Piłka nożna i wszystko, co z nią związane

kr2y510

konfederata targowicki
12 502
22 907
A na Białorusi zarabiają na stadionach na koronawirusie.
...​
Jak się okazało, klub sprzedaje wirtualne bilety dla fanów z całego świata, którzy przy braku innych turniejów wykazują duże zainteresowanie lokalną piłką nożną.​
Bilety na mecz w cenie 67 białoruskich rubli, nieco ponad dwóch tysięcy rosyjskich, są sprzedawane wszystkim. Na trybunach, zamiast kupujących, są umieszczone manekiny ze zdjęciami twarzy.​
67 białoruskich rubli to dziś niecałe 113 zł.

 

FatBantha

sprzedawca niszowych etosów
Członek Załogi
7 846
21 970
01-02.

Poza pucharowymi meczami z poprzedniego, to był pierwszy sezon, który w całości śledziłem, kibicując Liverpoolowi, starając się śledzić tekstowe relacje live w internetach (trochę jak w starych Championship Managerach mogłem sobie jedynie wyobrażać jak wyglądały te opisywane akcje) albo od czasu do czasu znajdując jakąś pojedynczą transmisję w kodowanym Canal+.

Nie odpuściłem już wtedy żadnego meczu, choć miało to posmak relacji radiowych z czasów, w których nie było telewizji. Resztę "widowiska" uzupełniało się postami na forum dyskusyjnym od osób, które mecz gdzieś mogły zobaczyć (bo miały na przykład dojście do zagranicznych telewizji). Później ściągało się jakieś pojedyncze bramki w dziwnych formatach, jak QuickTime.


Gary McAllister, końcówka kariery Fowlera, para Heskey-Owen na froncie, młody Gerrard, który nie grał jeszcze pierwszych skrzypiec, niezniszczalny Danny Murphy, Smicer, Hamann, Hyypia-Henchoz, John Arne Riise w obronie. Pierwszy sezon Dudka.

Kurde, to była paka! Może wtedy w LFC nie było wielu wirtuozów, ale jak wspaniale oni wtedy potrafili samą zawziętością wykańczać rywali.

Może koloryzuję, ale lata 2001 - 2006 to był czas, kiedy naprawdę piłka smakowała mi najbardziej. Sezon 01-02 to było drugie miejsce za artystami z Arsenalu, niemniej jednak przynajmniej udało się nam przegonić Manchester United i sądziliśmy, że w końcu uda się wygrać to pieprzone mistrzostwo. I pomyśleć, że to było prawie 20 lat temu...

Zgromadzili 80 punktów. Teraz za Kloppa po 29 meczach mają 82 punkty, więc różnica poziomu sportowego jest nie do ogarnięcia. Ale co z tego, skoro wtedy było się szczylem i piłka znaczyła wszystko? Serducho będzie dalej tęsknić do tamtego smaku futbolu.

Poza tym, wtedy mieli ten charakterystyczny, wyjazdowy biało-czarny komplet strojów Reeboka, jaki chyba najbadziej lubiłem z tych mniej typowych kitów.

 
Ostatnia edycja:

mikioli

Well-Known Member
2 673
4 996
01-02.

Poza pucharowymi meczami z poprzedniego, to był pierwszy sezon, który w całości śledziłem, kibicując Liverpoolowi, starając się śledzić tekstowe relacje live w internetach (trochę jak w starych Championship Managerach mogłem sobie jedynie wyobrażać jak wyglądały te opisywane akcje) albo od czasu do czasu znajdując jakąś pojedynczą transmisję w kodowanym Canal+.

Nie odpuściłem już wtedy żadnego meczu, choć miało to posmak relacji radiowych z czasów, w których nie było telewizji. Resztę "widowiska" uzupełniało się postami na forum dyskusyjnym od osób, które mecz gdzieś mogły zobaczyć (bo miały na przykład dojście do zagranicznych telewizji). Później ściągało się jakieś pojedyncze bramki w dziwnych formatach, jak QuickTime.


Gary McAllister, końcówka kariery Fowlera, para Heskey-Owen na froncie, młody Gerrard, który nie grał jeszcze pierwszych skrzypiec, niezniszczalny Danny Murphy, Smicer, Hamann, Hyypia-Henchoz, John Arne Riise w obronie. Pierwszy sezon Dudka.

