Libertarianizm a propertarianizm

dataskin

Well-Known Member
2 059
5 959
Fat, niejaki Matt Zwolinski zerżnął od Ciebie pomysły. :)

http://www.libertarianism.org/blog/six-reasons-libertarians-should-reject-non-aggression-principle

PS. Stefan Molyneux odpowiedział:

http://www.youtube.com/watch?feature=player_detailpage&v=uwrsKGzcZLM#t=715

Żeby odeprzeć zarzut, postanowił utworzyć swoją wersję libertarianizmu, dokładając nowy aksjomat - YaD - You're a Dick Principle. :D

Osobiście - preferuję własny model "libertarianizmu" z NAPem oraz zasadą rekompensat.

Zasadę rekompensat wypracowałem sobie sam, aczkolwiek - nie wykluczam że ktoś doszedł do podobnego wniosku w przeszłości.

Zasada bierze się z przekonania że wszystko co materialne wokół nas - posiada wartość, a wartość ta jest subiektywna, w zależności od punktu widzenia każdej jednostki. Zatem - w akapie , w skrajnym przypadku - z założenia: każdy będzie łamał tysiące razy NAP "inicjując agresję" względem czyjejś własności, w większości wypadków nie zdając sobie z tego sprawy (Ty nie przykładasz do pewnej rzeczy wielkiej wartości, a ktoś inny - tak. I vice versa)

Zasada materialnej rekompensaty polega na tym, że możesz zainicjować agresję względem materii tak długo jak długo jesteś w stanie dokonać pełnej, materialnej rekompensaty właścicielowi, a efekt inicjacji agresji jest w pełni, materialnie odwracalny (czyli tzw. inicjacja agresji na własność a nie na "cielesność").Oczywiście - fakt swojej agresji na własność musisz zgłosić właścicielowi od razu, "na miejscu" i od razu ustalić warunki uiszczenia rekompensaty.

Podałem już wcześniej przykład samochodu podczas upałów, którym uwięziony jest pies, kot (czy inne zwierzę). Według tej zasady - jeśli uważasz że życie psa ma większą wartość niż szyba - wybijasz szybę, wyciągasz psa i wypłacasz rekompensatę właścicielowi.

Wedle tej samej zasady - nie możesz kogoś pobić, inicjując agresję, bowiem skutek pobicia nie jest przewidywalny i (nie zawsze jest) odwracalny, trudno też jest w sposób wymierny ocenić wartość rekompensaty.

Cała reszta wg tych samych zasad.
 

FatBantha

sprzedawca niszowych etosów
Członek Załogi
7 947
22 363
Fat, że też Ci się chce taki ugór orać. ;)
Wiesz, z jednej strony naprawdę mi się nie chce. Ale z drugiej... nadarzyła się okazja, aby wykorzystać tę orkę do pokazania, że z podobnym, a właściwie dokładnie takim samym, ugorem mam do czynienia także na tym forum, bo w sąsiednim wątku, do którego zresztą wrócę. Sądzę też, iż ten lajk od Lancastera jest nieco przedwczesny, bo ten polubiony post równie dobrze mógłby orać jego blubry, a nie te stefanowe. W istocie to, co odwalił teraz Stefan nie jest wcale odległe od tego z czym spotykam się w sporach toczonych u nas. Bo może to w ogóle jest jakiś uniwersalny problem libertarian, który będzie się siłą rzeczy u nich powtarzał, bez względu czy będą nimi jacyś youtube'owi celebryci, czy zupełnie anonimowi ludzie.

No ale oddajmy Molyneux to, że wprowadził niezmiernie użyteczne narzędzie, właśnie w formie YaDP - You're a Dick Principle, którym da się to wszystko wyjaśnić. W zasadzie, to ten nowy aksjomat wcale nie jest nowy i występuje bardzo często, tyle że zazwyczaj w ukryciu. Stefan po prostu go odsłonił i jasno o nim powiedział. I chwała mu za to! Czym jest właściwie YaDP? Takim czerwonym guzikiem, który się wciska gdy wynik gry, w jakiej reguły sami zresztą ustaliliśmy, przestaje nam się podobać. A kiedy wynik gry przestaje nam się podobać? Ano wtedy, gdy godzi w nasze normy, na ogół wcale nie takie indywidualne, a raczej dość uniwersalne, popularne, obowiązujące w reszcie społeczeństwa. Jakieś tabu. Całkiem publiczne. Stąd zresztą nazwa You're a Dick Principle - wskazuje to dość jasno, jako że opiera się na wyzwisku zazwyczaj używanym do piętnowania najbardziej godzących w niepisane reguły jakiejś społeczności, łamiących jej wewnętrzny kodeks norm, chociaż często zgodnie z wymogami formalnymi, lege artis. Libertarianie w większości ostatecznie w kwestiach moralności są kolektywistami, zwłaszcza w przypadkach łapiących za serce.

U nas na forum YaDP objawia się w trochę inny, zakamuflowany sposób. Mianowicie w taki, iż istnieje pluralizm libertarianizmów. Każdy user deklaruje swój zestaw reguł lub własną interpretację aksjomatów, granic akceptowalnych zachowań, oczywiście taką uzgodnioną ze swoim wnętrzem, swoją wrażliwością i sumieniem. Ogólnie libertarianizm i wolność jednostki niby się wszystkim podoba, ale w detalach jest już gorzej i jeśli komuś coś nie przypasuje albo odkryje, że może praktyka pójdzie nie po jego myśli, bo ludzie inaczej będą rozumieli daną regułę i będą się zachowywać inaczej niżby było to jemu na rękę, robi się Sajgon, zwieńczony kolejną fragmentacją w ruchu. I o ile to teraz samo w sobie jest całkiem zabawne, to w praktyce, gdyby przyszło wprowadzać libertarianizm w życie, przestałoby takie być, bo skończyłoby na konflikcie czyją wersję libertarianizmu wprowadzić. Byłby to w zasadzie spór o domenę publiczną i powstałby właśnie z tego powodu, że wcześniej wszyscy starali się upchnąć swoje, preferowane przez siebie wartości wraz z tym, co jest sednem libertarianizmu. No i po części z tego, że libertarianizm jest wystarczająco niejednoznaczny, aby dało się takie rzeczy z nim robić.

