Cmentarz

tolep

five miles out
8 294
14 666
Hmmm, interesująca sprawa z tymi samobójstwami. Jak sobie przegladam walla koleżanki któraa w kwietniu wyskoczyłą z okna, wydaje się oczywiste że jest z nią źle. Jak dodać do tego że miała 12 znajomych na fb (a więcej mamy wspólnych znajomych z reala) to już się człowiekowi coś nasuwa.
 

Alu

Jedziem do Paragwaju!
4 407
8 857
Pod wierszem napisał jeszcze tak:

Zabijając anioły oblegałem bramy Raju, później splądrowałem Ogrójec. Jak się przez to czuję? Nie odnajduję w swoim życiu czegokolwiek, godnego, dalszego trwania. Dlatego cokolwiek mnie nuży, oprócz tego, iż jestem nieznośnie trzeźwy, wszakże wszystko przestało działać(?). Pragnąłem móc wciąż trwać w spojrzeniu, tamże, w przestrzeni ekstazy, dokąd sprowadziły mnie rozwiane uda; sprawką mojego patrzenia zadrgałem erosem. Przede mną był tylko obraz, tkwił jako ikonostas. Bez wytchnienia roiłem sobie rozmowę, a potrzebowałem jej bardziej jak beatnik niezrozumienia filozofii Nietzschego, lecz brakowało kogokolwiek. Moje tyrady, niby szaleniec wydzierający się przez megafon o Jezusie, nie niosą nikomu wartości. Takiej pustki nie odczułem jeszcze nigdy. Żadna kobieta, ani sprawa polityczna, nie są w stanie mnie rozpalić. Jakby w topografii psyche zaistniały pustki osadnicze, nastała epoka lodowcowa, być może przeszła jaka plaga; na płotach sadyb wyryto CROATOAN. Niegdyś w paleniskach nieustannie utrzymywano żar rękoma westalek; smrodu spalenizny nie powącha nawet Pytia. Nie mogę pisać z daleka, jak Rilke, tych listów i pamiętników.
 

Alu

Jedziem do Paragwaju!
4 407
8 857
W web archive praktycznie nic nie ma, ale wyciągnałem jego wiersze z cache Google.

„Wiosenne zwyczaje”

ulice przystrojone kobietami
jaśnieją różem zmartwychwstałej jabłoni
skoro wydała pąki

zmęczeni mężczyźni w zadusze
pocą się samogonem
wlekąc siebie na katorgę

na ławkach wygrzewają się syreny
jakich plecaki zostawiam za sobą
beznamiętnie powłócząc dziurawymi butami

chłopaki zdrowieją czerpiąc ze strumienia ciepławe flaszki
kiedy w dziesięciu z dwiema dziewczynami
palą ognisko by wydusić młodość z żenionej konopii

maj
Ilkenau, 2006.



Pentagram wierszy

Wiersze te powstały pomiędzy 2014 a 2016 rokiem.

Zerknę, raz jeszcze, na obrazek z tobą,
nim w starodrzewiu niegdysiejszych kłączy,
ostatnie pędy, z osi świata, sennie opadną,
piętrząc się gęstwiną, u omszałej karpy.

Nie jest to dąb dostojny, ani jesion dworny,
ale głóg niegłośny, jest niepołożony tam,
na pryzmie, usypanej ziemią, w kurhany,
ręką, co wnosi skargę kiru, niebiosom.

Lecz postrzega siebie w zlekceważeniu,
wszak taje stela, żalem deszczy, we wzgardzie,
milczy zasłany epitaf, pode burzanu,
gdzie nie odwiedzisz mnie, naftaliną tęchnie.

Ale i mnie na wiosnę bukiet przysługuje.
Z ostu i łopianu! Tak wspomnianemu.

(...)


Trikolos

Skrzą się już, skrzypią, kry, co spływają Jenisejem.
Brudem, juchą, różem, wskroś nieba tak anieleje.
Niegłuchoniemej ty – Święty Michale Archaniele!
Raduj się ich chórem! Śpiewają Agni Parthene.

Bez huku przełomów, ledwie trzask beznamiętnych łbów.
Krach przypomnianych ciał, tępy kleks pinakoteki.
I kąp Persefono, odtajałym nurtem rzeki.
Żer mdłych glizd wgłąb trucheł, krwią carskich cór krzepią plon niw.

W ich oczy się śmiałem, tych topiel nie inna Słowu.
Niby grałem pozą, gdy niemo tkwiłem doń przodem.
Niebo plótł zmrok morzem, uderzył płacz glissandem pływu.
Wtem krzyknąłem jej imię – Żyję! – rozległo tyfonem.

Żyję. Gdzieś… Na stepie? Tam! Za Andami! Po cholerę,
żyć cnotą szaraków. Chcę być Życiem Nicadori.

03.01.2019

„Im bardziej cynicznie, po spartańsku, w duchu pruskim czy bolszewickim będziemy wieść nasze życie, tym stanie się ono lepsze” - Ernst Jünger, „Robotnik”.


