Piłka nożna i wszystko, co z nią związane

nuri

Well-Known Member
300
1 900
FC Cascavel - klubik w brazylijskiej lidze D, piłkarska nędza nad nędzami, ale jaki barwy o_O




 

kr2y510

konfederata targowicki
12 502
23 041
A na Białorusi zarabiają na stadionach na koronawirusie.
...​
Jak się okazało, klub sprzedaje wirtualne bilety dla fanów z całego świata, którzy przy braku innych turniejów wykazują duże zainteresowanie lokalną piłką nożną.​
Bilety na mecz w cenie 67 białoruskich rubli, nieco ponad dwóch tysięcy rosyjskich, są sprzedawane wszystkim. Na trybunach, zamiast kupujących, są umieszczone manekiny ze zdjęciami twarzy.​
67 białoruskich rubli to dziś niecałe 113 zł.

 

FatBantha

sprzedawca niszowych etosów
Członek Załogi
7 904
22 156
01-02.

Poza pucharowymi meczami z poprzedniego, to był pierwszy sezon, który w całości śledziłem, kibicując Liverpoolowi, starając się śledzić tekstowe relacje live w internetach (trochę jak w starych Championship Managerach mogłem sobie jedynie wyobrażać jak wyglądały te opisywane akcje) albo od czasu do czasu znajdując jakąś pojedynczą transmisję w kodowanym Canal+.

Nie odpuściłem już wtedy żadnego meczu, choć miało to posmak relacji radiowych z czasów, w których nie było telewizji. Resztę "widowiska" uzupełniało się postami na forum dyskusyjnym od osób, które mecz gdzieś mogły zobaczyć (bo miały na przykład dojście do zagranicznych telewizji). Później ściągało się jakieś pojedyncze bramki w dziwnych formatach, jak QuickTime.


Gary McAllister, końcówka kariery Fowlera, para Heskey-Owen na froncie, młody Gerrard, który nie grał jeszcze pierwszych skrzypiec, niezniszczalny Danny Murphy, Smicer, Hamann, Hyypia-Henchoz, John Arne Riise w obronie. Pierwszy sezon Dudka.

Kurde, to była paka! Może wtedy w LFC nie było wielu wirtuozów, ale jak wspaniale oni wtedy potrafili samą zawziętością wykańczać rywali.

Może koloryzuję, ale lata 2001 - 2006 to był czas, kiedy naprawdę piłka smakowała mi najbardziej. Sezon 01-02 to było drugie miejsce za artystami z Arsenalu, niemniej jednak przynajmniej udało się nam przegonić Manchester United i sądziliśmy, że w końcu uda się wygrać to pieprzone mistrzostwo. I pomyśleć, że to było prawie 20 lat temu...

Zgromadzili 80 punktów. Teraz za Kloppa po 29 meczach mają 82 punkty, więc różnica poziomu sportowego jest nie do ogarnięcia. Ale co z tego, skoro wtedy było się szczylem i piłka znaczyła wszystko? Serducho będzie dalej tęsknić do tamtego smaku futbolu.

Poza tym, wtedy mieli ten charakterystyczny, wyjazdowy biało-czarny komplet strojów Reeboka, jaki chyba najbadziej lubiłem z tych mniej typowych kitów.

 
Ostatnia edycja:

mikioli

Well-Known Member
2 685
5 039
01-02.

Poza pucharowymi meczami z poprzedniego, to był pierwszy sezon, który w całości śledziłem, kibicując Liverpoolowi, starając się śledzić tekstowe relacje live w internetach (trochę jak w starych Championship Managerach mogłem sobie jedynie wyobrażać jak wyglądały te opisywane akcje) albo od czasu do czasu znajdując jakąś pojedynczą transmisję w kodowanym Canal+.

Nie odpuściłem już wtedy żadnego meczu, choć miało to posmak relacji radiowych z czasów, w których nie było telewizji. Resztę "widowiska" uzupełniało się postami na forum dyskusyjnym od osób, które mecz gdzieś mogły zobaczyć (bo miały na przykład dojście do zagranicznych telewizji). Później ściągało się jakieś pojedyncze bramki w dziwnych formatach, jak QuickTime.


Gary McAllister, końcówka kariery Fowlera, para Heskey-Owen na froncie, młody Gerrard, który nie grał jeszcze pierwszych skrzypiec, niezniszczalny Danny Murphy, Smicer, Hamann, Hyypia-Henchoz, John Arne Riise w obronie. Pierwszy sezon Dudka.

Kurde, to była paka! Może wtedy w LFC nie było wielu wirtuozów, ale jak wspaniale oni wtedy potrafili samą zawziętością wykańczać rywali.

Może koloryzuję, ale lata 2001 - 2006 to był czas, kiedy naprawdę piłka smakowała mi najbardziej. Sezon 01-02 to było drugie miejsce za artystami z Arsenalu, niemniej jednak przynajmniej udało się nam przegonić Manchester United i sądziliśmy, że w końcu uda się wygrać to pieprzone mistrzostwo. I pomyśleć, że to było prawie 20 lat temu...

Zgromadzili 80 punktów. Teraz za Kloppa po 29 meczach mają 82 punkty, więc różnica poziomu sportowego jest nie do ogarnięcia. Ale co z tego, skoro wtedy było się szczylem i piłka znaczyła wszystko? Serducho będzie dalej tęsknić do tamtego smaku futbolu.

Poza tym, wtedy mieli ten charakterystyczny, wyjazdowy biało-czarny komplet strojów Reeboka, jaki chyba najbadziej lubiłem z tych mniej typowych kitów.
Byłeś młody i niezepsuty.
 

Slavic

Wolnorynkowiec
410
1 140

W sumie ciekawe spojrzenie. Raczej każdy z nas, kto interesuję się piłką wie, jak potężna była korupcja w tym świecie w latach 90 poprzedniego wieku i początkach dzisiejszego. Ładnie pokazane jak nawet komentatorzy, wiedzieli, że coś jest totalnie nie halo z tym meczem.
 
D

Deleted member 6852

Guest
"Nie ma żadnych wątpliwości, że to będzie największe wydarzenie sportowe, jakie kiedykolwiek miało miejsce na Południu" - pisała studencka gazeta "The Red and Black" z Uniwersytetu Georgii. W październiku 1897 r. na mecz z miejscowym zespołem przyjeżdżała drużyna Uniwersytetu Wirginii. Gazeta doceniała wielką klasę przeciwnika, ale równocześnie wierzyła w powodzenie własnej drużyny.