Każdy ma swoją własną cezurę tego, czym jest zachowanie kutasa godne. Ja też taką mam. Tylko, widzicie, to nie znaczy, że zamierzam ją ekstrapolować jak cała reszta z Was próbuje to, nagminnie zresztą, uczynić, na najbardziej ogólne zasady ustrojowe. Bo to jest kompletnie niepoważne, tym bardziej gdy mowa o formułowaniu jakiegokolwiek wolnościowego ustroju. Najogólniejsze zasady nie są od tego, by zaspokajały moje czy czyjekolwiek partykularne potrzeby czy stanowiły gwarancję, że będę mógł zawsze i wszędzie postąpić zgodnie z samym sobą i jednocześnie pozostanę z nimi w zgodzie. Bo to musiałyby być zasady tyrana panującego nad wszystkim co istnieje. One mają być jak najbardziej abstrakcyjne i nie premiować żadnych specjalnych, czyichkolwiek wartości - jedynie minimalizować ryzyko wystąpienia konfliktów i wskazywać kto dany konflikt inicjuje. Mają być bezstronne wobec wartości wyznawanych przez strony konfliktu. Jeśli nie będą, otworzy się pole do majstrowania przy nich, by "sprawiedliwość była po naszej stronie". A to otwiera drogę powrotu władzy nad wszystkimi, polityki i państwa.

Do zaspokajania mojego gustu i moralnych potrzeb może mi posłużyć prawo prywatne, którego możliwość istnienia mogę sobie wprowadzić właśnie z tych najogólniejszych, neutralnych wobec jakichkolwiek stanowisk moralnych, reguł. I treść tego prawa może być zupełnie dowolna i w pełni zgodna z moimi zapatrywaniami jak powinno być na świecie, co jest sprawiedliwe i co znaczy być kutasem. Ale nie mogę ekstrapolować treści tego prawa na wszystkich, bo z jakiej paki? Moja etyka i moralność jest moim produktem. Tak jak kupa czy koza z nosa, tworzona po prostu przez inny organ w moim organizmie. Jeśli ktoś nie życzy sobie bym zrobił w jego domu kupę na dywanie, równie dobrze może sobie nie życzyć, abym wprowadzał tam swoje moralne porządki. Problem z libertarianami jest właśnie taki, że to mentalne robienie kupy w czyimś domu uznają za uprawnione i wikłają się tym samym w spór która grupa światopoglądowa ma wygrać konkurs na zasranie wszystkim salonów. Co jest już na starcie konfliktogenne.


No, ale pojawi(ł) się głos, że nawet te najogólniejsze zasady mają w sobie zaczątki jakichś teorii moralnych i mogą implikować pewne zakazy (na przykład uniemożliwiają ingerowanie w łady moralne i prawne kogoś innego, kto sobie tego nie życzy, a ktoś może przecież tego chcieć) oraz w ogóle to, że są równie arbitralne - zawsze się pojawia. Bo są. Ale jednak czymś się różnią. I możemy odkryć tę różnicę właśnie przez analizę wpływu YaDP w tym stefanowym przykładzie.

Powiedziałem, że stosowanie tej reguły przez sądy skończyłoby się na tym, że powstałby jakiś uznany społecznie limit "przyzwoitości" w postaci ceny akceptowalnej. Bo pewnie by powstał. Ale przecież nie powstałby jedynie sam limit. Wraz z nim zaistniałyby ośrodki gromadzące zainteresowanych do lobbingu za podwyższaniem lub obniżaniem tego limitu. Bo wiadomo, że ludzie się różnią: jedni twierdziliby, że bycie chujem zaczyna się od żądania za wodę na pustyni sumy ileśtam przekraczającej cały majątek kupującego, inni że właściwą cenę powinna wyznaczać średnia cena w całej akapolandii, itd. Skoro nie sprzedający określa cenę tego co sprzedaje, to tę na rynku przypisaną jemu władzę zdobywa ktoś inny. I można o nią toczyć spory.
 

FatBantha

sprzedawca niszowych etosów
Członek Załogi
7 947
22 363
Zauważmy też, że otwarcie takiej furtki generuje zresztą wiele różnych możliwości konfliktu, otwierając całe mnóstwo kontinuów, na jakich można się spierać. Bo skoro ktoś ma władzę unieważniania lub zawieszania reguł wolnego rynku, a inni się na to godzą, to otwiera możliwość w ogóle do delegalizacji handlu jakimś niepopularnym moralnie towarem: bronią, narkotykami, pornografią. Bo czemu tylko wodą na pustyni? Przecież broń sprzedają mega-kutasy, handlarze śmiercią! A pornosami, zabójcy dusz. Unieważniajmy dalej te zbrodnicze transakcje. No i znowu - czas: na jak długo można zawieszać te zasady? A w ogóle, to czemu on ma tę władzę i jego poplecznicy, a nie my?

Oczywiście wybór każdej pozycji na jakimkolwiek kontinuum jest arbitralny. Ale są na nich takie, które nie generują kolejnych problemów. Bo jeśli uznamy, że zasady wolnego rynku są niezawieszalne i obowiązują zawsze, nawet w czasie klęsk żywiołowych, to jest to arbitralne stwierdzenie, ale rozwiązujemy:
  • problem wyboru kryteriów kiedy zasady wolnego rynku nie obowiązują [co stanowi kolejne kontinuum],
  • problem wyboru podmiotu, który będzie władny do zawieszania tych zasad i uznawania kiedy j [co stanowi kolejne kontinuum]
  • problem legitymacji władzy tego podmiotu
  • problem wyboru definicji klęski żywiołowej [kolejne kontinuum]
I jeszcze sposobu rozwiązania powyższych problemów, jeśli takowego nie ma. I jeszcze pewnie kilka kolejnych, jakie teraz nie przychodzą mi do głowy. A tak, jednym cięciem - uznając że wolny rynek nie jest krępowany żadną stefanową regułą i obowiązuje stale, nie musimy toczyć sporu o to, kiedy nie obowiązuje, jak i kto ma o tym możność decydować. Bo działa z "automatu", stale - nie ma żadnej instytucji, która mogłaby zadecydować inaczej, która miałaby dzięki MOŻLIWOŚCI DECYDOWANIA o nim WŁADZĘ. Bo władza bierze się się właśnie z mocy decyzyjnej. Jak coś działa samo, niezależnie od czyichś decyzji, władza nad tym nie istnieje albo jest rozproszona.

Zazwyczaj najmniej problematyczne są takie charakterystyczne punkty kontinuum jak jego początek i koniec: zawsze/nigdy, każdy/żaden, wszyscy/nikt, etc. Każde oddalenie, od nich, uczynienie wyjątków otwiera potencjał do powstania jakiejś władzy, która zarządza tymi wyjątkami. Definiuje co będzie wyjątkiem uznawanym, a co nie. Bo to, że pojawią się grupy interesu z uznaniem za wyjątki tego, czego oni sobie życzą, to pewne.

I ja pomny tego, tak tworzę propertarianizm, by działał w jak największej mierze z automatu, by jak najmniej było obszarów, w których może zalęgnąć się zagrożenie globalną władzą nad wszystkimi, obojętnie jak niewielka by była. Nie muszę chyba dodawać, że premiowanie jednego poglądu moralnego nad innymi, na przykład tego, dotykającego kwestię niedopuszczalności prywatnego prawa zakładającego możliwość zabijania i zjadania dzieci, otwiera taki obszar. Bo skoro prawo własności kinder-kanibali może zostać zawieszone, to czemu nie zawiesić prawa własności w stosunku do Nene i jej kliniki aborcyjnej? Też morduje dzieci. Więc czemu jacyś pro-lifersi nie mogliby sobie zrobić najazdu? You're a Cunt Principle, bitch!