Kurde, to była paka! Może wtedy w LFC nie było wielu wirtuozów, ale jak wspaniale oni wtedy potrafili samą zawziętością wykańczać rywali.

Może koloryzuję, ale lata 2001 - 2006 to był czas, kiedy naprawdę piłka smakowała mi najbardziej. Sezon 01-02 to było drugie miejsce za artystami z Arsenalu, niemniej jednak przynajmniej udało się nam przegonić Manchester United i sądziliśmy, że w końcu uda się wygrać to pieprzone mistrzostwo. I pomyśleć, że to było prawie 20 lat temu...

Zgromadzili 80 punktów. Teraz za Kloppa po 29 meczach mają 82 punkty, więc różnica poziomu sportowego jest nie do ogarnięcia. Ale co z tego, skoro wtedy było się szczylem i piłka znaczyła wszystko? Serducho będzie dalej tęsknić do tamtego smaku futbolu.

Poza tym, wtedy mieli ten charakterystyczny, wyjazdowy biało-czarny komplet strojów Reeboka, jaki chyba najbadziej lubiłem z tych mniej typowych kitów.
Byłeś młody i niezepsuty.
 

Slavic

Wolnorynkowiec
402
1 112

W sumie ciekawe spojrzenie. Raczej każdy z nas, kto interesuję się piłką wie, jak potężna była korupcja w tym świecie w latach 90 poprzedniego wieku i początkach dzisiejszego. Ładnie pokazane jak nawet komentatorzy, wiedzieli, że coś jest totalnie nie halo z tym meczem.
 
D

Deleted member 6852

Guest
"Nie ma żadnych wątpliwości, że to będzie największe wydarzenie sportowe, jakie kiedykolwiek miało miejsce na Południu" - pisała studencka gazeta "The Red and Black" z Uniwersytetu Georgii. W październiku 1897 r. na mecz z miejscowym zespołem przyjeżdżała drużyna Uniwersytetu Wirginii. Gazeta doceniała wielką klasę przeciwnika, ale równocześnie wierzyła w powodzenie własnej drużyny.

" Każdy zawodnik, z jednego i drugiego zespołu ma świadomość, jak wielka jest stawka tego meczu. I każdy wyjdzie na boisko z determinacją, żeby wygrać lub umrzeć.
- napisali studenci z Athens, miasta oddalonego o 110 km od Atlanty, któremu nazwę nadano na cześć starożytnych Aten. Te słowa szczególnie gorzko wybrzmiały po meczu.

Goście dominowali na boisku od początku. Przebijali się przez mniej rosłych i mniej wytrenowanych rywali. Drużyna z Wirginii była o wiele bardziej doświadczona niż gospodarze.


Do tragedii doszło w drugiej połowie. Wirginia rozpoczęła akcję. Piłkę przejął Julien Hill, który starał się przedrzeć przez linię obrony rywali. Próbował go zatrzymać 17-letni Richard Vonalbade Gammon. "
1590859036435.png

Atak był jednak chybiony -- Gammon upadł głową do przodu i uderzył mocno szczęką o ziemię. Nad nim zakłębili się zawodnicy obu zespołów i zwalili się na niego".

Gdy zawodnicy wstali, by ustawić się do następnej zagrywki, Gammon leżał bez ruchu.

Został przewieziony do szpitala w Atlancie, gdzie zmarł o czwartej nad ranem 31 października 1897 r. Przyczyną śmierci były obrażenia głowy, zawodnik doznał pęknięcia kości czaszki.

Już dzień po tragicznym meczu zawodnicy futbolowej drużyny Uniwersytetu Georgia postanowili rozwiązać zespół i wycofać się z rozgrywek. W tym samym czasie podczas posiedzenia stanowego Senatu zaproponowano wprowadzenie całkowitego zakazu
organizowania i brania udziału w meczach futbolowych. Trzy dni później podobna propozycja pojawiła się w Izbie Reprezentantów

Opinia publiczna w większości popierała zakazanie "nieludzkiego sportu". Gazeta "Columbus Enquirer" pisała, że "tysiące mieszkańców Georgii będzie zachwyconych nowym prawem".
Dziennikarz "Atlanta Journal" pisał natomiast: "Gubernator Atkinson podpisze oczywiście ustawę i futbolowe mecze będą należeć od tej pory do przeszłości" i dodawał: "futbol nie zostanie nigdy wielkim amerykańskim sportem".

cd...
 