" Każdy zawodnik, z jednego i drugiego zespołu ma świadomość, jak wielka jest stawka tego meczu. I każdy wyjdzie na boisko z determinacją, żeby wygrać lub umrzeć.
- napisali studenci z Athens, miasta oddalonego o 110 km od Atlanty, któremu nazwę nadano na cześć starożytnych Aten. Te słowa szczególnie gorzko wybrzmiały po meczu.

Goście dominowali na boisku od początku. Przebijali się przez mniej rosłych i mniej wytrenowanych rywali. Drużyna z Wirginii była o wiele bardziej doświadczona niż gospodarze.


Do tragedii doszło w drugiej połowie. Wirginia rozpoczęła akcję. Piłkę przejął Julien Hill, który starał się przedrzeć przez linię obrony rywali. Próbował go zatrzymać 17-letni Richard Vonalbade Gammon. "
1590859036435.png

Atak był jednak chybiony -- Gammon upadł głową do przodu i uderzył mocno szczęką o ziemię. Nad nim zakłębili się zawodnicy obu zespołów i zwalili się na niego".

Gdy zawodnicy wstali, by ustawić się do następnej zagrywki, Gammon leżał bez ruchu.

Został przewieziony do szpitala w Atlancie, gdzie zmarł o czwartej nad ranem 31 października 1897 r. Przyczyną śmierci były obrażenia głowy, zawodnik doznał pęknięcia kości czaszki.

Już dzień po tragicznym meczu zawodnicy futbolowej drużyny Uniwersytetu Georgia postanowili rozwiązać zespół i wycofać się z rozgrywek. W tym samym czasie podczas posiedzenia stanowego Senatu zaproponowano wprowadzenie całkowitego zakazu
organizowania i brania udziału w meczach futbolowych. Trzy dni później podobna propozycja pojawiła się w Izbie Reprezentantów

Opinia publiczna w większości popierała zakazanie "nieludzkiego sportu". Gazeta "Columbus Enquirer" pisała, że "tysiące mieszkańców Georgii będzie zachwyconych nowym prawem".
Dziennikarz "Atlanta Journal" pisał natomiast: "Gubernator Atkinson podpisze oczywiście ustawę i futbolowe mecze będą należeć od tej pory do przeszłości" i dodawał: "futbol nie zostanie nigdy wielkim amerykańskim sportem".

cd...
 
D

Deleted member 6852

Guest
Historia potoczyła się jednak zupełnie inaczej. Ustawa uchwalona przez parlament Georgii nigdy nie weszła w życie, futbol stał się najpopularniejszym sportem w Ameryce, a liga NFL najbogatszą sportową ligą świata. A wszystko przez matkę Richarda Vonalbade Gammona - Rosalind.
Była to kobieta twarda i nieugięta.

I właśnie Rosalind Gammon podjęła walkę, aby ustawa zakazująca futbolu w Georgii nie weszła w życie. Najpierw wysłała list do członka Stanowej Izby Reprezentantów wybranego z okręgu w Rome, Jamesa B. Nevina.

Niech mi wolno będzie prosić, aby śmierć mojego chłopca nie została wykorzystana do zniszczenia tego, co on w swoim życiu cenił najbardziej - napisała.
Nevin list przekazał gubernatorowi. Poruszony prośbą matki, William Yates Atkinson zawetował ustawę. Oświadczył, że nowe prawo: "przekracza uprawnienia ustawodawcy, ignoruje prawa rodziców, narusza zasady legislacji i jest sprzeczne z fundamentalną zasadą naszego rządu". Dodał jeszcze, że futbol należy zmieniać, a nie go zakazywać.

Po decyzji Atkinsona Uniwersytet Georgii reaktywował drużynę futbolową i wrócił do gry w następnym sezonie. Rosalind Gammon została okrzyknięta "kobietą, która obroniła futbol na Południu".

Niestety, w kolejnych latach futbol dalej zbierał śmiertelne żniwo. W 1905 roku dziennik "Chicago Tribune" donosił, że podczas jednego tylko sezonu dziewiętnastu zawodników zginęło, a 137 zostało poważnie rannych. Do historii przeszedł rysunek z "Cincinnati Commercial Tribune" przedstawiający Śmierć siedzącą na poprzeczce bramki
1590859283337.png

Choć dziś historycy kwestionują tak wysoką liczbę zgonów, które były spowodowane urazami w wyniku gry w futbol, problem brutalności tego sportu był poważny. Zajął się w nim w końcu prezydent Theodore Roosevelt. Pod jego patronatem opracowano w 1905 r. nowe zasady gry, które znacznie zmniejszyły ryzyko poważnych kontuzji. Było to przede wszystkim wprowadzenie możliwości podania do przodu, zwiększenie przestrzeni między formacjami w momencie wznowienia gry oraz zakazanie zmasowanych formacji przy wznowieniu akcji.
 

erte

Well-Known Member
526
2 088
Lionel Messi chce opuścić FC Barcelona.

Nie chce dłużej firmować swoją twarzą pomyłek zarządu Barcelony. Mówi "dość". Co ważne, jak podał Alfredo Martinez z radia Onda Cero, decyzja Messiego jest ostateczna i nie zmieni jej nawet ewentualna rezygnacja Josepa Marii Bartomeu z funkcji prezydenta Barcelony.

Faworytem do pozyskania Argentyńczyka jest Manchester City, gdzie najważniejsze funkcje zajmują ludzie znani w pracy z Barcelonie: to Pep Guardiola (trener), Ferran Soriano (dyrektor wykonawczy) i Txiki Begiristain (dyrektor sportowy). I jak informuje wspomniany Romero, Soriano rozmawiał już z otoczeniem Messiego i gwarantuje mu dwuletni kontrakt z utrzymaniem pensji, którą dostawał w Barcelonie. To 50 mln euro, a do tego trzeba doliczyć jeszcze premię za podpisanie kontraktu i inne bonusy.

Zmiana klubu przez Messiego byłaby jednym z największym transferów w historii piłki nożnej.





 

FatBantha

sprzedawca niszowych etosów
Członek Załogi
7 904
22 156
Messi powinien na libnecie cieszyć się sympatią, bo dzielnie walczył z hiszpańskim systemem podatkowym:
i w ogóle to sympatyczny autystyk, w pełni poświęcony swojej pracy, ale ja tam akurat trzymam względem niego rezerwę.

Mimo wszystko, myślę, że został przez Barcelonę rozpieszczony, zdobył niesłychanie mocną wizerunkową oraz ekonomiczną pozycję, więc wszyscy mu tam nadskakiwali jak primadonnie, co zemściło się na racjonalnym zarządzaniu drużyną i klubem oraz patologicznym osłabieniem w hierarchii stanowiska managera. Żołnierze mają wykonywać rozkazy stratega - jeżeli bez zgody i namaszczenia kaprala plan strategiczny nie może być zrealizowany, z wojskiem jest coś nie tak. Więc w zasadzie obojętnie kogo, by tam nie zatrudnili, przy tak silnej pozycji Messiego, to będzie jedynie pozorant. Patologia barcelońska, ot co.