Propertarianizm nadający suwerenność każdemu właścicielowi rozwiązuje te problemy: to właściciele określają, czy dzieci można tam zabijać, definiują co jest dzieckiem, czy dzieckiem jest płód, czy jeszcze nie, co to jest agresja i o wszystkim innym, o czym mogłaby chcieć decydować jakaś inna grupa pazerna na podobną władzę. To oni bawią się suwakami na wszelkich kontinuach na swoim terenie. I nie ma miejsca na spory, bo to domyślnie do nich przypisane. Mogą z tego zrezygnować, ale nikt z zewnątrz nie może ich tego pozbawić, jeśli nie została naruszona jego własność. Władza, czyli zdolność decyzyjna o rzeczy, wynika z własności tej rzeczy. I szlus.

Natomiast YaDP ostatecznie działa zawsze tak samo: opiera się właśnie na pośrednich pozycjach różnych kontinuów, które są w danym momencie popularne. Albo decydujecie się tworzyć przyjazne kolektywnym intuicjom i emocjom tłumów bzdury, które wiatr zmian w nastrojach społecznych powywija je nie do poznania, obróci przeciw Wam, powodując powrót władzy, co robicie to teraz, albo tworzycie odporną na to propozycję. Ale nie zrobicie tego drugiego bez nabrania dystansu nawet od własnych partykularyzmów, dyktatu sumień i wszelkich wartości jakie mielibyście ochotę przemycić. Szycie propozycji politycznej jak garnituru na własną miarę, gdzie ogólne reguły określane są na podstawie własnych preferencji jest piramidalną bzdurą.
 

kozak

Member
67
27
Propertarianizm nadający suwerenność każdemu właścicielowi rozwiązuje te problemy: to właściciele określają, czy dzieci można tam zabijać, definiują co jest dzieckiem, czy dzieckiem jest płód, czy jeszcze nie, co to jest agresja i o wszystkim innym, o czym mogłaby chcieć decydować jakaś inna grupa pazerna na podobną władzę. To oni bawią się suwakami na wszelkich kontinuach na swoim terenie. I nie ma miejsca na spory, bo to domyślnie do nich przypisane. Mogą z tego zrezygnować, ale nikt z zewnątrz nie może ich tego pozbawić, jeśli nie została naruszona jego własność. Władza, czyli zdolność decyzyjna o rzeczy, wynika z własności tej rzeczy. I szlus.

Ok, a kto w propertarianiźmie będzie rozstrzygał spory dotyczące własności?
 

dataskin

Well-Known Member
2 059
5 959
I o ile to teraz samo w sobie jest całkiem zabawne, to w praktyce, gdyby przyszło wprowadzać libertarianizm w życie, przestałoby takie być, bo skończyłoby na konflikcie czyją wersję libertarianizmu wprowadzić. Byłby to w zasadzie spór o domenę publiczną i powstałby właśnie z tego powodu, że wcześniej wszyscy starali się upchnąć swoje, preferowane przez siebie wartości wraz z tym, co jest sednem libertarianizmu. No i po części z tego, że libertarianizm jest wystarczająco niejednoznaczny, aby dało się takie rzeczy z nim robić.
Warto przypomnieć, że obracamy się w granicach etyki, a nie prawa, więc jest rzeczą normalną że każdy będzie miał nieco inną wizję tej swojej, szeroko pojętej - wolności.
NAP nie jest żadnym zbiorem zasad prawnych, bo nie ma kto ich narzucić. Więc - wszystko jest od początku do końca - kwestią umowną.

Osobiście - nie mam ochoty wprowadzać i narzucać wszystkim na siłę, kolektywnie - AKAPu. Jestem panarchistą - czyli wychodzę z założenia, że państwo nie powinno mieć monopolu na organizację życia polityczneego, czy jakiejkolwiek innej działalności człowieka, w tym - tego jak wygląda ustrój. Chcę mieć jedynie możliwość odseparowania się (sam lub z grupką osób którzy myślą podobnie) od tego państwa i stworzenia własnej komórki samo-organizacji i samorządności (czy, jak kto woli - swojego "państwa"), bowiem nie uważam że ktokolwiek ma prawo do tego by sprawować "władzę", jeśli ktoś inny sobie tego DOBROWOLNIE - nie życzy, i nie ma znaczenia jaka była wola większości.

Przyrównując ustroje do wolnego rynku, demokracja to tak jakby ktoś na 4-5 lat kazał wszystkim chodzić w czerwono-zielonych krawatach, a na kolejne 4-5 lat, kazał chodzić w różowych muszkach. Większość narzuca swoją wolę i wizję polityczno-ekonomiczno-ustrojową mniejszości i zawsze ktoś jest niezadowolony. Na wolnym rynku każdy dostaje to czego w danym momencie chce.
Podsumowując - należy wprowadzić zasady wolnorynkowe do samoorganizacji i rządzenia.

Na własnym terenie i własności - każdy powinien mieć prawo wprowadzać takie reguły, jakie mu się podobają. Libertarianizm, wolny rynek, liberalizm, komunizm, demokrację - proszę bardzo.

Tylko tyle i aż tyle. Co zrobi reszta- w ogóle mnie nie interesuje.

Każdy ma swoją własną cezurę tego, czym jest zachowanie kutasa godne. Ja też taką mam. Tylko, widzicie, to nie znaczy, że zamierzam ją ekstrapolować jak cała reszta z Was próbuje to, nagminnie zresztą, uczynić, na najbardziej ogólne zasady ustrojowe. Bo to jest kompletnie niepoważne, tym bardziej gdy mowa o formułowaniu jakiegokolwiek wolnościowego ustroju.
Nie ma czegoś takiego jak akapowy ustrój. Wolność to punkt wyjścia, tzn każdy powinien mieć, moim zdaniem - możliwość samoorganizowania się, bez narzucania komuś sposobu organizacji, w tym - braku takowego, czyli AKAPu.

Niektórzy twierdzą, że państwo jako struktura organizacyjna jest zniewoleniem samym w sobie. Osobiście uważam, że to nieco pokrętne rozumowanie które jest prawdziwe tylko i wyłącznie gdy istnieje monopol na samoorganizację - w postaci jednego państwa i gdy nie istnieje dobrowolność samoorganizacji. Jeszcze raz, odnosząc się przez analogię do wolnego rynku - kupując produkt - kupujesz go w takiej postaci w jakiej jest. Nie możesz kupić telewizora LCD i rościć do producenta pretensje o to, że nie ma tam czegoś, czego on sam nie zaimplementował przed momentem sprzedaży i czego nie reklamował, i rościć o to pretensje względem niego.