D

Deleted member 6852

Guest
Historia potoczyła się jednak zupełnie inaczej. Ustawa uchwalona przez parlament Georgii nigdy nie weszła w życie, futbol stał się najpopularniejszym sportem w Ameryce, a liga NFL najbogatszą sportową ligą świata. A wszystko przez matkę Richarda Vonalbade Gammona - Rosalind.
Była to kobieta twarda i nieugięta.

I właśnie Rosalind Gammon podjęła walkę, aby ustawa zakazująca futbolu w Georgii nie weszła w życie. Najpierw wysłała list do członka Stanowej Izby Reprezentantów wybranego z okręgu w Rome, Jamesa B. Nevina.

Niech mi wolno będzie prosić, aby śmierć mojego chłopca nie została wykorzystana do zniszczenia tego, co on w swoim życiu cenił najbardziej - napisała.
Nevin list przekazał gubernatorowi. Poruszony prośbą matki, William Yates Atkinson zawetował ustawę. Oświadczył, że nowe prawo: "przekracza uprawnienia ustawodawcy, ignoruje prawa rodziców, narusza zasady legislacji i jest sprzeczne z fundamentalną zasadą naszego rządu". Dodał jeszcze, że futbol należy zmieniać, a nie go zakazywać.

Po decyzji Atkinsona Uniwersytet Georgii reaktywował drużynę futbolową i wrócił do gry w następnym sezonie. Rosalind Gammon została okrzyknięta "kobietą, która obroniła futbol na Południu".

Niestety, w kolejnych latach futbol dalej zbierał śmiertelne żniwo. W 1905 roku dziennik "Chicago Tribune" donosił, że podczas jednego tylko sezonu dziewiętnastu zawodników zginęło, a 137 zostało poważnie rannych. Do historii przeszedł rysunek z "Cincinnati Commercial Tribune" przedstawiający Śmierć siedzącą na poprzeczce bramki
1590859283337.png

Choć dziś historycy kwestionują tak wysoką liczbę zgonów, które były spowodowane urazami w wyniku gry w futbol, problem brutalności tego sportu był poważny. Zajął się w nim w końcu prezydent Theodore Roosevelt. Pod jego patronatem opracowano w 1905 r. nowe zasady gry, które znacznie zmniejszyły ryzyko poważnych kontuzji. Było to przede wszystkim wprowadzenie możliwości podania do przodu, zwiększenie przestrzeni między formacjami w momencie wznowienia gry oraz zakazanie zmasowanych formacji przy wznowieniu akcji.
 

erte

Well-Known Member
445
1 849
Lionel Messi chce opuścić FC Barcelona.

Nie chce dłużej firmować swoją twarzą pomyłek zarządu Barcelony. Mówi "dość". Co ważne, jak podał Alfredo Martinez z radia Onda Cero, decyzja Messiego jest ostateczna i nie zmieni jej nawet ewentualna rezygnacja Josepa Marii Bartomeu z funkcji prezydenta Barcelony.

Faworytem do pozyskania Argentyńczyka jest Manchester City, gdzie najważniejsze funkcje zajmują ludzie znani w pracy z Barcelonie: to Pep Guardiola (trener), Ferran Soriano (dyrektor wykonawczy) i Txiki Begiristain (dyrektor sportowy). I jak informuje wspomniany Romero, Soriano rozmawiał już z otoczeniem Messiego i gwarantuje mu dwuletni kontrakt z utrzymaniem pensji, którą dostawał w Barcelonie. To 50 mln euro, a do tego trzeba doliczyć jeszcze premię za podpisanie kontraktu i inne bonusy.

Zmiana klubu przez Messiego byłaby jednym z największym transferów w historii piłki nożnej.





 

FatBantha

sprzedawca niszowych etosów
Członek Załogi
7 846
21 970
Messi powinien na libnecie cieszyć się sympatią, bo dzielnie walczył z hiszpańskim systemem podatkowym:
i w ogóle to sympatyczny autystyk, w pełni poświęcony swojej pracy, ale ja tam akurat trzymam względem niego rezerwę.