Czysto ekonomiczna wartość marki Messiego jako indywidualnego zawodnika jest tak olbrzymia, że sam gracz staje się czymś w rodzaju zatrutego przysmaku. Każdy ma ochotę po niego sięgnąć, bo napędza to znakomicie sprzedaż pamiątek i zapewnia hype w sieci, chociaż na dłuższą metę, może to wpłynąć na rozwalanie merytoryki prowadzonej drużyny. Wystarczy, że Lionel zacznie marudzić lub wykorzystywać swoją pozycję legendy futbolu i zaczną się nieformalne naciski, by mu ustąpić. Odsuniecie go od pierwszego składu albo posadzicie na ławce rezerwowych, to nawet dział marketingu zacznie wam narzekać, że chcecie im sprzedaż koszulek torpedować, a w ogóle dzieciaki będą zawiedzone, jeśli nie zobaczą go w akcji i generalnie mają sobie robić z nim zdjęcia, kupować lejsy, bo co jak co, ale hype musi się zgadzać.

W podobnych przypadkach aspekt fiskalny może stawać na przeszkodzie poziomowi sportowemu, a zatem wymuszać kompromisy osłabiające ostatecznie drużynę, którą buduje się po to, by zwyciężała. Coś takiego właśnie spotkało Barcelonę i odbiło się jej kolejnymi spektakularnymi porażkami w LM. Nie narzekam, bo fajnie było oglądać kolejną magiczną noc na Anfield z niesamowitym comebackiem, ale z drugiej strony, wyczyn ten traci nieco wagi gatunkowej, gdy sytuacja z przedwczesnymi odpadnięciami Katalończyków powtarza się rok w rok. To nie kryzys, to rezultat.

Legenda futbolu, czy nie, kurtuazyjnie można mówić, że każdy klub przymierzałby go do swojego składu a koniec końców wziął z pocałowaniem ręki z powodu krótkoterminowych względów wizerunkowych, ale dla mnie ten człowiek jest akurat potencjalnie większym problemem niż jakąkolwiek nadzieją.

W zasadzie to nawet chciałbym, żeby Manchester City Guardioli się na niego skusił, bo koń trojański w obozie rywala, to miły, makiaweliczny akcent. Osobiście nie wierzę, że gość po 30-tce przychodzący z wybitnie technicznej ligi ma w ogóle czego szukać w Anglii. Skończyłoby się to pewnie tak, jak nasza przygoda z Morientesem. Jeżeli bliżej ci do końca kariery niż jej początku, mordercze tempo tej ligi jest raczej niewskazane. Jedyni weterani grający w Premier League, to ci, którzy spędzili w niej uprzednio całą karierę i się zdążyli zakonserwować do jej burzliwego, naporowego stylu gry. Technicy-magicy od tiki-taki mogą tu wymiatać, o ile młodość im jeszcze pozwala (jak Coutinho), ale na ogół starają czmychnąć do wolniejszych, mniej fizycznych lig. Anglia jest najlepsza dla piłkarskich neurotyków rzucających się naporem od zrywu do zrywu a nie stonowanych, dreptających długodystansowców.

Poza tym, "obawiam się", że poza Barceloną, w której spędził w zasadzie całe życie, typ sobie po prostu nie poradzi. Argentyny nie potrafił wyciagnąć za uszy, na jakiś wyższy poziom, nie dał swojej drużynie narodowej tyle, ile dla Portugalii robił jego niegdysiejszy arcyrywal zza miedzy - Cristiano Ronaldo, który też zdążył objechać wszystkie ważniejsze ligi i się w nich sprawdzić, dostosowując do każdego stylu gry.

Cała sytuacja z jego operą mydlaną jest dziwaczna, bo wydawać by się mogło, że Messi jest na tyle poukładany i ma karierę rozplanowaną do samego końca, więc jako wychowanek, dogra w tym swoim klubie do końca. Fakt, że już prawie na emeryturze zamierza otwierać nowe rozdziały, świadczy raczej o tym, że sobie nie radzi ze świadomością, że jego epoka się kończy. Z jednej strony niby to dobrze, bo świadczy o tym, że wciąż ma ambicje i nie toleruje obniżki lotów a to, co się dzieje w jego klubie zdecydowanie mu się nie podoba, ale z drugiej strony, sam jest przyczyną psucia Barcelony, więc obrażanie się i pomysł zaczynania od nowa gdzie indziej, też jest dosyć chybiony.

Bardziej prawdopodobne, że sowicie opłacony petrodolarami pójdzie do PSG, do swojego ukochanego Neymara, bo liga francuska bardziej odpowiada dystyngowanemu charakterowi technicznej klepaniny.

A jeżeli kwestie prawne nie pozwolą na wyjazd a Messi zacznie marudzić, to Ronald Koeman może zawsze otworzyć w Barcelonie Klub Kokosa wzorem polskiej ekstraklasy. :D


To by było piękne podsumowanie jakże bogatej kariery.
 
Ostatnia edycja:

Staszek Alcatraz

Tak jak Pan Janusz powiedział
2 727
7 924
A ja zapytam: kiedy Messi w ogóle marudził? Zapierdalał cały czas, nigdy nie chciał odejść, ale teraz przebrała się miarka. Widzę u Ciebie rezerwę do Messiego. Przecież on gra z angielskimi zespołami od kilkunastu lat. W Lidze Mistrzów. I nastukał im mnóstwo bramek. A Ty twierdzisz, że sobie nie poradzi. To nie jest nastolatek, tylko 33-latek. Gdziekolwiek pójdzie, to się zaadaptuje.
 
Ostatnia edycja:

Volvek

Well-Known Member
789
1 812
Ile razy to ja już czytałem, że ktoś tam z technicznej ligi hiszpańskiej nie poradzi sobie w Anglii. Przecież jest zupełnie na odwrót, Hiszpanie czy inni techniczni zawodnicy przychodzą do Anglii i rozklepują tych fizycznych brutali, a to gracze z Wysp mają problem zaistnieć gdzie indziej. Jak Messi pójdzie do Anglii to ze swoim typowym człapaniem przez pół meczu i tak załaduje ponad 20 goli (o ile rzecz jasna nie nabawi się kontuzji i rozegra te 30~ ligowych spotkań).

A co do wywodu o diable wcielonym Messim, który wszystkim steruje, to się zupełnie nie zgadzam. Barcelona była źle zarządzana, kupowali złych piłkarzy i klub podupadł. Leo po prostu powiedział dość, za późno, bo powinien odejść już kilka lat temu.
 