Panarchia: What you see is what you get.
AKAP: What you see is what you think you'll get until it's too late ;)
Demokracja: What you see is not what you'll get for another 4-5 years

Nazwij to państwem, firmą, komuną, albo zwyczajnie - "miastem/wioską na "dzikim" zachodzie".

One mają być jak najbardziej abstrakcyjne i nie premiować żadnych specjalnych, czyichkolwiek wartości - jedynie minimalizować ryzyko wystąpienia konfliktów i wskazywać kto dany konflikt inicjuje.
Ja nie traktuję NAPu jako recepty na wszystko, z którego należy wyprowadzać recepty na wszystkie pytania i wątpliwości. Raczej jako fundament i pewien punkt odniesienia.

Mają być bezstronne wobec wartości wyznawanych przez strony konfliktu.
Reguły ustalasz sam, na swojej własności. Wchodząc na czyjąś własność - kończy się Twoja wolność i musisz działać zgodnie z regułami tam panującymi. Ponieważ w większości wypadków możesz nie wiedzieć, jakie reguły tam panują - stąd dokoptowanie mechanizmu rekompensat do NAPu. Działa niezależnie od ustroju i subiektywnego kodeksu etycznego/moralnego poszczególnych jednostek

I treść tego prawa może być zupełnie dowolna i w pełni zgodna z moimi zapatrywaniami jak powinno być na świecie, co jest sprawiedliwe i co znaczy być kutasem. Ale nie mogę ekstrapolować treści tego prawa na wszystkich, bo z jakiej paki? Moja etyka i moralność jest moim produktem.
I możesz te zasady uprawiać na swojej własności. Z grupką osób, która dobrowolnie przyjęła ten zbiór zasad i dobrowolnie godzi się mu podlegać. Jeśli się komuś nie podoba - zawsze może zmienić sposób samoorganizacji przez foot voting, albo - ustanowić nowy, własny system na swojej własności

Problem z libertarianami jest właśnie taki, że to mentalne robienie kupy w czyimś domu uznają za uprawnione i wikłają się tym samym w spór która grupa światopoglądowa ma wygrać konkurs na zasranie wszystkim salonów. Co jest już na starcie konfliktogenne.
Stąd (imho) jedyna możliwa recepta - panarchia (nie mylić z panarchizmem w jęz. polskim, jak się okazało - to nie jest to samo co "panarchism"). Czyli wyprowadzenie władzy/systemów politycznych/samoorganizacji na wolny rynek.
Do którego, zresztą - prosto przejść z obecnego systemu demokratycznego. "Wystarczy" 67% głosów w systemie demokratycznym i wpisanie prawa do secesji do konstytucji. Mało prawdopodobne, aczkolwiek - teoretycznie możliwe. W przeciwieństwie do całej reszty pomysłów jak np. zbrojne powstanie

W jakimkolwiek ustroju nikt nigdy nie będzie zadowolony, bo każdy będzie musiał pójść na kompromis. To samo tyczy się systemów prawnych/etycznych. W panarchii wszyscy są zadowoleni bo masz wolny rynek państw i państewek i systemów politycznych/organizacyjnych z całym przekrojem od anarchokomuny, monarchii (jeżeli ktoś chce być dobrowolnie czyimś poddanym to powinien mieć taką możliwość), z roznymi egzotycznymi kombinacjami alpejskimi, jak geolibertarianizm czy green libertarianizm - aż do jakichś tam form akapu (akap - tak. wprowadzanie całego bydła do akapu - nie)
 
Ostatnia edycja:

FatBantha

sprzedawca niszowych etosów
Członek Załogi
7 947
22 363
Ok, a kto w propertarianiźmie będzie rozstrzygał spory dotyczące własności?
Najprawdopodobniej zainteresowane tym sporem strony lub instytucje jakie okazjonalnie zostaną powołane przez nie do jego rozwiązania, bo kto inny? Ja mogę, jeżeli mi zapłacą.

Koła tu nie wymyślisz - spory terytorialne rozwiązuje się albo sztuką dyplomacji i drogą ustępstw, albo siłą i wojną. Najlepiej oczywiście zminimalizować ryzyko zaistnienia takich sporów przez odpowiednią sieć sojuszy i wzajemnych gwarancji między właścicielami. Normalna geopolityka, tyle że w skali mikro.
 
OP
pampalini

pampalini

krzewiciel słuszności, Rousseaufob
Członek Załogi
3 586
6 504
Na własnym terenie i własności - każdy powinien mieć prawo wprowadzać takie reguły, jakie mu się podobają. Libertarianizm, wolny rynek, liberalizm, komunizm, demokrację - proszę bardzo.
Czym więc się różni Twoja "pananarchia" od propertarianizmu FatBanthy?

Albo decydujecie się tworzyć przyjazne kolektywnym intuicjom i emocjom tłumów bzdury, które wiatr zmian w nastrojach społecznych powywija je nie do poznania, obróci przeciw Wam, powodując powrót władzy, co robicie to teraz, albo tworzycie odporną na to propozycję.
Twoja "propozycja" (lub inaczej - Twój ustrój polityczny) też się może dowolnie obrócić i zamienić w coś zupełnie innego w dowolnej chwili. Kolektyw w Twoim systemie ma tyle samo do gadania, co w każdym innym akapie (cokolwiek to w ogóle znaczy - "Twój akap" i "mój akap", bo ja już doprawdy nie wiem).
 
Ostatnia edycja:

FatBantha

sprzedawca niszowych etosów
Członek Załogi
7 947
22 363
Czym więc się różni Twoja "pananarchia" od propertarianizmu FatBanthy?
Heh, wygląda na to, że niczym. Ale to jest w sumie niezły, przebiegły plan. Nazwy wszystkich ustrojów politycznych niech denotują ostatecznie propertarianizm. ;) Przewrotne.

Twoja "propozycja" (lub inaczej - Twój ustrój polityczny) też się może dowolnie obrócić i zamienić w coś zupełnie innego w dowolnej chwili. Kolektyw w Twoim systemie ma tyle samo do gadania, co w każdym innym akapie (cokolwiek to w ogóle znaczy - "Twój akap" i "mój akap", bo ja już doprawdy nie wiem).
Oczywiście, że może - ale znacznie trudniej będzie w dalszym ciągu utrzymywać, że pozostaje tym samym, jeśli suwerenność właściciela zostanie odrzucona. Natomiast YaDPtarianizm może przejść całe mnóstwo wolt, bo raz będziemy ignorować prawo własności takich, a raz owakich - w zależności od tego, które czyny uznamy za naganne moralnie i wciąż ludzie będą mogli uznawać, że to dalej libertarianizm, tylko w zmiennym otoczeniu światopoglądowym.

