Co po Kościele?

FatBantha

sprzedawca niszowych etosów
Członek Załogi
7 938
22 338


Przerwane msze święte, pomalowane elewacje, zniszczone pomniki. To niedziela po ogłoszeniu przez Trybunał Konstytucyjny orzeczenia w sprawie aborcji. W poniedziałek w wyszukiwarce Google popularność zyskuje hasło: "Apostazja. Jak odejść z Kościoła?” - 20 tys. nowych zapytań. - Zawyżona cena, jaką dziś płaci Kościół, to nieuchronna konsekwencja konkubinatu z partią rządzącą - komentuje w rozmowie z Interią publicysta Zbigniew Nosowski. Ks. prof. Andrzej Kobyliński zauważa z kolei, że eskalacja światopoglądowej wojny jeszcze przed nami.
W niedzielę 25 października - mimo epidemii koronawirusa SARS-CoV-2 - na ulice miast i miasteczek Polski wyszły tłumy. Manifestacje w większych miejscowościach liczyły - według szacunków policji - po kilka tysięcy uczestników.
To kolejny dzień protestów po czwartkowym orzeczeniu Trybunału Konstytucyjnego. Aborcja w przypadku ciężkiego i nieodwracalnego upośledzenia płodu lub jego nieuleczalnej choroby zagrażającej życiu jest niezgodna z konstytucją - stwierdził 22 października TK w pełnym składzie.
"Z wielkim uznaniem przyjąłem dzisiejszą decyzję. (...) Stwierdzono, że koncepcja 'życia niewartego życia' stoi w jaskrawej sprzeczności z zasadą demokratycznego państwa prawnego" - napisał po ogłoszeniu wyroku przewodniczący episkopatu abp Stanisław Gądecki. Cztery dni później wydał kolejne oświadczenie. "Chciałbym przypomnieć, że to nie Kościół stanowi prawa w naszej Ojczyźnie i to nie biskupi podejmują decyzje o zgodności bądź niezgodności ustaw z Konstytucją RP" - pisał, prosząc o uspokojenie społecznych nastrojów.

Gniew tłumu

Niedziela była bowiem czwartym dniem protestu przeciw zaostrzeniu prawa aborcyjnego, ale wyjątkowym - po raz pierwszy akcje przeniosły się przed kościoły i do świątyń. Pojawiały się hasła: "Kościele, won od polityki", "Oto ciało moje", "Kościół nieświęty", "Moje ciało - moja decyzja". Manifestowano też przed siedzibami kurii. W Warszawie tłum krzyczał w stronę biskupów: "Pedofilów rozliczymy", "Polska laicka, a nie katolicka", "To jest wojna!". Na ścianach świątyń pojawiły się napisy: "Piekło kobiet" i proaborcyjne hasła. Zdewastowano przynajmniej dwa pomniki Jana Pawła II.
Czy Kościół w Polsce na to zasłużył?
- Rewizyty w kościołach wynikają z faktu, że Kościół katolicki przez lata wchodził do domu kobietom i zaglądał pod kołdrę - uważa Agnieszka Dziemianowicz-Bąk, posłanka Lewicy zaangażowana w akcje protestacyjne. - Kościół na własne życzenie zaangażował się w walkę polityczną i teraz musi liczyć się z odpowiedzią - mówiła w Polsat News.

