Antoni Wiech - opowiadanie

Antoni Wiech

paranacjonalista
Członek Załogi
3 667
5 009
Libertariańskie Niebo

"Wielebny Ojcze! Pomóż nam rozstrzygnąć spór. Kupiłem to, więc jest moje!
- Masz racje synu...
- Ale on to kupił za moje pieniądze, więc jest moje!
- Masz racje...
- Ale ja i on jednocześnie nie możemy mieć racji!
- Masz racje..."


-- angielski dowcip

Pewnego dnia do posesji Krzysia zapukał Maciek. Krzyś otworzył mu drzwi i mimo, że nie dał tego po sobie poznać był trochę zdziwiony, bo ich relacje od dawna nie układały się najlepiej. Dodatkowo Maciek na całym ciele pokryty był jakąś dziwną czerwoną mazią o nieokreślonym zapachu.

- Wejdź - powiedział Krzyś
- Dziękuję - odpowiedział Maciek

Pozwolisz, że przejdziemy do piwnicy, bo testuję właśnie nową syntetyczną kokainę i nie chciałbym przerywać pracy - zaproponował Krzyś. Maciek skinął głową i ruszyli w kierunku podziemi domostwa. Minęli wcześniej ogromny salon gdzie wszędzie porozrzucane były naboje różnej wielkości, a centralnie (zamiast telewizora?) stała mała wyrzutnia rakiet. Na ścianach znajdowało się kilka głów karpich z podpisami: Labuda, Michnik, Kuroń i paru jeszcze innych, których Maciek nie zapamiętał. W fotelu siedział jakiś duży jegomość, który żuł oscypka i kiedy zobaczył przybyszy wstał, przywitał się i z wyraźnie góralskim akcentem powiedział, coś w stylu "Bede lecioł! Jedno fajno rudo dziewucho na mnie czeko!" po czym odwrócił się i wyszedł.

Wokół wszędzie biegało kilkanaście amstafów, dobermanów i jeszcze kilka ras, których Maciek nie umiał nazwać. Patrzyły na niego z nieufnością, ale kiedy tylko Krzyś powiedział do nich: to mój gość! Zaczęły merdać ogonami, a kilka z nich nawet dało się pogłaskać.

W piwnicy znajdowało się wielkie laboratorium chemiczne. Krzyś wziął jedną buteleczkę wypełnioną jakiś płynem wlał do innej i nie patrząc na Maćka powiedział: Co Cię do mnie sprowadza? Maciek odpowiedział: Wiesz Krzyś, nie będę owijał w bawełnę. Nasze stosunki nigdy nie układały się jakoś idealnie, ale mam problem i chciałbym żebyś pomógł mi go rozwiązać... - zawiesił głos, ale Krzyś jakby tego nie zauważył i wlał kolejny płyn do innej buteleczki. Popatrzył z zadowoleniem na zawiesinę i uśmiechnął się do siebie. Maciek kontynuował: kilka miesięcy temu przyszła do mnie komuna hipisów. Spytali się, czy mogliby zamieszkać na mojej posiadłości klika dni. Zgodziłem się. Ale oni nie zamierzają się wynieść! Biegają nocami nago, a musisz wiedzieć, że ich kobiety są paskudne i posiadają np. wąsy. Palą jakiejś kiepskiej jakości ganję, napierdalają w bębenki i ogólnie nie dają mi spokoju. Prosiłem ich kilka razy kulturalnie aby opuścili mój teren, ale odmówili, a dziś nazwali mnie faszystą i obrzucili wegańską wołowiną! Nie wiem co mam robić!

Ok, zajmę się tym - odpowiedział Krzyś wycierając ręce z białego proszku, który nagle pojawił się na jego rękach.
--
Hipisi jak zwykle tańczyli naćpani, kiedy podeszła do nich jakaś postać, której wcześniej tu nie widzieli. Trzymała w ręku shotguna. Na chwilę przestali pląsać, wpatrując się w przybysza a on powiedział do nich spokojnie: Macie 15 sekund na opuszczenie tego terenu, inaczej rozpierdolę wam wszystkim łby. Jeden, najwyższy hipis zmarszczył czoło i krzyknął: czy wiesz, ze czasy dominacji wielkich właścicieli się skończyły! To wy jesteście winni wszystkich wojen! Czy wiesż, że... "Bum!" Nie skończył zdania, bo przybysz uderzył go kolbą w twarz. Pozostała część hipisów widząc to zaczęła uciekać w popłochu, zostawiając za sobą przepocone swetry, bębenki, i porozrzucane koraliki, oraz mały posążek Boba Marleya. Zakrwawiony wojownik o pokój ocknął się i również szybko się oddalił.