Jedni będą sobie wprowadzali proviso anty-fritzlowe, inni anty-rzeźnicze, kolejni anty-aborcyjne i z całego prawa własności zostanie fikcja, a Ty będziesz musiał się zastanawiać, czy to co robisz, nie godzi w czyjeś wartości i czy aby nie należy się spodziewać nalotu, więc i fortyfikować, aby móc dalej robić to, co chcesz robić. A może po prostu poddać i z tego konformistycznie zrezygnować. Innymi słowy, całe to narzucanie światopoglądów działa podobnie jak przestępstwa, klęski żywiołowe czy działalność rządu - wymaga poświęcenia środków na zabezpieczenia, które są marnotrawstwem, zwłaszcza w porównaniu ze stanem, w jakim prawo własności byłoby przestrzegane bezwzględnie.

YaDPtarianizm w praktyce to zalegalizowane rządy dominującej moralnie większości. Chcesz byśmy uszanowali Twoją własność? To się nie wychylaj. W "moim akapie" kolektyw nie ma tyle samo do gadania, bo nie ma formalnego prawa robić inwazji na własność drugiej osoby, z jakiej poglądami moralnymi się nie zgadza. A jeśli to zrobi, to nie będzie już "mój akap". Może oczywiście stosować YaDP poprzez totalny bojkot i odcięcie towarzyskie, blokady swoich usług czy wstępu na własne terytoria, ale nie może naruszać granic czyjejś własności, jeśli jego granica nie została naruszona. Istnieje różnica.
 

dataskin

Well-Known Member
2 059
5 959
Czym więc się różni Twoja "pananarchia" od propertarianizmu FatBanthy?
W zasadzie - niczym, panarchia to zakamuflowany propertarianizm. Tylko podany w postaci lekkostrawnej dla wszystkich (w szczególności - dla lewaków i demokratów), jako gotowy produkt polityczny.

Ułatwia komunikację, bo możesz swobodnie prezentować swoje poglądy (przy czym - inni nie czują się jakbyś im cokolwiek narzucał), przekonywanie do swoich racji i wygrywanie dyskusji z ww. pokonując ich własną bronią.
 
Ostatnia edycja:

FatBantha

sprzedawca niszowych etosów
Członek Załogi
7 947
22 363
Rdzeniem propertarianizmu jest teoria uprawnień. Jest to abstrakcyjny opis funkcjonowania społeczeństwa, w którym następuje ciągły przepływ uprawnień pomiędzy podmiotami prawnymi, powstają nowe podmioty prawne oraz znikają stare. Propertarianizm dodaje do tej teorii normatywny element dotyczący tego, jak mniej więcej w społeczeństwie powinny być rozdzielone uprawnienia (tak żeby główną rolę odgrywała własność prywatna). Wolnościowca może niepokoić, że ten element normatywny jest dość niewielki i w gruncie rzeczy nie wyklucza scenariusza, że uprawnienia w społeczeństwie zaczną być rodzielane w niewolnościowy sposób, że dzieci będą sprzedawane w niewolę, albo nawet że powstanie państwo... Dlatego wolnościowiec mógłby chcieć wzbogacić ideologię o jakiś normatywny dodatek, najlepiej zaszyty już w samej teorii uprawnień, np. dotyczący tego, kto ma być uznawany za podmiot prawny. Należy jednak zrozumieć, że sama teoria propertarianizmu nie próbuje wyczerpywać opisu tego, jak będzie funkcjonowało propertariańskie społeczeństwo.

W Propertarianizmie Wspartym o Mit dziewięcioletnie dziecko za zgodą rodziców przystępuje do Sakramentu. W Świątyni zostają mu ścięte włosy i zostaje ono uznane za podmiot prawny. Zostaje wówczas właścicielem swojego ciała, jednak oddaje je w dzierżawę swoim rodzicom na czas nieokreślony. Dziecko ma prawo zerwać umowę dzierżawy (zdarza się, że dzieci starsze niż dziewięć lat uciekają z domów i rodzice nie mają względem nich uzasadnionych roszczeń). Niestety, w społeczeństwie istnieją rodziny nieuznające Mitu. W takich rodzinach zdarzają się aborcje (które Mit potępia), a także odsprzedawanie dzieci w niewolę. Świątynia ma pełne ręce roboty, krzewiąc Mit, wyszukując kupców niewolników, ażeby poddać ich ostracyzmowi, oraz niosąc pomoc biednym rodzinom. Jedni libertariańscy teoretycy narzekają, że społeczeństwo nie jest wolnościowe, skoro zdarzają się w nim ludzie nieuznawani za podmioty prawne. Inni libertariańscy teoretycy narzekają, że społeczeństwo nie jest wolnościowe, skoro panuje w nim miękka tyrania Mitu i osoby podejmujące niektóre działania (np. spożywające święte grzyby przy innej okazji niż doroczna Ceremonia) są poddawane radykalnemu ostracyzmowi społecznemu. Ale przynajmniej dzięki Mitowi społeczeństwo unika stoczenia się po równi pochyłej, przed którą przestrzegali przeciwnicy propertarianizmu w dyskusjach na libnecie.
No, mniej więcej o coś takiego mi chodzi.

Chociaż, jeżeli mamy być już precyzyjni i całkowicie transparentni, to ze mną jest też trochę jak z pismami Marksa - był młody i był stary. :p

Ja też zdążyłem zmienić swój stosunek do propertarianizmu na przestrzeni lat, podobnie jak do pomysłów na tworzenie ładu bezpaństwowego.

Kiedy zaczynałem przygodę z propertarianizmem, widziałem w nim myśl nieco sztubacką, przekorną i zbliżoną do panarchii, tyle że w terytorialnym wydaniu. Zależało mi przede wszystkim na opisaniu i metafizycznym uzasadnieniu stanowiska, które nie będzie tworzyło wielkich barier wejścia dla tworzenia własnego porządku prawnego, zgodnego z osobistą ekspresją w granicach własności. Aby je osiągnąć, trzeba było usunąć elementy wynikłe z prób wytwarzania jakiejś ogólnej moralności libertarianskiej, dążącej do uniwersalizmu, które ograniczałyby właśnie ten element panarchiczny. Wyciąłem je więc i postawiłem na suwerenność właściciela oraz teorię własności bez żadnych niewynikających z niej obowiązków moralnych.

Ostatecznie chodziło przecież o ład największej liczby współistniejacych prywatnych mikro-ładów. Metaład gwarantujący największe bogactwo ludzkich sposobów życia i jego organizacji, gdzie każdy mógłby w ramach swojego terytorium wykrawać swoje niezależne rozwiazania. Nie brałem pod uwagę czegoś takiego jak nadrzędność czy równoległość kultury, uznając podobnie jak libertarianie, że kultura byłaby efektem ubocznym wolnego rynku, niewartym poświęcania jej szerszej uwagi. Zobowiazania moralne podejmowane przez ludzi w ramach ich prywatnych preferencji - podobnie. Sam ład moralny miał nieokreślone nigdy źródło a jeżeli z propertarianizmu wynikała jakakolwiek etyka, była ona szczątkowa, wynikła z potrzeby zachowania tak rozumianego pluralizmu.



