Mainstream gada tak jak my

pawel-l

Ⓐ hultaj
1 838
6 571
Uwielbiam jak etatystyczne media puszczają takie krytyczne teksty np. o demokracji. Kodowcy mają chyba skręt kiszek.
Robert Krasowski, "Polityka" (całość w jpg):
Partie to gangrena
PiS zawłaszczył państwo. To prawda. Obsadził je miernotami. To też prawda. Myślącymi głównie o własnych korzyściach. I to również prawda. Ale to tylko fragment obrazka.
Między partiami można szukać różnic, co notorycznie robimy. Ale wtedy nie widzimy tego, co w nich jest wspólne. Nie widzimy samej partii. Najbardziej zdegenerowanej instytucji, jaką stworzyła demokracja. Do istnienia partii przywykliśmy, nie pamiętamy już innej polityki. Ale gdy rozwinęły się one w XIX w., wzbudziły osłupienie. Elity były przerażone, tak ordynarnej prywaty polityka jeszcze nie znała. Wcześniej bano się, że konsekwencją powszechnego prawa wyborczego będzie triumf ignorancji mas. Okazało się jednak, że władzę nad demokracją przejęły nie masy, lecz partie. Bezwzględne struktury skupione na przejmowaniu stanowisk państwowych. Dla profitów oficjalnych i nieoficjalnych – dla pensji i dla korupcji. Władzę objęła nie ignorancja, lecz cynizm.

Polityka zawsze była brudna, ale nigdy ten brud nie ujawnił się w tak wielkim stężeniu. Zadziałała również skala. Nigdy państwo nie było tak wielkie. Nowa epoka stworzyła organizacyjne giganty, z wielkimi budżetami, z setkami tysięcy stanowisk do obsadzenia. I cała pula była teraz do wzięcia, wystarczyło wygrać wybory. Dlatego powstały partie polityczne. W teorii biły się o idee, w praktyce były spółkami zawiązanymi w celu zdobycia państwowych stanowisk. Tysiące ludzi jednoczyło się po to, aby całą pulę między siebie podzielić.

Państwo jako łup
Najlepszy opis partii politycznych został sporządzony sto lat temu przez niemieckiego socjologa Maxa Webera.
...
Różnica między amerykańską partią z XIX a tą z XXI w. polega na tym, że kiedyś państwo prymitywnie okradali dyletanci, dziś jest elegancko łupione przez cyników z dyplomami Harvardu.
...
W każdej partii ideowcy są tylko fasadą, wabikiem dla wyborców i mediów. Trzon stanowią aparatczycy żądni korzyści.
...
Partie są chorobą, która toczy demokrację od samego początku. Chorobą nieuleczalną.
...
Bo partie to zaraza. Gangrena. Nie ma dobrych partii, są tylko złe albo bardzo złe. Powszechne prawa wyborcze stworzyły przestrzeń dla bezproduktywnego cynizmu. Za kilka wieków partia polityczna będzie opisywana jako jedna z większych pomyłek ludzkości.
---
Mam nadzieję, że trochę szybciej...
dem1a.JPG dem2a.JPG dem3a.JPG
 

pawlis

Samotny wilk
2 254
7 976
Adam Wajrak bardzo rozsądnie o dzikich pomaganiu zwierzątek. W tym momencie traci rzesze fanów w postaci zwierzolubnych zjebów z dużych miast.

Weźmy więc konkretny przykład. Idziemy na spacer do lasu, jest sympatyczne popołudnie, powiewa ciepły wiatr. Wtem spostrzegamy, że w bagnie utknął łoś. Podchodzimy bliżej, żeby zobaczyć, co się stało. Łoś żyje, wygląda na zdrowego, jednak pomimo ponawianych prób nie udaje mu się wydostać z bagna. Jest już zmęczony, jednak co jakiś czas nadal próbuje wyjść na brzeg. Wiemy, że jeżeli łoś zostanie tam na noc, to niemal na pewno nie przeżyje do rana. Przyczyni się do tego zmęczenie i wychłodzenie. Wiemy także, że do wyciągnięcia łosia z bagna potrzebne są pasy do podnoszenia krów lub koni, które można mu założyć pod przednie nogi. Nasi znajomi, którzy mieszkają w gospodarstwie nieopodal, mają takie pasy, gdyż hodują konie. Jest tam teraz także kilka osób, które wystarczą do tego, by łosia z bagna bezpiecznie wyciągnąć. Mamy przy sobie telefon komórkowy i naładowaną baterię. Jest zasięg. Co robimy?

– Jeżeli łoś wpadł w bagno, to znaczy, że jest głupim łosiem, bo przecież bagna to naturalne środowisko łosia – stwierdza Adam Wajrak. – Powinien umieć ocenić, gdzie jest bezpiecznie, a gdzie nie. Może się to zdarzyć przez przypadek, ale przypadek też odgrywa ważną rolę w ewolucji. Dajmy zwierzętom popełniać błędy i ponosić tego konsekwencje. Jeżeli teraz wyciągniesz łosia z bagna, nie dasz mu zginąć, to dlaczego nie dokarmiać bocianów wczesną wiosną gdy leżał jeszcze śnieg. Takich, które popełniły ten błąd, że przyleciały dwa tygodnie wcześniej, albo nie opóźniły swojej wędrówki, podczas gdy inne zachowały się rozsądnie i poczekały w cieplejszych regionach Europy lub na Bliskim Wschodzie? Dzięki pomocy człowieka te, które przyleciały wcześniej i postąpiły niezbyt rozsądnie, zajmą lepsze gniazda, a te, które nie pchały się do nas, stracą, choć zachowały bocianią przezorność. Promujesz kogoś kosztem kogoś innego. Ja też tak kiedyś robiłem, bo myślałem, że człowiek ma prawo się wtrącać. Ale teraz uważam, że lepiej tego nie robić, że to błąd.
(...)
Jeżeli natomiast chcemy mieć zwierzęta naprawdę dzikie, to zostawmy je w spokoju. Należy pomagać, jeżeli to człowiek jest przyczyną cierpienia, jeżeli zwierzę zostało postrzelone, wpadło na drucianą siatkę czy jeżeli potrącił je samochód. Przecież samochody i siatki to zupełna nowość w przyrodzie i zwierzęta nie miały szansy się do nich przystosować, a przynajmniej nie w takim stopniu jak do naturalnych wyzwań. Wtedy to jest uzasadnione. Rozumiem, że gdyby łoś wpadł do studni, czy do rowu wykopanego przez człowieka, którego w lesie nie powinno być. Ale bagno to część życia łosi, one od wieków do niego wpadały. Śmierć łosia w bagnie jest zyskiem dla całej masy zwierząt. Być może zjedzą go wilki, które nie będą musiały polować na innego łosia. Rozumiem też, że pomagamy ginącym i rzadkim gatunkom, które wpadły w kłopoty przez nas, bo na przykład na nie polowaliśmy albo tak zniszczyliśmy ich środowisko, że są na tyle nieliczne, że każdy zwierzak jest na wagę złota. Ale łoś do nich nie należy
(...)
Ze strony nas, ludzi, im mniej interwencji tym lepiej. Jeżeli dziś pomożesz łosiowi wyjść z bagna, to jutro będziesz szczepił łosie, które są gryzione przez kleszcze, a pojutrze będziesz spędzał z nich strzyżaki.