"To była przyjemność" powiedział Krzyś do siebie.
--
- Nie wiem jak Ci dziękować! - powiedział Maciek do Krzysia. Wiesz.. może nie popieram tych metod..wolę poezję niż zabawę z bronią, ale czasami jak widać takie sposoby są skuteczne. Ile mam Ci zapłacić?
- Nic. Po prostu towarzysz mi dziś w imprezie na mojej posiadłości. To była dla mnie rozrywka i trzeba to uczcić.
--
Impreza trwała 2 dni. Było mnóstwo jedzenia, tańczące panie z agencji, strzelanie do tarczy oraz inne rozrywki. Maćkowi szczególnie zasmakowało domowej roboty carpaccio. Trzy razy dokładał sobie porcje. Pod koniec zabawy zapytał się Krzysia: powiedź mi, co to za przepis? Idealnie mi smakuje!

- To jest mięso z małej dziewczynki, która weszła na mój teren po piłkę.
- Hahaha! - żartujesz!- powiedział Maciek - a tak serio?
- Mówię serio.

Maciek znów się zaśmiał, ale patrzył coraz dłużej na poważna twarz Krzysia i powoli dochodziła do niego straszna prawda. Robił się coraz bledszy i tylko wyjąkał: nie... nie.. jak mogłeś Ty hardcorowy..... potworze!

- Nikt Cię nie zmuszał do jedzenia - odpowiedział beznamiętnie Krzyś - moja ziemia, moje jedzenie, moje prawo.

Maciek wybiegł wymiotując po drodze. Przez jeszcze trzy dni nie mógł patrzeć na jedzenie. Od czasu tego incydentu relacje z Krzysiem zostały totalnie zerwane.
--
Mijały lata i Maciek doczekał się kilku synów, którzy, ku jego słabo skrywanemu rozczarowaniu bardziej interesowali się bronią i strzelaniem do tarcz niż poezją. Krzyś wyjechał, gdzieś na wschód w poszukiwaniu lepszego katalizatora kokainy, którym podobno handlował jakiś handlarz w tamtych rejonach. Pewnego dnia na terenie posiadłości Krzysia pojawili się posesjoniści. Wprowadzili się, na początku nieśmiało manifestując swoją obecność, aż do chwil, kiedy wywiesili na domu napis an-arche.pl/ oraz czerwono-czarne flagi. W ciągu kilku miesięcy rezydencja zmieniła się w coś przypominającego stodołę z powybijanymi oknami, odpadającymi drzwiami. Wszędzie rosły chaszcze a na podwórku walały się jakieś połamane meble oraz nieokreślone żelastwa.

Maciek miał na to wyjebane, i generalnie nie obchodziło go co się dzieje z terenem Krzysia.

Pewnego dnia jednak obudziły go strzały. Wyjrzał przez okno i zobaczył postać, która biegnąć ostrzeliwała regularnie dom Krzysia. Posesjoniści nie pozostawali dłużni i również odpowiadali ogniem. Wyjrzał przez lornetkę i zobaczył, że tą postacią był Krzyś! "Co mnie to obchodzi?" Pomyślał Maciek? Mógł zadbać o swoją własność. Założył stopery na uszy i próbował zasnąć. Coś jednak nie dawało mu spokoju. Zszedł do salonu i zobaczył swoich synów, którzy z ak47, granatami oraz inną bronią nerwowo ze sobą dyskutowali. Kiedy pojawił się Maciek zamilkli i wpatrywali się w niego proszącym spojrzeniem. Najstarszy z nich o imieniu Maciek junior w końcu przemógł się i powiedział: Tato...prać?! Maciek spojrzał na niego, westchnął, wziął jednego aka, który leżał na stole i nagle krzyknął: PRAĆ KURWA!!!!