Stary FatBantha już by się z tym świeckim podejściem opartym o indyferencję tak względem prywatnej jak i publicznej moralności nie zgodził, uznając, że ludzie jednak muszą mieć podany jakiś istotny, szlachetny powód, odnoszący się głęboko do ich godności, by w ogóle zacząć myśleć o braniu na siebie brzemienia urzeczywistniania takiego wszechładu wbrew wszelkim przeszkodom, rzucanym im przez dzisiejszy świat. A ten powód musi ostatecznie dyktować kultura, odnosząca się również do prywatnej moralności - w niej szukającej potwierdzenia i najbardziej intymnego zakorzenienia dla motywacji.

Zamiast więc malować ogólny obraz ustroju, w którym każdego posiadającego najlichszy nawet kawałek ziemi, wynosi to do rangi niekwestionowanego autonomicznego władyki równego innym podobnym do siebie anarchom, dzisiaj raczej jestem skłonny propertariańskich właścicieli traktować jako strażników własnościowego ładu, trzymających w ten sposób pieczę nad porządkiem moralnym i urasta do rangi ćwiczenia duchowego.

Po 9 latach, jestem też już bardziej stonowany pod względem tego młodzieńczego idealizmu i wynikającego z niego przekonania, że ludzie rzeczywiście zaczęliby korzystać z omawianego wszechładu w tak ekspansywny sposób - po pierwsze dlatego, że obsługa prawna i dyplomatyczna stosunków między nimi mogłaby okazać się z powodu takiego bogactwa nieprzystających praw kłopotliwa i kosztowna, utrudniając lub w ogóle uniemożliwiając współpracę. Koszta wytwarzania własnego ładu byłyby niskie, ale nawigowania w całej plejadzie cudzych - bardzo wysokie. Po drugie, ludzie jednak w większości są konformistami, zatem po pierwszych eksperymentach z prywatnym prawodawstwem i tak ograniczaliby się do tych kilku utartych głównych kolein światopoglądowych, w jakich spotykaliby się z pochwałami myślących podobnie. Do tego zresztą skłaniałyby ich oszczędności. A jakieś wyjątkowe, unikalne prawa pozostawałyby co najwyżej domeną kilku bogatych ekscentryków, mogących sobie pozwolić na utrzymywanie takiego pawiego ogona, irytującego wszystkich pozostałych.

Relatywizm jednak kosztuje. O ile w czysto formalnej, idealnej interpretacji propertarianizmu tych kosztów nie trzeba brać pod uwagę, puściwszy wodze fantazji o niepohamowanym rozmachu i przepychu konkurujących ze sobą wybieranych norm, stanowisk czy ustrojów, poniekąd reprezentujących całe intelektualne bogactwo Bytu, z jakiego ludzie będą mogli nieskrępowanie czerpać w jakiejś autokreacyjnej improwizacji, o tyle inaczej to wygląda, gdy zacznie się rozpatrywać propertarianizm realny.

Bo w nim już te koszta trzeba wziąć pod uwagę i zastanowić się nad standardyzacją, czyli skupić na jego rudymentariach, takich jak domyślne, najbardziej popularne konstrukcje prawne, predefiniowane konwencje zabezpieczające podstawowe interesy sygnatariuszy, od których rzadko kto będzie miał ochotę znacząco odbiegać, w obawie przed popadnięciem w niesławę czy otwarty konflikt. A jeżeli zdecyduje się odbiegać bardziej, będzie spotykał się z podejrzliwością pozostałych, ponieważ ludzie w swym ogóle są niechętni nowym doświadczeniom - traktują je domyślnie jako zagrożenie i eksperymentatorów od siebie separują. Myśl, że w propertarianizmie nie będzie mainstreamu a wszyscy będą sobie gazdować, hehehe, nie koordynując systemów prawnych, może być atrakcyjna dla buntownika, ale jest przecież dosyć naiwna.

W myśli młodego FatBanthy propertarianizm był atrakcyjnym sloganem. Pod względem obietnic, przypominał wodoszczelny zegarek. Taki, z którym nominalnie, na papierze, można byłoby iść nurkować na te 250m, podczas gdy w życiowej praktyce szeregowego użytkownika, nie ma, ani takich głebokich zbiorników wodnych, ani realnej potrzeby szukania batyskafu, żeby zabierać ten nieszczęsny czasomierz w takie głębokości, by raz skorzystać z ficzera, jakim chwali się producent w swoim marketingu dla szpanu.

Tak samo z tymi prawami. One są fajne, gdy chcesz chwalić ustrój za to, że formalnie można w nim je niemal dowolnie formułować, przekształcać i nikt nie dysponuje nadrzędną władzą, by móc nam tego zabronić. To może imponować zwłaszcza młodym, z natury rzeczy nie lubiących stawianych im ograniczeń, całego tego podporządkowania, zwłaszcza w czasie, gdy chcieliby dać upust swojej energii. Ale w praktyce, gdy przychodzi co do czego, komu chciałoby się ponosić odpowiedzialność za robienie rzeczy skrajnie niepopularnych czy drażliwych? Garstce.

Ostatecznie prawa istnieją po to, by pomagać utrzymywać konkretny ład a nie by za ich pomocą wyrażać jakaś głębszą prawdę o sobie i swoich wartościach, zaadaptowawszy własność ziemską jak czyste płótno do uwiecznienia swojego moralnego autoportretu. Chociaż to pomaga sprzedać ustrój, zwłaszcza tym, którzy całe swoje życie byli wzięci w biurokratyczny kołowrót, podporządkowani regułom depczącego ich państwa.

Stary FatBantha od młodego FatBanthy, poza tonowaniem relatywizmu w ekspresji prawa, różni się też stosunkiem do: kultury, religii, komunitaryzmu i kontroli społecznej. Skończyła się łaskawość dla nieokiełznanego niczym świeckiego subiektywizmu i mniemaniologii stosowanej, każącej rozpatrywać wszystko wyłącznie jako jedną z wielu możliwych propozycji. Teraz propertariańskie prawo i wynikła z niego odpowiedzialność za utrzymywanie porządku na swoim terytorium nie będzie już jakąś osobistą igraszką, służącą do grania na nosie libertarianom czy opcją do przekonywania ich do atutów konkurencyjnego rozwiązania. Stanie się elementem tożsamości kulturowej.

Dlaczego?

