Reklama zewnętrzna/ład przestrzenny a inicjowanie agresji

  • Thread starter Deleted member 427
  • Rozpoczęty

father Tucker

egoista, marzyciel i czciciel chaosu
2 339
5 924
Tymczasem, w Poznaniu...
 

Taki Owaki

Libertyn mimo woli
387
1 296
http://wyborcza.pl/1,75478,15578696,Centrum_Gdanska_bez_reklamowej_pstrokacizny_.html
Referat ds. Estetyzacji Urzędu Miejskiego w Gdańsku zabrał się za porządkowanie przestrzeni Głównego Miasta. Jeszcze przed rozpoczęciem sezonu letniego z elewacji kamienic mają zniknąć nieestetyczne i nieprawidłowo zamontowane szyldy i reklamy.

Niedawno pisaliśmy o systemie informacji wizualnej - wchodzącym właśnie w życie pomyśle gdańskich urzędników z Referatu ds. Estetyzacji na uporządkowanie reklamowego chaosu w pasach drogowych poprzez ustawienie ujednoliconych tablic kierunkowo-reklamowych.
"Referat ds. Estetyzacji Urzędu Miejskiego w Gdańsku zabrał się za porządkowanie przestrzeni Głównego Miasta"
To zdanie wkurwia mnie na maxa na tak wielu poziomach...
Zabrał się, jakby kurwa podkasał rękawy i wziął się do uczciwej roboty raźnym, sprężystym krokiem, a my mamy go jeszcze w tym dopingować...
Tak jakby oni robili kurwa wiosenne porządki u siebie w domu, w swojej szafie albo chuj wie gdzie...
Jakie kurwa porządki? Jakie oni mają prawo porządkować cokolwiek co nie należy do nich? Czy oni naprawdę w swoich umysłach poczuwają się do czegoś takiego?
I co to kurwa jest Referat ds. Estetyzacji Urzędu Miejskiego!!?!?!?!?!?!111oneone!/?///?slash?slash/ KUUURRRRWAAAA
To rzeczywiście są jakieś małe hitlerki, które myślą przed snem o Tysiącletnim Czymś, ze lśniącymi, jednolitymi estetycznie monumentalnymi gmachami rządowymi, przytłaczającymi człowieczka, samym swoim wyglądem, ustawiającymi go na właściwym miejscu. Porządek.

"wchodzącym właśnie w życie pomyśle gdańskich urzędników z Referatu ds. Estetyzacji na uporządkowanie reklamowego chaosu w pasach drogowych poprzez ustawienie ujednoliconych tablic kierunkowo-reklamowych."
Wchodzący w życie pomysł urzędników... Już samo to, że posądza się ich o jakąkolwiek działalność umysłową mnie wkurwia. Ale, kurwa, oni nie zasługują na takie piękne, zaszczytne słowa. Wchodzić w życie to może pomysł Tesli, u nich to jakiś zbrodniczy instynkt, który pozwoli im wtrącić się w cudze życia, jeszcze trochę się nakraść, przy okazji usprawiedliwiając w ich oczach ich istnienie, że niby są kurwa komuś potrzebni...
Reklamowy chaos... Zamiast tego cywilizowany ordnung...
Kończę, nie mam już sił. Taka pierdoła, a tak potrafi mnie wkurwić. Po przejrzeniu posta usunąłem conajmniej 10 kurw.

Cieszę się, że już mi się skończył limit artykułów na GW...

EDIT
A nie, nie ma tak dobrze, jest jeszcze komentarz:
Ufff, może choć w Gdańsku będzie wyglądało jak w europejskim mieście?
 
Ostatnia edycja:

Solitary Man

Człowiek raczej piwnicy
491
1 815
Fajny wywiad z panią architekt.
http://www.bryla.pl/bryla/1,85301,1...silkowska___Nie_regulujmy_wszystkiego.html#MT

"Zamiast wygranitowanych "miejskich salonów" to bazary mogłyby na nowo stać się lokalnym centrum każdej dzielnicy" - mówi nam architektka Aleksandra Wasilkowska, która przekonuje, że handel uliczny jest sposobem na zdrowy rozwój polskich miast.

Agnieszka Jęksa: Według niektórych bazary to tylko syf, bałagan i podróby. Ty uważasz inaczej, dlaczego?

Aleksandra Wasilkowska: Targowiska i handel są przecież jednym z fundamentów życia i kultury. Już greckie państwa-miasta skoncentrowane były wokół agory - miejsca spotkań, życia politycznego i właśnie handlu. Współczesne bazary odzwierciedlają charakter danego społeczeństwa, często są to najbardziej różnorodne przestrzenie miasta. Polskie targowiska z lat 90. powstawały zazwyczaj bez planu, po prostu wylały się na ulice tuż po transformacji.

Zaczynało się to tak: ktoś postawił łóżko, przyjechał jakiś bus potem stawiano szczęki, a po dziesięciu latach wszyscy się przyzwyczajali, legalizowano lokalne targowisko i budowano halę. W każdym polskim mieście jest wiele takich historii. Niestety po transformacji w ramach porządkowania miasta wiele targowisk zniknęło: Stadion X-lecia, KDT na Placu Defilad lub wymarło jak Różyc na Pradze. Kioski warzywne i handel uliczny też zniknęły z centrum Warszawy, dyspensę mają tylko kwiaty.