Bratobójcza wojna kulturowa

W opinii ks. prof. Andrzeja Kobylińskiego z Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego taka reakcja na orzeczenie TK była do przewidzenia. - To efekt społecznych emocji, które są rozgrywane także politycznie. Nie rozumiem tych dziennikarzy i polityków, którzy są zaskoczeni charakterem obecnych protestów - mówi w rozmowie z Interią.
Jego zdaniem w Polsce mamy dziś do czynienia z "bratobójczą wojną kulturową, w której nikt nie ustąpi", a eskalacja tego konfliktu jeszcze przed nami.
- Co robić? Starać się cywilizować tę wojnę. Potrzebujemy swego rodzaju konwencji genewskich - nazwijmy to konwencją warszawską - żeby prowadzić walkę światopoglądową, bo tej nie unikniemy. Uniknąć możemy jedynie niepotrzebnych strat - komentuje.
Zdaniem duchownego, to szczególnie ważne, bo przed nami więcej trudnych tematów, jak eutanazja, związki jednopłciowe i adopcja dzieci przez pary gejowskie.
- Niedziela pokazała, że Kościół musi odrobić wielką lekcję pokory. Dotyczy to szczególnie biskupów i innych przedstawicieli władzy kościelnej. Przecież na ulicach i w kościołach manifestowały, często tak ostro i wulgarnie, katolickie dzieci. Większość z nich zapewne jest ochrzczona, bierzmowana. To teraz główne pytanie, co zrobić, żeby ta młodzież kiedykolwiek zaufała Kościołowi, który w ostatnim czasie z powodu skandali pedofilskich utracił dużą część swojej wiarygodności - mówi.

"Sól zwietrzała"

Zbigniew Nosowski, publicysta i redaktor katolickiego kwartalnika "Więź" zaznacza z kolei, że na taką formę protestu, jaką obserwowaliśmy w niedzielę, Kościół nie zasłużył. Jednak "zawyżona cena, jaką dziś płaci, to nieuchronna konsekwencja konkubinatu z partią rządzącą". - A wielu przed nią od dawna ostrzegało, bo to łamanie kościelnych zasad, które na tego typu bliskie relacje Kościoła z państwem nie pozwalają - komentuje w rozmowie z Interią.
- Gwałtowna forma protestów będzie zapewne umacniać wielu ludzi Kościoła w przekonaniu, że oto jesteśmy prześladowani za wiarę i głoszenie ewangelicznej prawdy. Tymczasem myślę, że jest to raczej dowód na to, że nasze świadectwo było za mało ewangeliczne, nieczytelne, niezrozumiałe. Mówiąc językiem Ewangelii - sól zwietrzała i nadaje się tylko na to, żeby ją wyrzucić. Triumfalistyczna forma bycia Kościołem dawno się wyczerpała, ale niektórzy w Polsce wciąż ją stosowali - mówi.
Pytany o to, dlaczego gniew został przekierowany na Kościół, skoro chodzi o decyzję Trybunału Konstytucyjnego, przywołuje wydarzenia z lipca i sierpnia. - Gdy aktywiści szli i wieszali tęczowe flagi na wielu spotkanych po drodze pomnikach, poruszenie wywołała flaga tylko na jednym monumencie (pomniku Chrystusa - red.). W związku z tym aktywiści idą dalej w tym kierunku. Zobaczyli, że uderzenie w symbole religijne daje niezbędny im rozgłos, unaocznia ich radykalizm - zauważa.
- Ponieważ kierownictwo Episkopatu nie zerwało wcześniej konkubinatu z władzą, a w przypadku wyroku TK wręcz błyskawicznie podziękowało, że państwo w taki sposób działało, dało prawo przekierowania tego gniewu na Kościół jako taki - konkluduje.
 