– Nie proponuję, aby armia wolontariuszy przeczesywała Amazonię i robiła przegląd uzębienia jaguarom i tapirom. To już nie.

– Ale to jest początek tej drogi.

– Widzę tu granicę do postawienia – mówię. – Tu chodzi o to, aby ulżyć konkretnemu zwierzęciu w cierpieniu.

– Jak chcesz mu ulżyć w cierpieniu, to strzel mu w łeb, ale ratowanie to nie to samo.

– Ale przecież wystarczy wyciągnąć go z bagna i sam już sobie dalej pójdzie.

– No tak, ale wtedy zaburzasz ewolucję i życie łosi.

– W to nie wierzę.

– Życie łosia polega na tym, że musi się dobrze poruszać po bagnach – stwierdza Adam. – Tak samo jak musi dobrze ocenić, czy uciekać przed wilkami, czy się bronić. Koniec, kropka. Wpadł w bagno, to znaczy to, że tego nie potrafi. Może miał pecha, może miał zły dzień, ale niestety, tak to działa w naturze.
(...)
– Nie unikniemy osobistych spotkań z dzikimi zwierzętami – stwierdza. – Jest nierealistyczne oczekiwać, że możemy pozostać niezauważeni, również w sensie etycznym. Mam wrażenie, że, jako ludzie, jesteśmy w momencie, w którym powinniśmy sobie zdawać sprawę ze swojej rosnącej odpowiedzialności wobec zwierząt. Trudno jest odwrócić się plecami od cierpienia i powiedzieć „Mnie to nie interesuje, tak ma być”.

4.
– No, dobrze – mówi Adam Wajrak – ale, co szkodziło, na przykład dać Wikingowi [słynny żubr z Puszczy Białowieskiej, który zmarł niedawno – przyp. red.] antybiotyki?

– No, właśnie, nic – odpowiadam.

– A dlaczego nie zostawić go, żeby umarł na swoich zasadach?

– Tylko, czy to na pewno są jego zasady? – pytam.

– Na pewno żubry przez całe wieki nie dostawały antybiotyków – mówi Adam.

– To się zgadza.

– Tak samo, jak łosie przez całe wieki wpadały do bagien i te, które wylazły, to super, a te, które nie wylazły, to ginęły. I tak oto ewolucja stworzyła łosia – zwierzę, które generalnie daje sobie radę na bagnach.

– Na pewno było tak – mówię, – że kiedyś ludzie mieli takiej wiedzy ani możliwości, by wyleczyć dzikie zwierzę, które tego potrzebowało. Kiedyś ludzie mogli nie potrafić zareagować, nie wiedzieli jak. Wtedy to już trudno. Teraz jednak, gdy masz przed sobą zwierzę, które jest ranne lub cierpi na chorobę, którą jesteś bez problemu w stanie wyleczyć…

– Ale choroba jest częścią jego życia. Pytanie brzmi też, dlaczego leczyć te zwierzęta, a nie tamte? A jak już zaczynasz leczyć, to uruchamiasz kaskadę problemów, tak jak wyleczenie lisów ze wścieklizny, która zabijała je dziesiątkami.

– Tu jednak, jak rozumiem, chodziło o przenoszenie tej choroby dalej.

– Oczywiście, chodziło o ludzi. Bo jedna osoba na dziesięć lat umierała od wścieklizny. A teraz w wyniku tego lisy się mnożą, a myśliwi do nich strzelają, gdyż mówią, że lisów jest za dużo. Konsekwencje są więc straszne. A w przypadku Wikinga, to może przedłużyłbyś mu życie o cztery tygodnie.

– Być może, ale czy nie zrobiłbyś tego w przypadku człowieka? – pytam.

– Ludzie to jest coś innego. To jest gatunek, który jest wyjęty spod tego wszystkiego. Od kiedy opanował ogień, to już odjechał zupełnie od naturalnych zasad, bo żadne zwierzę nie opanowało przenoszenia, magazynowania i wytwarzania energii. A patrząc na to zupełnie prostacko: mój gatunek, ludzie, mamy jakieś zasady, a inne gatunki mają swoje. Łosie nie pomagają łosiom.

– Ale my możemy im pomóc – mówię. – Tu jest właśnie możliwość interakcji pomiędzy człowiekiem a zwierzęciem. Chodzi o konkretną sytuację, w której masz przed oczami łosia. Jesteś jej uczestnikiem. Możesz zareagować, możesz mu ulżyć w cierpieniu i wiesz, że nie będzie to miało żadnych daleko idących konsekwencji dla ekosystemu. Efekt będzie po prostu taki, jak gdyby naturalnie przeszedł przez bagno, nie zatrzymując się nigdzie po drodze.