Mimo wszystko, myślę, że został przez Barcelonę rozpieszczony, zdobył niesłychanie mocną wizerunkową oraz ekonomiczną pozycję, więc wszyscy mu tam nadskakiwali jak primadonnie, co zemściło się na racjonalnym zarządzaniu drużyną i klubem oraz patologicznym osłabieniem w hierarchii stanowiska managera. Żołnierze mają wykonywać rozkazy stratega - jeżeli bez zgody i namaszczenia kaprala plan strategiczny nie może być zrealizowany, z wojskiem jest coś nie tak. Więc w zasadzie obojętnie kogo, by tam nie zatrudnili, przy tak silnej pozycji Messiego, to będzie jedynie pozorant. Patologia barcelońska, ot co.

Czysto ekonomiczna wartość marki Messiego jako indywidualnego zawodnika jest tak olbrzymia, że sam gracz staje się czymś w rodzaju zatrutego przysmaku. Każdy ma ochotę po niego sięgnąć, bo napędza to znakomicie sprzedaż pamiątek i zapewnia hype w sieci, chociaż na dłuższą metę, może to wpłynąć na rozwalanie merytoryki prowadzonej drużyny. Wystarczy, że Lionel zacznie marudzić lub wykorzystywać swoją pozycję legendy futbolu i zaczną się nieformalne naciski, by mu ustąpić. Odsuniecie go od pierwszego składu albo posadzicie na ławce rezerwowych, to nawet dział marketingu zacznie wam narzekać, że chcecie im sprzedaż koszulek torpedować, a w ogóle dzieciaki będą zawiedzone, jeśli nie zobaczą go w akcji i generalnie mają sobie robić z nim zdjęcia, kupować lejsy, bo co jak co, ale hype musi się zgadzać.

W podobnych przypadkach aspekt fiskalny może stawać na przeszkodzie poziomowi sportowemu, a zatem wymuszać kompromisy osłabiające ostatecznie drużynę, którą buduje się po to, by zwyciężała. Coś takiego właśnie spotkało Barcelonę i odbiło się jej kolejnymi spektakularnymi porażkami w LM. Nie narzekam, bo fajnie było oglądać kolejną magiczną noc na Anfield z niesamowitym comebackiem, ale z drugiej strony, wyczyn ten traci nieco wagi gatunkowej, gdy sytuacja z przedwczesnymi odpadnięciami Katalończyków powtarza się rok w rok. To nie kryzys, to rezultat.

Legenda futbolu, czy nie, kurtuazyjnie można mówić, że każdy klub przymierzałby go do swojego składu a koniec końców wziął z pocałowaniem ręki z powodu krótkoterminowych względów wizerunkowych, ale dla mnie ten człowiek jest akurat potencjalnie większym problemem niż jakąkolwiek nadzieją.

W zasadzie to nawet chciałbym, żeby Manchester City Guardioli się na niego skusił, bo koń trojański w obozie rywala, to miły, makiaweliczny akcent. Osobiście nie wierzę, że gość po 30-tce przychodzący z wybitnie technicznej ligi ma w ogóle czego szukać w Anglii. Skończyłoby się to pewnie tak, jak nasza przygoda z Morientesem. Jeżeli bliżej ci do końca kariery niż jej początku, mordercze tempo tej ligi jest raczej niewskazane. Jedyni weterani grający w Premier League, to ci, którzy spędzili w niej uprzednio całą karierę i się zdążyli zakonserwować do jej burzliwego, naporowego stylu gry. Technicy-magicy od tiki-taki mogą tu wymiatać, o ile młodość im jeszcze pozwala (jak Coutinho), ale na ogół starają czmychnąć do wolniejszych, mniej fizycznych lig. Anglia jest najlepsza dla piłkarskich neurotyków rzucających się naporem od zrywu do zrywu a nie stonowanych, dreptających długodystansowców.

Poza tym, "obawiam się", że poza Barceloną, w której spędził w zasadzie całe życie, typ sobie po prostu nie poradzi. Argentyny nie potrafił wyciagnąć za uszy, na jakiś wyższy poziom, nie dał swojej drużynie narodowej tyle, ile dla Portugalii robił jego niegdysiejszy arcyrywal zza miedzy - Cristiano Ronaldo, który też zdążył objechać wszystkie ważniejsze ligi i się w nich sprawdzić, dostosowując do każdego stylu gry.

