Mainstream gada tak jak my

tolep

five miles out
8 340
14 769
Priorytetem jest możliwość wielokrotnego użycia.
Jak powiedziała babcia do wnuczka, gdy oświadczył, że nie jest już głodny - "nie ma kurwa takiej opcji".


Opakowania wielokrotnego użytku nie mają żadnych zalet z praktycznego punktu widzenia, ani z ekonomicznego czyli ekologicznego. Sortowanie, transport zwrotny, mycie/dezynfekcja kosztują za każdym cyklem zapewne więcej niż opakowania jednorazowe. Opakowania wielorazowego użytku muszą być wykonane z innych (droższych) materiałów i w inny sposób. Trudno jest wyprodukować opakowanie z materiałów organicznych które wytrzyma przemysłowe mycie i dezynfekcję. A szklane (jak butelki od piwa) wytrzymują kilka, może kilkanaście cykli.
 

FatBantha

sprzedawca niszowych etosów
Członek Załogi
8 502
24 106
W dodatku, ile miejsc pracy stworzy się przy serwisie i obsłudze każdej z osobna maszyny. Rewelacja. Rynek nieruchomości się ożywi bo sklepy będa musiały byc większe,....

Plastikowe opakowania jednorazowe są najtańsze DLATEGO że są najwydajniejsze energetycznie. Wystarczy uzmysłowić sobie proces produkcji szkła.
Rynek wskazał, że w taki właśnie sposób oszczędzamy zasoby = minimalizujemy wpływ na środowisko.
Natomiast ich składowanie nie stanowi istotnego problemu. Kwestia sterowanej biodegradacji też jest do rozwiązania.
Fajnie, ale co z tego, że są tańsze, jeśli jednocześnie mogą się okazać zabójcze demograficznie dla populacji swoich userów?

Jeżeli masz do wyboru kapitalizm jurnych obesrańców, w którym populacja jest płodna, ale częściej cierpi na zatrucia pokarmowe, bo nie przykłada tak wielkiej wagi do pakowania żywności oraz kapitalizm wygodnych skąpców a przy okazji sterylnych zarazkofobów, wybierających bezpieczeństwo, tańsze opakowania, ale za cenę swojego zdrowia reprodukcyjnego, to pojawia się pytanie o akceptowalne koszta przy obu członach alternatywy.

Czy warto wymierać i grzebać szanse na przyszłość swojego społeczeństwa, żeby zminimalizować częstotliwość występowania w nim sraczki i obronić nawyk spontanicznego chodzenia na zakupy bez myślenia o tym, w czym zamierza się je przynieść?

Czy w czasach starożytnego Rzymu jako Tytus Tolepus argumentowałbyś, że tak czy owak, jesteśmy skazani na ołów i nie opłaca się stosować niczego innego?

 
Ostatnia edycja:

FatBantha

sprzedawca niszowych etosów
Członek Załogi
8 502
24 106

GOSPODARKA
Trwający od ponad dekady gigantyczny dodruk pieniędzy przez wiele banków centralnych zaczyna obracać się przeciwko gospodarce, bo prowadzi do rozchwiania wycen aktywów od akcji i obligacji, po surowce i nieruchomości. To lekkomyślne pompowanie spekulacyjnych baniek, których pęknięcie może zrujnować gospodarkę bardziej niż skutki kryzysu finansowego 2008 r. albo nawet pandemii COVID-19.
Sęk w tym, że banki centralne są w potrzasku, bo przez lata zblatowały się z politykami, którym darmowy kredyt i zalew dodrukowanego pieniądza jest na rękę, aby szastać wydatkami i wygrywać kolejne wybory.
Dodrukowywanie pieniędzy było uznawane przez powojenne dekady XX wieku za wręcz herezję ekonomiczną. Pusty pieniądz miał oznaczać inflację, zapaść gospodarczą, bezrobocie i zubożenie społeczeństwa. W nowoczesnych gospodarkach, banki centralne miały stać, dzięki swojej zagwarantowanej niezależności, na straży wartości pieniądza i - umownie - nie kłaniać się politykom. Oczywiście przenikanie się świata finansów i wielkiej polityki było od zawsze, ale przeważnie zachowywana była w tym rozsądna równowaga. Bankierzy mieli mieć na oku także dbałość o wzrost gospodarczy, aby nie prowadzić polityki monetarnej dla samej siebie, skoro miała dalekosiężne skutki społeczne i gospodarcze. To już jednak historia.

Kryzys finansowy 2008 roku

Kryzys finansowy 2008 roku, wywołany krachem na rynku nieruchomości w USA, był tak głęboki i szybko rozlewający się na cały świat, że tradycyjne metody ratowania gospodarki - czyli przede wszystkim obniżki stóp procentowych - przestały działać. A w zasadzie przestały być atrakcyjne dla polityków, ponieważ przedsiębiorcy reagują na tańszy kredyt z dużym opóźnieniem, a tymczasem trzeba było gasić pożar, aby nie doszło do bankructw podobnych jak Lehman Brothers, a kolejne miliony miejsc pracy nie zostało zlikwidowanych.

Dlatego do znanego już arsenału antykryzysowych środków banki centralne, na czele z amerykańskim Fed, dorzuciły coś ekstra, rodzaj finansowej "bazooki": wprost nieograniczony dodruk pieniądza. W uproszczeniu, nie chodzi o fizyczny dodruk, ale zapisy księgowe, które pozwalają kreować środki na skup obligacji z rynku (tzw. skup aktywów) idący w biliony dolarów. Można nawet założyć, że cel dodruku był szczytny i do obrony: oto cierpiące na brak płynności banki komercyjne mogły podstawiać bankowi centralnemu posiadane obligacje rządowe, a ten za świeżo dodrukowane pieniądze je odkupował. Wyposażone w świeży kapitał banki mogłyby udzielać więcej tanich kredytów (równolegle obniżono w wielu państwach stopy procentowe nieomal do zera), przedsiębiorcy na kredyt rozkręciliby gospodarkę, która "powstałaby z kolan" i powróciła na ścieżkę wzrostu.
W rezultacie, po kryzysie pozostałoby jedynie niemiłe wspomnienie, gospodarka odzyskałaby równowagę, miejsc pracy przybyłoby, aż wreszcie kurek z pieniędzmi zostałby zakręcony i wszystko wróciłoby na dawne tory. Tyle teoria. W praktyce wszystko poszło na opak, i to z kilku powodów, za którymi bardziej stoją czyste interesy polityczne, a mniej polityka monetarna.

Nauka po kryzysie

W grubym błędzie byli ci, którzy uważali, że po kryzysie 2008 r. banki komercyjne przekują dostępny świeży pieniądz na kredyty dla przedsiębiorców. Takie rozumowanie okazało się mżonką, gdyż bankierzy odkryli, że po prostu dużo łatwiej i szybciej zarobią na spekulacjach giełdowych.W efekcie po zawale na Wall Street na przełomie 2008/2009 szybko nie pozostał ślad - indeksy weszły na ścieżkę hossy, która trwa do dziś. A ponieważ nie tylko amerykański Fed dodrukowywał dolary, ale także np. Bank Anglii czy Bank Japonii, to gorącego kapitału pojawiło się na giełdach co niemiara.
Politycy szybko odzyskiwali nadszarpnięte zaufanie wyborców, bo gospodarki zalewane świeżym kapitałem odbiły w górę. Dodruk był też wykorzystywany do celowego osłabiania własnej waluty, aby towary i usługi były bardziej konkurencyjne na zagranicznych rynkach.
Stąd wzięło się określenie "wojen walutowych", toczonych przez różne państwa/obszary gospodarcze, w których orężem była właśnie słaba waluta. Eksport rósł, giełdy rosły, podobnie jak ceny nieruchomości, więc politycy nie protestowali przeciwko dodrukowi. Co więcej, gdy niektóre banki podejmowały próby zastopowania tego procederu, a tym bardziej podwyżek stóp procentowych, skoro gospodarka już się rozhulała, spotykali się z miażdżącą krytyką polityczną.

Fed w centrum uwagi

Prym w łajaniu bankierów z Fed wiódł b. prezydent USA Donald Trump, który najchętniej zatarłby granicę między bankiem centralnym i rządem, tworząc jeden "superząd" z nieograniczonym dostępem do taniego pieniądza.
Na tle świata długo takim praktykom opierała się strefa euro, ale i ona skapitulowała, gdy na początku poprzedniej dekady groźba bankructwa Włoch i Hiszpanii skłoniła jednak Europejski Bank Centralny do skupowania na rynku wtórnym obligacji rządowych (choć do dziś wzbudza to wiele wątpliwości, np. w Niemczech, bo traktaty unijne zabraniają finansowania przez EBC deficytów budżetowych państw).