Szkoda?

Szkoda, bo bazary to nie tylko dostęp do taniej i świeżej żywności, ale też miejsce spotkań i socjalizowania różnych kultur i grup społecznych. Są też inkubatorem przedsiębiorczości - kilku najbogatszych Polaków zaczynało przecież na straganie ulicznym. Targowiska są lokalnym miejscem pracy dla ludzi, którzy nie chcą lub nie potrafią odnaleźć się w korporacji lub w pewnym momencie stracili etat. Poznałam kilka byłych nauczycielek, które sprzedają na bazarze. Pewien warszawski bukinista pracował w znanym stołecznym teatrze. To są często bardzo trudne życiorysy. Dziś miasta powinny rewitalizować swoje bazary i zakładać kolejne, tak aby każdy mieszkaniec w 10 minut spacerem mógł kupić sobie świeże owoce i warzywa.

Jak zaczyna się bazar?

- W przypadku Różyca, jednego z najstarszych warszawskich bazarów przy ul. Targowej to była inicjatywa "króla Pragi", przedsiębiorcy i filantropa Juliana Różyckiego, który nie tylko założył targowisko na początku XX wieku, ale też finansował sierocińce i przyczynił się do rozwoju całej Pragi. Zazwyczaj jednak bazary powstają bez odgórnego planu na zasadzie samoorganizacji. Obok przystanku staje pierwszy stragan, potem pojawia się kolejny, a dopiero po pewnym czasie wyznaczony zostaję zarządca i rozbudowana architektura.

Co ciekawe, jeżeli spojrzymy na wpół legalne targowiska z lotu ptaka, widzimy tam labirynty uliczek. W całym chaosie panuje jednak ukryty porządek, bez udziału architekta powstaje uregulowana struktura przestrzenna. Zazwyczaj handel uliczny lokuje się przy ważnych węzłach komunikacyjnych, dworcach, przy dużych skrzyżowaniach i przed wejściami do budynków. W planowaniu miasta powinno się więc tę zasadę uwzględniać i w tych miejscach z góry wyznaczać miejsce na stragany.

Jakieś krzepiące przykłady z zagranicy?

- We Francji jest doskonale zorganizowany system jednodniowych bazarów, które przemieszczają się i każdego dnia są w innym miejscu dzielnicy, dzięki czemu docierają do większej liczby mieszkańców. Jest ich ponad osiemdziesiąt. Każdy wie, gdzie i o której raz w tygodniu można zrobić zakupy. Wiele głównych ulic ma po środku pas chodnika i szpaler drzew po obu stronach. Przestrzenie te idealnie pasują do wymiarów straganu i ciężarówki. Kiedy przychodzi dzień targowy, ciężarówki z towarem po prostu parkują między drzewami.

W Nowym Jorku kupcy kupują roczną licencję i mogą rozstawiać swoje stragany uliczne w wyznaczonych przez miasto miejscach. Dzięki temu są mobilni, podążają za klientami i nie muszą za każdym razem przechodzić skomplikowanej procedury pozwolenia na zajęcie chodnika.

W Barcelonie działa Miejski Instytut Targowisk poświęcony edukacji, promocji i rewitalizacji hal targowych. Niektóre z nich, jak na przykład bazar Santa Catarina, to perełki architektury i atrakcje dla turystów. Londyn w swojej strategii rozwoju ma wyznaczony procentowy udział handlu ulicznego w każdej dzielnicy, a wiele placów remontuje się tak, żeby były dobre warunki do handlowania, tzn. by blaty do handlowania po zamknięciu targu mogły zamienić się w ławki.

Idąc za Jungiem handel uliczny określiłaś jako "Architekturę Cienia", czyli coś co jest zepchnięte do szarej strefy podświadomości. Co nasze stragany mówią o nas samych?

- Tkwimy w rozkroku pomiędzy wschodem, a zachodem. I wciąż leczymy kompleksy goniąc za iluzją zachodnich metropolii. Większość naszych rewitalizacji przestrzeni publicznych opiera się o estetyczny scenariusz: na bogato, multimedialnie i koniecznie dużo granitu. Często podczas dyskusji o ważnych placach słyszę określenie "salon miejski". Język odzwierciedla nasze fantazmaty. Budki i stragany z warzywami wydają nam się wstydliwym, nieestetycznym reliktem peerelowskiej przeszłości i dlatego nie ma na nie dziś odpowiedniego miejsca na planie, targowiska wypycha się na przedmieścia lub mniej reprezentacyjne rejony miasta.

Dlaczego nie wstydzimy się morza parkingów na głównych miejskich placach, a mamy kłopot z targowiskiem? Czy samochody są ładniejsze, niż stragany? Albo, czy zaparkowane auta wzdłuż chodnika są bardziej legalne od położenia ceraty ze starymi książkami?

A outdoor?