Cała sytuacja z jego operą mydlaną jest dziwaczna, bo wydawać by się mogło, że Messi jest na tyle poukładany i ma karierę rozplanowaną do samego końca, więc jako wychowanek, dogra w tym swoim klubie do końca. Fakt, że już prawie na emeryturze zamierza otwierać nowe rozdziały, świadczy raczej o tym, że sobie nie radzi ze świadomością, że jego epoka się kończy. Z jednej strony niby to dobrze, bo świadczy o tym, że wciąż ma ambicje i nie toleruje obniżki lotów a to, co się dzieje w jego klubie zdecydowanie mu się nie podoba, ale z drugiej strony, sam jest przyczyną psucia Barcelony, więc obrażanie się i pomysł zaczynania od nowa gdzie indziej, też jest dosyć chybiony.

Bardziej prawdopodobne, że sowicie opłacony petrodolarami pójdzie do PSG, do swojego ukochanego Neymara, bo liga francuska bardziej odpowiada dystyngowanemu charakterowi technicznej klepaniny.

A jeżeli kwestie prawne nie pozwolą na wyjazd a Messi zacznie marudzić, to Ronald Koeman może zawsze otworzyć w Barcelonie Klub Kokosa wzorem polskiej ekstraklasy. :D


To by było piękne podsumowanie jakże bogatej kariery.
 
Ostatnia edycja:

Staszek Alcatraz

Tak jak Pan Janusz powiedział
2 723
7 902
A ja zapytam: kiedy Messi w ogóle marudził? Zapierdalał cały czas, nigdy nie chciał odejść, ale teraz przebrała się miarka. Widzę u Ciebie rezerwę do Messiego. Przecież on gra z angielskimi zespołami od kilkunastu lat. W Lidze Mistrzów. I nastukał im mnóstwo bramek. A Ty twierdzisz, że sobie nie poradzi. To nie jest nastolatek, tylko 33-latek. Gdziekolwiek pójdzie, to się zaadaptuje.
 
Ostatnia edycja:

Volvek

Well-Known Member
786
1 800
Ile razy to ja już czytałem, że ktoś tam z technicznej ligi hiszpańskiej nie poradzi sobie w Anglii. Przecież jest zupełnie na odwrót, Hiszpanie czy inni techniczni zawodnicy przychodzą do Anglii i rozklepują tych fizycznych brutali, a to gracze z Wysp mają problem zaistnieć gdzie indziej. Jak Messi pójdzie do Anglii to ze swoim typowym człapaniem przez pół meczu i tak załaduje ponad 20 goli (o ile rzecz jasna nie nabawi się kontuzji i rozegra te 30~ ligowych spotkań).

A co do wywodu o diable wcielonym Messim, który wszystkim steruje, to się zupełnie nie zgadzam. Barcelona była źle zarządzana, kupowali złych piłkarzy i klub podupadł. Leo po prostu powiedział dość, za późno, bo powinien odejść już kilka lat temu.
 

FatBantha

sprzedawca niszowych etosów
Członek Załogi
7 846
21 970
@Staszek Alcatraz
Nie śledzę na bieżąco ligi hiszpańskiej, ale co mi się zdarza słuchać jakichś felietonistów powracających do omawiania spraw związanych z FCB, to zawsze pojawiają się dziwne rozkminy o tym, czy Messi kogoś zaakceptuje, czy będzie chciał z nim grać, czy nie i pod tym kątem rozpatrywane są zarówno transfery jak i sama taktyka.

W przypadku żadnego innego klubu taka sytuacja nie ma miejsca, więc można się zastanawiać, czy jest to wyłącznie jakaś dziwaczna maniera dziennikarzy, którzy uparli się, żeby taką narrację stosować wyłącznie do Barcelony i Messiego, aby sprzedać lepiej gazety albo inne podcasty, czy faktycznie powstało tam coś w rodzaju folwarku Messiego, gdzie działacze przestali zachowywać się profesjonalnie, uznając, że mając takiego piłkarza reszta wygra sie sama, wystarczy więc dbać wyłącznie o jego samopoczucie i do tego sprowadza się zarządzanie klubem.