– Oczywiście, że będzie miało konsekwencje – obrusza się Adam, – bo ratujesz głupiego łosia, który się w to bagno wpakował. A poza tym setki zwierząt, z owadami włącznie, mogłyby na tym martwym łosiu skorzystać. One już tam czekały, że łoś się tą wodą zachłyśnie i będzie można go jeść przez najbliższe dwa miesiące. A tu przyszedł człowiek i powiedział, dobra, wyciągamy go. I jakaś kuna może czegoś nie zje, może nie wykarmi młodych i tak dalej. Jakie to jest egoistyczne. Patrzysz na to, że jest tylko „ja i mój łoś”. Cała ta historia jest oparta na tym, że są zwierzęta, które są lubimy i których nie lubimy. Jest to troszkę bardziej skomplikowane.
Całość tu: http://krytykapolityczna.pl/kraj/czy-pomagac-losiowi-ktory-utknal-w-bagnie-niekoniecznie/
 

bombardier

Well-Known Member
1 349
5 624
Wywiad z Bernsteinem, mało znanym randystą:


Niedawno w Polsce wprowadzono program 500+, czyli comiesięczne zapomogi dla rodzin posiadających co najmniej dwójkę dzieci. Założono, że dzięki temu programowi znacznie zmniejszy się poziom ubóstwa. Pisano, że w ten sposób „polskim rodzinom przywrócono godność”. Czy to nie piękne i dobre?

A co ma wspólnego godność z materialnym poziomem życia? Biedak ma jej mniej niż bogacz? Godność to koncept związany z indywidualną moralnością, człowieczeństwem, a nie ze stanem posiadania. Myślę, że tego typu programy nie są dobre. Po pierwsze, opierają się, jak każda redystrybucja, na zwykłej kradzieży. Po drugie, dają sygnał społeczeństwu, że nie trzeba brać odpowiedzialności za swoje życie, że pieniądze nie muszą być wynikiem pracy i wysiłku, że spadają z nieba. To bardzo szkodliwa lekcja. To mnie właśnie smuci w polityce państwa opiekuńczego, że opiera się na bardzo pesymistycznej wizji człowieka. Jest on w niej za słaby, za głupi, żeby samemu radzić sobie w życiu.

Ale przecież zdarzają się rzeczy nieprzewidziane w naszym życiu – choroby, zwolnienie z pracy. Państwo opiekuńcze zapewnia nam wówczas miękkie lądowanie, ubezpieczając nas od skutków losowych przypadków. Czy to, że wybieramy partie, które to państwo rozbudowują, nie oznacza po prostu, że chcemy tego państwa i się na redystrybucję godzimy? Trudno byłoby wówczas nazywać ją kradzieżą.

Po pierwsze, nigdy nie ma 100 proc. poparcia dla redystrybucji, więc z konieczności wiąże się ona z kradzieżą. Po drugie, skoro tyle milionów osób na całym świecie głosuje na socjaldemokratów głoszących państwo socjalne, to czy ci sami ludzie nie mogliby zaangażować się mocniej w działalność społeczną i charytatywną? Skoro chcą przeznaczać swoje prywatne pieniądze na biednych czy pokrzywdzonych przez los, czemu tego nie robią sami z siebie? Czy ktoś zabrania im stworzenia prywatnego funduszu ubezpieczeń od utraty pracy? Nie. Gdyby naprawdę wierzyli w to, co głoszą, znaleźliby w sobie energię, by wyręczyć państwo w sferze socjalnej.


Więcej:
http://wiadomosci.dziennik.pl/opinie/artykuly/547544,500-andrew-bernstein-500-plus.html
 

ernestbugaj

kresiarz umysłów
815
2 428
Po pierwsze, nigdy nie ma 100 proc. poparcia dla redystrybucji, więc z konieczności wiąże się ona z kradzieżą. Po drugie, skoro tyle milionów osób na całym świecie głosuje na socjaldemokratów głoszących państwo socjalne, to czy ci sami ludzie nie mogliby zaangażować się mocniej w działalność społeczną i charytatywną? Skoro chcą przeznaczać swoje prywatne pieniądze na biednych czy pokrzywdzonych przez los, czemu tego nie robią sami z siebie? Czy ktoś zabrania im stworzenia prywatnego funduszu ubezpieczeń od utraty pracy?
Myślę, że to działa trochę inaczej. Ludzie głosując na partie nazwijmy je socjalne, myślą wyłącznie o sobie. Chodzi im właśnie o to, żeby zapewnić sobie miękkie lądowanie jak stracą pracę, zachorują, albo w jakiś inny sposób podwinie im się noga. Oni wcale nie są społecznikami, którzy propsują wysokie podatki, bo chcą pomagać biednym, ale są nieświadomymi bidulkami i nie zdają sobie sprawy, że najlepszą droga to kapitalizm. To zasrani egoiści i odwoływanie się do ich chęci pomocy innym to duży błąd.
 

tomky

Well-Known Member
789
1 922
W tym momencie przypomina mi się Otoka-Frąckiewicz. 500+ dobre, bo to pieniądze wyrwane z paszczy potwora, a przy okazji mam dzieci i też dostanę.
 
  • Like
Reactions: wah

FatBantha

sprzedawca niszowych etosów
Członek Załogi
7 399
19 231
Oświadczenie króla Serbii w sprawie zwrotu skonfiskowanej własności
Wiadomość z Belgradu
26 grudnia 2018 roku Jego Królewska Mość król Serbii Alexander II wydał oświadczenie, w którym stwierdził, że w imieniu wszystkich ludzi, których mienie zostało nielegalnie skonfiskowane, jak również w imieniu własnej rodziny, domaga się sprawiedliwości. Przypominając, jak wiele krzywd Serbowie już wycierpieli, Najjaśniejszy Pan odwołuje się jednak do pojęć, które współcześnie mają przede wszystkim moc ideologicznych zaklęć, i stwierdza, że własność jest jednym z najbardziej podstawowych praw człowieka i podstawą wszystkich demokracyj oraz krajów cywilizowanych. Historyczne doświadczenie pozostaje w sprzeczności z opinią władcy, gdyż własność jest zwykle pierwszą ofiarą nowych reżimów demokratycznych, później zaś, po ich ustabilizowaniu, podlega przynajmniej częściowej konfiskacie w formie zalegalizowanej grabieży – nadmiernych i marnowanych przez aparat urzędniczy podatków. Prawa człowieka? Cóż, to tylko fikcja, która ma zastąpić Prawo Boże, nieustannie rozszerzany katalog roszczeń do wygodnego życia na cudzy koszt.