FatBantha

sprzedawca niszowych etosów
Członek Załogi
7 904
22 156
@Staszek Alcatraz
Nie śledzę na bieżąco ligi hiszpańskiej, ale co mi się zdarza słuchać jakichś felietonistów powracających do omawiania spraw związanych z FCB, to zawsze pojawiają się dziwne rozkminy o tym, czy Messi kogoś zaakceptuje, czy będzie chciał z nim grać, czy nie i pod tym kątem rozpatrywane są zarówno transfery jak i sama taktyka.

W przypadku żadnego innego klubu taka sytuacja nie ma miejsca, więc można się zastanawiać, czy jest to wyłącznie jakaś dziwaczna maniera dziennikarzy, którzy uparli się, żeby taką narrację stosować wyłącznie do Barcelony i Messiego, aby sprzedać lepiej gazety albo inne podcasty, czy faktycznie powstało tam coś w rodzaju folwarku Messiego, gdzie działacze przestali zachowywać się profesjonalnie, uznając, że mając takiego piłkarza reszta wygra sie sama, wystarczy więc dbać wyłącznie o jego samopoczucie i do tego sprowadza się zarządzanie klubem.

A że facet, nie ruszał się nigdzie poza ten jeden klub i nie podejmował wyzwań w innych zakątkach świata, nie musiał się nigdy adaptować do nowych kultur, stylów życia, nie gada nawet po angielsku i nierozerwalnie kojarzony jest wyłącznie z Barceloną, sprawia, iż można żywić przekonanie, że niekoniecznie może dawać sobie radę gdzieś indziej, w nieznanym środowisku, od zera. W wieku chrystusowym.

Przy najłagodniejszej interpretacji jego sytuacji, Messi jest po prostu domatorem. W najgorszym, autystykiem nie lubiącym zmian. Ten autyzm sprawił, że wychowany do pewnego stylu gry, w otoczeniu Iniesty i Xaviego, gość stał się niesamowicie sprawną maszyną. Tyle, że również wyjątkowo wyspecjalizowaną. I w tym cały problem.

Ja po prostu nie wierzę w zdolności adaptacyjne Lionela i tyle. Jego użyteczność jest ograniczona do grania tiki-taki, do tego został stworzony, to robi najlepiej i do niczego innego się nie nadaje w podobnie wybitnym stopniu. A kiedy ten styl gry się przeżył, nisza dla Messiego również zanika. Powiedzmy to sobie szczerze, gość nigdy nie próbował futbolu z innego gara, trzymał się tylko tego, w czym był dobry, wręcz wybitny, w otoczeniu, które było pod niego dostosowywane.

Dlatego myślę, że uzasadnionym jest wątpić w jego użyteczność poza Barceloną.

Przecież on gra z angielskimi zespołami od kilkunastu lat. W Lidze Mistrzów. I nastukał im mnóstwo bramek. A Ty twierdzisz, że sobie nie poradzi.
Gra z nimi ile? Zdarzy mu się to może dwa razy w roku, w europejskich pucharach, gdzie i tak gwiżdże się łagodnie, po kontynentalnemu.
W Anglii będzie grał z nimi tydzień w tydzień, przy sędziowaniu dopuszczającym agresywniejszą grę. Dreptaczy w Premier League może tolerować Guardiola, który uparł się, żeby z Manchesteru City zrobić dużynę grającą w wolniejszym tempie, ale czy ten styl gry ma na dłuższą metę sens, też można dyskutować.
Ile razy to ja już czytałem, że ktoś tam z technicznej ligi hiszpańskiej nie poradzi sobie w Anglii. Przecież jest zupełnie na odwrót, Hiszpanie czy inni techniczni zawodnicy przychodzą do Anglii i rozklepują tych fizycznych brutali, a to gracze z Wysp mają problem zaistnieć gdzie indziej. Jak Messi pójdzie do Anglii to ze swoim typowym człapaniem przez pół meczu i tak załaduje ponad 20 goli (o ile rzecz jasna nie nabawi się kontuzji i rozegra te 30~ ligowych spotkań).
Zależy w jakim wieku. Młodzi Hiszpanie potrafią się dostosowywać i wtedy rzeczywiście dają radę, błyszczą. Zwłaszcza, gdy dostosują się do fizycznych wymogów ligi, co też czasem jest problemem. W LFC Rafy Beniteza większość Hiszpanów to były niestety niewypały, średniacy czy ludzie o nierównej formie, którzy przeplatali występy błyskotliwe słabymi.

Starzy, techniczni człapacze w rodzaju Pirlo, tacy jak na przykład Aquilani przy agresywnym pressingu wyglądają nieporadnie jak dzieci we mgle i tylko wkurwiają kibiców. Sorry, ale nie wszyscy piłkarze są abstrakcyjnie uniwersalni.
 

FatBantha

sprzedawca niszowych etosów
Członek Załogi
7 904
22 156
No dobra, ale my się tu bezzasadnie martwimy problemami wielkich i zasłużonych, a lokalna rzeczywistość leży i kwiczy.