- O zaśmiecaniu reklamą mówi się przede wszystkim w kontekście braku estetyki. Ale musimy uważać, żeby sprzątając ten chaos nie posprzątać też przy okazji tego co jest jednak użyteczne, różnorodne, nieformalne, czasem wręcz kiczowate i dzikie. Nie regulujmy wszystkiego na siłę, nie każde drzewo musi być proste, nie każda ścieżka z granitu. Nieformalne przestrzenie miejskie jak na przykład Bazar Różyckiego, plaże nad Wisłą lub prawobrzeżna ścieżka rowerowa cały swój charakter czerpią z tego, że są w niewielkim stopniu uporządkowane. To właśnie ich nieformalność daje poczucie, że ta przestrzeń należy do wszystkich.

Wiele miast zmęczonych kamienną pustynią przeprowadza renaturalizację. Skuwany jest beton, do centrów miast wraca dzika zieleń. Zamiast wygranitowanych "miejskich salonów" to bazary mogłyby na nowo stać się lokalnym centrum każdej dzielnicy.
 

FatBantha

sprzedawca niszowych etosów
Członek Załogi
7 888
22 114
Tymczasem teraz rozlewają się żale rozmaitych estetów ładu przestrzennego, bo oto władze publiczne - największy sojusznik w walce z oszpecającymi miasta mieszkańcami - zdradziły o świcie i ostro jebią wszystko betonem. Cóż, nad tym dżinnem nie zapanujecie...

Beton zalewa Polskę. Jak "upiększa" się rynki w miastach
39 minut temu
Wytnij drzewa, usuń rabaty, zniszcz trawę. Cały teren pokryj płytami i kostką brukową - odnowa polskich rynków odbywa się według jednego, dość makabrycznego wzoru.

Włocławek ma ok. 100 tys. mieszkańców, ale w ostatnich dniach był na ustach całej Polski. Niestety, nie jako atrakcja turystyczna, lecz za sprawą kontrowersyjnej rewitalizacji starego rynku. Za ok. 5 mln zł (z czego ponad 2 mln to unijna dotacja) miasto zastąpiło urokliwą zieleń rozpalonym do czerwoności placem, który już okrzyknięto mianem betonowej pustyni. Władze miasta twierdzą, że o gustach się nie dyskutuje.

Widać, nie tylko we Włocławku. W internecie mnóstwo ludzi zaczęło opisywać przykłady budzących kontrowersje rewitalizacji rynków, placów czy najbardziej reprezentacyjnych ulic - w Białymstoku, Ciechanowie, Mielcu, Nowym Targu czy Piszu.

W tym ostatnim mieście rynek przeszedł lifting "na lepsze" w 2010 r., za podobną kwotę co ten we Włocławku. Dodatkowo za ok. 1,3 mln zł samorząd wyremontował budynek ratusza. Efekty? Podobne jak we Włocławku - zamiast trawy i dających cień drzew wszędzie beton. Koncepcji broni Agnieszka Kręciewska, inspektor wydziału inwestycji w Piszu.

- Wzorowaliśmy się na zdjęciach z czasów międzywojennych, gdy cały plac był zabetonowany. Zieleni nie wyrzuciliśmy całkowicie, z czasem będą tu ładne drzewa, które dadzą cień. Teraz przynajmniej na rynku organizowane są imprezy dla mieszkańców, co wcześniej nie było możliwe - argumentuje Kręciewska.

Jak mówi nam Bartłomiej Kolipiński, prezes Oddziału Warszawskiego Towarzystwa Urbanistów Polskich, w opinii wielu planistów mamy do czynienia z kryzysem planowania przestrzennego w Polsce. - Samorządy z reguły starają się podchodzić do rewitalizacji z troską o przestrzeń publiczną. Ale w ramach dobrych rzeczy zdarzają się wypadki przy pracy. Efekt jest taki, że samorząd tworzy scenę, czyli plac, na której potem nie ma aktorów w postaci mieszkańców - stwierdza prezes Kolipiński.

Wskazuje też, że wpadki lub wątpliwe pomysły zdarzają się także większym miastom. - Choćby taka przestrzeń na tyłach domów centrum w Warszawie (Pasaż Wiecha - red.). Wcześniej działo się tam dużo więcej, teraz teren ten wyłożono płytami, a ludzie nie mają powodu ani ochoty, żeby się tam zatrzymać - zaznacza Kolipiński. Wątpliwości warszawiaków budzi też kończąca się modernizacja placu Powstańców Warszawy. Nie wszystkim podobają się gigantyczne donice ustawione pomiędzy ławkami. Miejsce już ochrzczono nieformalną nazwą "Donick".

To nie jest przypadek, że obecnie rewitalizowane rynki, zwłaszcza w mniejszych miastach, wydają się budowane według jednego, prostego schematu. Na problem zwrócili uwagę przedstawiciele Instytutu Rozwoju Miast w ekspertyzie przygotowanej w 2013 r. na zlecenie obecnego Ministerstwa Infrastruktury i Rozwoju.
"Zazwyczaj wszystkie LPR-y (lokalne plany rewitalizacji - red.) w danym regionie były opracowywane w tym samym, stosunkowo krótkim czasie (kilka miesięcy, rok). Powodowało to, że nieliczne firmy specjalizujące się w przygotowywaniu LPR-ów otrzymywały w krótkim czasie wiele zleceń (po kilka, a w skrajnych przypadkach nawet po kilkanaście). Chcąc zrealizować wszystkie zlecenia, a także dążąc do minimalizacji kosztów i maksymalizacji zysków, firmy te stosowały tzw. szablony, czyli przygotowywały wzorcowe matryce LPR-u, a następnie jedynie uzupełniały nazwy i specyficzne uwarunkowania dla danego miasta. W efekcie LPR-y były bardzo słabo »personalizowane«, podobne do siebie i w istocie - bezwartościowe jako dokumenty strategiczne" - czytamy w ekspertyzie.