Dalej wypadki potoczyły się szybko. Maciek z synami wtargnęli na posiadłość Krzysia. Szybko dogadali się co do taktyki z Krzysiem i zaczęła się bitwa. Trwała kilka godzin, bo posesjoniści nie dawali za wygraną. W końcu jednak wywiesili białą flagę. Wycofali się krzycząc na odchodne: jeszcze tu wrócimy wy pierdoleni kapitaliści!!! Posesja Krzysia była wolna.
Krzyś wyciągnął rękę do Maćka uśmiechnął się i powiedział: Co było to było... dziękuję Ci za pomoc. Maciek jednak nie odwzajemnił uśmiechu, nie wyciągnął ręki tylko wysyczał przez zęby: Nie zrobiłem tego dla Ciebie.. Zrobiłem to dla wolności i...i... kropka! Chodźcie chłopcy, wracamy do domu!
--
Prolog: Mijały miesiące i sytuacja wróciła do momentu sprzed wyjazdu Krzysia. Był jednak pewien wyjątek. Krzyś z wycieczek po terenach wschodu wrócił z córką, o cudownej urodzie o imieniu Beretta. Maciek junior zakochał się w niej od pierwszego wejrzenia, kiedy usłyszał ją jak nuciła somalijskie ludowe pieśni, których nauczył ją ojciec. Młodzi szybko w tajemnicy nawiązali ze sobą kontakt i po cichu spotykali się w zagajniku na ziemi niczyjej zaraz nie opodal swoich posiadłości.

Trzymali się za ręce i marzyli, że kiedyś ich ojcowie się pogodzą, a ich ziemie się połączą i stworzą razem swoje prywatne libertariańskie niebo na ziemi. Maćkowi juniorowi jednak nie dawała spokoju jedna myśl i w czasie pewnej, potajemnej schadzki zapytał Berettę:

- Czy to prawda, że Twój ojciec zrobił kiedyś potrawę z małej dziewczynki, którą zjadł mój ojciec?
- Berreta zaśmiała się serdecznie i odpowiedziała: znam tę historię, ojciec opowiadał mi ją wiele razy. On nigdy nie skrzywdził by dziecka. To była tylko prowokacja, żeby zirytować Twojego ojca. Szkoda, że nigdy tego nie wyjaśnili.

Maciek junior odetchnął z ulgą, przytulił Berretę i zaczął nucić pierwszą zwrotkę piosenki, którą nauczyła go ukochana "I say: So! You Say: Mali! So-Mali! Somali!" Po chwili dołączyła do niego Berreta, a ich wspólny śpiew unosił się jeszcze hen daleko...

KONIEC

Wszelkie postaci i nicki wykorzystane w tym opowiadaniu są przypadkowe i nie mają nic wspólnego z prawdziwymi postaciami i nickami :D
 

Alu

Well-Known Member
4 247
8 307
Ach, cóż za wspaniała libertariańska klechda :) Można dzieciom do snu czytać...
 
A

Anonymous

Guest
Haha! Dobre w chuj ;). Kiedyś było coś podobnego o dżungli i libertariańskich uchodźcach z Europy na frizonie( albo mikke-fora), którzy w robocie pomylili formularz lsdg325345 z l354ewrfds( coś w ten deseń) i musieli spieprzać.

:)
 

FatBantha

sprzedawca niszowych etosów
Członek Załogi
7 858
22 003
Piękna, ekumeniczna historia. Niech ktoś zrobi jej ekranizację. Posążek Marleya rozwalił mnie doszczętnie.
 
D

Deleted member 427

Guest
Zakrwawiony wojownik o pokój ocknął się i również szybko się oddalił.
"To była przyjemność" powiedział Krzyś do siebie.

Do roli Krzysia pasuje jak ulał:


Tru hardkor libertarian
 
D

Deleted member 427

Guest
Antoni, poruszyłeś właściwą strunę niektórych dusz, ot, cały sekret :)
 

Antałek

Member
179
5
Antoni napisz powieść z perypetiami społeczności libertariańskiej, może jakaś nagroda Prometeusza wpadnie ;)
 

Avx

Active Member
822
154
Premislaus napisał:
Haha! Dobre w chuj ;). Kiedyś było coś podobnego o dżungli i libertariańskich uchodźcach z Europy

Tak, znam to. Powstało w odpowiedzi na moją prozycję emigracji do środkowej Brazylii :D

K.Z.K.G. napisał:
"Libertarianie w dżungli"