Przerażeni wzrostem wartości swojego franka Szwajcarzy także "puścili" maszyny drukarskie, choć na niewiele się to zdało, bo inwestorzy poszukiwali rozpaczliwie "bezpiecznych przystani" ("safe haven") walutowych, w tym franka. Jednak kiedy od kryzysu finansowego 2008 roku i późniejszej groźby rozpadu strefy euro minęło już wiele lat, i wydawało się, że epoka dodruku jednak będzie zmierzała ku końcowi, niczym "czarny łabędź" przyszła pandemia COVID-19. Politycy i bankierzy centralni nie namyślali się długo, tylko "puścili" maszyny drukarskie na niespotykaną wcześniej skalę, aby ratować gospodarki przed skutkami lockdownu i wspierać firmy. Skutek okazał się taki sam, jak po kryzysie finansowym: tylko część pieniędzy poszła do gospodarek, a najbardziej skorzystały na tym giełdy.

Taniego pieniądza jest dużo

Taniego pieniądza jest na rynku tak dużo, że prowadzi do windowania cen aktywów do wręcz kosmicznych poziomów. Symbolem tego są nie tylko drożejące szaleńczo surowce, ale także obligacje o ujemnych rentownościach, czasem państw, które - tak jak np. Grecja czy Portugalia - w praktyce zbankrutowały dekadę temu podczas kryzysu w strefie euro. To paradoksalne, ale inwestorzy obecnie wprost nie wiedzą, co robić z gotówką, więc kupują nawet obligacje... dopłacając do nich. To oczywiście jest na rękę politykom, bo dzięki temu mogą zadłużać się na potęgę, i do tego bardzo tanio, a w efekcie wygrywać wybory, pozostawiają problem spłaty długów innym.

Warto zadać sobie pytanie: gdzie jest kres globalnego szaleństwa z dodrukiem pieniędzy? Ostatnie miesiące przynoszą poważne sygnały, że dalsze prowadzenie takiej polityki na dłuższą metę staje się ekonomicznym samobójstwem, bo po pierwsze pompuje spekulacyjne bańki, a po drugie wywołuje coraz bardziej dokuczliwą inflację konsumencką.
Przez lata dominowały uspokajające głosy zwolenników nieograniczonej kreacji pieniądza, że skutkiem jest jedynie inflacja aktywów (akcje, obligacje, nieruchomości, surowce), zaś zwykli obywatele nie mają się co martwić, bo dla nich inflacja konsumencka jest mało dokuczliwa i pod kontrolą. Ale i to już się kończy, bo stałe dosypywanie taniego kapitału na rynki spowodowało, że drożeje żywność i inne towary, szybko rosną oczekiwania inflacyjne. Inflacja konsumencka w USA, która nagle wyskoczyła do 5 proc. jest tego najlepszym dowodem, a można ich szukać również w naszej części Europy, także w Polsce.
Doszliśmy do takiego momentu, w którym banki centralne powinny jak najszybciej zmniejszyć skalę, a następnie zakończyć dodruk pieniędzy (skup aktywów), i podnieść stopy procentowe, aby schłodzić rynki. Tyle, że stały się one zakładnikami polityków, którzy kalkulują w bardzo prosty sposób: droższy kredyt to mniej zadowoleni wyborcy i koniec zaciągania nowych zobowiązań na lewo i prawo, aby utrzymać władzę.
Im dłużej w polityce monetarnej niezależność banków będzie iluzoryczna, a faktycznie rządzić będą z tylnego siedzenia politycy, tym trudniej będzie wyjść z korkociągu, w jaki wpada światowa gospodarka na skutek zalewu dodrukowanych pieniędzy, które miały być lekarstwem, a stają się przekleństwem. Obecna sytuacja przypomina powoli bal na Titanicu: orkiestra gra, pary jeszcze tańczą na parkiecie, ale te najbardziej przewidujące starają się być jak najbliżej wyjścia...
Tomasz Prusek publicysta ekonomiczny prezes Fundacji Przyjazny Kraj
Autor felietonu wyraża własne opinie.

GOSPODARKA
Polska od wielu miesięcy boryka się z jednym z najwyższych wskaźników inflacji w UE. Realizacja odłożonego popytu gospodarstw domowych związana z ponownym otwieraniem gospodarki jak również konieczność zagospodarowania ogromnych środków z Funduszy Odbudowy bez wątpienia przyczynią się do dalszego napędzania wzrostu presji cenowej w niedalekiej przyszłości. Zdaniem ekspertów Związku Przedsiębiorców i Pracodawców, prawdopodobnie jedynym aktorem, który nie cierpi z powodu wzrostu inflacji, jest rząd.
Zwracamy uwagę na fakt, że pewne czynniki inflacjogenne są czynnikami, na które państwo jest w stanie zareagować regulacyjnie. Obecnie jednym z kluczowych czynników proinflacyjnych jest wzrost cen paliw, który odpowiadał za ponad jedną trzecią inflacji w maju br.
W celu zahamowania dalszego wzrostu inflacji można byłoby zatem zwrócić uwagę na te obszary, w których wzrost cen jest de facto stymulowany przez regulacje, a zatem może być również przez regulacje skutecznie powstrzymany. Dla przykładu, można rozważyć zrezygnowanie z podatków, które mają wpływ na wzrost cen, generując mało bezpośrednich przychodów do budżetu, modyfikacje w zakresie akcyzy na paliwo oraz rozsądną, niemającą parapodatkowego charakteru, reformę gospodarstwa odpadami.
Temat szybko rosnącej inflacji przykuwa coraz więcej uwagi w debacie publicznej. Zgodnie z danymi Głównego Urzędu Statystycznego inflacja CPI w maju wyniosła 4,7 proc. oraz 4,3 proc. w kwietniu 2021.

Dane Eurostatu są gorsze i pokazują, że inflacja HIPC w Polsce w kwietniu osiągnęła poziom 5,1 proc, czyli najwyższy pułap od 20 lat. Ostatni raz inflacja HIPC przekraczała 5 proc. w czerwcu 2001 r., kiedy Polska wychodziła z okresu wysokiej inflacji.
Choć inflacja wyraźnie wzrasta w całej Unii, Polska pozostaje pod tym względem jednym z liderów wśród państw członkowskich UE. W kwietniu 2021 roczna stopa inflacji w UE wyniosła 2 proc., czyli o 3 punkty procentowe więcej niż w marcu.polska osiągnęła drugi najwyższy wynik, tuż za Węgrami, gdzie inflacja była wyższa zaledwie o jeden punkt procentowy.
To jednak marne pocieszenie jeśli weźmiemy pod uwagę, że w kwestii inflacji Polska pozostaje na pierwszym lub drugim miejscu w UE od września 2020, a rodzima stopa inflacji jest ponad dwukrotnie wyższa niż unijna średnia.
/Informacja prasowa
/Informacja prasowa
Wzrost inflacji zmniejsza dochód rozporządzalny Polaków i wpływa na uszczuplenie naszych oszczędności. Wychodzenie z kryzysu wywołanego pandemią koronawirusa generuje nowe, dodatkowe czynniki proinflacyjne, takie jak realizacja odłożonego popytu gospodarstw domowych na usługi gastronomiczne i hotelarskie, ale również na produkty - takie jak choćby odzież.
Możemy więc spodziewać się, że wraz z dalszym otwieraniem gospodarki i sezonem wakacyjnym, inflacja przyśpieszy jeszcze bardziej.
Co istotne, w dłuższej perspektywie będziemy mieć do czynienia z nowym, wyjątkowo istotnym czynnikiem proinflacyjnym, tj. znaczącym impulsem fiskalnym w postaci unijnego Funduszu Odbudowy. W nowej perspektywie budżetowej Polska otrzyma 160 mld EUR z unijnych funduszy, z czego 57 mld EUR będzie pochodzić z Funduszu Odbudowy.
Dla porównania, przez 16 lat członkostwa w UE Polska otrzymała ok. 181 mld EUR. Fundusz Odbudowy jest istotnym elementem wsparcia gospodarki w wychodzeniu z kryzysu, ale polityka tzw. helicopter money pociąga za sobą również długofalowe konsekwencje. Konieczność zagospodarowania środków o tak dużej skali w relatywnie krótkim czasie może prowokować wzrost cen i na pewno nie spowolni inflacji.
Prawdopodobnie jedynym aktorem, który nie cierpi z powodu wzrostu inflacji, jest rząd. Przy tworzeniu budżetu na 2021 rok, rząd przyjął inflację na poziomie 1,8 proc.
Tym samym, budżetowe przychody i wydatki zostały skalibrowane zgodnie z tym parametrem. Wzrost cen oznacza wzrost wpływów budżetowych z tytułu podatku VAT, czyli jednego z głównych źródeł przychodu państwa. Przykładowo, w 2019 r. wpływu z tytułu podatku VAT wyniosły ponad 180 mld zł, czyli prawie połowę wszystkich dochodów podatkowych uzyskanych w tamtym roku.
Ponad dwukrotnie wyższa niż przewidywana inflacja to znaczny wzrost wpływów do kasy państwa i lepszy bilans na koniec roku.
/Informacja prasowa
/Informacja prasowa
Znacząca podwyżka stóp procentowych wydaje się być w niedalekiej przyszłości mało prawdopodobna, a nawet jeśli wydarzyłaby się, to pociągnie za sobą również pewne negatywne konsekwencje dla przedsiębiorstw i konsumentów.