Autorzy dokumentu stawiają też tezę, że tam, gdzie wsparcie firm konsultingowych polegało jedynie na wykonywaniu pewnych elementów opracowania lub też w ogóle nie uczestniczyły one w procesie przygotowania LPR-ów - tam dokumenty były zazwyczaj "znacznie lepsze, dopasowane do lokalnych potrzeb i uwarunkowań, a później - bardziej kompleksowo wdrażane".

Kolejne lata dla firm walczących o zlecenia na rewitalizację od samorządów będą okresem prawdziwych żniw. Podczas unijnej perspektywy finansowej 2014-2020 w rewitalizację polskich miast zainwestujemy minimum 25 mld zł.

Tomasz Żółciak
31 lipca 14 (nr 147)
Dziennik Gazeta Prawna

Zaczęło się od tego:

W sumie naprawdę mogli to jeszcze zabudować ekranami dźwiękoszczelnymi. Wiadomo - mieszkańcom cisza się zawsze przyda, a i znajomi królika na przetargu skorzystają. Zatem w imię dobra publicznego, poczynajcie! ;)
 

Caleb

The Chosen
509
261
W sumie naprawdę mogli to jeszcze zabudować ekranami dźwiękoszczelnymi. Wiadomo - mieszkańcom cisza się zawsze przyda, a i znajomi królika na przetargu skorzystają. Zatem w imię dobra publicznego, poczynajcie! ;)
Teraz zabetonują, a potem będą rozkuwać i sadzić kwiatki. Zawsze znajdzie się coś do zrobienia :)
 

ernestbugaj

kresiarz umysłów
837
2 749
Sam się do siebie uśmiechnąłem, jak przyszło mi na myśl to pytanie... Mianowicie, czy rzucanie cienia jest agresją?

Powiedzmy, ze na mojej działce mam roślinki, które, żeby dobrze rosnąć, przez kilka godzin dziennie potrzebują bezpośredniego dostępu do Słońca. Jako, że pojawił się projekt ustawy, który sprawi, że niedługo nie będzie czegoś takiego jak samowola budowlana, każdy będzie mógł budować na swojej działce co mu się spodoba. I w tym momencie mój sąsiad stawia na swojej działce 11 piętrowy blok, który pozbawia Słońca mnie i moje światłolubne roślinki. I teraz pytanie, czy próbując wyperswadować sąsiadowi swoje racje, mogę powołać się na aksjomat o nieagresji? Słońce prawem, nie towarem?:)
 

tosiabunio

Grand Master Architect
Członek Załogi
6 767
13 947
To, że nie będzie konieczności otrzymywania pozwolenia, nie oznacza jeszcze akapu. Budynki muszą powstawać w zgodzie z jakimiś przepisami (prawo budowlane czy coś), a tam jest kwestia nasłonecznienia ogarnięta. Dlatego Intercontinental w Warszawie ma dziurę u podstawy, bo przesłaniał jakieś commieblocki.
 

Gie

Libnetarianin
219
432
To kolejny problem z gatunku kosztów zewnętrznych i immisji. Na forum jest pełno podobnych wątków. Imo to sprawa dla akapowych sądów, po pewnym czasie wytworzy się prawo zwyczajowe regulujące takie sąsiedzkie sprawy.
 
OP
P

Przemysław Pintal

Guest
No ok, a jak to będzie wyglądać w AKAPie?

Sam się do siebie uśmiechnąłem, jak przyszło mi na myśl to pytanie... Mianowicie, czy rzucanie cienia jest agresją?

Na pewno postawienie wysokiej ściany, która zabiera dostęp do światła słonecznego i powoduje więdnięcie kwiatów i drzew jest agresją. Możesz robić wszystko na prywatnym terenie, ale bez szkody dla innych właścicieli. Tam gdzie będzie dużo ludzi na km2, samorzutny porządek, prawo zwyczajowe będzie trochę bardziej restrykcyjne. Anarchokapitalizm to nie wolność do bycia dupkiem, ale wolność od dupków.

A jak ktoś się nie zastosuje? No cóż, dynamit będzie dostępny w każdym sklepie ogrodniczym, Praktikerze i Castoramie.
 

piezol

Jebać życie
1 091
3 706
Uważajcie, bo zaraz pałę przegniecie i się okaże, że społeczność będzie mi mogła kazać pomalować dom na inny kolor, niż ja chcę, albo kazać przystrzyc trawnik. Nie o takie akap walczyłem!
 

father Tucker

egoista, marzyciel i czciciel chaosu
2 339
5 924
No ok, a jak to będzie wyglądać w AKAPie?