FatBantha

sprzedawca niszowych etosów
Członek Załogi
7 938
22 338


Jakie są źródła kryzysu współczesnego Kościoła? Prof. Łagowski stwierdził kiedyś, że PRL upadł dlatego, iż działacze PZPR przestali wierzyć w marksizm i zaczęli patrzeć na siebie oczami swoich przeciwników. Kiedy wiara w marksizm upadła, musieli sami siebie uznać za złych ludzi.
Z analogiczną sytuacją mamy do czynienia we współczesnym Kościele, a najbardziej reprezentatywnym przykładem tego zjawiska jest Kościół w Niemczech. Uformowany przez Rahnera i Kaspera Kościół, dawno już utracił wiarę. Wraz z oderwaniem Chrystusa wiary od Jezusa historii, chrześcijaństwo stało się tylko mitem (rozumianym albo po bultmannowsku albo po jaspersowsku). Przestano wierzyć w zmartwychwstanie jako realny historyczny fakt, widząc w nim jedynie mityczną figurę.
Zapewne w ogromnym stopniu zaprzestano też wierzyć w możliwość życia wiecznego i zaczęto traktować wiarę jako formę terapii. Skoro zaś zredukowano Objawienie do mitu, a chrześcijaństwo to tylko terapia, więc pozostaje mu jedynie dołączenie do laickiego humanitaryzmu, aby w dobie liberalnej indywidualizacji i subiektywistycznego postmodernistycznego demontażu wartości, próbować tworzyć alternatywne dla religii społeczne spoiwo, realizując pragnienia Durkheima. Znakomitym tego wyrazem jest ostatnia encyklika “Fratelli Tutti”.
Problem w tym, że w laickim humanitaryzmie wyprodukowanym przez liberalny świat podrasowany postmarksistowskimi nurtami Nowej Lewicy, katolicka moralność oparta na prawie naturalnym kłóci się z russoistyczną koncepcją miłości, jako swobodnej ekspresji uczuć, natury jako swobodnej ekspresji odczuć, i w końcu skrajnie egotycznego podejścia do życia podpartego ideologią praw człowieka. W świetle takiej perspektywy, katolicy sami zaczęli postrzegać siebie jako tych złych, zaczęli patrzeć na siebie oczami wrogów chrześcijaństwa. W imię tej perspektywy chce się zatem przyzwolić na komunię dla osób rozwiedzionych żyjących w niesakramentalnych związkach, docenić wartość związków homoseksualistów i lesbijek, uznawać to, by mężczyzna uważał się za kobietę, czy w końcu uznać, że w imię komfortu psychicznego rodziców, można człowieka w pierwszych fazach rozwoju, uznać za coś, co można zabić.
W Polsce zakonserwowane w okresie PRL-u katolickie imaginarium, podtrzymane autorytetem Jan Pawła II w okresie problemów transformacji, pod wpływem olbrzymiego naporu zachodniej antykultury i postmodernistycznej dekompozycji akcelerowanej przez sieci społecznościowe, przetrwało jeszcze utrwalone formami kulturowymi wśród osób starszych, ale zanikło zupełnie wśród młodzieży. Prawicowe partie polityczne bardziej były zainteresowane eksploatacją kapitału kulturowego swojego elektoratu, niż budowaniem agendy cywilizacyjnej. Zaś Kościół zdawał się nie dostrzegać skali apostazji młodzieży. Wczoraj mogliśmy zobaczyć ją w pełnej krasie.
Tadeusz Matuszkiewicz
Ech i znowu to typowe dla katolików postponowanie mitu przy gadce o utracie wiary w historyczność zmartwychwstania. Dla nich jest już za późno, oni nie zrozumieją, że traktowanie mityczności tych "jedynie mitycznych figur" z pełną powagą, jest właśnie tym elementem zapewniającym cywilizacjom witalność i młodość.

To ucieczka od mitu je uśmierca, a chrześcijaństwo ze swoimi pretensjami do przyziemnego osadzania swojej opowieści w ramach rzekomo wiernego historycznego przekazu, w dwójnasób unicestwia sens wiary.

Po pierwsze, prowokuje do denializmu czy rewizjonizmu - jeżeli coś już bowiem pretenduje do historii, to musi poddawać się badaniom, czy też można na temat tego zajmować przeróżne stanowiska badawcze, a zatem również podważające zaistnienie tego, co relacjonowane. Jeżeli coś podlega pod historię jako naukę, podlega także jej metodologii, w tym również sceptycyzmowi względem jakości źródeł. Historycy wszak rekonstruując dawne dzieje, często nie dają się zwodzić pierwszej, lepszej narracji i wykluczają możliwość wystąpienia pewnych zdarzeń, twierdząc że nie mogły mieć miejsca a jakieś źródło musiało być zafałszowane lub jego autor w nim zmyślał, bo brakowało mu informacji. Już chociażby z tego względu, postawienie relacji religinej w pozycji relacji historycznej, empirycznie weryfikowalnej, stanowi zachętę dla zwątpienia w nią, niemal automatycznego osłabienia, skutkującego niechybnymi podejrzeniami.

