/anti-racism-event-hosted-edinburgh-university-bans-white-people/

Na "antyrasistowskim" evencie na uniwersytecie w Edynburgu zakazano białym uczestnikom zadawania pytań. Organizatorzy zapewnili też dwie "bezpieczne strefy", do których biali nie mieli wstępu.

Organizatorem konferencji jest organizacja Resisting Whiteness, która "sprzeciwia się rasizmowi i określa się jako KLTIQ - Kolorowi Ludzie Trans i Queer" (oryg.: QTPOC - queer and trans people of colour).
 

pawlis

Samotny wilk
2 381
8 843
A potem będzie płacz, że za długo karetka jedzie i jaka ta służba zdrowia zjebana :rolleyes:...

Na Ursynowie zabraknie pogotowia? Ratownicy tracą bazę przy Jastrzębowskiego!


Ursynów może zostać bez stacji pogotowia ratunkowego! Spółdzielnia "Stokłosy" wypowiedziała umowę najmu lokalu przy Jastrzębowskiego, w którym swoją bazę mają karetki. Jeśli do końca roku nie znajdzie się inne miejsce, mieszkańcy Ursynowa w nagłych przypadkach nie będą mogli liczyć na szybki przyjazd ratowników medycznych.

W razie wypadku, zawału lub innego przypadku wymagającego natychmiastowej pomocy mieszkańcy Ursynowa mogą liczyć na błyskawiczną pomoc. Od prawie 20 lat przy Jastrzębowskiego 22, w pawilonie spółdzielczym działa podstacja pogotowia. Cztery zespoły ratowników pracują w bardzo skromnych warunkach. Do dyspozycji jest ok. 100 metrów kw. - malutkie wc, prysznic, kuchenka, ciasny magazynek z lekami i sprzętem, dyspozytornia i cztery pokoje z łóżkami do odpoczynku w czasie 24-godzinnego dyżuru. Główną zaletą jest lokalizacja.

- W nagłych sprawach na dojazd mamy osiem minut. Ruch jest bardzo duży, karetki wyjeżdżają około 50 razy na dobę, czasami nawet do błahych wezwań, ale nikomu nie możemy odmówić - mówią nam pracownicy stacji.

24 września władze pogotowia dostały pismo od spółdzielni z wypowiedzeniem umowy. Na wyprowadzkę ratownicy mają czas do końca roku.

- Jesteśmy bardzo zaskoczeni, dla nas to duży szok. Wiedzieliśmy, że jest skarga jednego z mieszkańców na karetki wyjeżdżające na sygnale, lecz w wypowiedzeniu nie było o tym mowy, ani o innych powodach - mówi Karol Bielski, dyrektor Wojewódzkiej Stacji Pogotowia Ratunkowego i Transportu Sanitarnego "Meditrans" SP ZOZ w Warszawie.

Za głośne karetki
Spółdzielnia "Stokłosy" tłumaczy, że zakończenie najmu było spowodowane "dbałością o dobro ogółu członków" i nie może ignorować ich głosu.

Powyższe działanie spowodowane było m.in. powtarzającymi się cyklicznie pismami i skargami od mieszkańców , którzy podważali zasadność używania sygnałów dźwiękowych, szczególnie w godzinach wieczornych i nocnych.

Zdarzały się sytuacje, kiedy sygnał był włączany jeszcze na terenie osiedla Stokłosy, w bezpośrednim sąsiedztwie budynków mieszkalnych wielorodzinnych, co powodowało istotny dyskomfort akustyczny wśród mieszkańców

- czytamy w oświadczeniu spółdzielni.

Kierowcy karetek tłumaczą, że nie robią tego złośliwie, ale dlatego, że takie są wymagania prawne. - Kierując pojazdem uprzywilejowanym mamy swoje procedury. Naszym obowiązkiem włączając się do ruchu jest uruchomić sygnały świetlne i dźwiękowe. Robimy to wjeżdżając na ulicę, a nie przed budynkiem.

W okolicy nietrudno znaleźć osobę niezadowoloną z sąsiedztwa pogotowia. - Okropnie się tu mieszka i nie dziwię, że ktoś zaprotestował. Na stacji benzynowej ciągle ruch, pijani studenci łażą po nocach tabunami i do tego karetki. Czy jak kierowca widzi, że jest pusta droga, to musi wyć? Moim zdaniem nie musi. Wystarczy trochę zdrowego rozsądku. A Ursynów jest duży i są miejsca, które lepiej się nadają na postój karetek - denerwuje się pan Marek.

