Moja skromna twórczość

Alu

Jedziem do Paragwaju!
4 484
8 940
Kreacjobójstwo

Jestem wszędzie oraz nigdzie
Jestem punktem i bezmiarem
Prawdą, fałszem, czymś pomiędzy
Jestem głupi i genialny
Chaotyczny, regularny
Wszystkim a zarazem niczym
Wieczny oraz całkiem martwy
Bardzo siebie podziwiając
Mam już dosyć tych sprzeczności
Żeby było trochę prościej
W wielkim bólu, nic nie czując
Zniknę, spłonę, świat urodzę
Zostawiając żywe kości
 

workingclass

Well-Known Member
1 965
3 906
Dzieło literackie z 2011 roku!
Autor - Antoni Wiech.


Pewnego dnia do posesji Krzysia zapukał Maciek. Krzyś otworzył mu drzwi i mimo, że nie dał tego po sobie poznać był trochę zdziwiony, bo ich relacje od dawna nie układały się najlepiej. Dodatkowo Maciek na całym ciele pokryty był jakąś dziwną czerwoną mazią o nieokreślonym zapachu.

- Wejdź - powiedział Krzyś
- Dziękuję - odpowiedział Maciek

Pozwolisz, że przejdziemy do piwnicy, bo testuję właśnie nową syntetyczną kokainę i nie chciałbym przerywać pracy - zaproponował Krzyś. Maciek skinął głową i ruszyli w kierunku podziemi domostwa. Minęli wcześniej ogromny salon gdzie wszędzie porozrzucane były naboje różnej wielkości, a centralnie (zamiast telewizora?) stała mała wyrzutnia rakiet. Na ścianach znajdowało się kilka głów karpich z podpisami: Labuda, Michnik, Kuroń i paru jeszcze innych, których Maciek nie zapamiętał. W fotelu siedział jakiś duży jegomość, który żuł oscypka i kiedy zobaczył przybyszy wstał, przywitał się i z wyraźnie góralskim akcentem powiedział, coś w stylu "Bede lecioł! Jedno fajno rudo dziewucho na mnie czeko!" po czym odwrócił się i wyszedł.

Wokół wszędzie biegało kilkanaście amstafów, dobermanów i jeszcze kilka ras, których Maciek nie umiał nazwać. Patrzyły na niego z nieufnością, ale kiedy tylko Krzyś powiedział do nich: to mój gość! Zaczęły merdać ogonami, a kilka z nich nawet dało się pogłaskać.

W piwnicy znajdowało się wielkie laboratorium chemiczne. Krzyś wziął jedną buteleczkę wypełnioną jakiś płynem wlał do innej i nie patrząc na Maćka powiedział: Co Cię do mnie sprowadza? Maciek odpowiedział: Wiesz Krzyś, nie będę owijał w bawełnę. Nasze stosunki nigdy nie układały się jakoś idealnie, ale mam problem i chciałbym żebyś pomógł mi go rozwiązać... - zawiesił głos, ale Krzyś jakby tego nie zauważył i wlał kolejny płyn do innej buteleczki. Popatrzył z zadowoleniem na zawiesinę i uśmiechnął się do siebie. Maciek kontynuował: kilka miesięcy temu przyszła do mnie komuna hipisów. Spytali się, czy mogliby zamieszkać na mojej posiadłości klika dni. Zgodziłem się. Ale oni nie zamierzają się wynieść! Biegają nocami nago, a musisz wiedzieć, że ich kobiety są paskudne i posiadają np. wąsy. Palą jakiejś kiepskiej jakości ganję, napierdalają w bębenki i ogólnie nie dają mi spokoju. Prosiłem ich kilka razy kulturalnie aby opuścili mój teren, ale odmówili, a dziś nazwali mnie faszystą i obrzucili wegańską wołowiną! Nie wiem co mam robić!
Ok, zajmę się tym - odpowiedział Krzyś wycierając ręce z białego proszku, który nagle pojawił się na jego rękach.
--
Hipisi jak zwykle tańczyli naćpani, kiedy podeszła do nich jakaś postać, której wcześniej tu nie widzieli. Trzymała w ręku shotguna. Na chwilę przestali pląsać, wpatrując się w przybysza a on powiedział do nich spokojnie: Macie 15 sekund na opuszczenie tego terenu, inaczej rozpierdolę wam wszystkim łby. Jeden, najwyższy hipis zmarszczył czoło i krzyknął: czy wiesz, ze czasy dominacji wielkich właścicieli się skończyły! To wy jesteście winni wszystkich wojen! Czy wiesż, że... "Bum!" Nie skończył zdania, bo przybysz uderzył go kolbą w twarz. Pozostała część hipisów widząc to zaczęła uciekać w popłochu, zostawiając za sobą przepocone swetry, bębenki, i porozrzucane koraliki, oraz mały posążek Boba Marleya. Zakrwawiony wojownik o pokój ocknął się i również szybko się oddalił.