Inflacja w Polsce i UE

W maju 2021 inflacja w Polsce zrosła o 4,7 proc. w stosunku do analogicznego okresu roku poprzedniego z czego za 1,65 proc. wzrostu odpowiadają ceny transportu w tym cen paliw, 1,32 proc. ceny użytkowania mieszkań w tym nośników energii, 0,32 proc. wzrost cen łączności, 0,32 proc. wzrost cen rekreacji i kultury, 0,22 proc. wzrost cen usług restauracji i hoteli.
Inflacja w maju 2021 w odniesieniu do poprzedniego miesiąca wzrosła o 0,30 proc. Do wzrostu tego w największym stopniu przyczyniły się kolejno: wzrost cen żywności (0,16 proc.), użytkowania mieszkań w tym nośników energii (0,10 proc.). Ujemną kontrybucję do wskaźnika miały spadek cen transportu (0,04 proc), łączność (0,05 proc.).
/Informacja prasowa
/Informacja prasowa
Dla porównania, w gronie państw strefy euro również najbardziej zmiennym komponentem wchodzącym w skład zharmonizowanego wskaźnika inflacji konsumenckiej HICP stanowią ceny paliw. Spadek cen transportu w listopadzie 2020 przyczynił się do zmiany HICP strefy euro mierzonego rok do roku poprzedniego o -0,55 proc., by w kwietniu 2021 odpowiadać za 0,70 proc. w 1,60 proc. wzroście wskaźnika.
Kolejnym czynnikiem po rosnących cenach transportu, który w największym stopniu wpływał na poziom inflacji w strefie euro w kwietniu tego roku był wzrost cen utrzymania mieszkań 0,52 proc., wzrost cen alkoholu i wyrobów tytoniowych 0,12 proc., wzrost cen rekreacji i kultury 0,06 proc.
/Informacja prasowa
/Informacja prasowa
Natomiast wysoki kwietniowy wzrost inflacji HICP dla Polski, pokazał że cechy strukturalne naszej gospodarki i model wychodzenia z kryzysu pandemicznego opierający się w większym stopniu na generowaniu popytu konsumpcyjnego niż na stymulowaniu inwestycji prowadzi Polskę na ścieżkę silniejszych wzrostów cen niż ma to miejsce wśród państw strefy euro.
W obecnych warunkach rynkowych sektory usługowe w Polsce narzucają swobodniej wyższe ceny na swoje produkty, w celu zrekompensowania sobie kosztów wzrostu cen paliw.
Główne stymulanty inflacji - czynniki niewrażliwe na wysokość stóp procentowych
Rada Polityki Pieniężnej w swoich komunikatach podkreśla, że za marcowym i kwietniowym wzrostem inflacji stoją czynniki niewrażliwe na wysokość stóp procentowych. Są to przede wszystkim, ceny surowców paliwowych ustalane na światowych rynnach, ceny energii determinowane przez wysoki kurs uprawnień do emisji CO2 oraz ceny administracyjnie regulowane przez samorządy takie jak cena usług wywozu śmieci.
Doświadczenia międzynarodowe pokazują, że próby administracyjnego ograniczenia wzrostu cen są nieskuteczne. Tak też i okazało się to w przypadku Polski, gdzie rząd w 2020 roku zdecydował o czasowym zamrożeniu cen energii, aby w roku wychodzenia z kryzysu mogły one wzrosnąć z podwójną siłą. Stąd też wzrost ceny utrzymania mieszkań i lokali przyczynił się w kwietniu do wzrostu wskaźnika CPI o 1,24 proc. w doniesieniu do poziomu z kwietnia 2020.
Narzędziem wpływającym na kształtowanie się poziomu cen mogą być podatki pośrednie. Na podstawie Wykresu 2 możemy stwierdzić, że najbardziej zmiennym czynnikiem wpływającym na miesięczne wahania poziomu inflacji są ceny paliw.
Warto więc rozważyć modyfikację akcyzy na paliwo, która, respektując minimalne wartości wyznaczone przez dyrektywę 2003/96 ws. restrukturyzacji wspólnotowych przepisów ramowych dotyczących opodatkowania produktów energetycznych i energii elektrycznej, pozwoliłaby na obniżenie cen paliw.
Kolejnym istotnym czynnikiem jest cena usług takich jak wywóz śmieci. Obecnie toczą się prace nad wdrożeniem ważnych unijnych projektów dotyczących gospodarki odpadami w tym rozszerzonej odpowiedzialności producenta oraz tzw. dyrektywy SUP. W tym zakresie konieczna jest rozsądna, niemająca parapodatkowego charakteru, reforma.
Ostatecznie należy zmniejszyć, zawiesić pobór lub nawet zrezygnować z niedawno wprowadzonych podatków, które doprowadziły do wzrostu cen, generując niewiele bezpośrednich przychodów do budżetu. Przykładem takiej opłaty jest podatek cukrowy. Należy również uniknąć poszerzania tego rodzaju opłat na nowe kategorie produktów.
Kolejnym istotnie wpływającym na ceny kanałem jest polityka odpowiedzialnego kształtowania wysokości płacy minimalnej. Ponieważ dostosowania płacowo-cenowe zachodzą w dłuższym okresie opinia publiczna zwykle nie dostrzega bezpośredniego powiązania między płacami a cenami. Wzrost płacy minimalnej o 15% w niewielkim stopniu wpływa na wzrost konsumpcji gospodarstw domowych 0,1%. Natomiast w większym stopniu mogliśmy zaobserwować go we wzroście cen usług, począwszy od stycznia 2020.

Konkluzje

Wysoka inflacja stanowi ukrytą formę podatku, który rozłoży się po części na przedsiębiorstwa, a po części na konsumentów, generując wyższe wpływy budżetowe.
Wysoki poziom cen w Polsce uderza szczególnie w sektory przemysłowe, powodując spadek konkurencyjności polskiego eksportu. Sektory te nie są w stanie narzucić ceny na swoje produkty w odróżnienia do sektorów usługowych, a popyt zagranicy na produkty Polski zależy od konkurencyjności cen naszych towarów za granicą. Tymczasem to właśnie eksport stanowi jeden z najważniejszych czynników wzrostu Polskiej gospodarki.
Aby uniknąć dalszego wzrostu inflacji i osłabienia polskiej gospodarki, proponujemy dyskusję nad tym, w jaki sposób możemy zahamować wzrost cen poprzez ograniczenie kosztów wynikających z regulacji. W obliczu rosnących cen surowca, godnym rozważenia pomysłem wydaje się modyfikacja w zakresie akcyzy paliwowej. Jednocześnie, należy zrezygnować z podatków, które mają wpływ na wzrost cen, takie jak podatek cukrowy, oraz uniknąć wprowadzania opłat na nowe kategorie produktów. Konieczna jest również rozsądna, niemająca parapodatkowego charakteru, reforma w zakresie gospodarstwa odpadami.
ZPP
 

kompowiec

freetard
2 210
2 143

Pozytywne skutki odcięcia bezrobotnych od zasiłków w USA​


Bezrobocie w USA szybciej maleje w stanach, które już nie płacą zasiłków. „Przedsiębiorcom trudno konkurować z rządem” twierdzi szczerze ekonomistka o zmianie na rynku pracy w stanach o najniższych płacach minimalnych.

Już ponad 20 stanów USA opuściło federalny program wypłat dodatkowych, pandemicznych, zasiłków dla bezrobotnych w wysokości 300 dolarów tygodniowo. Rządzone głównie przez Republikanów stany to, w większości, również stany o najniższym poziomie płacy minimalnej ustalonej na poziomie federalnego minimum wynoszącego 7,25 dolara za godzinę lub nawet poniżej, jak w przypadku Wyoming i Georgii, w których to stanowa płaca minimalna wynosi 5,15 dolara za godzinę. Przy 40-godzinnym tygodniu pracy płaca w wysokości 7,25 dolara za godzinę pozwala zarobić 290 dolarów tygodniowo.