A że facet, nie ruszał się nigdzie poza ten jeden klub i nie podejmował wyzwań w innych zakątkach świata, nie musiał się nigdy adaptować do nowych kultur, stylów życia, nie gada nawet po angielsku i nierozerwalnie kojarzony jest wyłącznie z Barceloną, sprawia, iż można żywić przekonanie, że niekoniecznie może dawać sobie radę gdzieś indziej, w nieznanym środowisku, od zera. W wieku chrystusowym.

Przy najłagodniejszej interpretacji jego sytuacji, Messi jest po prostu domatorem. W najgorszym, autystykiem nie lubiącym zmian. Ten autyzm sprawił, że wychowany do pewnego stylu gry, w otoczeniu Iniesty i Xaviego, gość stał się niesamowicie sprawną maszyną. Tyle, że również wyjątkowo wyspecjalizowaną. I w tym cały problem.

Ja po prostu nie wierzę w zdolności adaptacyjne Lionela i tyle. Jego użyteczność jest ograniczona do grania tiki-taki, do tego został stworzony, to robi najlepiej i do niczego innego się nie nadaje w podobnie wybitnym stopniu. A kiedy ten styl gry się przeżył, nisza dla Messiego również zanika. Powiedzmy to sobie szczerze, gość nigdy nie próbował futbolu z innego gara, trzymał się tylko tego, w czym był dobry, wręcz wybitny, w otoczeniu, które było pod niego dostosowywane.

Dlatego myślę, że uzasadnionym jest wątpić w jego użyteczność poza Barceloną.

Przecież on gra z angielskimi zespołami od kilkunastu lat. W Lidze Mistrzów. I nastukał im mnóstwo bramek. A Ty twierdzisz, że sobie nie poradzi.
Gra z nimi ile? Zdarzy mu się to może dwa razy w roku, w europejskich pucharach, gdzie i tak gwiżdże się łagodnie, po kontynentalnemu.
W Anglii będzie grał z nimi tydzień w tydzień, przy sędziowaniu dopuszczającym agresywniejszą grę. Dreptaczy w Premier League może tolerować Guardiola, który uparł się, żeby z Manchesteru City zrobić dużynę grającą w wolniejszym tempie, ale czy ten styl gry ma na dłuższą metę sens, też można dyskutować.
Ile razy to ja już czytałem, że ktoś tam z technicznej ligi hiszpańskiej nie poradzi sobie w Anglii. Przecież jest zupełnie na odwrót, Hiszpanie czy inni techniczni zawodnicy przychodzą do Anglii i rozklepują tych fizycznych brutali, a to gracze z Wysp mają problem zaistnieć gdzie indziej. Jak Messi pójdzie do Anglii to ze swoim typowym człapaniem przez pół meczu i tak załaduje ponad 20 goli (o ile rzecz jasna nie nabawi się kontuzji i rozegra te 30~ ligowych spotkań).
Zależy w jakim wieku. Młodzi Hiszpanie potrafią się dostosowywać i wtedy rzeczywiście dają radę, błyszczą. Zwłaszcza, gdy dostosują się do fizycznych wymogów ligi, co też czasem jest problemem. W LFC Rafy Beniteza większość Hiszpanów to były niestety niewypały, średniacy czy ludzie o nierównej formie, którzy przeplatali występy błyskotliwe słabymi.

Starzy, techniczni człapacze w rodzaju Pirlo, tacy jak na przykład Aquilani przy agresywnym pressingu wyglądają nieporadnie jak dzieci we mgle i tylko wkurwiają kibiców. Sorry, ale nie wszyscy piłkarze są abstrakcyjnie uniwersalni.
 

FatBantha

sprzedawca niszowych etosów
Członek Załogi
7 846
21 970
No dobra, ale my się tu bezzasadnie martwimy problemami wielkich i zasłużonych, a lokalna rzeczywistość leży i kwiczy.