Piłkarze Legii Warszawa nie wystąpią w Lidze Mistrzów w sezonie 2020/21. W drugiej rundzie eliminacji przegrali u siebie z Omonią Nikozja 0-2 po dogrywce. Z 29 dotychczasowych prób awansu mistrzów Polski do fazy grupowej powiodły się zaledwie trzy, ostatnio w 2016 roku.
Ze względu na pandemię koronawirusa kwalifikacje do fazy grupowej Champions League są w tym roku wyjątkowe, bowiem w pierwszych trzech rundach o awansie do kolejnej zdecyduje tylko jedno spotkanie.
Legioniści mieli szczęście w losowaniu - w pierwszej i drugiej rundzie mogli grać na swoim stadionie. O ile jednak na inaugurację poradzili sobie z Linfield FC z Irlandii Północnej (1-0), o tyle w następnej rundzie przeszkodą nie do przejścia na Łazienkowskiej okazała się cypryjska Omonia, prowadzona przez dawnego trenera Legii Henninga Berga.
Wskutek reformy UEFA, która sprawiła, że z najsilniejszych lig europejskich po cztery zespoły mają pewne miejsce w fazie grupowej, od dwóch lat najlepszy polski zespół musi eliminować czterech, a nie trzech - jak wcześniej - rywali, by zostać jednym z 32 uczestników fazy grupowej LM. Na razie jednak nie dochodzi nawet do trzeciego etapu kwalifikacji...
Przed rokiem już na pierwszej przeszkodzie potknął się debiutujący w tych rozgrywkach Piast Gliwice, który odpadł z białoruskim BATE Borysów. Po 1-1 na wyjeździe przyszła porażka 1-2 u siebie i koniec przygody z LM.
Dwa lata temu w nowym systemie kwalifikacji nie poradziła sobie Legia, która odpadła w drugiej rundzie. Najpierw - jako rozstawiona - trafiła na irlandzki Cork City, wygrywając 1-0 i 3-0, a w kolejnym etapie za wysoko poprzeczkę zawiesił jej słowacki Spartak Trnawa (0-2, 1-0).
Sezon wcześniej legioniści odpadli w trzeciej rundzie eliminacji z kazachskim FK Astana, a cztery lata temu zakwalifikowali się do LM po zwycięstwie w ostatniej rundzie kwalifikacji w dwumeczu nad irlandzkim Dundalk FC (na wyjeździe 2-0, u siebie 1-1). Wcześniej wyeliminowali bośniacki Zrinjski Mostar (1-1, 2-0), a następnie słowacki AS Trencin (1-0, 0-0).
W zasadniczej części rywalizacji mogli się sprawdzić z Realem Madryt (3-3 w Warszawie przy pustych trybunach), Borussią Dortmund czy Sportingiem Lizbona, kosztem którego z trzeciego miejsca dostali się do 1/16 finału Ligi Europejskiej. Był to ostatni znaczący sukces polskiego klubu na międzynarodowej arenie.
Na początku lat 90. Lech Poznań, jako pierwsza polska drużyna, dwukrotnie uczestniczył w eliminacjach LM, ale za każdym razem odpadał w drugiej rundzie, przegrywając z IFK Goeteborg i Spartakiem Moskwa. W kolejnej edycji nie zdołała awansować Legia, która dwukrotnie została pokonana przez Hajduk Split.
W sezonie 1995/96 stołeczna ekipa znalazła się w gronie 16 najlepszych klubów Europy. W kwalifikacjach drużyna trenera Pawła Janasa pokonała IFK Goeteborg - 1-0 u siebie i 2-1 w Szwecji. Mistrz Polski dotarł później do ćwierćfinału, gdzie został wyeliminowany przez Panathinaikos Ateny.
W następnej edycji Polska również miała swojego przedstawiciela w fazie grupowej LM. Był nim Widzew Łódź, który w eliminacjach uporał się z Broendby Kopenhaga (2-1, 2-3). Gola na wagę awansu łodzianie zdobyli w 90. minucie rewanżu w Danii. Ich przygoda z LM zakończyła się na fazie grupowej, po zajęciu trzeciego miejsca. Później - aż do 2016 roku - żadnemu z polskich klubów nie udało się zakwalifikować do Champions League.
W 1997 roku UEFA zdecydowała się powiększyć liczbę uczestników zasadniczej rundy rozgrywek z 16 do 24, ale Widzew w 2. rundzie kwalifikacji został wyeliminowany przez włoską Parmę.
W sezonie 1998/99 do LM trafili wicemistrzowie najsilniejszych lig, a później także drużyny, które zajęły w nich nawet trzecie i czwarte lokaty. I choć musiały się przebijać przez kwalifikacje, to możliwości awansu polskich zespołów zostały jeszcze bardziej ograniczone. Dodatkowo nie miały one szczęścia w losowaniu; ostatnie przeszkody przed upragnioną LM stanowiły m.in. Manchester United, Real Madryt czy trzykrotnie Barcelona.
W sezonie 2005/06 piłkarzom Wisły Kraków do sukcesu zabrakło kilku minut. Po bramce Radosława Sobolewskiego do 87. minuty rewanżowego meczu w Atenach z Panathinaikosem przegrywali 1-2 i ten wynik zapewniał im awans, gdyż pierwsze spotkanie wygrali 3-1. Stracili jednak trzeciego gola, a w dogrywce czwartego i odpadli.
14 lat temu w ostatniej rundzie kwalifikacji dwukrotnie Szachtarowi Donieck uległa Legia, zaś rok później w 2. rundzie Zagłębie Lubin nie sprostało jedenastce Steauy Bukareszt.
W sezonie 2009/10 o awans do LM znów bezskutecznie walczyła Wisła. Po remisie w Sosnowcu w drugiej rundzie eliminacji (stadion w Krakowie był modernizowany) z Levadią Tallinn 1-1, w Estonii przegrała 0-1 i odpadła. W kolejnej edycji na trzeciej rundzie kwalifikacji zakończyła się przygoda Lecha, a wówczas za silna okazała się Sparta Praga.
Wskutek reformy europejskich pucharów, przeprowadzonej przez ówczesnego szefa UEFA Michela Platiniego, eliminacje do LM odbywają się dwutorowo. By ułatwić dostęp do elity zespołom z Europy Środkowej i Wschodniej, wydzielono dwie ścieżki kwalifikacji, tzw. mistrzowską i ligową, w której rywalizują zespoły z niższych miejsc w ekstraklasach kontynentu. Dlatego rywale z Anglii, Hiszpanii, Niemiec czy Włoch od niemal dekady nie znajdują się już na drodze mistrza Polski.
W 2011 roku wydawało się, że skorzysta na tym Wisła Kraków. Po wyeliminowaniu Skonto Ryga i Liteksu Łowecz, w decydującej rundzie kwalifikacji trafiła na APOEL Nikozja. Na własnym stadionie wygrała 1-0, ale w rewanżu uległa 1-3.
Osiem lat temu do piłkarskiego raju próbował się wedrzeć Śląsk Wrocław. W drugiej rundzie kwalifikacji wyeliminował co prawda czarnogórską Buducnost Podgorica, ale w kolejnej nie miał nic do powiedzenia w starciu ze szwedzkim Helsingborgs IF. Wyniki 0-3 i 1-3 mówiły same za siebie.
Także 22. podejście polskiego klubu do LM nie było udane, choć Legia w eliminacjach... nie doznała porażki. Najpierw wyeliminowała walijski The New Saints FC (3-1, 1-0), później norweskie Molde FK (1-1, 0-0), ale w decydującej rundzie lepsza okazała się Steaua Bukareszt. W stolicy Rumunii był remis 1-1, jednak 2-2 w Warszawie dało awans rywalom.
Kibice i piłkarze stołecznego zespołu będą długo pamiętać okoliczności, w jakich stracił on szansę awansu do LM w 2014 roku. Na boisku najpierw wyeliminował irlandzki St Patrick's Athletic (1-1 i 5-0), a następnie po świetnej grze Celtic Glasgow (4-1 i 2-0).
Zwycięstwo w Szkocji miało jednak gorzki smak, ponieważ ze względu na nieuprawniony, choć ledwie kilkuminutowy, występ Bartosza Bereszyńskiego, UEFA ukarała mistrza Polski walkowerem 0-3, co zdecydowało, że w ostatniej rundzie kwalifikacji zagrali "The Bhoys".
Pięć lat temu po raz ostatni nieudanie do fazy grupowej LM próbował dostać się Lech. W przedostatniej rundzie eliminacji dwukrotnie uległ FC Basel - 1-3 w Poznaniu i 0-1 w Szwajcarii.
 