"To była przyjemność" powiedział Krzyś do siebie.
--
- Nie wiem jak Ci dziękować! - powiedział Maciek do Krzysia. Wiesz.. może nie popieram tych metod..wolę poezję niż zabawę z bronią, ale czasami jak widać takie sposoby są skuteczne. Ile mam Ci zapłacić?
- Nic. Po prostu towarzysz mi dziś w imprezie na mojej posiadłości. To była dla mnie rozrywka i trzeba to uczcić.
--
Impreza trwała 2 dni. Było mnóstwo jedzenia, tańczące panie z agencji, strzelanie do tarczy oraz inne rozrywki. Maćkowi szczególnie zasmakowało domowej roboty carpaccio. Trzy razy dokładał sobie porcje. Pod koniec zabawy zapytał się Krzysia: powiedź mi, co to za przepis? Idealnie mi smakuje!

- To jest mięso z małej dziewczynki, która weszła na mój teren po piłkę.
- Hahaha! - żartujesz!- powiedział Maciek - a tak serio?
- Mówię serio.

Maciek znów się zaśmiał, ale patrzył coraz dłużej na poważna twarz Krzysia i powoli dochodziła do niego straszna prawda. Robił się coraz bledszy i tylko wyjąkał: nie... nie.. jak mogłeś Ty hardcorowy..... potworze!

- Nikt Cię nie zmuszał do jedzenia - odpowiedział beznamiętnie Krzyś - moja ziemia, moje jedzenie, moje prawo.

Maciek wybiegł wymiotując po drodze. Przez jeszcze trzy dni nie mógł patrzeć na jedzenie. Od czasu tego incydentu relacje z Krzysiem zostały totalnie zerwane.
--
Mijały lata i Maciek doczekał się kilku synów, którzy, ku jego słabo skrywanemu rozczarowaniu bardziej interesowali się bronią i strzelaniem do tarcz niż poezją. Krzyś wyjechał, gdzieś na wschód w poszukiwaniu lepszego katalizatora kokainy, którym podobno handlował jakiś handlarz w tamtych rejonach. Pewnego dnia na terenie posiadłości Krzysia pojawili się posesjoniści. Wprowadzili się, na początku nieśmiało manifestując swoją obecność, aż do chwil, kiedy wywiesili na domu napis an-arche.pl/ oraz czerwono-czarne flagi. W ciągu kilku miesięcy rezydencja zmieniła się w coś przypominającego stodołę z powybijanymi oknami, odpadającymi drzwiami. Wszędzie rosły chaszcze a na podwórku walały się jakieś połamane meble oraz nieokreślone żelastwa.

Maciek miał na to wyjebane, i generalnie nie obchodziło go co się dzieje z terenem Krzysia.