W dalszej części oświadczenia monarcha słusznie zauważa, że tytuły własności nie mogą być traktowane według podwójnych standardów ze względu na datę nabycia majątku. Dlatego wszelkie kwestie dotyczące skradzionej własności trzeba rozwiązać jak najszybciej. Najjaśniejszy Pan wspomina, że prywatną własnością jego dziadka, króla Alexandra I, były m.in.: pałace w Dedinje – Królewski i Biały – a także skrytka numer 555 w Narodowym Banku Serbii.

Na koniec król podkreśla raz jeszcze, że występuje w imieniu wielu rodzin, które domagają się sprawiedliwości i zwrotu własności, dlatego kwestia reprywatyzacji powinna zostać jak najszybciej rozstrzygnięta.

opracowanie: Adrian Nikiel
 

rawpra

Well-Known Member
2 746
4 741
Myślę, że to działa trochę inaczej. Ludzie głosując na partie nazwijmy je socjalne, myślą wyłącznie o sobie. Chodzi im właśnie o to, żeby zapewnić sobie miękkie lądowanie jak stracą pracę, zachorują, albo w jakiś inny sposób podwinie im się noga. Oni wcale nie są społecznikami, którzy propsują wysokie podatki, bo chcą pomagać biednym, ale są nieświadomymi bidulkami i nie zdają sobie sprawy, że najlepszą droga to kapitalizm. To zasrani egoiści i odwoływanie się do ich chęci pomocy innym to duży błąd.
tam gdzie jest większy promiskuityzm jest bardziej sensowne być lewakiem tzn "altruistą" bo gdy jest promiskuityzm to nie ma pewności ojcostwa więc lepiej pomagać bo jest szansa że to ktoś z twojego rodu
a z promiskuityzmem idzie w parze egalitaryzm, z biologicznego punktu widzenia
 

FatBantha

sprzedawca niszowych etosów
Członek Załogi
7 399
19 231
The planet has a fever, and the cure is more capitalism, a prominent researcher argues
In a provocative new book, MIT’s Andrew McAfee asserts that rich countries have figured out how to grow with lighter environmental impacts—and developing nations can follow suit.
by James Temple
Jun 20, 2019
The US is cutting greenhouse-gas emissions, energy use, air pollution, and its use of major resources, even as its economy and population expand.

This “decoupling” of growth from environmental degradation is showing up in other major economies as well, and even in some developing ones, MIT scientist Andrew McAfee argues in what’s bound to be a controversial new book. He asserts that the phenomenon represents a critical turning point in economic history—and an essential one if we hope to sustain a growing global population without decimating the planet.

Accelerating the shift globally will require us not to overhaul the capitalist system—but rather to double down on it, he contends.

McAfee, who is co-director of the MIT Initiative on the Digital Economy, laid out his argument during a presentation on Thursday morning at Breakthrough Dialogue 2019, a conference organized in Sausalito, California, by the Breakthrough Institute. His book, More from Less, is set to be published in October.

It certainly seems like a counterintuitive argument to make at a point when much of the world is busy filling the oceans with plastic, whiffing on the targets of the Paris climate accords, and driving an ever growing number of animals toward extinction. McAfee is quick to stress that he’s not suggesting everything’s hunky-dory, though. He noted that climate change, pollution, poverty, and malnutrition are daunting challenges in need of urgent action.

His point, rather, is that the decoupling under way shows we have the tools to address these sorts of problems.

The book, which MIT Technology Review obtained an early draft of, says there are four main forces—which McAfee calls the “four horsemen of the optimist”—that enable decoupling in mature economies:

  • the efficiencies driven by capitalism
  • technological progress that has allowed us to “dematerialize” our consumption (by, for instance, cramming atlases, compasses, calculators, recorders, cameras, stereos, and other gadgets into a single device in our pocket)
  • public awareness of environmental damage
  • governments that respond to those concerns by putting regulations in place to reduce those harms
So, McAfee argues, what we need to address climate change and prevent other environmental catastrophes, while maintaining modern living standards for billions of people, is … even more of each of these horsemen, working in concert.

At the Breakthrough conference, McAfee highlighted a series of charts that showed US GDP continuing to rise, even as the use of metals, stone, cement, sand, timber, and paper have all fallen in recent years.

“We plateaued and started decreasing our aggregate consumption of these … literal building blocks for an economy,” he said.

Another chart showed that US use of fertilizer, cropland, and water are all declining, even as crop tonnage continues to climb.

The book adds that among the more than 70 minerals, metals, and other resources long tracked by the US Geological Survey, only six haven’t yet begun to decline in use. Consumption of steel, aluminum, and copper is down around 15%, 32%, and 40%, respectively, from peak levels.

Other panelists on Thursday questioned some of McAfee’s conclusions.

Ariane de Bremond, executive officer of the Global Land Programme, stressed that in a tightly linked global economy it can be very difficult to untangle whether resource use is truly decreasing. For example, she noted that while the expansion of agricultural land around the world is slowing, overall acreage is still increasing.

“Is it really all decoupling, or is some of it displacement into other parts of the word?” she said.

Similarly, Victor Galaz, deputy director at the Stockholm Resilience Centre, said it won’t matter much if we slow down our race toward critical environmental tipping points, if we still end up crossing them.

He noted that Greenland’s ice sheets are melting, bleaching events have devastated coral reefs, and deforestation of the Amazon continues.

“When you’re dealing with systems that have thresholds … actually these systems don’t care about trends; they care about aggregate impacts,” he says.

There are other good reasons to be cautious about drawing overly firm or broad conclusions—some of which McAfee notes himself.

For one thing, some of the declining trends in resource usage could still be a hangover from the Great Recession. Much of America’s progress on greenhouse-gas pollution is due to the shift from coal to cleaner natural gas, which is still associated with quite a lot of carbon dioxide and comes with its own set of environmental challenges. And whatever small gains are being made in a few nations could be more than offset by the growing appetites of emerging economies.