FatBantha

sprzedawca niszowych etosów
Członek Załogi
7 904
22 156
Piłka nożna to coś więcej niż rozrywka
Joanna Wiśniowska
Dziennikarka

Piłka nożna to część opowieści o otaczającym nas świecie, a że da się o nim opowiadać przez pryzmat futbolu, przekonuje Piotr Żelazny, twórca magazynu „Kopalnia – Sztuka Futbolu”.

Joanna Wiśniowska: Czy udało ci się przekonać kogoś, że piłka nożna to coś więcej niż rozrywka?

Piotr Żelazny:
Sporo osób! W tym moją żonę Klarę i grono najbliższych znajomych, sceptycznie nastawionych do futbolu. Udało mi się ich przekonać, że piłka nożna to część opowieści o otaczającym nas świecie, że da się o nim opowiadać przez pryzmat futbolu.

Jakie działa wyciągnąłeś?

W stosunku do nich żadnych, bo widzą mnie na co dzień, słyszą, o czym opowiadam. Ale do tej pory mogłem sięgnąć po argument ostateczny: pokaż jakiekolwiek inne zjawisko popkulturowe, które potrafiło wywołać albo wstrzymać wojnę. Mowa o wojnie futbolowej między Salwadorem a Hondurasem i 48-godzinnym zawieszeniu broni podczas konfliktu w Nigerii, gdy w 1967 roku do Lagos na mecz pokazowy przyjechali Pele z Santosem. Inna sprawa, że nie ma pewności, czy tak naprawdę było. Mit jednak żyje i ma się dobrze.

Do tego argumentu dochodzą ciągle nowe. Ostatnio uderzyła mnie historia z finału Ligi Mistrzów. Władze Marsylii wydały zakaz chodzenia po mieście w koszulkach PSG, nie chciały, żeby turyści z Paryża, którzy wpadają do miasta na weekend czy na wakacje, prowokowali miejscowych kibiców. Czy to nie jest opowieść o rywalizacji stolica – reszta kraju?

Po przegranym przez drużynę z Paryża meczu w Marsylii odpalono sztuczne ognie, race, kibice wyszli świętować porażkę PSG. To opowieść o nierównej walce między biedniejszym klubem z Marsylii a katarskim de facto PSG, napompowanym gigantycznymi pieniędzmi, petrodolarami. To historia o wielkim kapitale, który pożera futbol, ale porażka PSG w finale świadczy o tym, że jeszcze nie pożarł go całkowicie. Piłka nożna pokazuje, że wszystkiego pieniędzmi nie załatwisz. Jeszcze.


Kochając sport, kochasz kapitalizm

Czym jest magazyn „Kopalnia”, którego jesteś pomysłodawcą i twórcą?

To manifest miłości: do piłki nożnej, ale i do dziennikarstwa, o jakie coraz trudniej. Wielu z nas, dziennikarzy sportowych, zderzyło się z tym, jak traktowano sport na kolegium redakcyjnym. Zazwyczaj omawiany jest ostatni, bo zajmuje końcowe strony w gazecie. Wielokrotnie miałem wrażenie, że gdy przedstawiałem tematy, którymi chcieliśmy się danego dnia zająć, to redakcyjna wierchuszka ostentacyjnie nie słuchała albo już w podgrupach omawiała, z czego skręci jedynkę. Strasznie mnie to denerwowało. Takie traktowanie kultury fizycznej per noga świadczy zresztą o kiepskiej ocenie sytuacji, bo sport jest nośnikiem wielu fantastycznych historii.

To polska przypadłość?

Nie wydaje mi się. Zauważ, że gdy jakiś intelektualista kocha sport, natychmiast się to podkreśla, bo to jest wyróżnik. Zobacz, Albert Camus grał w futbol i powiedział słynne zdanie, że wszystko, czego nauczył się o moralności, zawdzięcza piłce nożnej. To zdanie się za nim ciągnie i jest wiecznie przypominane, bo to nie pasuje, że intelektualista kocha futbol. Podobnie w przypadku Gabriela Garcíi Marqueza czy Eduardo Galeano. U nas też podkreślano, że Jerzy Pilch był kibicem. Intelektualista nie ma prawa interesować się sportem, bo to błahe, nijakie, do pogardzenia. I na Zachodzie jest podobnie, chociaż oczywiście nie do takiego stopnia jak u nas. Kultura futbolowa w wielu krajach jest większa, ale głównie dlatego, że tam więcej osób interesuje się piłką.

Nasza kultura piłkarska jest uboga?

Tak, nie mamy języka do nazywania pewnych zjawisk, nie potrafimy rozmawiać o piłce. Taka rzecz jak „Kopalnia” to ewenement.

A co z tym językiem?

Podczas warszawskiej premiery „Kopalni” padło pytanie o język, czy polski jest zbyt ubogi. Michał Kołodziejczyk, szef sportu w Canal+, powiedział, że nasz język jest wystarczający do opisu piłki. Ja się z tym nie zgadzam, mnie często brakuje określeń, np. na poszczególne pozycje. W Hiszpanii, we Włoszech czy w Anglii mają różne nazwy na pomocników. Włosi wyraźnie wyodrębniają ze środka pomocy role zwane regista czy mezzala. A u nas pomocnik jest albo defensywny, albo ofensywny, a to zbyt ogólne.

O czym to świadczy?

O tym, że nie przeżywamy, nie rozumiemy, nie ma to dla nas znaczenia, bo nie analizujemy, tylko prześlizgujemy się po temacie, nie docieramy do istoty sprawy. A zaraz, jest jedno słowo, które jest typowo nasze…

Centrostrzał!

Tak! Nie znajdziesz takiego słówka ani po angielsku, ani po hiszpańsku czy włosku. Co symptomatyczne, to zagranie nieudane. Miało być dośrodkowaniem, a wyszedł strzał.

I żeby o tym opowiadać, odszedłeś z mediów tłumaczyć, że piłka mówi wiele o świecie?

Gdy w 2014 roku powstał pierwszy numer, mogłem tworzyć go po godzinach, sześć lat później jest to niemożliwe. Na rynku mediów w ogóle, ale zwłaszcza w sporcie, zaszła ogromna zmiana, dziennikarze sportowi pracują o wiele więcej. Papier, serwis, media społecznościowe. Wiele z tych tekstów jest marnych, ale internet to nienażarta bestia, którą trzeba karmić. A do tego musisz być w mediach społecznościowych, w sezonie pracujesz 24 godziny na dobę.