Pewnego dnia jednak obudziły go strzały. Wyjrzał przez okno i zobaczył postać, która biegnąć ostrzeliwała regularnie dom Krzysia. Posesjoniści nie pozostawali dłużni i również odpowiadali ogniem. Wyjrzał przez lornetkę i zobaczył, że tą postacią był Krzyś! "Co mnie to obchodzi?" Pomyślał Maciek? Mógł zadbać o swoją własność. Założył stopery na uszy i próbował zasnąć. Coś jednak nie dawało mu spokoju. Zszedł do salonu i zobaczył swoich synów, którzy z ak47, granatami oraz inną bronią nerwowo ze sobą dyskutowali. Kiedy pojawił się Maciek zamilkli i wpatrywali się w niego proszącym spojrzeniem. Najstarszy z nich o imieniu Maciek junior w końcu przemógł się i powiedział: Tato...prać?! Maciek spojrzał na niego, westchnął, wziął jednego aka, który leżał na stole i nagle krzyknął: PRAĆ KURWA!!!!
Dalej wypadki potoczyły się szybko. Maciek z synami wtargnęli na posiadłość Krzysia. Szybko dogadali się co do taktyki z Krzysiem i zaczęła się bitwa. Trwała kilka godzin, bo posesjoniści nie dawali za wygraną. W końcu jednak wywiesili białą flagę. Wycofali się krzycząc na odchodne: jeszcze tu wrócimy wy pierdoleni kapitaliści!!! Posesja Krzysia była wolna.
Krzyś wyciągnął rękę do Maćka uśmiechnął się i powiedział: Co było to było... dziękuję Ci za pomoc. Maciek jednak nie odwzajemnił uśmiechu, nie wyciągnął ręki tylko wysyczał przez zęby: Nie zrobiłem tego dla Ciebie.. Zrobiłem to dla wolności i...i... kropka! Chodźcie chłopcy, wracamy do domu!
--
Prolog: Mijały miesiące i sytuacja wróciła do momentu sprzed wyjazdu Krzysia. Był jednak pewien wyjątek. Krzyś z wycieczek po terenach wschodu wrócił z córką, o cudownej urodzie o imieniu Beretta. Maciek junior zakochał się w niej od pierwszego wejrzenia, kiedy usłyszał ją jak nuciła somalijskie ludowe pieśni, których nauczył ją ojciec. Młodzi szybko w tajemnicy nawiązali ze sobą kontakt i po cichu spotykali się w zagajniku na ziemi niczyjej zaraz nie opodal swoich posiadłości.

Trzymali się za ręce i marzyli, że kiedyś ich ojcowie się pogodzą, a ich ziemie się połączą i stworzą razem swoje prywatne libertariańskie niebo na ziemi. Maćkowi juniorowi jednak nie dawała spokoju jedna myśl i w czasie pewnej, potajemnej schadzki zapytał Berettę:

- Czy to prawda, że Twój ojciec zrobił kiedyś potrawę z małej dziewczynki, którą zjadł mój ojciec?
- Berreta zaśmiała się serdecznie i odpowiedziała: znam tę historię, ojciec opowiadał mi ją wiele razy. On nigdy nie skrzywdził by dziecka. To była tylko prowokacja, żeby zirytować Twojego ojca. Szkoda, że nigdy tego nie wyjaśnili.

Maciek junior odetchnął z ulgą, przytulił Berretę i zaczął nucić pierwszą zwrotkę piosenki, którą nauczyła go ukochana "I say: So! You Say: Mali! So-Mali! Somali!" Po chwili dołączyła do niego Berreta, a ich wspólny śpiew unosił się jeszcze hen daleko...

KONIEC

Rozumiem @Antoni Wiech , że "Cyklista" to twój pseudonim artystyczny?
Czy ktoś wstawia czyjeś prace jako własna twórczość?
 

Alu

Jedziem do Paragwaju!
4 484
8 940
Zgodność z Naturą

Mędrzec powiedział:
Czyś jest mężczyzna?
To nie gól se nóg!
Bo to lwia grzywa.

Okręt nasz tonie,
wkrótce umrzemy.
O czym rozmyślam?
Ciastko choć zjedzmy!

Świat się zakończy
w ognia płomieniach,
a wraz z nim spoczną
wszystkie pragnienia.

Accordance with Nature

A wise man said:
Are thou a male?
Don't shave your legs!
That's lion's mane.

A ship is sinking,
soon we will die.
What am I thinking?
Let's eat a pie!

The world will end
in one big fire,
with it will rest
every desire.
 
