Donosicielstwo

FatBantha

sprzedawca niszowych etosów
Członek Załogi
8 861
25 416

14 minut temu
The Moscow Times
Rosyjskie władze zachęcają obywateli do donoszenia na "zdrajców", którzy nie popierają "specjalnej operacji" rosyjskiej armii w Ukrainie. Powstał nawet telefoniczny bot, ale wystarczy prosty telefon na policję — na przykład za wiszącą na balkonie wstążkę w barwach ukraińskiej flagi.
Po przyjęciu ustawy o karaniu "fake news" na temat rosyjskiej armii, Władimir Putin wezwał do poszukiwania "zdrajców narodowych". Powiedział, że naród rosyjski "zawsze będzie umieć odróżnić prawdziwych patriotów od szumowin i zdrajców i po prostu wypluje ich jak przypadkową muchę w pysku".

Władze lokalne natychmiast wymyśliły sposób, by ułatwić ludziom donoszenie na swoich współobywateli. W niektórych regionach Rosji obywatele dostali SMS-y z Ministerstwa Sytuacji Nadzwyczajnych, zachęcające ludzi do wysyłania danych "prowokatorów i oszustów" do telefonicznego bota. Takie oferty otrzymali m.in. mieszkańcy Moskwy, Kraju Ałtajskiego, obwodów kaliningradzkiego, biełgorodzkiego, penzańskiego, saratowskiego i samarskiego.