A może na Kabatach?
Zaczęło się gorączkowe poszukiwanie nowej lokalizacji dla stacji pogotowia. Czasu jest niewiele, a do zrobienia dużo. Lokal trzeba m.in. zaadaptować do potrzeb ratowników i podłączyć go do systemu informatycznego.

- Szukamy, ale wiemy, że ciężko będzie znaleźć odpowiednie miejsce w gęsto zaludnionej, środkowej części Ursynowa, skąd dojazd w różne miejsca dzielnicy jest optymalnie krótki. Mamy bardzo mało czasu, ale wierzymy, że nam się uda - zapewnia dyrektor Karol Bielski.

"Meditrans" poszukuje lokalu o powierzchni 100-120 m. kw. z kilkoma pomieszczeniami, najlepiej na parterze lub pierwszym piętrze, z czterema miejscami parkingowymi dla karetek. Pomoc w rozwiązaniu problemu zaoferowała dzielnica. Padła nawet propozycja nowej lokalizacji.

- Poinformowałem o sprawie wiceprezydenta Pawła Rabieja, oczywiście włączymy się poszukiwanie odpowiedniego lokalu. Sadzę, że do czasu uruchomienia Szpitala Południowego pogotowie mogłoby mieścić się w Stacji Postojowo-Technicznej Kabaty - mówi burmistrz Robert Kempa.

W przeciwnym wypadku Ursynów, większy od nie jednego miasta, w którym mieszka ponad 150 tys. ludzi, nie będzie miał swojej stacji. To przełoży się na znaczne wydłużenie czasu oczekiwania na pomoc w nagłych przypadkach. Mieszkańcy będą mogli liczyć tylko na karetki z innych dzielnic, np. Mokotowa lub Wilanowa.

- Oburzające, że ludzie nie rozumieją czym jest pogotowie i że sami mogą kiedyś potrzebować pomocy. Ciekawa jestem, czy w razie zawału cierpliwie poczekają na lekarza, jadącego z drugiego końca miasta. Znów mamy ten sam problem. Ktoś kupuje mieszkanie w mieście, a chce mieć jak w ogródku babci - oburza się pani Dorota, klientka pobliskiej stacji benzynowej, mieszkanka Ursynowa.
 

Staszek Alcatraz

Tak jak Pan Janusz powiedział
2 700
7 645
"Mam dość ukrywania się". Poszukiwany sam zgłosił się na policję

Niecodzienna historia w Blachowni pod Częstochową. W tamtejszym komisariacie pojawił się mężczyzna poszukiwany listem gończym. Policjantom miał powiedzieć, że ma dość ukrywania się.

Do komisariatu mężczyzna przyszedł od razu z walizką. Oficerowi dyżurnemu powiedział: "Dzień dobry. Przyszedłem, bo jestem poszukiwany i mam dość ukrywania się".

Mężczyzna dodał też, że prosi, aby go zatrzymać, bo jest już zmęczony.

Okazało, że mówił prawdę. 44-latek został skazany za kradzieże na dwa lata więzienia. W 2015 roku miał się pojawić w zakładzie karnym, ale ostatecznie do więzienia wówczas się nie zgłosił.

Od tego czasu się ukrywał. Wydano za nim list gończy. Ostatecznie jednak ciągłe ukrywanie się i obawa, że zostanie złapany sprawiły, że sam postanowił się zgłosić.

Po zatrzymaniu mężczyzna trafił do policyjnego aresztu, skąd następnie przewieziono go do więzienia.
 

pawlis

Samotny wilk
2 381
8 843
Jakiś szkolny czarny sebix do wszystkich się sapał. Gdy interweniujący ochroniarz w szkole został od niego zwyzywany, to ten nazwał go czarnuchem. Szkoła w ramach polityki tolerancji zero wobec rasistowskich wyzwisk zwolniła ochroniarza. Tyle, że ochroniarz jest... też czarny. A, i gówniak zwyzywał go od czarnuchów.
https://www.cbsnews.com/live/video/...-defending-himself-against-the-use-of-the-wo/