Piłkarze Legii Warszawa nie wystąpią w Lidze Mistrzów w sezonie 2020/21. W drugiej rundzie eliminacji przegrali u siebie z Omonią Nikozja 0-2 po dogrywce. Z 29 dotychczasowych prób awansu mistrzów Polski do fazy grupowej powiodły się zaledwie trzy, ostatnio w 2016 roku.
Ze względu na pandemię koronawirusa kwalifikacje do fazy grupowej Champions League są w tym roku wyjątkowe, bowiem w pierwszych trzech rundach o awansie do kolejnej zdecyduje tylko jedno spotkanie.
Legioniści mieli szczęście w losowaniu - w pierwszej i drugiej rundzie mogli grać na swoim stadionie. O ile jednak na inaugurację poradzili sobie z Linfield FC z Irlandii Północnej (1-0), o tyle w następnej rundzie przeszkodą nie do przejścia na Łazienkowskiej okazała się cypryjska Omonia, prowadzona przez dawnego trenera Legii Henninga Berga.
Wskutek reformy UEFA, która sprawiła, że z najsilniejszych lig europejskich po cztery zespoły mają pewne miejsce w fazie grupowej, od dwóch lat najlepszy polski zespół musi eliminować czterech, a nie trzech - jak wcześniej - rywali, by zostać jednym z 32 uczestników fazy grupowej LM. Na razie jednak nie dochodzi nawet do trzeciego etapu kwalifikacji...
Przed rokiem już na pierwszej przeszkodzie potknął się debiutujący w tych rozgrywkach Piast Gliwice, który odpadł z białoruskim BATE Borysów. Po 1-1 na wyjeździe przyszła porażka 1-2 u siebie i koniec przygody z LM.
Dwa lata temu w nowym systemie kwalifikacji nie poradziła sobie Legia, która odpadła w drugiej rundzie. Najpierw - jako rozstawiona - trafiła na irlandzki Cork City, wygrywając 1-0 i 3-0, a w kolejnym etapie za wysoko poprzeczkę zawiesił jej słowacki Spartak Trnawa (0-2, 1-0).
Sezon wcześniej legioniści odpadli w trzeciej rundzie eliminacji z kazachskim FK Astana, a cztery lata temu zakwalifikowali się do LM po zwycięstwie w ostatniej rundzie kwalifikacji w dwumeczu nad irlandzkim Dundalk FC (na wyjeździe 2-0, u siebie 1-1). Wcześniej wyeliminowali bośniacki Zrinjski Mostar (1-1, 2-0), a następnie słowacki AS Trencin (1-0, 0-0).
W zasadniczej części rywalizacji mogli się sprawdzić z Realem Madryt (3-3 w Warszawie przy pustych trybunach), Borussią Dortmund czy Sportingiem Lizbona, kosztem którego z trzeciego miejsca dostali się do 1/16 finału Ligi Europejskiej. Był to ostatni znaczący sukces polskiego klubu na międzynarodowej arenie.
Na początku lat 90. Lech Poznań, jako pierwsza polska drużyna, dwukrotnie uczestniczył w eliminacjach LM, ale za każdym razem odpadał w drugiej rundzie, przegrywając z IFK Goeteborg i Spartakiem Moskwa. W kolejnej edycji nie zdołała awansować Legia, która dwukrotnie została pokonana przez Hajduk Split.
W sezonie 1995/96 stołeczna ekipa znalazła się w gronie 16 najlepszych klubów Europy. W kwalifikacjach drużyna trenera Pawła Janasa pokonała IFK Goeteborg - 1-0 u siebie i 2-1 w Szwecji. Mistrz Polski dotarł później do ćwierćfinału, gdzie został wyeliminowany przez Panathinaikos Ateny.
W następnej edycji Polska również miała swojego przedstawiciela w fazie grupowej LM. Był nim Widzew Łódź, który w eliminacjach uporał się z Broendby Kopenhaga (2-1, 2-3). Gola na wagę awansu łodzianie zdobyli w 90. minucie rewanżu w Danii. Ich przygoda z LM zakończyła się na fazie grupowej, po zajęciu trzeciego miejsca. Później - aż do 2016 roku - żadnemu z polskich klubów nie udało się zakwalifikować do Champions League.