Ostatnia edycja:

Alu

Jedziem do Paragwaju!
4 484
8 940
Realizacja

Trafiam do jakiejś fabryki. Pracuję w niej, zarabiam kasę.

W pewnym momencie staję się dzieckiem. Chce mi się siku. Kucam w kącie i załatwiam potrzebę.
Nagle do pomieszczenia wchodzi kolega z liceum. Czuję ogromny wstyd.
Kolega zachowuje się jakby nic nie widział, ale dostrzegam ledwo zauważalny grymas na jego twarzy.

Żegnam się z kolegą, wychodzę z fabryki.

Spotykam innego kolegę ze szkoły podstawowej. Idziemy razem coś zjeść do McDonalda.

Chcę coś zamówić, ale litery w menu na ścianie są zbyt małe.
Nie jestem w stanie przeczytać ani nazw potraw ani cen.
Kobieta za ladą proponuje mi wobec tego gigantycznego burgera, jest w nim chyba wszystko.
Próbuję go zjeść, ale robi mi się od tego niedobrze.

Idę z kolegą do stołu, gdzie siedzi reszta osób z mojej przeszłości.

Wyciągam telefon, wybieram ikonkę, chcę pokazać im coś zabawnego.
Zamiast tego odtwarzają się dźwięki minionych wydarzeń.
Głosy, rozmowy, kłótnie. Nie mam zielonego pojęcia skąd się tam wzięły.

Zapada cisza, wszyscy patrzą na mnie ponuro.

"Nagrywałeś nas, nagrywałeś wszystko."

"Nic nie nagrałem, ktoś mnie wrabia!"


Rzucam się do ucieczki, biegnę przez miasto.
W zaułku wbiegam do czegoś, co przypomina duży kontener.
Kontener się wydłuża i staje korytarzem. Idę nim z trudem.
Wszystko tu jest ze stali, zimne, śliskie i sterylne.
W oddali słyszę jakieś przeciągłe zgrzyty, jakby ostrzonego noża.

Na końcu korytarza są drzwi, przechodzę przez nie.
Spotykam pracownika, który zaczyna mnie oprowadzać po tym miejscu.

W jednym z pomieszczeń biegnie na mnie odarta ze skóry krowa.
Jest przerażona i agresywna. Schodzę jej z drogi. Dochodzę do wniosku, że jestem w rzeźni.

"Uważaj, nie poślizgnij się."

"Natura pożera się sama."


Pracownik mnie opuszcza. Błądzę, próbując znaleźć wyjście z tej stalowej matni.
Spotykam innego pracownika i pytam jak się stąd wydostać.
Wskazuje mi wyjście, wąski korytarz ze schodami.

Trafiam do pomieszczenia z czerwonej cegły. Wygląda jak opuszczony XIX-wieczny magazyn.
W ścianach jest mnóstwo drzwi i okien.
W jednym z rogów stoi wielki stół a za nim siedzi kilkadziesiąt osób. Nie znam ich.

Okazuje się, że mają mnie sądzić. Spoglądam na nich licząc na przychylność.
Twarze mają brzydkie, patrzą na mnie z niechęcią.
Myślę sobie, że z takim składem sędziowskim nie mam żadnych szans.

Nagle zdaję sobie sprawę, że to wszystko sen. Wstaję i krzyczę.

"To jest sen a ja mogę wszystko!"

Nie czuję złości, sprawiam, że ziemia zaczyna drżeć.
Wszystko się trzęsie, ze stropu leci pył i gruz. Ściany i okna dygocą.
Pomieszczeniem telepie, sędziów ogarnia panika.

"Jeszcze więcej drżenia!"

Drzwi się otwierają, do środka ze wszystkich stron wpadają ludzie. Wyglądają jak Beduini, na głowach mają białe turbany.
W milczeniu biegną przed siebie w różnych kierunkach. Mają zamknięte usta, ich twarze nie wyrażają żadnych emocji.
Przerażeni sędziowie biegają wokół spokojnych Beduinów, wśród grzmotów i sypiących się ścian. Chaos.

Nagle całość zastępuje pojedynczy obraz.