Zachęcam do przeczytania tego wątku, na pewno wiele twoich wątpliwości rozwieje :)

https://libertarianizm.net/threads/kazusy-propertarianskie-hardcore.1322/

Jeżeli będziesz czuł niedosyt, proponuję Tobie, albo innym zainteresowanym, zagłębienie się w inne, podobne dyskusje:

https://libertarianizm.net/threads/halas-a-aksjomat-nieagresji.2009/

https://libertarianizm.net/threads/emisja-co2-jako-agresja-na-wlasnosc-prywatna.2209/

https://libertarianizm.net/threads/kto-bedzie-budowac-drogi-praktyka.4284/page-3 - wątek o smrodzie gnojówki

https://libertarianizm.net/threads/platforma-wygrala-wybory-palikot-10-1.1868/page-5#post-27370 <- o pasmach radiowych i falach elektromagnetycznych

https://libertarianizm.net/threads/dym-papierosowy-a-inicjowanie-agresji.2918/#post-44489

Były jeszcze co najmniej dwa tematy o podobnej tematyce, szczególnie ten o świeceniu reflektorem w okno sąsiada, ale nie mogę ich już znaleźć :(:(:( Ale jakby ktoś znalazł i dał linka, byłbym dozgonnie wdzięczny
 
OP
P

Przemysław Pintal

Guest
Ja mam inne zdanie. Dla mnie światło słoneczne jest jednak towarem, nie prawem.

Tak jak w starożytnym Rzymie, usque ad sidera, usque ad inferos (aż do gwiazd, aż do piekieł). I teraz kopalnia musi podpisać umowy by dalej drążyć chodniki. Choćby ze względu na szkody górnicze i podział zysków.

To podejście ma wadę. Ze względu na ruch lotniczy. Nie widzę sposobu w jaki samolot lecący na wysokości dziesięciu kilometrów, miałby dokonywać agresji. Dlatego nie powinno być to naczelną zasadą, ale regułą działającą na korzyść właściciela który doznał szkody.

Jesteśmy anarchokapitalistami chyba z tego powodu, że sami na siebie chcemy nakładać ograniczenia, a nie podlegać pod coś, co zostało narzucone siłą. Jeżeli ktoś kupił działkę i miał dostęp do czegoś, a ktoś drugi obok wzniósł coś odcinając do tego dostęp, to jest to dosyć często agresja. Wytłumaczę to na przykładnie studni, jeżeli z przyczyn nienaturalnych straciłeś wodę w studni, to na pewno można domagać się odszkodowania. Czym innym zaś jest postawienie brzydkiego budynku, gust nie podlega pod to.

Mam propozycję. Jeśli ktoś nadal ma wątpliwości, to może wymyślić jakąkolwiek chce sytuację (tylko niech opisze w miarę dokładnie jakie są umowy), a ja mu przedstawię cennik za usługę arbitra rynkowego :).

Myślę, że akap zbliży się (nie oznacza, że tożsame) do systemu anglosaskiego, czyli prawo zwyczajowe i ławnicy z możliwością nulifikacji, jeśli coś się kłóci ze zdrowym rozsądkiem. Różnica jest taka, że w akapie prawo tworzy się za pomocą umów. Spór rozstrzyga się na podstawie umowy. Zawód prawnika raczej rozkwitnie.

Uważajcie, bo zaraz pałę przegniecie i się okaże, że społeczność będzie mi mogła kazać pomalować dom na inny kolor, niż ja chcę, albo kazać przystrzyc trawnik. Nie o takie akap walczyłem!

Myślę, że mieszkańcy blokowisk z racji natury tego typu miejsca do życia, będą podlegali jakimś ograniczeniom. Podobnie jak jakiś deweloper postawi wpierw osiedle domków, a potem będzie sprzedawał pojedyncze nieruchomości. Może sobie coś takiego zastrzec w umowie kupna.

Czym innym zaś jest budowa drogi obok istniejących już domów. Sorry Winnetou, ale ekrany dźwiękochłonne będą musiały być.
 

FatBantha

sprzedawca niszowych etosów
Członek Załogi
7 888
22 114
Taki tam głos w dyskursie estetycznym architektury...

Słynny architekt ostro o kolegach: 98 proc. tego, co projektują, to gówno
AB
25.10.2014 , aktualizacja: 25.10.2014 11:40

- Pozwólcie powiedzieć mi jedną rzecz. W świecie, w którym dziś żyjemy, 98 proc. tego, co zostaje zbudowane i zaprojektowane, to po prostu gówno - ocenił światowej sławy architekt Frank Gehry. Gdy emocje opadły, przeprosił jednak za swoją wypowiedź tłumacząc, że był zmęczony podróżą.
Dwa dni temu Gehry otrzymał prestiżową Nagrodę Księcia Asturii - coroczne wyróżnienie przyznawane w różnych kategoriach za znaczące osiągnięcia w dziedzinie nauk ścisłych, humanistycznych i spraw publicznych. Architekt został nagrodzony za jego wpływ na sztukę, dziennikarze pytali też o jego najnowszy projekt - otwarte w październiku br. muzeum w Paryżu, należące do Fundacji Louis Vuitton. Wszystko to przyćmiła jednak wypowiedź dotycząca współczesnych architektów.