But McAfee makes a strong case that some long-held assumptions about the inevitable costs of growth are simplistic and frequently wrong. Technological progress and economic growth have certainly inflicted very real environmental and social costs. But they’ve also inarguably delivered massive gains in health, wealth, and standards of living.

And while it may clash with some of our deeply ingrained intuitions, it’s clear that technology can play, and perhaps must play, a role in solving some of the same problems it creates.
 

Ciek

Miejsce na Twoją reklamę
Członek Załogi
4 535
10 618
Widzę sam wstęp. BTW. jest tam coś więcej niż korelacje?
Coś zrypałeś z ustawieniami adblocka, ja widzę całość.

Ustawa „antyprzemocowa" z 2004 r. przyniosła więcej szkody niż pożytku – pisze obserwatorka życia polityczno-społecznego na Półwyspie Iberyjskim.

Jak podał w listopadzie 2018 r. jeden z głównych dzienników prasowych „ABC": w stolicy zarejestrowano dwa razy więcej psów niż dzieci (281 339 pupilów kontra 141 903 dzieci do lat czterech). „Hiszpania umiera" – alarmują media i przytaczają zasmucające dane, w których wskaźnik urodzeń spadł do najniższego poziomu z 1941 r., kiedy to kraj powstawał ze zgliszczy wojny domowej.

Liczba zgonów przewyższa liczbę urodzeń. Statystyczna kobieta rodzi po 32. roku życia pierwsze i zazwyczaj jedyne dziecko (wskaźnik urodzin to 1,37), przy czym rodzą głównie imigrantki. Jak podaje kataloński portal Somatemps, katalońska kobieta rodzi średnio 1,1, ale jej muzułmańska sąsiadka osiąga wskaźnik 8,1. Z myślą, że Katalonię w 2080 r. będzie zamieszkiwała większość islamska, zdążyli się już chyba oswoić wszyscy.

Kobiety nie chcą rodzić dzieci, mężczyźni nie chcą zakładać rodzin. Powodów, dla których tradycyjna rodzina w Hiszpanii zaczyna być gatunkiem wymierającym, jest wiele, wśród nich strukturalne bezrobocie, świeżo przebyty kryzys ekonomiczny, który dał Hiszpanom i po kieszeni, i po nadziejach, że uda im się żyć tak lekko i stabilnie, jak to mieli zapewnione ich dziadkowie i rodzice.

Czy ktoś w Europie jeszcze pamięta, że ów znienawidzony (ale dopiero po śmierci!) Franco był autorem słynnego „cudu gospodarczego", gdy Hiszpania po zniszczeniach wojennych stała się ósmą potęgą gospodarczą świata z zerowym bezrobociem, pełnią praw pracowniczych, boomem mieszkaniowym i pokojową transformacją w monarchię parlamentarną, która pozwoliła zagoić rany po bratobójczej wojnie.

Można jednak śmiało zaryzykować twierdzenie, że jednym z solidnych powodów katastrofy demograficznej jest uchwalona w 2004 r. przez ekipę premiera Zapatero ustawa o przeciwdziałaniu przemocy „na tle płciowym". Zdziwiłby się jednak ten, kto uważa, że socjaliści obronili w ten sposób życie wielu niewiast narażonych na furię hiszpańskiego macho, który przemoc ma ponoć immanentnie wpisaną w geny (tak przynajmniej głosi ustawa). Przy całym skomplikowaniu kwestii, o które zahacza to prawo, jedno jest pewne: ofiar przybywa. I to po obu stronach.

HETEROPATRIARCHAT
Skupmy się na faktach i danych, wokół których toczy się ostatnio dyskusja w Hiszpanii. Dziwnym trafem przy tworzeniu ustawy antyprzemocowej nikt nie zauważył, że staje ona w jawnej sprzeczności z art. 14 konstytucji hiszpańskiej, która mówi o równości wszystkich obywateli przed prawem niezależnie od urodzenia, rasy, wyznania, płci etc.

Ustawa zwana „pozytywnie dyskryminującą" zawiera już w art. 1 dziwaczne stwierdzenie, jakoby mężczyzna będący w związku z kobietą pozostawał w relacji władzy i siły. Niektóre przepisy ustawy przeciwko przemocy na tle płciowym traktują właściwie każdego, kto urodził się mężczyzną jako potencjalnego gwałciciela i mordercę, czyli de facto kryminalizują osobę przez sam fakt urodzenia się z chromosomem Y. Za sprawą „tradycyjnych ról heteropatriarchatu kobieta znalazła się w gorszej pozycji poddania i uległości" (cytaty z ustawy). Walka o przywrócenie równości kobiety musi być więc wymierzona w jej ciemiężcę i choć nie napisano expressis verbis, że jedynym podejrzanym jest biały, heteroseksualny mężczyzna, praktyczne zastosowanie tego prawa pokazuje, że mężczyźni spoza tego zbioru traktowani są inaczej.

Wśród wielu bohaterów medialnego zamieszania wokół ustawy jest były sędzia, a od paru miesięcy także poseł prawicowej partii VOX w Andaluzji – Francisco Serrano, który przez 21 lat orzekał w wyrokach dotyczących przemocy wobec kobiet. Był na tyle skuteczny, że w 2001 r. otrzymał nagrodę stowarzyszenia kobiet AMUVI za poświęcenie na rzecz „kobiet maltretowanych i gwałconych". Od kiedy jednak przyszło mu orzekać na podstawie ustawy Zapatero (od 2004 r.), stał się najgłośniejszym jej krytykiem, nazywając ją totalitarną i dyskryminującą ze względu na płeć, za co przyszło mu zresztą zapłacić najwyższą stawkę.

Lobby genderowe zaskarżyło jeden z jego werdyktów i sędzia został karnie odsunięty od zawodu, by dopiero po pięciu latach zostać zrehabilitowanym przez Trybunał Konstytucyjny.