 

alfacentauri

Well-Known Member
1 119
1 804
Jakiś szkolny czarny sebix do wszystkich się sapał. Gdy interweniujący ochroniarz w szkole został od niego zwyzywany, to ten nazwał go czarnuchem. Szkoła w ramach polityki tolerancji zero wobec rasistowskich wyzwisk zwolniła ochroniarza. Tyle, że ochroniarz jest... też czarny.
Poczucie humoru każdy ma inne. Jeden w tym widzi coś śmiesznego, ja nie. Ale może po prostu w tym jednak naprawdę nie ma nic śmiesznego, tylko dla niektórych dzień bez poruszenia kwestii rasowych jest dniem straconym. Bo czy coś tu jest nie tak? Jakaś szkoła wprowadziła pewne standardy. Jak widać standardy te dotyczą wszystkich. Nikt nie może używać rasistowskich zwrotów. Nawet murzyni. Wyobraźmy sobie alternatywny scenariusz. Szkoła ta nadal zakazuje rasistowskich określeń. Jakiś murzyn odzywa się rasistowsko do innego murzyna i nie spotyka go za to żadna kara. I co wtedy? News ten ląduje w innym wątku jako przykład dyskryminacji biednych białych? Powiedz szczerze, czy wtedy byś nie marudził, że murzyn może innego murzyna nazywać czarnuchem, a białemu nie wolno?
 

tolep

ChNiNK! ChP!
7 781
13 436
Serwerownia pod mieszkaniem emeryta. 400 tys. zł za wyciek za wanną

Emeryt z kawalerki w Mińsku Mazowieckim był w szoku, gdy otworzył pismo z UPC z żądaniem ponad 400 tys. zł odszkodowania za... zalane serwery. Firma trzymała je w lokalu pod panem Danielem. Gdy u emeryta uszkodził się przewód schowany pod zabudowaną wanną, woda zalała sprzęt piętro niżej. Tylko czy pan Daniel jest czemukolwiek winny? Reportaż "Interwencji".

https://www.polsatnews.pl/wiadomosc/2019-10-28/serwerownia-pod-mieszkaniem-emeryta-400-tys-zl-za-wyciek-za-wanna/
 

FatBantha

sprzedawca niszowych etosów
Członek Załogi
7 591
20 503
Sprzedawali chiński sprzęt jako wyprodukowany w USA. Kupiło go m.in. amerykańskie wojsko
09.11.2019 00:03 Piotr Urbaniak @gtxxor
Sześciu pracowników firmy Aventura Technologies Inc. zostało aresztowanych po tym, jak wyszło na jaw, że fałszują tabliczki znamionowe oferowanej elektroniki. Przedsiębiorstwo zaopatrywało się w Chinach, po czym doklejało naklejki Made in America. Oszukali w ten sposób m.in. siły powietrzne i marynarkę wojenną Stanów Zjednoczonych.

W sierpniu 2018 roku jeden z żołnierzy US Air Force zauważył chińskie znaki na ekranie kamery bezpieczeństwa w bazie lotniczej, co stało się przyczyną kilkumiesięcznego dochodzenia – donosi Ars Technica. Ustalono, że intrygująca kamera została wyprodukowana w Chinach, podobnie zresztą jak 24 inne urządzenia dostarczone w tej samej przesyłce.

Analizując oprogramowanie kamery, śledczy znaleźli trzy logotypy: logo US Air Force, logo chińskiego producenta, a także logo Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego ChRL. Jak wykazała dalsza analiza, wszystkie obrazy zostały załadowane do pamięci w tym samym czasie przez osobę znajdującą się w chińskiej strefie czasowej. Tak więc kamera nie tylko została wyprodukowana w Chinach, ale także Chińczycy doskonale wiedzieli, gdzie zostanie wysłana.

W czwartek prokuratura postawiła zarzuty nowojorskiej firmie Aventura, która – według ostatecznych ustaleń śledczych – od ponad dekady sprzedaje chiński sprzęt jako wyprodukowany w Ameryce. Niezwłocznie aresztowano sześciu założycieli i wyższych rangą pracowników. Staną przed sądem pod zarzutem oszustwa handlowego i narażenia obronności USA.