Ponieważ u starego FatBanthy przyjęcie perspektywy propertariańskiego prawa prywatnego awansuje do rangi niezbędnego elementu godnościowego, wspierającego proces wytwarzania fundamentów równoległego społeczeństwa. Uznanie autorytetu tegoż prawa - zakładającego wbrew państwu suwerenność jednostki, będzie traktowane w kategoriach obowiązku moralnego każdego, kto chce się cieszyć zdolnością honorową i jakimkolwiek respektem pośród podejmujących starania o cywilizację ładu bezpaństwowego. Zatem owo prawo w moich oczach nie jest już ustrojową ciekawostką przydatną do rozważania różnych skrajnych rozwiązań, badania potencjalnych konsekwencji czy stawiania porównań między różnymi odmianami policentrycznych systemów prawnych. Zostaje inkorporowane w szerszy od siebie ład sakralny, natomiast zaprawa w nim - duchowym ćwiczeniem w cnotach sprawiedliwości i pobożności, przywracającym więź z pionowym wymiarem kultury.

Tym, czym dla Antygony było prawo boskie, stojące nad świeckim stanowionym prawem Kreona, tym samym ma być prywatne prawodawstwo propertarian względem prawa stanowionego przez barbarzyńców z ich prawem publicznym.

Kto żyje pod butem wyręczającej go we wszystkich istotniejszych dla podtrzymywania społeczeństwa kwestiach biurokracji (poza samą produkcją, chociaż w socjalizmie i ona pada łupem), a więc odebrana mu jest osobista perspektywa na sprawiedliwość, praworządność, ale też sens wytwarzania silnego sumienia, będącego instancją kontroli społecznej w jej indywidualnym wymiarze, ten musi to dla siebie odzyskać i dać odpór odrętwiającej demoralizacji.

Nowocześniak jest w mojej ocenie tylko i wyłącznie udomowionym bydlęciem, zagnanym do kieratu, by państwo mogło czerpać z jego pracy korzyści. Dlatego też zdjęło ono z niego konieczność samodzielnej refleksji o ładzie oraz wspólnocie jaką mógłby podtrzymywać, podejmując istotniejsze decyzje moralne, chociażby dotyczące te egzekucji kar w odpowiedzi na cudze przewiny. Dopiero usuwerennienie doprowadzi do odzyskania pełnej podmiotowości - również moralnej - i poczucia osobistego podtrzymywania szerszego od siebie porządku, w ramach brania odpowiedzialności za porządek lokalny, wyznaczony i gwarantowany granicami własności.

Prawo prywatne ustanowione na gruncie propertarianizmu zostanie więc wzbogacone o element sakralny.
Stanie się rytualną ostoją kultu, demonstracją odrębności od świeckiego świata sprofanowanego nieczystością państwa, ceremonialnym odniesieniem wzajemnie uszlachetniającym wybranych, uznających spływający na nich z tego prawa autorytet, godność a zarazem powinność podtrzymywania subiektywnie rozumianego ładu moralnego. A wreszcie też powodem emancypacyjnej od prawa publicznego wojny religijnej, gdy przyjdzie na nią czas.

Propertarianizm w tej późniejszej interpretacji będzie więc wyrastać na coś w rodzaju świętego ustroju względem szerszej tradycji, którego osiągnięcie będzie zaświadczało o zbiorowym stanie łaski całej wspólnoty religijnej, wypierającej ze swoich szeregów państwo i uniezależniającej się od jego władzy, stającej na własnych nogach. Natomiast dążenie do jego urzeczywistnienia - na bieżąco przeżywanym Exodusem - wyprawą samodoskonalących się pokoleń zrzucających kajdany.

Postępy tego dokonującego się uniezależnienia będzie można mierzyć zdolnością do ufnego trzymania się w swoim gronie przez wiernych wytycznych czy logiki tego sakralnego prawa. Doniosłym bowiem będzie nawet nie samo wytworzenie albo uzyskanie prywatnego wyroku, co raczej jego uznanie i poddanie mu się w ramach uznania wzajemnego autorytetu do orzekania, wbrew autorytetowi państwa.

Dlatego chęć uczestnictwa w akcie interpretacji a następnie egzekucji prawa, będzie zaświadczała o dojrzałości wiary, przekonań moralnych, cenieniu wartości obyczaju i porządku tradycji. Nieumiejętność, w tym związana z powrotną ucieczką pod opiekę państwa - o niedojrzałości, niedostatecznej miłości cnót, siebie samego czy innych.

Skoro chcesz ze mną podejmować interakcje bazując na prawie państwa, zakładającym, że jesteśmy jego niewolnikami, to nie za bardzo szanujesz naszej relacji. Jeżeli nie chcesz osobiście wykonać czy poddać się wyrokom naszego prawa, bazującego przecież wyłącznie na naszych ustaleniach, nie traktujesz poważnie ani danego przez siebie słowa, ani sprawiedliwości, ani ładu, który sam ostatecznie współtworzysz lub niszczysz, czyli wszystkiego tego, co powinno być bliskie twojej duszy, jeśli rzeczywiście chcesz o nią dbać.

Sam w sobie propertarianizm więc nie zmienił się nawet o jotę, ale mój stosunek do niego i nadawany kontekst kulturowy, w jakim go widzę - już diametralnie. Przestałem prawo prywatne traktować przez pryzmat błahego indywidualistycznego konstruktywizmu i stało się dla mnie stelażem dla ćwiczenia w ponownym zakorzenianiu się w religijnie postrzeganym moralnym porządku rzeczy. Bezpośrednie uwikłanie w prawodawstwo i jego egzekucję w ramach swojej własności traktuję pouczająco: w ramach ponownej nauki o obowiązku dbania o moralną higienę, którego nie powinno się cedować na kogoś innego.

Akty sprawiedliwości należy w miarę możliwości wykonywać osobiście, właśnie po to, aby nie zatracić rozeznania o tym, czym ona jest, a czym nie jest. Jak również po to, by udowodnić - również sobie - że jest ona czymś istotnym w wytwarzanym i podtrzymywanym przez siebie porządku społecznym. Wtedy też, z racji swojego bezpośredniego wkładu, wyżej się ceni siebie samego, jak również sam ład, do którego przykłada się świadomie rękę.

Zresztą ten aspekt moralistyczny akurat niewiele zmienił się od czasów, w których formułowałem propertarianizm.

W zasadzie nigdy nie podobała mi się libertariańska wizja egzekwowania sprawiedliwości, wyjęta żywcem z metod działania jakichś bezdusznych ubezpieczalni, dokonujących wewnętrznych rozliczeń a następnie wypluwających końcowy wynik ofiarom i pozwanym. Właśnie dlatego, że w swojej bezobsługowości, mimo oczywistych przewag nad państwowym wymiarem sprawiedliwości, jest równie nowocześniacka oraz wyjaławiająca dla poczucia odpowiedzialności za utrzymywany ład społeczny. A więc będzie odnosić podobnie demoralizujący i otępiający efekt na ostatecznej instancji kontrolnej jednostki w postaci sumienia. Nie po to idzie się na wojnę z państwem o odzyskanie tej sfery życia, by po jego zwalczeniu, utracić ją ponownie na rzecz kolejnych biurokratów, a niechby i prywatnych!, którzy będą za nas rozstrzygać dylematy przynależne bezpośrednio nam.