W 1997 roku UEFA zdecydowała się powiększyć liczbę uczestników zasadniczej rundy rozgrywek z 16 do 24, ale Widzew w 2. rundzie kwalifikacji został wyeliminowany przez włoską Parmę.
W sezonie 1998/99 do LM trafili wicemistrzowie najsilniejszych lig, a później także drużyny, które zajęły w nich nawet trzecie i czwarte lokaty. I choć musiały się przebijać przez kwalifikacje, to możliwości awansu polskich zespołów zostały jeszcze bardziej ograniczone. Dodatkowo nie miały one szczęścia w losowaniu; ostatnie przeszkody przed upragnioną LM stanowiły m.in. Manchester United, Real Madryt czy trzykrotnie Barcelona.
W sezonie 2005/06 piłkarzom Wisły Kraków do sukcesu zabrakło kilku minut. Po bramce Radosława Sobolewskiego do 87. minuty rewanżowego meczu w Atenach z Panathinaikosem przegrywali 1-2 i ten wynik zapewniał im awans, gdyż pierwsze spotkanie wygrali 3-1. Stracili jednak trzeciego gola, a w dogrywce czwartego i odpadli.
14 lat temu w ostatniej rundzie kwalifikacji dwukrotnie Szachtarowi Donieck uległa Legia, zaś rok później w 2. rundzie Zagłębie Lubin nie sprostało jedenastce Steauy Bukareszt.
W sezonie 2009/10 o awans do LM znów bezskutecznie walczyła Wisła. Po remisie w Sosnowcu w drugiej rundzie eliminacji (stadion w Krakowie był modernizowany) z Levadią Tallinn 1-1, w Estonii przegrała 0-1 i odpadła. W kolejnej edycji na trzeciej rundzie kwalifikacji zakończyła się przygoda Lecha, a wówczas za silna okazała się Sparta Praga.
Wskutek reformy europejskich pucharów, przeprowadzonej przez ówczesnego szefa UEFA Michela Platiniego, eliminacje do LM odbywają się dwutorowo. By ułatwić dostęp do elity zespołom z Europy Środkowej i Wschodniej, wydzielono dwie ścieżki kwalifikacji, tzw. mistrzowską i ligową, w której rywalizują zespoły z niższych miejsc w ekstraklasach kontynentu. Dlatego rywale z Anglii, Hiszpanii, Niemiec czy Włoch od niemal dekady nie znajdują się już na drodze mistrza Polski.
W 2011 roku wydawało się, że skorzysta na tym Wisła Kraków. Po wyeliminowaniu Skonto Ryga i Liteksu Łowecz, w decydującej rundzie kwalifikacji trafiła na APOEL Nikozja. Na własnym stadionie wygrała 1-0, ale w rewanżu uległa 1-3.
Osiem lat temu do piłkarskiego raju próbował się wedrzeć Śląsk Wrocław. W drugiej rundzie kwalifikacji wyeliminował co prawda czarnogórską Buducnost Podgorica, ale w kolejnej nie miał nic do powiedzenia w starciu ze szwedzkim Helsingborgs IF. Wyniki 0-3 i 1-3 mówiły same za siebie.
Także 22. podejście polskiego klubu do LM nie było udane, choć Legia w eliminacjach... nie doznała porażki. Najpierw wyeliminowała walijski The New Saints FC (3-1, 1-0), później norweskie Molde FK (1-1, 0-0), ale w decydującej rundzie lepsza okazała się Steaua Bukareszt. W stolicy Rumunii był remis 1-1, jednak 2-2 w Warszawie dało awans rywalom.
Kibice i piłkarze stołecznego zespołu będą długo pamiętać okoliczności, w jakich stracił on szansę awansu do LM w 2014 roku. Na boisku najpierw wyeliminował irlandzki St Patrick's Athletic (1-1 i 5-0), a następnie po świetnej grze Celtic Glasgow (4-1 i 2-0).
Zwycięstwo w Szkocji miało jednak gorzki smak, ponieważ ze względu na nieuprawniony, choć ledwie kilkuminutowy, występ Bartosza Bereszyńskiego, UEFA ukarała mistrza Polski walkowerem 0-3, co zdecydowało, że w ostatniej rundzie kwalifikacji zagrali "The Bhoys".
Pięć lat temu po raz ostatni nieudanie do fazy grupowej LM próbował dostać się Lech. W przedostatniej rundzie eliminacji dwukrotnie uległ FC Basel - 1-3 w Poznaniu i 0-1 w Szwajcarii.
 
Do góry Bottom