Upadek jego długoletniej kariery i nieposzlakowanej opinii podziałał jak straszak na całe środowisko sędziowskie. Według Serrano, który samotnie podjął walkę (i przegrał) z systemem penalizującym ze względu na płeć, zaledwie 1 proc. procesów dotyczył autentycznej męskiej agresji, podczas gdy przygniatająca większość spraw procesowych to „kłótnie równego z równym". Kobiety świadome, że prawo z góry je faworyzuje, zaczęły używać go bezkarnie wobec mężczyzn, których chciały pozbyć się z życia, z domu, a także pozbawić majątku i prawa do opieki nad dziećmi. Hiszpania stała się jedynym krajem na świecie, gdzie obowiązywać zaczęło domniemanie winy.

Oczywiście winny a priori zawsze był mężczyzna i o dziwo aż w 50 proc. jego „maczystowskie" skłonności wychodziły na jaw dopiero przy okazji procesu rozwodowego, a choćby i po 20 latach wspólnego pożycia. Tak półgębkiem szacują sędziowie, którzy zauważyli zbieg okoliczności: zawiadomienia o „maltretowaniu" zbiegały się z rozpadem związku.

PRZESTRZEŃ NA KŁAMSTWO
Kobieta pozostająca w związku uczuciowym z mężem, partnerem lub konkubentem, składając na komisariacie doniesienie o „maltretowaniu", nie jest zobowiązana dostarczyć żadnego dowodu (np. wyników obdukcji obrażenia ciała) ani też przedstawić żadnego świadka. Wystarczą słowa o usłyszeniu groźby użycia siły przez partnera, doświadczenie szarpaniny, dosłownie rzecz biorąc: stłuczony talerz i krzyk partnera.

Znany jest przypadek postawienia w stan oskarżenia na podstawie doniesienia teściowej, która słyszała podniesiony ton zięcia rozmawiającego z wnuczką. Interwencja policji jest natychmiastowa i dobrze o tym wiedzą szczególnie te panie, które szukając zemsty na mężczyźnie, zeznania składają w piątek po południu. Zdezorientowana ofiara – wciąż mowa tu o fałszywych doniesieniach – zostaje tego samego dnia niemal w kapciach wrzucona na dołek. Kolegium zbierze się dopiero w poniedziałek i wysłucha racji obu stron, przy czym on będzie po trzech dniach spędzonych za kratkami i poradach adwokata, że „nie warto kopać się z koniem", najpewniej przyzna się do wszystkiego.

Jedynym sposobem uniknięcia werdyktu skazującego może być film z monitoringu, zeznania świadków, zeznających, że owego dnia o danej godzinie podejrzany nie był w stanie „maltretować" partnerki, jako że fizycznie znajdował się w zupełnie innym miejscu. To ofiara zmuszona jest udowadniać swoją niewinność, bo sąd orzeka według prawa, które „pozytywnie dyskryminuje". Trzeba więc wdać się w wojnę nerwów i nakładów finansowych, aby wybronić się z oskarżenia. Tymczasem kobieta niemal automatycznie dostaje zapomogę w wysokości co najmniej 426 euro (kwota zmienia się w poszczególnych regionach autonomicznych), prawo dysponowania na wyłączność lokalem mieszkaniowym (nawet jeśli nie miała żadnych praw majątkowych do domu) i prawo wyłącznej opieki nad dziećmi. W dalszym postępowaniu może ubiegać się o szereg najróżniejszych alimentów, począwszy od comiesięcznej kwoty tytułem wynagrodzenia szkód aż po wyprawkę dla dzieci, ich darmowe żywienie w szkołach, a nawet kwoty potrzebne do opłacenia ich studiów.

Można więc pytać, któż nie uległby pokusie łatwego wzbogacenia w społeczeństwie zmagającym się ze strukturalnym bezrobociem na poziomie 14 proc. (16 proc. dla kobiet w 2018 r.)? Która z kobiet zmęczona brakiem perspektyw albo kłótniami w związku, a przy tym mająca widoki np. na następny udany związek w starym gniazdku, oprze się pokusie? Gdy dodamy do tego nie tak rzadką przecież chęć odwetu na niewiernym mężu – oferta aby wrzucić go za kratki i puścić w skarpetkach pozostaje na wyciągnięcie ręki. Jedyne, do czego zobowiązana jest kobieta, to złożenie dwóch oświadczeń wzajemnie niesprzecznych – najpierw na komisariacie, a potem przed sądem.
 

Ciek

Miejsce na Twoją reklamę
Członek Załogi
4 535
10 618
RÓWNOŚCIOWY BIZNES
Jak to możliwe, że kobiety nie boją się składać fałszywych doniesień? Wszak prawo powinno chronić przed pomówieniem. Ale nie prawo „pozytywnie dyskryminujące", które w oparciu o ideologię gender uparło się widzieć w mężczyźnie potencjalnego przestępcę, a wszelkie rozmowy na temat fałszywych doniesień obłożyło tabu. „Statystyka mówi zaledwie o 0,01 proc. fałszywych doniesień" – brzmi mantra stowarzyszeń feministycznych, liberalno-lewicowych dziennikarzy, którzy z tej frazy uczynili młot na każdego, kto odważy się powiedzieć, że „król jest nagi", a prawo o przeciwdziałaniu przemocy wobec kobiet demoluje życie masie niewinnych mężczyzn, ojców, rozbija rodziny i pozbawia majątku gromadzonego latami.

Problem w tym, że owe 0,01 proc. dotyczy – jak mówi słynna adwokat poszkodowanych mężczyzn – Yobana Carril – wyłącznie owych nielicznych mężczyzn, którzy stoczyli wygraną walkę w procesie o fałszywe oskarżenie: wnieśli pozew, wygrali sprawę, a kobieta została prawomocnie skazana. Trzeba mieć sporo szczęścia, aby spotkać adwokata, który podjąłby się walki z systemem i narażał karierę. Owe zakłamane dane na temat prześladowania mężczyzn w Hiszpanii poruszyła dopiero odradzająca się w Hiszpanii prawica, a dokładnie partia VOX, która walkę z genderową aberracją uczyniła jednym ze swoich sztandarowych haseł. Trudno się dziwić więc, że w grudniu w regionie Andaluzji byli sprawcami prawdziwego, politycznego trzęsienia ziemi – otrzymali aż 12 mandatów na 109 miejsc w Parlamencie i po raz pierwszy od 38 lat władzę w regionie straciła Socjalistyczna Partia Robotnicza Hiszpanii PSOE.