Byli zmęczeni i głodni. Od kilku dni przedzierali się przez dżunglę. Przerosło to ich oczekiwania. Robactwo, zwierzęta, dzikie plemiona...Połowa ekspedycji została w tyle...została w tyle na zawsze. Ksawery miał łzy w oczach, gdy przypominał sobie śmierć znajomego anarchokapitalisty. Z wbitą zatrutą strzałką nie pożył już długo. Zostawili go pod jedną z palm. Umierając przyciskał do piersi "Manifest Libertariański".
- Ja tam już nie dojdę. Ale Wy...wy musicie. - mówił ostatkiem sił.
- Przeżyjesz! Nie po to uciekałeś przed poborem!
- Niestety. Ale przynajmniej próbowałem...jestem dumny, że umrę...- zakrztusił się - umrę nie płacąc VAT-u! Na wolnej ziemi!
I musieli go zostawić.
Teraz resztka ekspedycji dotarła na miejsce. Rozgarniając liście i zdejmując z czoła obrzydliwego robaka, Ksawery spojrzał w górę.
Widok nie przypominał wolnych osiemnastowiecznych kolonii. Było to kilka brudnych chat na podwyższeniach. Pilnowali ich poddenerwowani, zabrudzeni ludzie. Jeden z nich wycelował w nich strzelbę.
- Kim jesteście?! Zamierzacie złamać aksjomat o nieagresji? Obrabować nas? A może jesteście - tu głos zachrypiał nienawiścią - zwolennikami PAŃSTWA?!
- Wypluj to słowo, przyjacielu! - krzyknął szybko Ksawery. - nie strzelaj, bo złamiesz aksjomat! Jesteśmy wolnościowcami! Czytamy Rothbarda, tak jak Ty!
Strażnik trochę się uspokoił. Ale zaraz znów wycelował broń.
- Czy jesteście zwolennikami prohibicji?
- Nie, przyjacielu! Słowo "prohibicja" zawsze powodowało we mnie obrzydzenie!
- Czy jesteście zwolennikami monetaryzmu?
- Nie, przyjacielu! Niech ludzie płacą, czym tylko zechcą!
- Czy jesteście zwolennikami koncesji na broń?
- Nie, przyjacielu! O, jakże podobają mi się te strzelby, które trzymacie bez żadnego państwowego zezwolenia!
Strażnik rozpromienił się.
- W takim razie godni jesteście samoposiadania! Witajcie w Libertarii, ostatnim wolnościowym miejscu na ziemi, gdzie królowie, prezydenci i premierzy nigdy nas nie znajdą!
- Nigdy! - krzyknęli pozostali.
- A nawet jak znajdą i spróbują złamać aksjomat - pożałują!
- O, zaiste! Nikt nigdy nie łamie aksjomatu bez konsekwencji! Nie tutaj! - zakrzyknął inny.
- Jak tu się żyje? - spytał Ksawery.
- Musimy się stale pilnować. Napadają nas dzikie zwierzęta, plemiona, deszcze zmywają nasz dorobek. Nie ma prądu i wody. Popyt na leki nie jest póki co zaspokojony. Ale jesteśmy...
- WOLNI! - dokończyli wszyscy.
"Wolność" - Ksawery tyle na to czekał. Już kiedyś sobie to postanowił, pamiętał kiedy, to było wtedy gdy urzędnik powiedział mu, że pomylił Formularz Unijny UE-254 z Formularzem ProUnijnym Y352. Od tej pory przygotowywał się do ekspedycji. I wreszcie osiągnął kompletną Wolność. Cóż z tego, że nie ma prądu? Można śpiewać ballady przy ognisku i żuć odpowiednio rozmiękczone liście. I nie płacić przy tym wszystkim VAT-u.

Ciągle uważam to za nie najgorszą opcję :D Szczególnie, jeśli przypadkiem zacznę oglądać telewizję, słuchać radia czy porozmawiam z jakimś, tfu, socjalistą...
 
A

Anonymous

Guest
To to ale pamiętam, że w tamtym opowiadaniu było jeszcze coś o prawie do dyskryminacji i ich wygnali do sąsiedniej osady ;).
 