- Pozwólcie powiedzieć mi jedną rzecz. W świecie, w którym dziś żyjemy, 98 proc. tego, co zostaje zbudowane i zaprojektowane, to po prostu gówno - mówił Gehry, zapytany przez hiszpańskiego dziennikarza o to, co myśli o krytykach, zarzucających mu, że jego architektura jest "na pokaz". - Nie ma zmysłu projektowania, człowieczeństwa czy czegokolwiek innego. To po prostu złe budynki i tyle - dodał.
Jego słowa cytuje hiszpańska gazeta "El Mundo"."Wcześniej nikt nie chciał mieszkać w Bilbao. To było smutne miasto"Gehry przeprosił później za swoje słowa, tłumacząc, że jego wybuchowa reakcja była spowodowana zmęczeniem po podróży. Architekt pochwalił też zmiany, które zaszły w ostatnim czasie w jego najsłynniejszej budowli - Muzeum Guggenheima w Bilbao.

- Pamiętam, że mieszkańcy Bilbao kończyli tu swoje szkoły i stąd uciekali. Nikt nie chciał tu mieszkać, to było smutne miasto. Przemysł stalowy chylił się ku upadkowi, port nie miał racji bytu, wszyscy tracili pracę - mówił dziennikarzom. Bilbao zmieniło się dopiero po otwarciu muzeum: miasto zaczęło tętnić życiem, zaczęli do niego przyjeżdżać turyści.

Gehry to amerykański architekt, pochodzący z kanadyjskiej rodziny polsko-żydowskiej. Do jego najsłynniejszych budynków należą m.in. Tańczący dom w Pradze, wieżowiec 8 Spruce Street w Nowym Jorku czy wieżowiec Gehry-Tower w Hanowerze.
 
OP
D

Deleted member 427

Guest
Na polskim rynku ukazała się książka o porażkach centralnego planowania miast w Ameryce:

Wydana po raz pierwszy w 1961 r. książka Jane Jacobs, "Śmierć i życie wielkich miast Ameryki" (przeł. Łukasz Mojsak, Centrum Architektury, Warszawa 2014) jest biblią wszystkich, którzy sprzeciwiają się władzy biurokratyczno-technokratyczno-deweloperskich sit…, przepraszam, bractw, planujących przestrzeń miejską według własnych „chorych” wizji. Od tej „radykalnej konserwatystki” o lewicowych przekonaniach spojrzenia na miasto uczyć się powinny zarówno lewicowe, jak prawicowe ruchy miejskie. Jednym z negatywnych bohaterów książki Jacobs jest wszechwładny urzędnik miejski Nowego Jorku Robert Moses. Już 20 lat temu na łamach naszego „Stańczyka” (nr 20, 1994) pisał o nim amerykański publicysta Jacob Hornberger, powołując się na – chwaloną przez Jacobs – książkę Roberta Caro "The Power Broker: Robert Moses and the Fall of New York" (1974). Pozwolę sobie zacytować fragment:

"Chociaż mało znany poza Nowym Jorkiem, Moses był jednym z najpotężniejszych urzędników publicznych w historii świata. Jego władza budowania dróg i parków – zgniatania tych, którzy weszli mu w drogę – była praktycznie nieograniczona. Nawet tak zwani „Baronowie z Long Island” nie zdołali oprzeć się woli Roberta Mosesa. Korzystając ze specjalnego prawodawstwa, Moses wysyłał swe oddziały szturmowe do posiadłości najbogatszych ludzi na Long Island i konfiskował ich ziemię, na rzecz budowy dróg i parków publicznych. I aby przeciętny Amerykanin nie cieszył się zbytnio z nieszczęścia bogatych rodaków, Moses podobnie traktował ubogich, jak chociażby mieszkańców z East Tremont (Nowy Jork). Mieszkańcy słali petycje, apelowali, błagali, by oszczędzono ich domy i sąsiedztwa. Wskazywali nawet na to, że droga może zupełnie dobrze być poprowadzona w pobliżu, oszczędzając im zniszczeń i cierpień. Ale dostali poglądową lekcję: jeśli bogaci nie są w stanie oprzeć się nagiej politycznej władzy, nie zdołają tego uczynić i biedni. Mieszkańcy Tremont zostali wyrzuceni z domów i zaopatrzeni w gotówkę dla znalezienia sobie innego lokum. Ich domy i sąsiedztwo zostały zniszczone. Zbudowano tu drogę przecinającą Bronx – The Cross-Bronx Freeway."

Gabiś poleca: http://nowadebata.pl/2014/12/05/ksiazki-pod-choinke/
 

Alu

Well-Known Member
4 254
8 350
Za walkę z reklamami wielkopowierzchniowymi wzięto się na całego w Trójmieście. Historia jak żywcem wyciągnięta z "Misia" Barei.

W październiku ubiegłego roku w Gdańsku stanełą konstrukcja, która miała zasłonić nielegalną wielkoformatową reklamę centrum handlowego. 10-metrowa instalacja przypominająca wachlarz z flagami, osadzona na czterech betonowych blokach, kosztowała ok. 32 tys. zł.