Razem z prawdziwym wybuchem popularności partii VOX i ich niepoprawnych politycznie projektów programowych wyszły na jaw szokujące dane, m.in. że tzw. chiringuitos, czyli ponad 2270 stowarzyszeń feministycznych działających w samych tylko ośmiu małych prowincjach jednego regionu w powiązaniu z rządzącą PSOE ssą miliardy euro dotacji z funduszy państwowych i unijnych.

Jakim cudem zaledwie 768 gmin regionu Andaluzji może pomieścić aż 2270 stowarzyszeń typu Federacja Postępowych Kobiet, Federacja Kobiet Rozwiedzionych? Biznes skupiający tysiące ludzi, którzy zajmują się indoktrynowaniem, szkoleniami antyprzemocowymi i warsztatami feministycznymi jest branżą, która tylko z definicji miała być przeznaczona do ochrony i pomocy ofiarom przemocy. Najnowsze dane, o których wspomina partia VOX, w które aż trudno uwierzyć, pokazują, że zaledwie 2 proc. środków było wypłacanych rzeczywiście na rzecz poszkodowanych, maltretowanych kobiet, podczas gdy 98 proc. służyło obsłudze programów, szkoleń i wypłat dla członkiń tych stowarzyszeń.

Ktokolwiek raczy podać w wątpliwość słuszność prawa, które ustanowił Zapatero (sam siebie nazywający „feminista"), staje się wrogiem publicznym i ością w gardle Lewiatana, który pod hasłem „wyrównywania nierówności płciowych" wzbogacił rzesze „postępowych" kobiet i mężczyzn.

Paradoksalnie Hiszpania, zajmując piąte miejsce w sławetnym rankingu sporządzonym przez Georgetown Institute for Women za rok 2016 pod względem praw i bezpieczeństwa, jakim cieszą się tam kobiety, pozyskuje jednocześnie ogromne kwoty z Unii na rzecz „wyrównywania nierówności płciowych". Mowa o 24 mld euro dotacji z UE. Najciekawsze przy tym, że ilość otrzymywanych subwencji i środków dla wspomnianych stowarzyszeń feministycznych zależy wprost proporcjonalnie od liczby doniesień o „maltretowaniu".

Czy wypada się teraz dziwić, że nikt nie jest zainteresowany wiedzą, ile z tych zgłaszanych przypadków jest prawdziwych, a ile fałszywych, skoro wszystkie napędzają ogromny biznes?

GENDEROWA POPRAWNOŚĆ
Dziennikarze zajmują się tym owianym tabu tematem tylko przy okazji spektakularnych zajść. Przykładowo kobieta zrobiła swojej córce „makijaż" napaści seksualnej ojca i odbyła tournée po wielu telewizjach, wnosząc o zaostrzenie kar przeciwko „maczyzmowi", stając się rozpoznawalną ofiarą bestialskiego heteropatriarchatu. Ginekolog zmył jednak córce gąbką rzekome ślady gwałtu, a personel medyczny nagłośnił sprawę fałszywego doniesienia. Najdziwniejsze, że ani kobieta, ani występująca z nią adwokat nie wróciła do tych samych stacji, aby wyrazić skruchę.

Sprawa, jak zwykle, rozeszła się po kościach. Problem nie tkwi bowiem w prawie, ale w ludziach, którzy przywykli już żyć w pewnego rodzaju systemie totalitarnym: o kobietach tylko dobrze lub wcale. Zabroniona jest krytyka, bo z definicji prawa kobieta jest na przegranej pozycji i trzeba pomóc wyrównać jej szanse.

Gdy w styczniu w telewizji Telemadrid zaproszony kryminolog podał służbowe dane, że w 2018 r. zmarło aż 57 dzieci z rąk matek lub macoch, a tylko 10 z rąk mężczyzn, rozpętało się istne piekło, bo obecne w studiu kobiety, prezenterki wpadły w amok oburzenia.

Panujące przykłady myślenia totalitarnego wyłapują jeszcze media społecznościowe, prezentując „perełki" genderowej poprawności: Na pierwszej stronie dziennik „El Pais" z 29 października 2018 r. zawiadamia, że „Matka umiera z dzieckiem w ramionach, rzucając się z balkonu", ale parę miesięcy wcześniej ten sam dziennik z 3 lutego 2018 r. zawiadamiał: „Ojciec zabija swoje dziecko, rzucając się z nim z balkonu szpitala De la Paz w Madrycie". Różnica w doborze słów czyni ten sam czyn bestialstwem ze strony mężczyzny i wypadkiem ze strony kobiety.

Tak wygląda postzapaterowska Hiszpania, którą przewidział George Orwell, pisząc „Rok 1984" po tym, jak brał udział w hiszpańskiej wojnie domowej po stronie zjednoczonej lewicy hiszpańskiej. Można więc zapytać, czy przypadkiem Wielka Siostra nie czuwa już nad Półwyspem i nie trzyma mężczyzn zbyt mocno za gardło?

Oficjalne statystyki mówią, że każdego dnia w Hiszpanii życie odbiera sobie dziesięć osób (3600–3700 w ostatnich latach), przy czym tu akurat nie ma parytetu, bo z owych 10 aż 7 to mężczyźni. Smutne? Ale jakże prawdziwe. Ratuj się, Don Kiszocie, zanim walkę z wiatrakami zastąpi walka z Dulcyneami.
 

Redrum

Active Member
674
159
między innymi rozprawia się z antyprzemocowymi wysrywami a la @Redrum
Rozwiń proszę, o jakie wysrywy chodzi i jak ten artykul się odnosi do tego?

Zaskakujące, Gównopospolita nie szkaluje Franco - no to tak jakby się dziwić że Krytyka Polityczna nie napierdala równo po Szwecji XDDDD

Odnosząc się do artykułu - sugerowanie korelacji z dzietnością itp. jest wyjęte z dupy i jest to analiza na styl "dużo szczepień -> dużo autyzmu", więc komentarza wielkiego nie trzeba.