Zebraliśmy historie donosów na przeciwników wojny z Ukrainą. Najczęściej ludzie ci są karani grzywnami administracyjnymi. Ale są też tacy, którzy są ścigani karnie.
  • Po decyzji Putina o wprowadzeniu wojsk do Ukrainy inżynier konstruktor stoczni Siewmasz Siergiej Czistiakow z Siewierodwińska wysłał ze służbowej skrzynki e-maile do kolegów, kwestionując potrzebę wojny. Kierownictwo Siewmaszu złożyło na niego skargę na policji. Czistiakow został zatrzymany.
  • 18 marca policja zrobiła nalot na mieszkanie współpracownika gazety "Nowaja Gazieta", historyka Nikitę Girina, za to, że na tablicy ogłoszeń w swojej rodzinnej wsi Iżewskoje zamieścił zdjęcia zbombardowanego Mariupola z antywojennymi napisami. Zdjęcia zobaczył przechodzień, który zadzwonił na policję. Prokuratura chce otworzyć sprawę karną przeciwko Girinowi za rozpowszechnianie "fałszywych informacji" o rosyjskich siłach zbrojnych.
  • W Penzie uczniowie potępili Irinę Gien, nauczycielkę, która opowiedziała się przeciwko wojnie. Prokuratura wszczęła przeciwko niej sprawę karną za rozpowszechnianie "fake news". Szkoła poinformowała tydzień temu, że Gien zrezygnowała z pracy.
  • Marina Dubrowa, nauczycielka ze szkoły nr 6 w Korsakowie w obwodzie sachalińskim, została ukarana grzywną w wysokości 30 tys. rubli (1,6 tys. zł) za "dyskredytowanie" rosyjskich żołnierzy. W rozmowie z uczniami nazwała wojnę na Ukrainie "błędem". Któryś z uczniów nagrał tę rozmowę i wysłał ją policji.
Sojusz Nauczycieli, niezależna organizacja nauczycielska, przypomniała, że wcześniej tysiące nauczycieli podpisało otwarty list antywojenny. Ich nazwiska zostały utajnione na polecenie prokuratury "z powodu bezpośredniego zagrożenia postępowaniem karnym".
  • Andriej Szestakow, weteran wojsk MSW i nauczyciel historii, został zwolniony z gimnazjum w jakuckim mieście Nieriungi za to, że odpowiadał na pytania uczniów dotyczące wojny. Jeden z uczniów powiedział o tym swoim rodzicom, a ci napisali skargę do MSW, FSB i prokuratury. Szestakow został wezwany na przesłuchanie przez FSB, później sąd ukarał go grzywną w wysokości 35 tys. rubli (1,9 tys. zł) za antywojenny komentarz w mediach społecznościowych.
  • 19 marca w Niżnym Nowogrodzie aktywistka Maria Pietrowska wyszła na samotną pikietę z plakatem "Urodź sam". Narysowała obrazek Putina z "rakietowym dzieckiem" w rękach. Pietrowska została zadenuncjowana przez przechodnia. Dziewczyna została zatrzymana.
  • W Ałtaju sąsiadka zadenuncjowała byłą radną Jelenę Unczakową, która wywiesiła w swoim ogrodzie żółte, niebieskie i białe wstążki. Jeden z sąsiadów wtargnął na podwórko kobiety z piłą łańcuchową i próbował ściąć drzewo, na którym wisiały wstążki, następnie policjant przeprowadził rozmowę ostrzegawczą z Unczakową.
  • 22 marca policja odwiedziła mieszkańca Moskwy, który zawiesił na oknie swojego mieszkania girlandę w kolorach ukraińskiej flagi. Poskarżył się na to mężczyzna z budynku naprzeciwko. Policjanci, którzy przybyli na miejsce zdarzenia, nie byli jednak w stanie porozmawiać z właścicielem mieszkania - nikt nie otworzył im drzwi.
  • 5 kwietnia sąd rejonowy w Moskwie ukarał grzywną 100 tys. rubli (5,4 tys. zł) właściciela serwisu naprawy komputerów, Marata Graczewa, za "dyskredytowanie" rosyjskiej armii. On i wszyscy pracownicy serwisu zostali zabrani na policję. Komputer stojący w serwisie od około miesiąca wyświetlał baner "No to War". Zgłosił to przypadkowy klient serwisu. Grzywna Graczewa była wyższa, bo sąd zaostrzył wyrok uznając Graczewa za osobę zaufania publicznego.
  • Inny mieszkaniec Moskwy pokłócił się o wojnę ze swoim adoptowanym synem i złożył na niego donos na policję za proukraińskie hasła. Chłopiec został oskarżony o "dyskredytowanie" rosyjskiej armii, grozi mu grzywna.
  • 6 kwietnia Konstantin Trudik, koordynator miejskiego ruchu Rozwiązania Miejskie w Krasnodarze, ujawnił, że uciekł z Rosji. "Jedna z bliskich mu osób" złożyła na niego donos do MSW za jego antywojenną postawę i za to, że "był przeciwnikiem Putina".
  • Irina Bystrowa, szefowa pracowni artystycznej, jest sądzona w Pietrozawodsku za "nawoływanie do terroryzmu" i "rozpowszechnianie fałszywych informacji" o armii. Kobieta pisała antywojenne posty na swojej stronie w serwisie WKontacie, za co jej konto było kilkakrotnie blokowane. Sąd zakazał Bystrowej opuszczania miasta, uczestniczenia w wydarzeniach publicznych oraz korzystania z internetu.
  • W Karelii lista "zdrajców narodowych" zaczęła być tworzona pod postem gubernatora Artura Parfienczikowa w serwisie WKontakcie, w którym pogratulował on mieszkańcom regionu "z okazji Dnia Krymskiej Wiosny". Użytkownicy z literami Z na swoich awatarach w komentarzach wzywali do "zamknięcia" stron osób sprzeciwiających się wojnie z Ukrainą. Serwis internetowy Ważne Historie (uznany przez władze za "zagranicznego agenta") podał, że jeden z użytkowników podał nawet linki do profili karelskich aktywistów, deputowanych opozycyjnych i niezależnych dziennikarzy. Komentarz został już usunięty, ale wszystkie wymienione osoby otrzymują obelgi i groźby.
Do tej pory Rosja wszczęła 21 spraw karnych w związku z rozpowszechnianiem "fake newsów" na temat armii. Większość z nich dotyczy publikacji na portalach społecznościowych. Karą jest grzywna w wysokości do 1,5 mln rubli (80,6 tys. zł) i pozbawienie wolności do trzech lat. Jeśli sąd uzna, że wpisy oskarżonego "doprowadziły do poważnych konsekwencji", osoba taka może zostać uwięziona nawet na 15 lat.
 