- Nie chcieliśmy dopuścić, by przepisy były łamane w taki sposób. Nie chcieliśmy też, by "witaczem" Gdańska była gigantyczna reklama. Postanowiliśmy więc zrealizować element przestrzenny, który będzie chronił krajobraz. - tłumaczy Michał Szymański, kierownik referatu estetyzacji w gdańskim magistracie

Pomysł docenili radni, działacze społeczni, architekci. - Zasłanianie nielegalnych nośników przez miasto powinno odstraszyć tych, którzy decydują się na takie działania - mówił Marcin Kozikowski, architekt.

Jak postanowiono tak zrobiono. Właściciel reklamy zlikwidował ją, gdy tylko zaczęto montować elementy wachlarza. Możnaby powiedzieć, że osiągnięto sukces, gdyby nie to, że rusztowanie z powiewającymi szmatami, które miało "chronić krajobraz", samo nie grzeszy estetyką. Żeby było śmieszniej, po jakimś czasie pojawiły się reklamy przymocowane do fundamentów przykuwającego wzrok obiektu.

Szpetnej konstrukcji do dziś nie rozmontowano (trudno się dziwić, w końcu jej wzniesienie kosztowało kilkadziesiąt tysięcy złotych). Ja jednak uważam, że nic straconego - zawsze można ją przechrzcić na pomnik urzędniczej głupoty.





źródło: http://trojmiasto.gazeta.pl/trojmiasto/1,35636,17867139.html
 
Ostatnia edycja:

alfacentauri

Well-Known Member
1 148
1 935
Na polskim rynku ukazała się książka o porażkach centralnego planowania miast w Ameryce:

Wydana po raz pierwszy w 1961 r. książka Jane Jacobs, "Śmierć i życie wielkich miast Ameryki" (przeł. Łukasz Mojsak, Centrum Architektury, Warszawa 2014) jest biblią wszystkich, którzy sprzeciwiają się władzy biurokratyczno-technokratyczno-deweloperskich sit…, przepraszam, bractw, planujących przestrzeń miejską według własnych „chorych” wizji.

Właśnie zacząłem czytać tą wydaną ponad półwieku temu książkę. Nie chcę chwalić dnia przed zachodem słońca, bo na razie 2 rozdziały przerobiłem + przejrzałem wyrywkowo następne. Już wstęp jest zachęcający:

Istnieje pewien sentymentalny mit, według którego zgromadzenie wystarczających środków – mowa zwykle o 100 miliardach dolarów – pozwoliłaby w ciągu dekady postawić na nogi wszystkie podupadłe dzielnice oraz zapobiec degeneracji rozległych, jednolicie szarych połaci miast położonych jeszcze do niedawna w strefie podmiejskiej. Miałoby to również zatrzymać odpływ klasy średniej, a tym samym pieniądze z jej podatków, a może zaradzić nawet problemom komunikacyjnym.

Spójrzmy jednak na to co powstało za pierwsze przeznaczone na ten cel miliardy. Osiedla dla najuboższych, które stają się jeszcze gorszymi ogniskami przestępczości, wandalizmu i społecznego marazmu niż slumsy, które miały zastąpić. Osiedla dla klasy średniej będące arcydziełami nudy i przeregulowania, szczelnie odcięte od miejskiej ikry. Luksusowe osiedla, które swoją niedorzeczność z różnym skutkiem nadrabiają jałową krzykliwością. Centra kultury, gdzie nie może utrzymać się porządna księgarnia. Centra wielofunkcyjne, które nie przyciągają nikogo oprócz bezdomnych dysponujących węższym niż inni wachlarzem miejsc do przesiadywania. Centra handlowe, które są pozbawionymi polotu imitacjami sieciowego handlu z przedmieścia. Ciągi spacerowe wiodące znikąd donikąd, nietknięte stopami spacerowiczów. Autostrady patroszące wielkie miasta. To nie jest odnowa miast, to ich pustoszenie!

Bliższe spojrzenie na te dokonania ujawnia nędzę gorszą nawet niż marność ich ambicji. Takie inwestycje z rzadka wychodzą okolicy na dobre, co teoretycznie stanowi ich właściwy cel. Są jak amputowane członki miasta, zżerane często przez galopującą gangrenę. W celu planowego osiedlania mieszkańców poszczególne segmenty populacji wycenia się, opatruje metkami i sortuje, aby każda z grup żyła w atmosferze rosnącej podejrzliwości i wrogości wobec otoczenia. Kiedy co najmniej dwie wrogie enklawy zostaną usytuowane na wspólnym obszarze, nazywa się go <<rejonem o zrównoważonym przekroju społecznym>>. Monopolizujące okolicę centra handlowe i monumentalne centra kultury osłaniają płaszczykiem piarowskich bzdur proces wydzierania handlu i kultury ze strefy zwyczajnego, kameralnego życia miasta.

Aby te cuda były możliwe, mieszkańcy, których urbaniści biorą na celownik, muszą najpierw zostać wyrugowani, wywłaszczeni i wykorzenieni niczym pod naporem najeźdźcy. Upadają tysiące drobnych przedsiębiorstw, doprowadzając do finansowej ruiny swoich właścicieli, której nikt im w żaden sposób nie zrekompensuje.