Pierwsze stany, jak Missouri czy Teksas, opuściły federalny program zasiłków na początku czerwca. Ekonomiści jednak już teraz widzą gwałtowny spadek liczby bezrobotnych. Jak twierdzi The Wall Street Journal liczba osób pobierających stanowe zasiłki gwałtownie spada w Missouri i 21 innych stanach. WSJ sądzi, że może to sugerować, że zakończenie wypłacania zasiłków może skłonić więcej osób do podejmowania zatrudnienia. Gubernator Missouri Mike Parson (Partia Republikańska) skomentował, że o ile program zasiłków był pomocny w szczytowym okresie pandemii, o tyle jego kontynuacja „pogorszyła problemy dotyczące siły roboczej, z którymi się borykamy”.

Odcięcie bezrobotnych od zasiłków faktycznie zmusza ich do podejmowania zatrudnienia. Z analizy ekonomistów banku inwestycyjnego Jefferies LLC wynika, że natychmiast po ogłoszeniu przez stany terminu zakończenia wypłat federalnych zasiłków liczba ich beneficjentów spadła o 13,8 proc. w stosunku do tygodnia poprzedzającego informację o opuszczeniu programu federalnego, jeżeli stan opuszcza go w czerwcu, o 10 proc. w stanach, w których świadczenia wygasają w lipcu i o 5,7 proc. w stanach, w których zakończenie wypłat federalnych zasiłków kończy się we wrześniu.

- Przedsiębiorcom trudno konkurować z rządem, który rozdaje pieniądze, co bardzo utrudnia przyciągnięcie pracowników – stwierdziła szczerze główna ekonomistka Jefferies Aneta Markowska.

Zmianę swojej sytuacji zauważają pracodawcy. Firma hotelarska Midas Hospitality z St. Louis w Missouri mająca 44 lokalizacje w USA spostrzegła zmianę na organizowanych przez siebie targach pracy – jeszcze miesiąc temu zdarzało się, że nikt się na nich nie zjawiał albo nikt nie podejmował zaproponowanej pracy. Po ogłoszeniu przez Missouri wycofania się z federalnego programu, targi pracy zaczęły się cieszyć popularnością, a hotel w St. Louis mógł cieszyć się czterdziestką chętnych do podjęcia pracy (recepcjoniście Midas Hospitality płaci od 11 dolarów za godzinę, minimalna płaca w Missouri to 10,3 dolara za godzinę). Równocześnie w stanach, w których nadal obowiązują federalne świadczenia chętnych do pracy nadal nie widać

Są jednak firmy w tym stanie, które nie widzą specjalnej różnicy w liczbie chętnych. Są to jednak firmy produkcyjne płacące znacznie powyżej płacy minimalnej – 15 czy nawet 19 dolarów za godzinę. One również mają problemy z zapełnieniem wakatów, ale równocześnie walczą między sobą o pracowników o podobnych kwalifikacjach.

Część pracowników nie zamierza wracać na rynek pracy, ale nie dlatego, że nie chce pracować, ale dlatego, że nie widzą propozycji, które pozwoliłyby im się utrzymać z pracy lub też pogorszyłyby niektóre aspekty ich życia. Niektórzy utrzymują wciąż ubezpieczenia zdrowotne z pracy, którą mieli przed pandemią (i liczą, że będą mogli wrócić do starej pracy), a podjęcie jakiegokolwiek zatrudnienia pozbawiłoby ich tych ubezpieczeń zmuszając do przejścia na dofinansowywany przez państwo program Medicaid oferujący niższy poziom usług medycznych. Równocześnie nadal nie mieli by z czego żyć pracując za minimalną płacę. Wybierają więc utrzymywanie dobrego ubezpieczenia medycznego póki się da i korzystają ze wsparcia banków żywności i organizacji charytatywnych.

W stanach opuszczających federalny program zasiłków nadal dostępne są lokalne zasiłki dla bezrobotnych.
 

T.M.

antyhumanista, anarchista bez flagi
1 327
4 182
Tusk: Dług, daniny, drożyzna. Były premier tak podsumował politykę gospodarczą rządu

Dług, daniny, drożyzna - to według Donalda Tuska gospodarczy program rządzącej większości. - Kto zapłaci za to 3D? Nie PiS, tylko młodzi ludzie. Dług publiczny będą spłacać nasze dzieci i wnuki - mówił były premier.

Jak wyjaśniał Tusk, to co robi w polityce gospodarczej obecny rząd, nie jest niczym nowym w polityce.

- To stary pomysł, ma już ze 100 lub więcej lat. Jest jak z drukarki 3D. Stąd ten dług, daniny, drożyzna. Polega to na tym, by zabrać wszystkim wszystko, trochę się podzielić, po uważaniu dać różnym grupom, a resztę rozkraść - stwierdził.
 
183
125
Dług, daniny, drożyzna - to według Donalda Tuska gospodarczy program rządzącej większości. - Kto zapłaci za to 3D? Nie PiS, tylko młodzi ludzie. Dług publiczny będą spłacać nasze dzieci i wnuki - mówił były premier.

Jak wyjaśniał Tusk, to co robi w polityce gospodarczej obecny rząd, nie jest niczym nowym w polityce.

- To stary pomysł, ma już ze 100 lub więcej lat. Jest jak z drukarki 3D. Stąd ten dług, daniny, drożyzna. Polega to na tym, by zabrać wszystkim wszystko, trochę się podzielić, po uważaniu dać różnym grupom, a resztę rozkraść - stwierdził.
zapomniał wół jak cielęciem był
 

FatBantha

sprzedawca niszowych etosów
Członek Załogi
8 502
24 106

Gigantyczna pomoc publiczna dla przedsiębiorstw uruchomiana na czas pandemii trafiała gdzie popadnie. Rwące strumienie pieniędzy podtrzymały przy życiu firmy zombie, które powinny upaść. To kłopot i jak z niego wyjść - zastanawiają się ekonomiści i najważniejsze instytucje finansowe świata. A może o dalszym istnieniu firmy powinni decydować jej pracownicy?
Na całym świecie populacja korporacyjnych żywych trupów zaczęła gwałtownie rosnąć po poprzednim wielkim globalnym kryzysie finansowym z lat 2007-9. Niedawne badania naukowców z Banku Rozliczeń Międzynarodowych pokazały, że zombie było w 2016 roku co ósme przedsiębiorstwo w krajach rozwiniętych.
Co to takiego firmy zombie i dlaczego ich istnienie to kłopot? To przedsiębiorstwa nierentowne i nieproduktywne. Wyróżnia je to, że nie są w stanie pokryć kosztów obsługi zadłużenia z bieżących zysków przez dłuższy czas. Po raz pierwszy przyjrzał im się Ricardo Caballero, profesor Massachusetts Institute of Technology, w 2008 roku. Zbadał japońskie zombie bo w okresie "straconej dekady", w latach 90. zeszłego stulecia Japonia była krajem, który wyhodował ich najwięcej.

Kryzysowe doświadczenie z przeszłości

Na całym świecie populacja korporacyjnych żywych trupów zaczęła gwałtownie rosnąć po poprzednim wielkim globalnym kryzysie finansowym z lat 2007-9. Niedawne badania naukowców z Banku Rozliczeń Międzynarodowych pokazały, że zombie było w 2016 roku co ósme przedsiębiorstwo w krajach rozwiniętych.
Dlaczego firmy-zombie to dla gospodarki takie zło? Bo są nieproduktywne i charakteryzuje je niska wydajność pracy. Zamrażają alokowany w nich kapitał, a przez to nie krąży on w gospodarce. "Zamrażają" też - co ważne - pracę, utrudniając przemieszczanie się pracowników do bardziej efektywnych przedsiębiorstw i sektorów. Stronią od innowacji, obniżając w ten sposób poprzeczkę, także dla konkurencji.