FatBantha

sprzedawca niszowych etosów
Członek Załogi
8 861
25 416
Odwrócony Pawka Morozow. :)

W Rosji coraz częściej zdarzają się przypadki zgłaszania na policji skarg na przeciwników wojny. Irina Czewtajewa z Deutsche Welle rozmawiała z Rosjanami, na których donieśli ich krewni, przyjaciele, koledzy i sąsiedzi.
Dzisiaj, 10:52
  • Rosjanie, którzy mają odwagę, aby przeciwstawiać się wojnie i rosyjskiej agresji na Ukrainę, narażają się na poważne konsekwencje. Są karani, wyrzucani z pracy, a donosiciele czają się na każdym kroku
  • — Dali mi papier i długopis — i powiedzieli, żebym sama napisała rezygnację. Kierowniczka szkoły powiedziała, że jeśli jestem tak nastawiona przeciw państwu, to nie powinnam dla niego pracować — mówi Ksenia, nauczycielka, która rozdawała antywojenne ulotki
  • Donosy — chcąc przypodobać się władzy — często zgłaszają najbliżsi. "Ojciec zadzwonił do mnie, aby spytać, jak się czuję. Powiedziałam, że nie czuję się dobrze, ponieważ napisał na mnie donos. "Przecież cię nie wsadzili", skwitował"

"Wielu traci teraz rozum, ale trzeba wybaczać"

Kiryłł, 32 lata, informatyk na kierowniczym stanowisku, analityk systemowy z Moskwy
– Kiedy rozpoczęła się "operacja specjalna", byłem przerażony i udostępniałem w sieci rozmaite wpisy antywojenne. Błyskawicznie zareagował na nie jeden z moich krewnych, który jest szaleńczo zakochany w Putinie. Nawet portret Putina wisi u niego w domu, podobnie jak w szkołach czy instytucjach państwowych. Przez WhatsAppa posyłał mi różne propagandowe filmy, to było po prostu nie do zniesienia. Najpierw starałam się to ignorować, potem protestowałem, a w końcu to wszystko przeniosłem do archiwum. Nadal dostaję od niego wiadomości, ale nie zaglądam do nich.

Pewnego razu, gdy pracowałem w domu, do moich drzwi zapukała policja. Otworzyłem. Powiedzieli, że jest na mnie skarga i poprosili, żebym z nimi poszedł.
Na posterunku pokazano mi zrzuty ekranu z mojego Instagrama, a także korespondencję z tym krewnym. Potem spojrzeli na to raz jeszcze i spytali: "Czy to jest twój krewny?". Odpowiedziałem: "Tak".
Dowiedziałem się od nich, że to nie jest pierwszy raz, kiedy krewni skarżą się na przeciwników wojny. Policjanci mi powiedzieli, że sami się boją, że wyślą ich na Ukrainę. W końcu mnie wypuścili. Jednak potem swoje wpisy w mediach społecznościowych udostępniałem już tylko znajomym. Tak w ogóle zrobiło się trochę straszno.
Zdenerwował mnie nie tyle sam donos, co fakt, że ludzie w ogóle nie byli gotowi zaakceptować twojego punktu widzenia i robili wszystko, żebyś zmienił zdanie. To było najtrudniejsze. Wśród moich przyjaciół i kolegów nie ma takich, którzy by popierali tę "operację specjalną". Problemy mam głównie z krewnymi, ale większość z nich pracuje w państwowych urzędach, ogląda państwową telewizję i ma tylko ten jeden punkt widzenia.
Ten krewny, który mnie zadenuncjował, jest na mojej czarnej liście na WhatsAppie, ale nadal utrzymujemy kontakt. W dniu jego urodzin zadzwoniłem do niego i złożyłem mu życzenia. Nie jestem kimś, kto chowa urazę. On po prostu ma sowiecką mentalność kłaniania się wodzom. Radziłbym wszystkim, którzy się z tym spotykają, żeby pozostali ludźmi. Wielu naprawdę traci teraz zmysły, ale trzeba wybaczać tym, którzy nas otaczają, a nie stawać się takimi jak oni.
Jeszcze przed wojną myślałem o wyjeździe z Rosji, zastanawiałem się nad Serbią. Ale przecież nie mogę pozostawić swoich krewnych, a oni z pewnością nie będą chcieli wyjechać ze mną. A i ja też mam gdzieś głęboko w sobie takie maleńkie pragnienie, żeby zostać w Rosji. To piękny kraj, ale nie pod tym reżimem.