Przede mną panorama, horyzont poszarpany górskimi szczytami.
Ale nie jakbym tam był, tylko jakby ktoś pokazywał mi fotografię.
W kompletnej ciszy przesuwa ją przed moimi oczami jednostajnym, powolnym ruchem.
Jest nieprawdopodobnie wyrazista i szczegółowa. Jest piękna.
Nie mogę uwierzyć, że widzę we śnie obraz o tylu detalach.

W poczuciu totalnego zachwytu tym górskim widokiem, budzę się.
 
Ostatnia edycja:

Alu

Jedziem do Paragwaju!
4 484
8 940
... (Przekraczam o zmierzchu ogrodów bramę)

Przekraczam o zmierzchu ogrodów bramę
Klękam z namysłem przy życia fontannie
Już się nie lękam, naciągam cięciwę
Tak by nie pękła o późnej godzinie
A gdy tylko trafiam całusem do celu
Uśmierzam gniew bestii niczym Orfeusz

... (I cross the gate of the gardens at dusk)

I cross the gate of the gardens at dusk
I kneel pensively beside the fountain of life
I'm no longer afraid, I draw the string
So that it would not break, the hour is late
And when I hit the target with a kiss
Like Orpheus, I soothe the wrath of the beast
 

Alu

Jedziem do Paragwaju!
4 484
8 940
Wolna wola

Ty, który na głowie nie miałeś już włosów
Któryś nauczał mnie wtedy WoSu

I mimo, że uczniem dość słabym byłem
Niegrzeczny czasem i nie radziłem

Sobie z agresją własną i cudzą
Tyś we mnie odruch ludzki rozbudził

Ty przy mnie wtedy odważnie stanąłeś
I swoją siłą do góry podniosłeś

Wskazałeś mi inną perspektywę
I horyzonty poszerzyłeś

Tyś dziecka stopy oderwał od ziemi
Tak, że uczniowie oniemieli

Ty, któryś być może też innych wznosił
Jak mnie, brutalnym szarpaniem za włosy

Dziś już rozumiem, że może wcale
Naprawdę żadnego wyboru nie miałeś

W tym, co żeś uczynił
 
Ostatnia edycja:

Alu

Jedziem do Paragwaju!
4 484
8 940
Sen

Rześkim wieczorem idę deptakiem
Zapalam latarnie wskazując je palcem
Tuż za mną miasto zapada się w nicość
Spojrzeniem tworzę nowe ulice
Odkrywam miejsca nikomu nieznane
Myślę do siebie, jest idealnie
Codziennie wyzbywam się nienawiści
Może już kiedyś czyjś sen tak się ziścił
 
Ostatnia edycja:

Alu

Jedziem do Paragwaju!
4 484
8 940
Free will

You, who had no more hair on your head
Who taught me Citizenship education back then

And even though I was a fairly weak student
Rude sometimes and I couldn't deal

With my own and others' aggression
You awakened the human reaction in me

You stood courageously beside me then
And with your strength you raised me up

You showed me a different perspective
And you have broadened my horizons

You have lifted the child's feet off the ground
So that the other students were speechless

You, who may have also raised others
Like me, by brutally tugging their hair

Today I understand that maybe, perhaps
For real you didn't have any choice at all

In what you have done
 

Alu

Jedziem do Paragwaju!
4 484
8 940
Gwiazdki

Czuję żal
Pijąc sok
Wciąż mam
Głowy ból
Minął rok
Skąpo wen
Płacę cło
Jakiś wał
Widzę dno
Mówię hop
Budzę się
Tylko sen


Stars

I feel regret
While drinking a juice
I still have
A headache
A year has passed
I have no spark
I pay customs duty
Some levee
I can see the bottom
I say hop
I wake up
Only a dream


gwiazdki.png
 
Ostatnia edycja:

Alu

Jedziem do Paragwaju!
4 484
8 940
Łupek

Odbija się od ściany do ściany
Z łoskotem myśląc, że potrafi
Sumować szczęście
I odejmować cierpienie
A jest tylko toczącym się
Po zboczu góry
Szarym kamieniem

łupek.jpg
 
Do góry Bottom