Są też inne powody, dla których banki powstrzymują się z wypowiedzeniem kredytu, zwłaszcza dużym firmom. Wszyscy pamiętamy hejt, który wylał się na prezesa pewnego "włoskiego" wówczas banku, gdy ten wypowiedział finansowanie polskiej spółce budowlanej kilka lat temu. Trudno wyobrazić sobie sytuację, żeby państwowy bank wypowiedział kredyt państwowej spółce, np. energetycznej, choćby było oczywiste, że to zombie.
Wydawałoby się, że skoro są tak słabe, powinny z rynku zniknąć. A wciąż ich przybywa. Bo powstawaniu zombie, czy też przechodzeniu przez przedsiębiorstwo w trwałe stadium żywego trupa, sprzyja słaba koniunktura. A ta - jak wiemy - od poprzedniego kryzysu była w rozwiniętych krajach bardzo marna.
Istnieniu zombie pomagają też - paradoksalnie - banki. Bo gdy bank widzi, że firma zaczyna być trwale nierentowna powinien wypowiedzieć jej finansowanie. Ale ma wiele powodów, żeby tego nie robić. Musiałby stworzyć wysokie rezerwy na stracony kredyt, czego stara się unikać. Banki rolują więc zadłużenie zombie - w postaci kredytów lub obligacji - i w ten sposób umożliwiają im trwanie.
Poza tym są też inne powody, dla których banki powstrzymują się z wypowiedzeniem kredytu, zwłaszcza dużym firmom. Wszyscy pamiętamy hejt, który wylał się na prezesa pewnego "włoskiego" wówczas banku, gdy ten wypowiedział finansowanie polskiej spółce budowlanej kilka lat temu. Trudno wyobrazić sobie sytuację, żeby państwowy bank wypowiedział kredyt państwowej spółce, np. energetycznej, choćby było oczywiste, że to zombie.

Tsunami pieniądza pozwala zaciągać długi również tym, którym w "normalnych" czasach nikt nie chciałby pożyczyć. Ostatnio badacze BIS opublikowali analizę, z której wynika, że zadłużenie firm w postaci międzynarodowych papierów dłużnych wzrosło od 2010 roku do końca 2020 roku ponad dwa razy do 7,7 biliona dolarów.

Historycznie korzystne warunki

Po ostatnim wielkim globalnym kryzysie finansowym zombie dostały nieoczekiwaną pomoc. Ratują je ultrałagodne warunki finansowe. Te warunki powstały dzięki niskim stopom procentowym i "łagodzeniu ilościowemu" podjętemu przez banki centralne. Dzięki temu zadłużać się można się znacznie łatwiej i znacznie taniej. Z dotychczasowych badań nad zombie, między innymi prowadzonymi przez BIS wynika, że ich populacja rośnie, gdy otoczenie finansowe stwarza mniejszą presję, łagodnieje, pozwala na lepszy dostęp do pieniądza. A nigdy w historii nie było tak łagodnych warunków finansowych, jak właśnie teraz.
Tsunami pieniądza pozwala zaciągać długi również tym, którym w "normalnych" czasach nikt nie chciałby pożyczyć. Ostatnio badacze BIS opublikowali analizę, z której wynika, że zadłużenie firm w postaci międzynarodowych papierów dłużnych wzrosło od 2010 roku do końca 2020 roku ponad dwa razy do 7,7 biliona dolarów. Astronomiczna kwota. Ale gdy wybuchła pandemia emisje długów korporacyjnych wzrosły do kolejnych rekordowych poziomów.
Agencja ratingowa Fitch policzyła, jak wygląda zadłużenie korporacji sprzedających obligacje "śmieciowe", czyli o niskich ocenach wiarygodności kredytowej poniżej BBB minus. W I połowie tego roku wartość takiego długu przekroczyła 1,5 biliona dolarów i rośnie w tempie szybszym niż rok temu. A wtedy już było ono rekordowe. Emisje tego typu papierów w I połowie tego roku wyniosły 274 mld dolarów, czyli o 32 proc. więcej niż w tym samym okresie roku ubiegłego. W sumie od 2019 roku rynek obligacji śmieciowych na świecie zwiększył się aż o 29 proc.

Ogromna pomoc publiczna, która trafiła do przedsiębiorstw ułatwiła przetrwanie także tym, które powinny w "normalnych" warunkach wypaść z rynku.

Znaczna część zadłużenia od wybuchu pandemii emitowana była na finansowanie fuzji i przejęć, bo kryzys też stwarza biznesowe okazje do wzrostu. Ale w I kwartale zeszłego roku aż 74 proc. długu sprzedanego przez korporacje o ratingach inwestycyjnych stanowiły transakcje refinansowania, czyli zaciągania nowych długów, by spłacić stare lub wydłużyć terminy zapadalności. W I kwartale tego roku takich emisji było 38 proc. całości - podaje agencja Fitch.
Te dane oczywiście nie znaczą, że całe to gigantyczne zadłużenie zaciągnęły zombie po to tylko, żeby przedłużyć swoją egzystencję. Ale faktem jest, że ogromna pomoc publiczna, która trafiła do przedsiębiorstw ułatwiła przetrwanie także tym, które powinny w "normalnych" warunkach wypaść z rynku. A jeszcze niższe stopy procentowe i zwiększenie "łagodzenia ilościowego" przez banki centralne (które - dodajmy - kupują także obligacje korporacyjne) stworzyły niepowtarzalną okazję dla korporacyjnych żywych trupów do tego, żeby zwiększyć zadłużenie, zrolować stare lub wydłużyć termin spłaty.
Dane agencji Fitch pokazują również jak to się dzieje. Jej starszy dyrektor ds. finansowania dłużnego Eric Rosenthal mówi o "przesuwaniu ściany zapadalności", a wiadomo, że odroczenie terminu spłaty jest pierwszym rozwiązaniem branym pod uwagę, kiedy zaczynają się kłopoty. Do 2025 roku do spłaty jest 30 proc. wyemitowanego na świecie zadłużenia "śmieciowego", czyli blisko pół biliona dolarów.

Pogoń za transakcjami

Inaczej niż po wielkim globalnym kryzysie finansowym, teraz pieniądze rządowe i wykreowane przez banki centralne trafiały do ludzi i firm, a nie tylko do sektora finansowego. Ten ostatni został jednak też zasilony potężna płynnością. Banki, fundusze inwestycyjne, ubezpieczyciele nie wiedzą co z pieniędzmi zrobić w czasach, gdy stopy procentowe są ekstremalnie niskie. Co w takim razie robią z pieniędzmi?
Poszukują rentowności i to kreuje popyt także na papiery śmieciowe. Czy takie szukanie rentowności dobrze służy selekcji okazji inwestycyjnych, odróżnianiu zdrowych firm od zombie? Raczej nie. Agencja Fitch pisze, iż skala obecnych emisji skłania inwestorów do pogoni za transakcjami, a to pozwala emitentom uzyskiwać coraz lepsze warunki kredytowe.
Ile nowych zombie wyhodowała pandemia, rządowa pomoc i ultralagodna polityka banków centralnych? Na razie nie wiemy. Ale problem jest już zauważany przez ekonomistów. Zaskakujące jest to, że w czasie tego kryzysu i recesji w USA i w Unii Europejskiej zmniejszyła się liczba bankructw przedsiębiorstw. Co teraz powinny zrobić rządy, a przede wszystkim - sektor finansowy - by przestawić warunki ekonomiczne z powrotem z głowy na nogi?
W Polsce nie została wprowadzona unijna dyrektywa upraszczająca procesy restrukturyzacyjne i upadłościowe, choć banki dawno tego się domagają.

"Nagle poddanie wszystkich (przedsiębiorstw) sztywnej dyscyplinie rynkowej skutkowałoby bardzo dużą liczbą niepotrzebnych bankructw" - pisze na stronach Project Syndicate Luigi Zingales, profesor finansów na Uniwersytecie w Chicago.
"Co więcej, gospodarcze i finansowe skutki natychmiastowego odcięcia wsparcia byłyby politycznie samobójcze dla każdego rządu. Negatywny szok PKB miałby dotkliwy wpływ zarówno na bezrobocie, jak i na finanse publiczne, a straty, jakie fala bankructw spowodowałaby u kredytodawców, jeszcze bardziej osłabiłyby bilanse banków" - dodaje.
Wyjście z tej sytuacji będzie bardzo trudne - przyznaje Międzynarodowy Fundusz Walutowy w ogłoszonej właśnie lipcowej aktualizacji "World Economic Outlook". Polityka sektora finansowego musi jednocześnie uniknąć bankructw na masową skalę ale też nie przedłużać życia niskoproduktywnych zombie w nieskończoność.
Słowem - gwarancje, moratoria na spłaty kredytów, łagodniejsze kryteria tworzenia rezerw przez banki - powinny trafiać tylko do najbardziej dotkniętych przez pandemię sektorów. Temu wszystkiemu powinna towarzyszyć rozsądna polityka regulacyjna - poprawa prawa upadłościowego i wprowadzenie przyspieszonej restrukturyzacji pozasądowej. Przypomnijmy, że w Polsce nie została wprowadzona unijna dyrektywa upraszczająca procesy restrukturyzacyjne i upadłościowe, choć banki dawno tego się domagają.
Tak czy inaczej, dylemat sprowadza się do tego, że na jednej szali leży zagrożenie dla popandemicznego odbicia gospodarki. Z powodu zaostrzenia warunków finansowych mogłoby zostać zdławione. Ale na drugiej szali jest produktywność. Jej długoterminowego wzrostu gospodarki rozwinięte potrzebują jak kania dżdżu.
Rynki wschodzące - jak Polska - mają jeszcze przestrzeń do nadganiania i wynikający z niej naturalny potencjał szybszego wzrostu. Ale na dłuższą metę bez wzrostu produktywności wpadną w pułapkę średniego rozwoju. Nic tak bardzo w nie pomoże im w tej pułapce tkwić, jak hodowane właśnie stada zombie.
"Zmiany wywołane pandemią domagają się nowych i innowacyjnych firm. Jednak takim firmom będzie trudno wejść na rynek i rozwijać się, jeśli marnujemy tak wiele zasobów fizycznych, ludzkich i finansowych na utrzymywanie zombie przy życiu" - napisał Luigi Zingales.
Dodajmy, że zombie to nie muszą być wcale nieduże przedsiębiorstwa. Przeciwnie, mogą to być to nawet olbrzymie, globalne korporacje. Mogą się wśród nich znaleźć również narodowe championy.