"Zakapował mnie mój ojciec"

Anna, 21 lat, studentka z Moskwy
– Ciocia zadzwoniła do mnie 10 kwietnia i powiedziała, że w naszym domu pojawiła się policja, która chce ze mną rozmawiać, i podała im telefon. Policjant powiedział mi, że ojciec złożył na mnie skargę. Rzekomo publikowałam antywojenne wpisy, dyskredytowałam rosyjską armię i wzywałam do zabijania Rosjan. Publikowałam różne posty, ale takich wezwań na pewno nie było. Policjant dodał jeszcze, że mój ojciec jest pijany, a ciocia z oddali krzyczała, że to alkoholik.
Gdy dotarłam na policję, mieli już mojego ojca serdecznie dosyć. Już wszystko o nim wiedzieli. Według mojego ojca ktoś miał do niego zadzwonić z Tajlandii i powiedzieć mu o moich wpisach. Kiedy byłam na komisariacie, posyłał mi wiadomości, że został wrobiony. Naczelnik wypuścił mnie w końcu. Następnego dnia ojciec zadzwonił do mnie, aby spytać, jak się czuję. Powiedziałam, że nie czuję się dobrze, ponieważ napisał na mnie donos. "Przecież cię nie wsadzili", skwitował.
Wychowywałam się u babci i cioci, często odwiedzałem ojca, kiedy jeszcze mieliśmy ze sobą kontakt. W 2014 r. oglądaliśmy razem olimpiadę w Soczi, a także rozmawialiśmy o Ukrainie i Majdanie. Już wtedy byłam w opozycyjnym nastroju, spierałam się z ojcem, a on ironizował na temat moich poglądów, ale to nie było agresywne.
Przez jakiś czas mieszkał z nami i bardzo mi dokuczał. Gdy miałam 13 lat, uciekłam z domu, bo groził, że wydłubie mi oczy – a policja nie przyjeżdżała. Dorośli nie chcieli mi wierzyć, że on zbyt wiele pije.
A teraz taką samą sytuację mamy w kraju: trwa wojna, dzieją się straszne rzeczy, a ludzie nie chcą tego widzieć, bo trudno im to zaakceptować. I tak mam już ciężką depresję, a teraz na moją osobistą sytuację nakłada się jeszcze to, co się dzieje w całym kraju. A ja czuję się coraz gorzej. Chciałabym kiedyś wyjechać, ale teraz nie mam na to pieniędzy. Ludzie w Rosji powinni być bardziej ostrożni, także w kontaktach z krewnymi, bo okazuje się, że oni też mogą pójść ze skargą na policję.

"Chcę, żeby moje dziecko nie chodziło do szkoły w Rosji"

Ksenia, 30 lat, była nauczycielka z Rostowa nad Donem
– Mieszkam na 16. piętrze. 28 lutego namalowałam na swoim balkonie dwie flagi: rosyjską i ukraińską. A 2 marca zaczęłam rozklejać ulotki z napisem "Nie dla wojny" przy wejściu do domu i w windzie. 4 marca przyszła do mnie policja. Powiedzieli, że otrzymali telefon od sąsiadów, którzy zgłosili flagi i twierdzili, że jestem terrorystką. Przesłuchali mnie, obejrzeli te flagi – i na tym się skończyło. Potem nadal rozklejałam ulotki, ktoś je jednak wciąż zrywał.
Kiedy 20 marca miałam w szkole zajęcia, do gabinetu dyrektorki przyszła policja. Zabrali mnie na komisariat. Donos na mnie złożyła dozorczyni budynku, dostarczyła policji zdjęcia z kamer w windzie. Dostałam jednak jedynie ostrzeżenie. Wróciłam do szkoły. Tam dali mi papier i długopis – i powiedzieli, żebym sama napisała rezygnację. Kierowniczka szkoły powiedziała, że jeśli jestem tak nastawiona przeciw państwu, to nie powinnam dla niego pracować, a szkoła jest przecież instytucją państwową. Od tamtej pory żyję z zasiłku i jestem ostrożna, z kim o tych sprawach rozmawiam.
Nie chcę zostać w Rosji. Przez lato zrobię coś, żeby moje dziecko mogło chodzić do szkoły już gdzieś indziej, nie w Rosji. Oczywiście tłumaczę swojej córce, jak sytuacja wygląda naprawdę, co się dzieje w kraju i na świecie. Wcześniej chodziłam do naszego miasta na demonstracje, żeby ona miała lepszą przyszłość. Teraz mam mętlik w głowie, nie mam oszczędności i nie wiem, co robić dalej.
* Imiona wszystkich osób zostały zmienione ze względów bezpieczeństwa.
 
Do góry Bottom