Widzę, jak powstają teksty do „Kopalni”, muszę je „wyszarpywać”, a przecież to są teksty na 25–30 tysięcy znaków, głęboko przemyślane, zriserczowane, podchodzą do tematu z wielu stron. Wielu autorów musi brać wolne, żeby je dokończyć czy napisać. Odszedłem więc, żeby móc się skupić na „Kopalni”. Tak, jestem uprzywilejowany.

Strony sportowe się kurczą.

Wszystkie media papierowe się kurczą. A skąd najłatwiej uciąć? Wiadomo, z końca.

Tylko że sport jest naturalnym kandydatem do cięcia, w końcu to tak mało znacząca rozrywka.

Absolutnie tak. Najpierw tnie się sport i kulturę, to najłatwiejsze.

Dlaczego w piątym numerze „Kopalni” zajęliście się porażką?

Każdy kibic od młodości karmiony jest wyświechtanymi sloganami, że w sporcie liczy się tylko zwycięzca. To nieprawda – przegrani również piszą historię futbolu, czasem nawet lepiej niż triumfatorzy. Komentatorzy sportowi ciągle powtarzają komunały, które rozpleniły się w języku sportu – „drugi to pierwszy przegrany” albo „nie zdobywa się srebra, tylko przegrywa złoto”.

Gdyby te slogany były prawdziwe, sport składałby się z samych przegranych. Bo eliminacje do mundialu zaczyna 211 reprezentacji, a Puchar Świata podnosi jedna. Bo zawodowych piłkarzy są setki tysięcy, a Złota Piłka – jedna. Drażni mnie ta amerykanizacja sportu, chciałem ją odkłamać. Tylko żeby nie było, nie piszemy, że przegrywanie jest fajne. Koniec końców zajmujemy się sportem, wiemy, że celem jest wygrana. Ale przegrani mają wiele do opowiedzenia, bywają ciekawsi niż zwycięzcy. Zresztą to porażka mobilizuje do zmiany. Tak zrobili na przykład Hiszpanie, o których pisze u nas Rafał Lebiedziński. Porzucili siłę mięśni i furię na rzecz piłkarzy technicznych i w ten sposób zrewolucjonizowali futbol.

Tymczasem polska piłka bardzo wiąże się z polskością, do naszej historii przechodzą właściwie tylko przegrane spotkania, oprócz pewnego zwycięskiego remisu, zupełnie jak z fetowanymi przegranymi powstaniami.

Faktycznie, świętujemy przynajmniej niewygrane mecze. Legendarne spotkanie to remis na Wembley, opiewany zwycięski remis, który otworzył nam drzwi do mistrzostw świata w 1974 roku, gdzie zdobyliśmy trzecie miejsce. Ale meczem z tego mundialu, który zaistniał w powszechnej świadomości, o którym pamiętamy i który jako jedyny doczekał się własnej nazwy, jest „mecz na wodzie”, czyli przegrany półfinał z Niemcami. I ciągłe mówienie, że gdyby nie padało, tobyśmy na pewno wygrali.

Tymczasem rok później zagraliśmy prawdopodobnie najlepszy mecz w historii polskiego futbolu, pokonaliśmy wicemistrzów świata 4:1. Ale o tym nie pamiętamy, tego nie świętujemy. A obrazek z klęczącym przed polskimi piłkarzami Johanem Cruyffem w ogóle nie przeszedł do popkultury.

Jednocześnie idealnie sprawdzamy się w umniejszaniu własnych zwycięstw. Sami tworzymy teorie spiskowe. Wygrana 2:1 z Portugalią za Leo Beenhakkera? Przecież wiadomo, że dzień wcześniej portugalscy piłkarze zostali królami katowickich klubów nocnych. Wygrana z Niemcami 2:0 za czasów Adama Nawałki? Nic takiego, Niemcy przyjechali do Warszawy kompletnie rozprężeni po zdobyciu mistrzostwa świata, w zasadzie to im się nie chciało.

Ten numer „Kopalni” wpisuje się jednak w tę tradycję. Niszczycie mity narodowe. Przede wszystkim ty swoim tekstem o dopingu w reprezentacji olimpijskiej Janusza Wójcika, która zdobyła srebrny medal w Barcelonie w 1992 roku.

To nie jest niszczenie narodowej legendy, chociaż oczywiście byłem o to oskarżany przez niektórych rozmówców, tylko zajęcie się porażką. Czy oszustwo nie powinno być bowiem traktowane jako największa porażka sportowca? Nasi piłkarze zdobyli srebrny medal olimpijski, osiągając największy sukces polskiego futbolu po 1989 roku, mimo że trzech z nich według ówczesnych przepisów nie powinno było jechać na igrzyska. Mieli zawyżony stosunek testosteronu do epitestosteronu, innymi słowy – byli na koksie. Jak udało mi się ustalić, czterech kolejnych było na granicy normy. Wedle przepisów powinni zostać poddani kolejnym badaniom, do czego oczywiście nie doszło.

Sprawa nie jest nowa, była opisywana już wtedy. Natomiast bardzo szybko ukręcono jej łeb i zamieciono pod dywan. Wracam do tej historii po blisko 30 latach. Wiele osób już niestety nie żyje – z trenerem Wójcikiem włącznie. Wiele rzeczy udało mi się ustalić, chyba jako pierwszy tak jednoznacznie stwierdzam, że trzech zawodników pojechało do Barcelony bezprawnie, i mam na to dowody, natomiast odpowiedzi na mnóstwo pytań po trzech dekadach nie sposób już ustalić.

Tak jak nie sposób jednoznacznie ustalić, kto tak naprawdę strzelił piątego gola dla Polski w przegranym meczu z Brazylią na mistrzostwach świata w 1938 roku.

Oficjalne źródła, a także legenda, mówią, że cztery gole zdobył Ernest Wilimowski. To był nasz wkład w historię mundialów, jakże polski zresztą, mecz przegraliśmy, nie awansowaliśmy, ale to Polak napisał historię, zostając pierwszym zawodnikiem w historii mistrzostw świata, który strzelił cztery gole w jednym meczu. Tymczasem Leszek Jarosz znalazł dość mocne poszlaki, że Wilimowski wcale nie zdobył aż czterech bramek. Żeby było jasne, tekst Jarosza to coś znacznie więcej niż tylko ta historia. On sam mówi, że powstał z miłości do tego meczu, którego nikt z nas nie widział. To wiele lat zbierania materiałów, łowienia historii, zbierania okruchów informacji i składania ich w całość. Leszek nie chce być rewizjonistą historii. No ale skoro trafił na taki trop, to jak można było nim nie podążyć?