Kwestia kontrowersji w sprawie konfliktu z artykułami konstytucji i nierównego traktowania płci i patologicznych statystyk tworzenia "pustych" spraw dot. przemocy - taki jest efekt prawa dyskryminującego jedną płeć i zdaje się, że wspomniana reforma stworzyła sporo marnotrawstwa zasobów.

Ciekaw jestem liczb i finansów stojącymi za wspomnianymi organizacjami feministycznymi - artykuł jest zupełnie pozbawiony źródeł a krótka kwerenda w Google niestety znajduje cały chuj, więc może ktoś inny będzie miał trochę więcej szczęścia/czasu.
 

FatBantha

sprzedawca niszowych etosów
Członek Załogi
7 399
19 231
Sky News Australia nie tylko wyłamuje się w kwestii narracji dotyczącej globcia, ale też rusza inne zamordystyczne tematy:

 
Ostatnia edycja:

pawel-l

Ⓐ hultaj
1 838
6 571
III RP jako system pasożytniczy

Artykuł z 2015 r., ale nic nie stracił z aktualności.
Hasła:

Ustroje zwyrodniałe, państwo drapieżcze, optimum kleptokratyczne, teoria przemocy symbolicznej, systemy pasożytnicze, piramidalna korupcja, anomia, klasa próżniacza, dwójnomenklatura, neokolonizacja, elita kompradorska, systemy przechwycone, państwo częściowo zawłaszczone, legalna grabież, reprodukcja klasy pasożytniczej, brudne wspólnoty,

i fragmenty:

Z kolei pojęcie „drapieżnika” jest nieprecyzyjne i niewystarczająco jasno komunikuje istotę sprawy. Większość drapieżników zabija swoje ofiary. Tymczasem elity kleptokratyczne muszą utrzymywać resztę populacji „przy życiu”, aby móc ją nadal drenować. Jest to więc relacja pasożytnicza, a nie drapieżcza.

jak zauważają m.in. Boaz Moselle i Benjamin Polak, w interesie kleptokratów leży zapewnienie określonego – optymalnego z punktu widzenia stabilności ich władzy – poziomu dóbr publicznych. Na tyle wysokiego, aby ich radykalny niedobór, poprzez erupcję niezadowolenia, nie pozbawił pasożytów pozycji, a zarazem na tyle niskiego, by rządzeni nie nabyli zdolności rozpoznania niekorzyści swojego położenia (co mogłoby ich skłonić do buntu) ani możliwości samoorganizacji przeciwko panującym klikom. Nazwijmy ten mechanizm optimum kleptokratycznym.

gdy grupy dominujące wytwarzają takie systemy znaczeń, w których rzeczywisty układ sił, będący podstawą ich dominacji, jest szczelnie ukryty pod pozorem sprawiedliwego ładu i dzięki temu powszechnie odbierany jako prawomocny. Z kolei grupy poddane dominacji, a tym samym skazane na odtwarzanie swojego niskiego statusu, postrzegają ten stan rzeczy jako naturalny. I dopóki tak jest, nie są w stanie wygenerować ani alternatywnego języka opisu rzeczywistości, ani tym bardziej alternatywnego programu działania. Mówiąc inaczej, przemoc symboliczna jest tym skuteczniejsza, im bardziej jest ukryta.

Podstawowy cel gospodarczy przyświecający kleptokratom to maksymalizacja dochodów, dlatego głównym ich narzędziem są daniny publiczne. Kleptokratyczny fiskalizm nie jest zwykle realizowany za pomocą podatków dochodowych, lecz np. obciążeń handlu zagranicznego, podatków pośrednich czy pozapłacowych kosztów pracy. Jedną z form ukrytego opodatkowania jest też napędzanie inflacji, która uderza w drobnych ciułaczy, ale niekoniecznie w elity.

W sektorze publicznym kleptokratyczna subkultura rodzi piramidalną korupcję: jako że biurokracja jest elitom pasożytniczym niezbędna, w zamian za swoje usługi żąda udziałów w grabieży. Taki mechanizm działa od wyższych szczebli aż po najniższe. Toteż nawet gdy rządzący chcą ograniczyć pazerność biurokratów, potykają się o siłę prawidłowości, którą sami stworzyli.

Problem kompetencji urzędnika czy polityka staje się w pasożytniczej logice systemowo nieistotny, ponieważ to przydatność w obsłudze żerowania na sferze publicznej jest tu głównym kryterium rekrutacji. Eskaluje to klientelizm, korupcję i – oczywiście – niekompetencję. Przy czym, rzecz warta podkreślenia, „drapieżcy nie mają nic przeciwko byciu uważanym za niekompetentnych – takie oskarżenie pomaga ukryć ich rzeczywiste cele”.

„optimum pasożytniczym” (tak dużo dóbr publicznych, aby nie wywołać buntu, tak mało, aby społeczeństwo nie stało się groźne dla władzy)

Najpierw gwałtowna liberalizacja (tzw. ustawa Wilczka), a następnie szybkie zamykanie rynku gąszczem koncesji, zezwoleń i kontroli w oczywisty sposób tworzyło okazję do łatwego wzbogacenia się głównie dla dysponującej strategicznymi przewagami konkurencyjnymi nad uczciwym biznesem (w postaci wiedzy, doświadczeń, kontaktów i zasobów) nomenklatury. Co więcej, liczne operacje typu: sprzedaż państwowych firm po zaniżonych cenach albo za pieniądze tych firm, uzasadniane i osłaniane oficjalnie za pomocą prostackiej, ale przez wiele lat całkowicie dominującej w debacie, retoryki neoliberalnej (z udziałem zagranicznych superautorytetów w rodzaju Miltona Friedmana i Jeffreya Sachsa), ponownie, służyły w pierwszej fazie przede wszystkim byłym aparatczykom.

III RP jako ustrój pasożytniczy – reprodukuje się.

W tym świetle to nie organizacyjny lub polityczny rodowód czy ideologia cementują w pierwszym rzędzie pasożytnicze elity III RP, lecz czynność i funkcja żerowania na ofiarach, czyli reszcie społeczeństwa.
 
Do góry Bottom