Pozostaje oczywiście kwestia zdolności dochodzenia do prawdy materialnej w procesach, bo nie każdy, kto jakąś ziemię ma na własność, musi być przecież kolejnym wcieleniem króla Salomona. O ile więc tutaj, przy analizie dowodów, moglibyśmy się wysłużyć specjalistyczną wiedzą kryminologiczną, oferowaną w usługach przez zewnętrzne, profesjonalne podmioty, przydatne przy bardziej zagmatwanych sprawach wymagających większych kompetencji, to jednak sam akt sądzenia, niechby nawet i kompletnie wyasystowany, w społecznym ceremoniale powinien spoczywać bezpośrednio na barkach tego, kto panuje nad ziemią, na jakiej został zbrukany ład. Gdyż to właśnie jemu, jako właścicielowi, w ramach wyłączności przynależy się również przywilej dokonania aktu jego naprawy.

I tylko w ten sposób można nauczyć ludzi prawdziwej wagi sprawiedliwości - gdy strąci się ich w konieczność osobistego zajmowania się jej sprawami, kiedy przyjdzie taka chwila. A uprzednio do tego kulturowo przygotuje. Posiadasz ziemię, więc masz obowiązek określić, co na niej będą znaczyć: dobro, zło i sprawiedliwość. A następnie się stosować do swoich ustaleń. Jest to integralny element praktycznej nauki etyki. W propertarianizmie wychodzi on na pierwszy plan.

Klasyczny libertarianizm, oddający te sprawy lekką ręką jakiejś trzeciej stronie, dla moralisty nigdy nie będzie sexy. Dlatego trudno nawet się jakoś zaangażować w walkę o niego czy zachęcać do niej innych, pod pretekstem odbicia sprawiedliwości z łap państwa, bo zastąpienie tego ostatniego korporacjami godnościowo niewiele zmienia. Możecie sprawić, że wymiar sprawiedliwości przestanie być państwowy i stanie się prywatny. Ale to niekoniecznie zmieni kondycję i przewodnią postawę ludzi nowoczesności, polegającą na głupocie moralnej i unikaniu brania za cokolwiek odpowiedzialności, bo ta będzie się kształtować tak długo, jak długo będą wyręczani przez jakiejś inne, nadrzędne strony z tego, co powinno być ich podstawowym doświadczeniem, wyuczonym chociażby w rodzinie.

O to warto już walczyć, bo podnosi ludzkiego ducha. Z kolei o to, by ktoś ich znowu wyręczał, jak dzisiaj państwo - już nie.



Tak czy inaczej, propertarianizm możesz wesprzeć lub zbalansować jakimś innym normatywnym komponentem, na przykład dosyć klasycznie rozumianą etyką cnót oraz rytualną obyczajowością religijną czy czymkolwiek innym, co będzie sprawnie przenosiło moralne ideały w społeczeństwie, ale będzie to część kulturowo-obyczajowa, mniej formalna, natomiast część prawna i wykładnia prawa wynikłego z teorii uprawnień Hobbesa oraz teorii własności pozostanie i tak formalnym, niezmiennym stelażem ustroju.

Propertarianizm, który nie stara się obmyślić teorii kary jak od linijki, będzie się lepiej poddawał rozmaitym adaptacjom w realnym świecie, bo pozostawi kwestię dopuszczalności czy niedopuszczalności stosowania jakichś środków karnych zwyczajnej kulturowej ewolucji.

Kody moralne w przyszłość lepiej zresztą przenosi zwykłe wychowanie, a nie akt zadekretowania w doktrynie.
 
Ostatnia edycja:
OP
pampalini

pampalini

krzewiciel słuszności, Rousseaufob
Członek Załogi
3 586
6 504
Sorry, @FatBantha za brutalną i bezczelną wiwisekcję, ale to brzmi jak resentymenty sfrustrowanego, niedocenionego intelektualisty, który poczuje się zaspokojony dopiero wtedy, kiedy będzie mógł mikrozarządzać kulturą ze swojej wieży słoniowej. Na szczęście kultura tak nie działa, uff. W akapie będę siedział zadowolony, zrelaksowany i popijał piwko z burdelowymi kurwami wesoło sprzeczając się z murzynem ze złotym łańcuchem na szyi na temat wyższości jednego luksusowego modelu fruwającego auta nad innym i tylko czasem będziemy wskazywać palcem z rozbawieniem, jak się miotasz w swojej komnacie słuchając fug Bacha i jak z obrzydzeniem wywieszasz na tarasie szmaciany billboard - "Doractwo prawne 'Salomon', 12:00-15:00 happy hours, 50% zniżki".
 
Ostatnia edycja:

FatBantha

sprzedawca niszowych etosów
Członek Załogi
7 947
22 363
Sorry, @FatBantha za brutalną i bezczelną wiwisekcję, ale to brzmi jak resentymenty sfrustrowanego, niedocenionego intelektualisty, który poczuje się zaspokojony dopiero wtedy, kiedy będzie mógł mikrozarządzać kulturą ze swojej wieży słoniowej.
Wiwisekcja może sobie być brutalna i bezczelna, o ile jest coś warta. Ta akurat nie jest.
Na szczęście kultura tak nie działa, uff.
Bo jej dziś nie ma.

W akapie będę siedział zadowolony, zrelaksowany i popijał piwko z burdelowymi kurwami wesoło sprzeczając się z murzynem ze złotym łańcuchem na szyi na temat wyższości jednego luksusowego modelu fruwającego auta nad innym i tylko czasem będziemy wskazywać palcem z rozbawieniem, jak się miotasz w swojej komnacie słuchając fug Bacha i jak z obrzydzeniem wywieszasz na tarasie szmaciany billboard - "Doractwo prawne 'Salomon', 12:00-15:00 happy hours, 50% zniżki".
Skoro się bawimy w takie uproszczenia, to trzeba zaznaczyć, że jeśli będziesz mógł sobie w ogóle hedonistycznie pofreeriderzyć w akapie, to przecież jedynie dlatego, że inni na sobie przeniosą cały ciężar, aby go najpierw zdobyć, nie bez poświęceń, do jakich ty ewidentnie nie jesteś zdolny.

A picie piwka z kurwami to nie żadna kultura, tylko co najwyżej lifestyle.

Tak czy siak, dla mnie libertarianizm jest pełen ideologicznego bloatware'u, wynikłego z odziedziczonych oświeceniowych dążeń do rozumowego planowania wszystkiego.
 
Do góry Bottom