Patrzymy na blichtr, który otacza piłkę nożną, tymczasem bardzo poruszająca jest rozmowa „Kopalni” z Gracjanem Horoszkiewiczem, piłkarzem, którego futbol wypluł.

To historia chłopaka, który bardzo dużo osiągnął w juniorskiej piłce, był kapitanem półfinalisty mistrzostw Europy w 2012 roku. Porównywano go z Jérôme Boatengiem, który w seniorskiej piłce zdobył mistrzostwo świata z reprezentacją, niedawno Ligę Mistrzów z Bayernem. No i ten Horoszkiewicz był te kilka lat temu na tym samym poziomie co Niemiec, ale dorosły futbol go wypluł. W rozmowie opowiada o menedżerach, którzy mącili mu w głowie, powtarzali, że interesuje się nim Real Madryt i Juventus Turyn.

Tak mu namącili, że odstawił coś na zasadzie strajku w Hercie Berlin, gdzie wtedy grał i było mu dobrze. To pokazuje, jak młodzi ludzie mogą stać się ofiarami chciwych agentów, którzy szukają tylko zysku. Ale to też historia o tym, jak eksploatowane są młode organizmy, które nie mają czasu na odpoczynek. Ciągle najważniejsze są wyniki, to gigantyczna porażka polskiego systemu szkolenia.

Takie historie rzadko przedostają się do mediów, zachwyceni tym blichtrem rodzice i dzieci lgną do piłki nożnej.

Pytanie, czy rodzice zdają sobie sprawę, że szansa na przebicie się do profesjonalnej piłki jest bardzo mała, nie mówiąc już o zostaniu drugim Lewandowskim. Czytałem kiedyś rozmowę z chłopakiem, który był w szkółce Realu Madryt. Mówił, że czuł się jak mięso armatnie, służył tylko temu, żeby zwiększyć rywalizację. Kariery nie zrobił, jego także futbol wypluł, a do życia nie został przygotowany. A przecież trenerzy mogli mu powiedzieć, że nie zrobi kariery w piłce.

Co jest największą porażką współczesnego futbolu?

Wykorzenienie. Sport zamienił się w bardzo prężną gałąź show-biznesu, która straciła z oczu to, czym futbol był i czym być powinien. Kluby piłkarskie to organizacje skupiające lokalną społeczność, są czymś więcej niż maszynką do zarabiania kasy. Teraz futbol na najwyższym poziomie dąży do amerykanizacji, a w USA sport od zawsze był produktem. Tam nawet o drużynach nie mówi się „klub”, tylko „franczyza” albo „organizacja”. Tymczasem w Europie wyrosły kluby, które stały się potężnymi machinami korporacyjnymi.

Pewnie jacyś kapitaliści zapytają, co w tym złego, że kluby zarabiają pieniądze. Może nic, ale fajne są organizacje, które skupiają ludzi, a ich głównym celem jest nie tylko zarabianie pieniędzy. Czytam właśnie książkę Salvatore Settisa, zatytułowaną What if Venice dies? Wenecja to miasto inne niż wszystkie, kompletnie nie z tych czasów, nie może funkcjonować jak nowoczesne miasta. Wiele z nich poszło w zarabianie pieniędzy, stawiają gigantyczne drapacze chmur, sprowadzają do siebie biznes, banki. Wenecja tego nie może zrobić. Musiałaby porzucić swoją całą tożsamość.

A przecież miasto to coś więcej niż tylko tu i teraz. To poprzednie pokolenia, które je budowały, to obecni mieszkańcy, którzy tworzą energię tego miejsca. I w tym wyścigu z nowoczesnymi bezdusznymi megamiastami Wenecja przegrywa. Podobnie jest z klubami. To coś więcej niż 11 piłkarzy i wynik. Ale teraz najbardziej liczy się tabelka w Excelu.

Czy ta bańka kiedyś pęknie?

Nie wydaje mi się. Nie wiem, co musiałoby się stać. Wydawało się, że COVID-19 może coś zmienić. Tymczasem ofiarami pandemii stali się pracownicy biurowi, a nie piłkarze czy szefostwo. Zobacz, w Anglii kluby brały pieniądze od rządu na pokrycie 80 proc. pensji pracowników, ale w ten sposób ratowano pensje piłkarzy-milionerów. Teraz mamy okienko transferowe, ceny za piłkarzy nadal są absurdalnie wysokie: Chelsea zapłaciła za Kaya Havertza 81 milionów euro, Bayern za Leroya Sané tylko milion mniej. Dopiero co mieliśmy w Anglii udaremnioną próbę przejęcia klubu przez kolejny bliskowschodni rząd. Newcastle prowadziło zaawansowane rozmowy z królewską rodziną z Arabii Saudyjskiej. Bańka puchnie dalej.

To jak dziennikarz o lewicowych poglądach znajduje się w takiej rzeczywistości?

Kiepsko. Może dlatego poszedłem w „Kopalnię”, znalazłem sobie miejsce, w którym da się nie zwariować. Faktycznie, zajmowanie się futbolem na najwyższym poziomie, gdy ma się lewicowe poglądy, nie jest łatwe. Znak równości między futbolem a kapitałem jest ewidentny. Około 20 klubów pożera całą uwagę kibiców i mediów, koncentrują w sobie najlepszych zawodników. Tak jak 10 proc. najbogatszych ludzi świata jest w posiadaniu 85 proc. ziemskiego majątku. W futbolu, dokładnie tak jak w społeczeństwie, też się okazało, że przypływ nie podnosi wszystkich łódek.

Lewicowym kibicom i kibickom pewnie też nie jest łatwo?

Trybuny zawłaszczyła prawica, a o to, żeby to się nie zmieniło, dba PiS. Dla lewicowości w piłce nie ma miejsca. Powodów jest wiele, począwszy od tego, że futbol był w PRL-u bastionem Solidarności, a gdy po transformacji zrównano komunizm z lewicowością, to trybuny oprócz tego, że są antykomunistyczne, są antylewackie. Do tego teraz pojawiła się Konfederacja, która bardzo mocno weszła w środowisko kibicowskie. Gdyby dziś wybory odbyły się tylko na trybunach, Bosak byłby premierem Polski.

Piotr Żelazny (1982) – dziennikarz sportowy. Zaczynał w 2003 roku od tygodnika „Piłka Nożna”, następnie pisał dla „Dziennika” i „Przeglądu Sportowego”. Ostatnie kilka lat spędził w „Rzeczpospolitej”. Założyciel „Kopalni – Sztuki Futbolu”.
 
Do góry Bottom