Bezczelność i brak skrupułów
Amerykańska ustawa federalna o umowach handlowych zabrania agencjom federalnym, w tym wojsku, kupowania towarów wyprodukowanych w niektórych krajach. Oczywiście lista obejmuje również Chiny. Prawo wymaga zarazem od firm, aby precyzyjnie określały łańcuch dostaw. Zwłaszcza, gdy dochodzi do transakcji z instytucjami państwowymi.

Niemniej jednak Aventura ponoć od 2006 roku skupuje chińskie kamery, wykrywacze metali i szereg innych produktów, by umieścić na nich tabliczkę Made in America i odsprzedać na terenie Stanów Zjednoczonych. Bez względu na to, z kim handluje.

Oskarżenie dowodzi, że kadra kierownicza Aventury, z prezesem Jackiem Cabasso na czele, miała całkowitą świadomość trwającego procederu. Co jednak najciekawsze, zdaniem federalnych spółka bywała w swych działaniach skrajnie bezczelna. Według zebranej dokumentacji, w 2016 roku Cabasso wysłał wiadomość e-mail do pewnego urzędnika państwowego, twierdząc, że 12 jego konkurentów narusza prawo federalne, robiąc interesy z chińskim rządem.

Punktował wówczas "poważne problemy z cyberbezpieczeństwem", nazywając rzekome zachowanie konkurentów "dużym problemem".

Jasne, zapraszamy pana
A na tym nie koniec. W roku 2018 dystrybutor z Kataru poprosił drogą mailową Aventurę o potwierdzenie, że sprzęt został faktycznie wyprodukowany w USA. Cabasso odpowiedział zdjęciem zakładu produkcyjnego znajdującego się, jak twierdził, na Long Island w Nowym Jorku. Zaprosił też do odwiedzenia fabryki w dowolnym momencie. Jednak w rzeczywistości pokazał fotografię zakładu chińskiego, którą znalazł w internecie.

Prokuratura uważa, że Aventura dołożyła znacznych starań, chcąc ukryć chińskie pochodzenie swych towarów. Zawarta w materiale dowodowym korespondencja pokazuje, jak spółka domagała się usunięcia wszelkich odniesień do oryginalnego producenta z płytek drukowanych i oprogramowania.

No właśnie, ale Chiny to jednak Chiny, a kiepska opinia o chińskich producentach OEM nie wzięła się znikąd, więc wpadki się zdarzały. Przykładowo, jeden z klientów otrzymał do urządzenia chińską instrukcję obsługi. W innym przypadku natomiast klient zorientował się, że zakupiona przez niego kamera to zmodyfikowana wersja chińskiego produktu i poprosił o dostarczenie oryginalnego, niezmienionego oprogramowania układowego. Miał nadzieję, że będzie zawierało mniejszą ilość błędów. Nie wiadomo, jakim cudem firma przetrwała ponad dekadę.

Dom dla dziecka i jacht
W dodatku biznes kręcił się rewelacyjnie. Z danych Departamentu Sprawiedliwości USA wynika, że Aventura wygenerowała sumarycznie 88 mln dol. przychodu, z czego 20 mln na kontraktach państwowych. Robiła przy tym interesy z najważniejszymi instytucjami w kraju. Kamery dla US Air Force to ledwie wierzchołek góry lodowej. Dalej są warte 13,5 tys. dol. za sztukę noktowizory dla US Navy czy system monitoringu dla lotniska JFK.

Prezes Cabasso i jego najbliższa rodzina opływali w luksusach. Dla jednego z dwojga swoich dzieci kupił warty 450 tys. dol. dom. Żonie sprezentował z kolei 21-metrowy jacht o szacunkowej wartości 1 mln dol. Były też drogie samochody, biżuteria i zegarki.

Jakby tego było mało, w tle Aventura dokonała ponoć jeszcze jednego przekrętu. W Stanach Zjednoczonych istnieje przepis, który daje pierwszeństwo w realizacji kontraktów rządowych przedsiębiorstwom prowadzonym przez kobiety. Cabasso wpisał więc swoją żonę, Frances, jako większościową akcjonariuszkę i CEO, choć – zdaniem śledczych – w ogóle nie interesowała się firmą. Zamiast tego pracowała w niezwiązanej spółce jako księgowa na umowę o pracę.

I tak się kończy ten cały patriotyzm gospodarczy... :)
 
Do góry Bottom