Po drugie, zniechęca do czerpania z niej nauki czy inspiracji, odkrywania ukrytego znaczenia i przesłania. Historia jest... cóż - historią. Ciągiem w większości materialnych przyczyn i skutków, których zaistnienie potwierdziliśmy. Ktoś wygrał bitwę, bo zrobił to czy tamto, bo dysponował jakimś potencjałem czy doszedł do jakieś pozycji. Ktoś miał jakieś osiągnięcia w danej dziedzinie lub nie - tak po prostu było. Wydarzyło się. Może rzutować w dalszym stopniu na nasze życie, ale samo w sobie nie przenosi żadnego przesłania, jakie można byłoby wyinterpretować. Tak po prostu było. Od ukrytych znaczeń i interpretacji wagi jakichś zdarzeń jest bardziej historiozofia, niż sama historia. Jeżeli kogoś historia nie obchodzi, nie zamierza z niej czerpać, od religii traktowanej w formie narracji historycznej też się odbije i niczego go ona nie nauczy, nie znajdzie w niej żadnej wartości.

Mit natomiast działa inaczej. Bliższy jest związkowi frazeologicznemu lub przysłowiu. Kiedy mówisz: "Czym skorupka za młodu nasiąknie, tym na starość trąci" albo "Czego Jaś się nie nauczy, Jan nie będzie umiał", nie odnosisz się do żadnej konkretnej przeszłości czy przyszłości, przenosisz po prostu pewną metaforyczną mądrość ludową, truizm, zwracając czyjąś uwagę na uniwersalny problem (i jego rozwiązanie). Nikt normalny nie będzie rzucał się na truizmy czy przysłowia z naukową metodologią, aby je falsyfikować, bo znajdują się one poza zasięgiem zainteresowania nauki - nie wkraczają na jej poletko ani nie pretendują do naukowego opisu rzeczywistości. Na ogół ich przesłanie i tak jest normatywne - wyznacza oczekiwania wobec czegoś, czy domaga się przyjęcia takiej a takiej postawy albo zrozumienia i pogodzenia się z niezmiennością pewnych koniecznych w życiu relacji. Mit jest więc nietykalny w hermetyczności przesłania, które przenosi. Można go ignorować czy decydować się go nie odczytywać, ale nie ma sensu silić się na jego unieważnianie czy podważanie. Dlatego jest też niezniszczalny i stale powracający, zdolny do odradzania i odżywiania tego, co dogorywa i wymaga odnowy.

Nie dotyczy go też problem doczesności historii, bo ją przekracza. Jest uniwersalną opowieścią, więc przenika całe dzieje tak jak pewniki geometrii i można się do niego odnosić w każdej epoce, aby wynieść z niego to samo przesłanie. Dlatego też jest lustrem, w jakim kolejne pokolenia mogą się przeglądać i konsultować z nim swe położenie, przypominając sobie jakąś podstawową prawdę, o której wolały z jakiegoś względu zapomnieć. Kiedy jednak nie da się dłużej przeczyć analogii kreślonej między tą bezczasową opowieścią a naszą namacalną rzeczywistością, mit zwycięża i musimy się mu poddać, wracając na jego łono. Bo dopiero on mówi nam jakąś prawdę ostateczną i nie ma w tym żadnego historycznego interesu.

Ale oni tego oczywiście nie zrozumieją, wiec może niech się ten eon katolicki rzeczywiście skończy.
Mit nie kończy się nigdy.
 
Do góry Bottom