FatBantha

sprzedawca niszowych etosów
Członek Załogi
7 858
22 003
Dobra, to czas na więcej akapskiej sztuki i rozrywki. To w zasadzie jest cover-przeróbka, bo Przybora z Wasowskim odwalili tak dobrą robotę, że łatwo można modyfikować ich piosenki, a zresztą większość i tak pasuje. ;)

Odjebka jest dobra na wszystko
Odjebka na drogę za śliską

(Przerywają)

- Na co? Ale o takich brzydkich sprawach to chyba nie będziemy śpiewać?
- Najmocniej Cię przepraszam - zapomniałem, że drogi to drażliwy temat.
- Słuchaj, ludzie przychodzą się tu odprężyć, a Ty im o drogach i to w dodatku śliskich. Zarówno w finansowaniu jak i w obyciu. Zbyt dużo etatyzmu, mój drogi...
- Powiedziałeś to!
- Cóż takiego?
- "Mój drogi". MUH ROADS!
- (Zrezygnowany wzdycha dając za wygraną...) Możemy wrócić do piosenki?
- (Zadowolony z siebie i zrelaksowany.) Jak najbardziej.
- Zatem jeszcze raz...​

Odjebka jest dobra na wszystko
Odjebka na wredne komusze ryjsko
Odjebka na życia stopę za niską
Odjebka podniesie Ci ją
Parararara...

Odjebka to sposób z giwerką
Na inną, nieładną odjebkę
Na ładną niewinną panienkę
Odjebka - esencja élan vital

Odjebka to jest klinek na splinek
Na brzydki murzyński uczynek
Na braczek rzucony na rynek
Na taki jakiś nie taki ten byt

Odjebka pomoże na wiele
Na co dzień jak i w niedzielę
Na to żebyś Ty patrzał weselej
Odjebka - la déshumanisation petite

Po to wiążą ludzi jelitami Krzysio i ten drugi
Żebyś nie był bez siekierki, żebyś nigdy jej nie zgubił
Żebyś w sytuacji trudnej mógł lub mogła westchnąć z wdziękiem:
Życie czasem nie jest cudne, ale przecież mam swoją odjebkę

Odjebka jest dobra na wszystko
Odjebka na komusze ryjsko
Odjebka na życia stopę za niską
Odjebka podniesie Ci ją
Parararara...

Odjebka to sposób z giwerką
Na inną, nieładną odjebkę
Na ładną niewinną panienkę
Odjebka - esencja élan vital

Odjebka to jest klinek na splinek
Na brzydki murzyński uczynek
Na braczek rzucony na rynek
Na taki jakiś nie taki ten byt

Odjebka pomoże na wiele
Na co dzień jak i w niedzielę
Na to żebyś Ty patrzał weselej
Odjebka - la déshumanisation petite
Jej słowa, melodia i rytm

ODJEEEEBYWAAAAĆ, KUUUURRRRRRRRRRWAA!


Można też modyfikować ich kuplety:

I znaleźliśmy się w wieku trudna rada
komunizmu, etatyzmu, co okrada
ale za to z drugiej strony cieszy bardzo nas
że ich wszystkich można równo wpuścić w gaz

Starsi libowie, starsi libowie, starsi libowie dwaj
Aksjomat w głowie a Rothbard w mowie, chociaż na giełdzie krach
Starsi libowie, starsi libowie, starsi libowie dwaj
Aksjomat w głowie a Rothbard w mowie, chociaż na giełdzie krach

I ta trwoga i ta trwoga trudna rada
że się nie wie czy się piwnica dla dam nada
Ale z drugiej strony cieszy takiej wdzięk
gdy rozwieje dana dama taki lęk

Starsi libowie, starsi libowie, starsi libowie dwaj
Aksjomat w głowie a Rothbard w mowie, chociaż na giełdzie krach
Starsi libowie, starsi libowie, starsi libowie dwaj
Aksjomat w głowie a Rothbard w mowie, chociaż na giełdzie krach

Za granicę raczej nikt już nas nie wyśle
Zostaniemy trudna rada my przy Wiśle
Ale z drugiej strony też się cieszy człek
Z geografii znając gorszych parę rzek

Starsi libowie, starsi libowie, starsi libowie dwaj
Aksjomat w głowie a Rothbard w mowie, chociaż na giełdzie krach
Starsi libowie, starsi libowie, starsi libowie dwaj
Aksjomat w głowie a Rothbard w mowie, chociaż na giełdzie krach

Nie liczymy trudna rada też z kolegą
by na Marsa via sputnik się w ten tego
Ale z drugiej strony czy na Marsie gra
Gdy w ankiecie się Korwina-Mikke ma

Starsi libowie, starsi libowie, starsi libowie dwaj
Aksjomat w głowie a Rothbard w mowie, chociaż na giełdzie krach
Starsi libowie, starsi libowie, starsi libowie dwaj
Aksjomat w głowie a Rothbard w mowie, chociaż na giełdzie krach
 
Do góry Bottom