Kluczowa rola pracowników?

Luigi Zingales stwierdza - oddzielenie zombie od zdrowych firm to sprawa piekielnie trudna, nawet w "normalnych" czasach. Banki - jak wiemy - są skłonne przedłużać im życie, państwo lubi je hołubić. Rynek, który teoretycznie powinien decydować, kto wygrywa, a kto idzie do piachu, w selekcji zombie okazuje się nieefektywny. Może więc oddać sprawy do decyzji pracowników? Niewykluczone, że mogą oni wiedzieć lepiej, czy firmę warto utrzymać przy życiu, czy nie.

Rynki wschodzące - jak Polska - mają jeszcze przestrzeń do nadganiania i wynikający z niej naturalny potencjał szybszego wzrostu. Ale na dłuższą metę bez wzrostu produktywności wpadną w pułapkę średniego rozwoju. Nic tak bardzo w nie pomoże im w tej pułapce tkwić, jak hodowane właśnie stada zombie.

Propozycja Luigiego Zingalesa wygląda tak - państwo nie pomaga firmie, jeśli pomoc nie zyska akceptacji pracowników. Słowem - jeśli oni sami w sukces przedsiębiorstwa nie wierzą. Ale wiadomo, że pracownicy boją się stracić źródło utrzymania i będą "bronić" swoich miejsc pracy. Trzeba więc dać im alternatywę - przyzwoitą osłonę socjalną na dłuższy czas. I odwrotnie - gdyby pracownicy zagłosowali za pomocą publiczną dla firmy, a ta by ją marnowała, ukręciliby sznur na własną szyję. Socjal byłby znacznie mniejszy.
To nie jest doskonała propozycja. Ma mnóstwo słabych punktów, jak choćby związane z asymetrią informacji. Skąd niby pracownicy mają mieć wiedzę pozwalającą ocenić im szanse firmy? Ale zwraca uwagę na rzecz bardzo ważną. Bez wiary pracowników w przyszłość przedsiębiorstwa nie będzie wzrostu wydajności pracy. A więc także produktywności. Stawia też sprawę tak - skoro kapitał jest wszędzie dostępny i to po niskim koszcie, o przyszłości przesądzi jakość pracy.
Jacek Ramotowski
 

pawel-l

Ⓐ hultaj
1 893
7 616
W temacie marnotrawstwa publicznych (i prywatnych) pieniędzy. I to od Sroczyńskiego.
(Dodajmy, że patologie prywatne wynikają z patologii państwowego pieniądza)

Jak wydaliśmy miliardy na innowacje. "Stworzę portal dla kotów i to będzie żarło"


Grzegorz Sroczyński 02.08.2021 12:01
Apki, gierki, śmieszne kotki. Kultura innowacyjności, którą Dolina Krzemowa zaraziła resztę świata, nie dostarcza nam już niczego istotnego. Te wszystkie start-upy specjalizują się w wymyślaniu rzeczy fajnych, ale mało ważnych. Lepszego świata z tego nie będzie - z Arturem Kurasińskim rozmawia Grzegorz Sroczyński.

Grzegorz Sroczyński: Gdybym chciał założyć jakiś modny start-up i wyciągnąć pieniądze od inwestorów, to co to powinno być?​

Artur Kurasiński: Taki start-up, który nic nie robi, a wszyscy uważają, że robi bardzo dużo?

Tak.​

Najbardziej gorącym tematem jest teraz technologia blockchain, czyli kryptowaluty i wszystko, co związane z rynkiem NFT.

NFT?​

Non-fungible token. Dwa miesiące temu artysta Beeple sprzedał swoją pracę "Everydays: The First 5000 Days" za 69 mln dolarów. Ta praca to nie jest realny przedmiot, tylko plik, elektroniczny kolaż jego rysunków, który został podpisany certyfikatem NFT.

Ale co Beeple właściwie sprzedał? Przecież jego praca po prostu wisi w necie, każdy może ją sobie ściągnąć na pulpit.​

No tak. Ale tylko jedna osoba ma "niepowtarzalny token" tego obiektu. NFT to certyfikat potwierdzający prawo własności jakiegoś wirtualnego bytu - pracy artystycznej, zdjęcia, mema albo wirtualnej nieruchomości.

Nieruchomości?​

Bo zbudowałeś sobie wielki pałac w jakiejś grze on-line i masz NFT tej nieruchomości.

Ale po co?!​

To działa jak księga wieczysta. Możesz mówić, że ten cyfrowy pałac jest twój.
Technologia blockchain stała się strasznie modna, dzięki niej powstały kryptowaluty, które branża technologiczna uważa za przełom na miarę wynalezienia druku. Dolina Krzemowa by chciała, żeby używać kryptowalut do wszystkiego, bo to jest strasznie cool, myśmy to wymyślili, żeby rozwalić dziaderski system, wywołać demokratyczną rewolucję, uwolnić ludzkość od pazernych banków i rozmaitych ograniczeń.

A to rzeczywiście jest demokratyczna rewolucja?​

Ależ skąd. Trzepie na tym kasę wąska grupa osób, teraz już nawet nie w Stanach, tylko pewnie w Chinach. Bardziej to przypomina sytuację, kiedy nowa oligarchia walczy ze starą oligarchią o władzę, pieniądze i wpływy, krzycząc przy tym o demokracji i uwalnianiu ludzkości z ucisku.
Kilka dni temu polski internet obiegła informacja, że jedna z influencerek wypuściła NFT - swoją "cyfrową miłość", cokolwiek to znaczy - które zostało kupione za milion złotych. Do ludzi dociera przekaz, że jakaś dziewczyna dzięki nowoczesnej technologii zainkasowała milion złotych nie robiąc nic. Czary-mary. Ludziom to miesza w głowach, również poważnym inwestorom. A że nikt tak do końca na tych technologiach się nie zna, to łatwo obiecywać cuda-wianki i zbierać na to grubą forsę. Innym wciąż modnym pojęciem, które otwiera książeczki czekowe inwestorów, jest sztuczna inteligencja. A już nie daj Boże, jeśli założysz start-up łączący te kwestie - blockchain, kryptowaluty i sztuczną inteligencję - to od razu w PowerPoincie możesz sobie dopisać 10 mln dolarów. Pamiętaj tylko, że cały czas mówimy o inwestorach w USA i Europie Zachodniej. Polska to nie Dolina Krzemowa, u nas obowiązują nieco inne zasady.

Jakie?​

Konserwatywne. Jeśli chcesz wydębić milion złotych na start-up - co nie jest przesadnie trudne dzięki unijnym dotacjom - to musisz raczej wybrać jakąś zrozumiałą i znaną inwestorom technologię. Na przykład coś z dziedziny e-commerce. Postawienie prostego sklepu internetowego nie jest drogie, sprowadzenie tańszego towaru i sprzedanie drożej to jest coś, co Polacy kochają i potrafią, a inwestorzy rozumieją i chętnie finansują. Dobrze się też sprzedają wszelkie pomysły zahaczające o gry komputerowe. Kilka tygodni temu podano informację, że jeden z influencerów - niejaki Friz - razem z inwestorem giełdowym Januarym Ciszewskim powołają konglomerat, takie "niewiadomoco", które będzie produkować między innymi gry komputerowe. Od razu to "coś" zostało wycenione na ponad sto milionów złotych. W Polsce - aż do nieudanego debiutu gry Cyberpunk - wystarczyło inwestorowi powiedzieć, że ma się w zespole kogoś, kto pracował miesiąc w CD Projekt Red. "Genialnie! Róbcie kolejnego 'Wiedźmina'!".