(…)

Ekonomiczny mechanizm modernizacji miast opiera się na hucpie, finansowanej nie tylko – jak głosi teoria odnowy miast – z racjonalnie inwestowanych dotacji budżetowych, lecz także z horrendalnych, przymusowych dopłat wyciśniętych z bezbronnych ofiar. Nadzieja na to, że poczynione „inwestycje” zwrócą się dzięki zwiększeniu wpływów z podatków, to także iluzja - żałosna kropla w morzu pustoszących miejską kasę potrzeb, które wynikają z konieczności zwalczania skutków degeneracji i destabilizacji okrutnie przenicowanych miast. Sposoby przebudowy miast są równie żałosne jak ich skutki.

Kunszt i wiedza urbanistów nie są w stanie powstrzymać upadku – i zapowiadającego go duchowego wyjałowienia – coraz rozleglejszych połaci naszych miast. Nie sposób nawet się pocieszać, zwalając winę za porażki na brak warunków do urbanistycznych popisów. Zasady planowania miast na nic się nie zdają. Weźmy na przykład nowojorski rejon Morningside Heights. W świetle myśli urbanistycznej nie mają prawa występować tu żadne problemy. Miejscu sprzyja obfitość terenów zielonych, uczelniany kampus, place zabaw i inne otwarte przestrzenie.(…) Jest to również słynny ośrodek akademicki skupiający znakomite uczelnie: Uniwersytet Columbia, Union Theological Seminary, muzyczną Julliard School i parę innych. Są tu dobre szpitale i kościoły. Nie ma przemysłu. Plan chroni rezerwaty masywnych, przestronnych apartamentowców klasy średniej i wyższej przed wprowadzeniem w ich obręb elementów <<nieprzewidzianych w planie>>. A jednak na początku lat 50. okolica ta zaczęła się staczać na samo dno, stając się ponurym slumsem, do którego strach było się zapuszczać. Kiedy sytuacja zaczęła zagrażać miejscowym instytucjom, ich przedstawiciele zebrali się wraz z miejskimi specami od urbanistyki, zastosowali jeszcze więcej urbanistycznej teorii, wyburzyli najbardziej podupadłą część Morningside Heghts, w zamian stawiając spółdzielcze osiedle dla średniozamożnych wraz z centrum handlowym, a także osiedle komunalne. Całość wypełniały powietrze, światło, słońce i zieleń. Efekt uznano za wzór do naśladowania dla innych dzielnic.
Od tego czasu Morningside Heights stacza się jeszcze szybciej.


W pierwszym rozdziale omawia autorka sprawy bezpieczeństwa:

Należy zacząć od tego, że spokój w przestrzeni publicznej – na chodniku i ulicy – nie zależy przede wszystkim od policji, choć ona oczywiście też jest potrzebna. Gwarantują go przede wszystkim złożone, niemal nieuświadomione sieci dobrowolnego nadzoru oraz zasady tworzone i egzekwowane przez samych mieszkańców. Jednak w niektórych rejonach prawa i porządku pilnuje na chodnikach niemal wyłącznie policja i zatrudniona straż – najbardziej jaskrawe przykłady to starsze osiedla komunalne oraz ulice o dużej rotacji mieszkańców. Takie miejsca są jak dżungla. Nawet armia policjantów nie zagwarantuje poszanowania zasad cywilizowanego zachowania, jeśli brakuje codziennego nieformalnego nadzoru

W mniejszych ośrodkach, mniej skomplikowanych niż wielkie miasta, za kontrolę należytego zachowania w przestrzeni publicznej, a może nawet i za zapobieganie przestępczości, zdaje się odpowiadać mechanizm oparty na opiniach, plotkach, złym lub dobrym słowie i sankcjach. Działa on, dopóki ludzie znają się nawzajem i dzielą opiniami

Jeśli chodzi natomiast o duże miasta Jacobs wskazywała, że warunkiem na bezpieczeństwo jest to aby „publiczne przestrzenie ulic możliwie bez przerwy skupiały na sobie spojrzenia”. A to nie jest takie proste, bo „Nie da się zmusić ludzi, żeby korzystali z ulic, na których nie mają powodu się pojawić. Nie da się sprawić, by ludzie obserwowali ulice, na które nie chcą patrzeć (…) Ulice stają się bezpieczne, w najzwyczajniejszy i najmniej wrogi sposób, właśnie wtedy, gdy ludzie dobrowolnie z nich korzystają i po prostu je lubią. Wówczas zazwyczaj nawet nie są świadomi faktu, że właśnie ich pilnują.

Podstawowym warunkiem zaistnienia tego rodzaju nadzoru jest duża liczba sklepów i innych miejsc publicznych rozsianych wzdłuż chodników. Chodzi zwłaszcza o lokale, które odwiedzane są wieczorem i w nocy. Sklepy, bary i restauracje są najlepszymi przykładami miejsc, które w złożony sposób zwiększają bezpieczeństwo na chodnikach.

To tyle z cytowania by zachęcić do czytania. Jacobs miała lekkie pióro. W książce jest wiele spostrzeżeń, z którymi można się zgodzić lub nie, ale z pewnością dają one do myślenia.
 
Do góry Bottom