Czyli co mam napisać w takim wniosku o dotację?​

Kiedyś się pisało: stworzę portal dla kotów, to będzie strasznie żarło. Teraz polscy inwestorzy chętnie wykładają kasę na technologie reklamowe oraz SaaS. Piszesz, że masz pomysł na "optymalizację kanałów internetowych", lepiej zaadresujesz reklamy internetowe małych przedsiębiorstw na Facebooku, bo wymyśliłeś innowacyjny algorytm. Po pandemii swoje pięć minut mają też start-upy, które obiecują szybkie dostawy. "Dostarczymy wszystko w 10 minut".

Bo mają tylu kurierów?​

Nie. Mają pomysł, że jak coś kupisz w internecie, to fajnie by było, żebyś to dostał po dziesięciu minutach. Więc można stworzyć algorytm łączący strony ze stronami, koordynujący różne firmy, dostarczać towary będą jacyś podwykonawcy i coś tam.

Coś tam?​

Wchodzimy w detale, ale na rynku start-upów jest tak, że do inwestora przychodzi się z jedną kartką, najlepiej, żeby to była serwetka barowa z nabazgranym genialnym pomysłem. Bo tak jak kiedyś w Dolinie Krzemowej spotkało się dwóch kolesi - dwudziestolatków w bluzach z kapturem - którzy niesamowicie czują ducha czasów, usiedli przy piwie i jeden powiedział: "Mam taki fajny pomysł na usługę, wystarczy połączyć to, to i tamto". "Stary, zajebiste, ale jeszcze dodajmy to i to. Zaraz ci naszkicuję". Potem idą do bogatego inwestora, on patrzy na tę serwetkę, wyjmuje książeczkę czekową: "Daję wam 100 tysięcy dolarów, nie wiem, czy to się zwróci, nie chcę od was żadnych zapewnień, tylko wpiszcie mnie do zarządu, będę waszym pierwszy inwestorem".
REKLAMA
AD

I po pięciu latach ten start-up jest wart miliony?​

Nie po pięciu latach, tylko po pół roku. I nie miliony, tylko co najmniej miliard. Takie są oczekiwania. Absurdalne skoki. Łamanie nie tylko praw ekonomii, ale też fizyki. Byłem biznesowo aktywny już w latach 90., w 2001 roku obserwowałem pęknięcie bańki internetowej. Co się okazało? Że większość pomysłów, na które zebrano setki milionów dolarów, była niewykonalna. Po prostu niemożliwa do realizacji z czysto fizycznych powodów. To były obietnice z sufitu. Podobnie jest teraz.
Polska na start-upowej mapie świata jest krajem bardzo dziwnym. Przeważa u nas udział państwa, które dzięki pieniądzom z Unii Europejskiej wrzuca do systemu miliardy na innowacje. I kto ocenia, czy mój genialny pomysł zapisany na serwetce jest dobry, czy to lipa? Całkiem niedawno robił to urzędnik albo ekspert ze stawką kilkudziesięciu złotych za oceniony wniosek. Pisało mu się: "Zamierzam skopiować innowacyjne rozwiązania Naszej Klasy, tylko to będzie dla kotów". I urzędnik był zachwycony. Legenda branżowa głosi, że taki wniosek można było powielić i składać w oddziałach PARP w kolejnych województwach.

Portal dla kotów razy szesnaście, czyli 16 milionów od państwa?​

W Polsce nadal mamy stosunkowo mało funduszy prywatnych inwestujących w innowacje. Pieniądze idą z rozdzielnika unijnego. Po co one idą na innowacje - nikt nie wie. Patrząc na miliardy wrzucone do tego worka za pośrednictwem PARP i innych instytucji, nie widać, żeby one cokolwiek zmieniły w Polsce. Nie mamy innowacyjnych szczepionek, nie mamy zmian w służbie zdrowia, czy edukacji. A prawie wszystkie start-upy, które rzeczywiście coś wymyśliły i zaczęły zarabiać, zostały kupione przez inwestorów zagranicznych i powychodziły w Polski.

Czyli to wszystko ściema?​

Nikt tego nie wie. Na pewno nie wszystko, ale niestety duża część. Bo jak odróżnić, czy koleś z pomysłem na portal dla kotów faktycznie wierzy, że to genialne, czy jest ściemniaczem, który próbuje tylko wydębić pieniądze z dotacji? Też startowałem do tych unijnych dotacji i nie miałem niecnych intencji. Ale z pewnością sporo było start-upów lipnych od początku. Dostajesz milion od państwa, zobowiązujesz się, że firma będzie istnieć co najmniej pięć lat, no i faktycznie - w KRS ona istnieje.

W KRS?​

Pieniądze się po roku kończą, start-up tak naprawdę nie działa, ale właściciele go nie wyrejestrowują, bo się zobowiązali. Potem w raporcie piszą: "Podjęto próbę komercjalizacji projektu". A że nie wyszło, to się zdarza. Wszyscy są zadowoleni. Ten proceder jest wpisany w mechanizm rozdzielania unijnych środków, bo urzędnik ma jedno zadanie: żeby wszystko wydać. Zwracać Unii niewykorzystane środki? To byłaby niegospodarność. Nikomu nie zależało, żeby sprawdzać sensowność tych wydatków, nigdzie nie przeczytamy bardziej szczegółowo, jaki był los start-upów i innowacji, na które rozdaliśmy miliardy złotych. "Dostało 15 tysięcy firm, sukces odniosło 3 tysiące, robią to i to, zwiększają zatrudnienie". Nie dowiesz się tego.

Nie?​

Praca detektywistyczna. Te firmy często zmieniały podmiotowość, właścicieli, ile z nich to była lipa albo kompletna porażka - nie wiemy. Nie znam oficjalnego podsumowania, z którego można wyciągać jakieś wnioski. Unia też nie chce tego wiedzieć, bo moim zdaniem uznała te pieniądze za stracone od samego początku: biedny kraj wchodzi do bogatego klubu, dajemy im pieniądze, nazywamy, że to na innowacje, ale niech sobie wydają, na co chcą, przecież wiadomo, że w tak zacofanym kraju żadnych innowacji nie ma. Więc niech to po prostu wpompują w gospodarkę. I trzeba powiedzieć, że to się udało. Te pieniądze nie były przecież wywożone z Polski, tylko konsumowane. Przekręty polegały na tym, że rozliczało się te wydatki inaczej, generowało fałszywe faktury, kupowało niepotrzebne rzeczy, "brało lizingi" na prywatne samochody i laptopy. Jedynie domów się nie budowało, bo uniemożliwiały to przepisy. Dopiero potem powstało wiele klastrów i jakichś "organizacji wspierających innowacje", więc zaczęły też powstawać budowle ze szkła i metalu. Te pieniądze - tak uważam - zostały wpompowane w gospodarkę całkowicie świadomie, VAT-y, CIT-y i PIT-y były płacone, ludzie się bogacili, kupowali auta, a że nie wymyślali nic nowego, no to trudno.

Czyli dzięki unijnym miliardom na innowacyjność nasza gospodarka nie stała się bardziej innowacyjna?​

Jedną z ulubionych miar innowacyjności gospodarki stosowaną przez branżę jest liczba "jednorożców", czyli start-upów, które zostały dofinansowane niewielką kwotą na początku, a teraz są wyceniane na co najmniej miliard dolarów. Estonia ma trzy takie podmioty, Polska - państwo trzydzieści razy większe - nie ma żadnego. Mówi się w branży o trzech rokujących start-upach, które mogą kiedyś się stać "jednorożcami": Booksy.pl, czyli aplikacja do umawiania wizyt u fryzjera czy kosmetyczki, ZnanyLekarz.pl, gdzie możesz umówić wizytę u lekarza, oraz Brainly, czyli serwis pomagający w odrabianiu lekcji.

To wszystko są rzeczy trochę przyczynkarskie.​

Owszem.

Nieważne.​

Zgoda. Bez tego typu innowacji dałoby się żyć. Ale ten zarzut dotyczy nie tylko Polski. Tak wygląda cała współczesna kultura innowacyjności, którą Dolina Krzemowa zaraziła resztę świata. Te wszystkie genialne start-upy specjalizują się w wymyślaniu rzeczy fajnych, ale niekoniecznych.

Fajnych?​

Takich, które przyciągną inwestorów i dadzą szybki efekt. Jakaś apka do biegania na smartfona, nowa modna gierka albo lepszy PayPal, który zadziała trochę szybciej. To wszystko są rzeczy, bez których - powtórzę - da się żyć. Efektem nie są nowe leki, tylko raczej influencerka, która sprzedała NFT za milion.

Dlaczego tak jest?​

Start-upy często są tworzone przez programistów, którzy wiedzą, jak połączyć dwie linie kodu. Gdyby natomiast mieli stworzyć nowy rodzaj kamery, baterii czy silnika, potrzebowaliby do tego inżynierów, realnej wiedzy, ogromnego doświadczenia dużej grupy osób. Poważnych odkryć nie dokonuje się klasyczną metodą garażową, która jest wychwalana w kulturze Doliny Krzemowej: oto dwóch chłopaków wyklepało kawałek kodu na laptopach i znaleźli inwestora, który powiedział, że ten nowy serwis czy apka będą warte miliard. To są piękne historie, ale w ten sposób nie powstanie szczepionka ani w ogóle nic dla ludzkości istotnego. Istnieje ogromny rozdźwięk między tym, jak wyglądają przełomowe wynalazki i technologie, a tym, co się dobrze sprzedaje w mediach i na czym można dziś zarabiać duże pieniądze. Ci młodzi ludzie nie przychodzą już z pomysłami na zmianę świata czy jego naprawę, tylko żeby to "coś" było cool i robiło wrażenie na inwestorach. Czy Uber zmienił świat? Czy ulepszył nasze życie? Na razie rozwalił rynek przewozów osobowych i w to miejsce stworzył kolejne problemy, na przykład armię nisko płatnych kierowców pracujących bez żadnych zabezpieczeń. Tak samo Airbnb - rozwalił rynek stabilnego najmu, wywołał w wielu miastach galopadę cen. Facebook z kolei rozwalił rynek prasowy. Ktoś powie: no trudno, to cena postępu, że jakieś branże znikają, pojawiają się nowe. Ale czy dostaliśmy od Facebooka w zamian coś wartościowego? Teraz już nie redaktor, tylko algorytm wrzuca nam różne informacje, inne tobie, inne mnie, żeby przykuć naszą uwagę i wycisnąć z tego jak najwięcej reklam. Czy to ma naprawdę wartość, że prawie zdechła prasa, a w zamian dostajemy więcej śmiesznych kotków? Bez Facebooka spokojnie moglibyśmy się obejść, niewiele jako ludzkość byśmy stracili. Teraz świat z fascynacją patrzy na kryptowaluty, ale nie dlatego, że one mają coś uleczyć, rozwiązać jakiś ważny problem. Fascynują nas z powodu absurdalnych wycen: ktoś zainwestował w bitcoina tysiąc dolarów, teraz ma sto milionów. Jakieś kompletnie chore historie. Cała ta "kultura innowacyjności" miesza ludziom w głowach, rozbija związek pieniędzy z pracą. Potem przychodzę do inwestora z pomysłem, a on mówi: "Słuchaj, nieważne, co robisz, mało mnie to obchodzi, byleby twój start-up był fajny medialnie, cool i dobrze się sprzedawał kolejnym inwestorom, bo wtedy będzie pęczniał i z moich 10 milionów zrobi się 100 milionów".

Czyli system rynkowy ma swoje patologie, a system wspierania innowacji przez państwo - swoje?​

Tak.

Ani to, ani to nie działa?​

Walczy we mnie lojalność wobec branży z chęcią mocnej krytyki, również krytyki samego siebie, bo przecież byłem założycielem Aula Polska i namawiałem: zakładajcie start-upy, bądźcie jak Dolina Krzemowa. Potem zacząłem widzieć, dokąd ten rynek zmierza, pojawiło się coraz więcej taniego pieniądza, który powoduje rynkowe skrzywienie. Branża, która miała poprawiać świat i nasze życie, częściej je psuje. Uważam, że patologia rynku jest dziś bardziej niebezpieczna niż patologia państwowa. Pisze o tym ekonomistka Mariana Mazzucato: państwo inwestuje w uczelnie, w badania i rozwój, coś z tego powstaje, a na końcu przychodzi biznes, przejmuje wszystkie pomysły, tworzy produkty wyłącznie komercyjne i jeszcze nie chce płacić podatków.

No ale przecież sam widziałeś, jak państwo wydaje te unijne pieniądze na innowacje. Mazzucato nie wywietrzała ci z głowy?​

Widziałem. Ale równocześnie obserwowałem, w jaki sposób polski biznes inwestuje w innowacje. Poziom głupoty i niekompetencji jest podobny. Wierzę, że jeśli państwo byłoby dobrze zarządzane i miało dobrze postawione cele, to te pieniądze by można wydać z pożytkiem dla ludzi.

Czyli jak?​

Wolałbym, żebyśmy nie dawali w Polsce pieniędzy "na innowacje", tylko wskazywali problemy do rozwiązania. Ogłosili: "Słuchajcie, bardzo szybko nam się starzeje społeczeństwo, więc robimy konkurs na rozwiązanie problemu małej liczby lekarzy geriatrów. Jak to załatwić w ciągu najbliższych 20 lat?". I pakujemy pięć miliardów w dwa najbardziej rokujące rozwiązania. A myśmy te unijne pieniądze rozsmarowali po pół miliona, milion i daliśmy na dziesiątki tysięcy projektów, z czego nic nie wynikło. No, może tyle, że ludzie wyleasingowali sobie trochę aut.

A model rynkowy?​

Nie daje rady. Coś, co mnie totalnie rozwaliło - ktoś musiał naprawę odpiąć wrotki, żeby to wykonać - to Juicero. Słyszałeś? Ten amerykański start-up opracował wyciskarkę do soków, do której nie wrzuca się owoców, tylko plastikowe woreczki z wyciśniętą wcześniej miazgą owocową. I z tych worków z wyciśniętym sokiem wyciskarka wyciskała drugi raz sok.

Po co?​

Nikt nie wie. Są w biurach kapsułki z kawą do ekspresów, no to wymyślili, że będą też worki z sokiem, które możesz włożyć do designerskiej wyciskarki za 700 dolarów. Zebrali od inwestorów 120 mln dolarów na ten cyrk.

I?​

Ktoś na youtubie pokazał, że ten ich worek można sobie do szklanki wycisnąć ręcznie, zamiast go wkładać do urządzenia. Wtedy inwestorzy przestali się do Juicero przyznawać i firma zbankrutowała.

Ale wyjaśnij mi, po co wyciskać sok z jakiegoś worka?​

No to jest właśnie ta współczesna wolnorynkowa innowacja. Do tej pory wszyscy robiliśmy to z owoców, a teraz jest zmiana, zamiast owoców masz woreczki kupowane w modelu subskrypcyjnym - najfajniejszy obecnie model, jak napiszesz w projekcie "model subskrypcyjny", to wszyscy skaczą z radości. Pomysł absurdalny na tylu poziomach, że szkoda gadać: przerabianie owoców, żeby je wcisnąć do plastikowych woreczków, potem wysyłać ludziom, żeby sobie to wyciskali w specjalnych wyciskarkach, w ogóle kupy się to nie trzyma. I nikt na poziomie pomysłu nie powiedział, że to jest chore.

Co to właściwie o nas mówi?​

Że totalnie odjechaliśmy. Rynek zachowuje się tak, jakbyśmy byli cywilizacją, która nie ma już żadnych problemów, więc może przeznaczać swoje wysiłki na konstruowanie elektronicznej łapy do wyciskania dziwnych soków. Takie są te innowacje: kolejna apka, która coś nam polepszy w telefonie, kolejny algorytm do lepszego zarządzania reklamami - i zaraz jest to warte miliard dolarów. Natomiast rozwiązanie problemu zanieczyszczonego powietrza - a to nie, dziękujemy, tu trzeba być inżynierem, mieć cały zespół specjalistów, to jest żmudne i nudne, a poza tym aż tak się nie opłaca. Państwa w pandemii zapłaciły Big Pharma miliardy za szczepionkę, za jej stworzenie i produkcję. Ale i tak większy obrót zrobił w tym czasie Facebook. To naprawdę przerażające, że mimo pandemii najbardziej rosną nie te firmy, które odniosły szczepionkowy sukces, tylko te, które zawiadują reklamą i śmiesznymi kotkami w internecie. Nie opłaca się być inżynierem, szkolić 20 lat, nie opłaca się już nawet być tą wstrętną krwiożerczą Big Pharma. Lepiej znać trochę kodowania i zrobić fajną apkę albo gierkę.
***
Artur Kurasiński (1974) jest przedsiębiorcą zajmującym się wspieraniem i inwestowaniem w projekty technologiczne. Mentor (m.in. Google Launchpad), bloger (kurasinski.com) oraz aktywny komentator branżowy. Współtwórca cyklu spotkań dla startupów Aula Polska oraz nagród Aulery. Autor komiksu edukacyjnego dla dzieci o technologii: edukomiks.pl

https://next.gazeta.pl/next/7,15100...dy-na-innowacje-stworze-portal-dla-kotow.html
 
Do góry Bottom