Wychodziłem wystrzelony ckliwie, płacząc księżycowi tę kasydę.
I pozostaje leitmotivem, na obrzeżach wzroku multum dziweł.
Pałace Myken dasz bona fide, uśmiech też był tak fałszywy speedem?
Rymów spleść Dywan nie jest aktywem, aby stać się dla ciebie jakimś Cydem.

Wbijam na kwadrat niby Ravachol, zdajesz się być w guście Sophie Scholl.
Typy jak do fury już się łaszą, niemo podcinam linki ich czaszom!
Nie jest fair ta gra w baseball, setny raz patrzysz na swym tel misscall.
Pociąg odjechał. Nie ma nas. Paszoł! Tyle że ja słyszę tony d-moll.

Oszalałe szkliwo oczu połyskuje, jakby Szaweł zawrócił się snuję.
Przerażone wzajem coś iteruję, ale jakiś typ po białe zaś smsuje.
Odkąd furam wszyscy mnie tu znają, skoro piszę na mnie się poznają.
Mnie jak byle chuja się nie ucicha. Wal na blichach – obraz Fra Angelica!

Mijam pały, Craxę, jakieś szprychy, ja samotny – nikt na mnie nie dyszy.
Szukam suki za dwa zero zero, w Theatrum Mundi zagrałem kameo.

18.10.2019

Nowa Huta, Osiedle Centrum D.


Wyjść, jak u Rilkego, tak bez wysiłku, klęcia.
Tam umajone dżdżem błonia, napiera upór życia –
Syzyfa wzbudzony żal, tumanami kwiecia.
Zdradził się nam, li grymasem, toć skrycie kipiał!
Somą kobiet Koryntu, wszakże spojrzał żęcia.
Dziewcząt, ich przestrzeń sypialń, wieszczą tam jak Pytia.
Szelest mowy ich piersi, rautem in absentia.

Toteż wrę doń Krakowem, żem mówił zbyt – Zechciej!
Kąsać mięso, chleb, ów zew – nagli krew, tak swawol.
Jakby zdjąć krzyż ze ściany, troską ust muśnięcie.
Boś mnie szła wskroś niesiona – farą, kawalkadą.
Suknią, iż pąkiem kwitła, asfodelą! Śmiejcież!
Grzebać jad trumien czasu, przemijania! Darząc!
Ogrodami serajów, moją starość – choćby zdjęciem!

Uli Sikorze i Kamilowi Klofczyńskiemu, 24 grudnia 2018.

Julia

Stęży dusza, wszak brak mnie chleba,
ręki ojca, bym nożem krzyż darł.
Wzdłuż skóry pas, śliną ją gniewał.
Ni pieszczot słów, wtóry obelg ruch ust:

– Boże drogi – móc targnąć tak znów,
życiem spod nóg, śmiechem tamtych serc,
patrzeć dłońmi, wśród wczorajszych wzgórz,
blond kłosy jej – skargę jutra strzęś.

12.10.2018, Kraków.
Nowa Prowincja, Kraków.


I wkłuj życie w żyły, wyschłe na chrust.
Bądź w piecu grzej sobie, pisz mnie jak Proust.
Śmiej się, krzyw, żeś po wódce, mam odwagę!
I gnij, i bij mnie, krew twa – głód! Wygładzę.
Włosy, buty, i przyjdę, w koszuli.
Białej, zupełnie czystej, sercem pluły!
Ja czekam na Krakowskiej, bym wszystko umiał,
ujrzeć, słyszeć, wtem krzyczeć – Tutaj, Julia!

28 października 2018, Kraków.

Narasta obwód wzroku, mój słowostan.
Ciężki wiarą, jutrem, upiętym by laurem;
chłostą pędzli, kaźnią słów – Dokąd snułem?
Moich stychów, ich sztychów, tych wrze palba;
bielmo wywiniętych oczu, grzechy Trakla.

16.03.2019, Kraków.

Mam dla ciebie piękny, o białej lilii, temat,
co po Kazimierzu, arkadami się majda,
jak we stripie szmula, zaś o flocie tam mniema,
przed jej pięknem klękam. Spodziewam się skądś majchra!
Wjebałem się w to, by mieć flotę, fukę, fokę!
Opowiadam o sobie, ona wyjebie jak z procy,
gdy skończy się feta, rankiem dalej się gdzieś wlokę,
muszę iść do pracy, pot się ze mnie bardzo tłoczy.

12.10.2019, Kraków.

Ta cisza rwie ze mnie zęby, jak brudny nurt Białej Przemszy.
Pozwól się kochać, wyklęczę, mimo że wchodzi na serce.
Wraca pianą, morską falą, ów śpiew diwy w La Scalo.
Dla mnie to zbyt mała dawka, ale tłumi lęki, tak ciamka.

17.12.2019, Kraków.

Kobierzyn. Zapis choroby.

Skrzywdzone piękno przenika; ja, umajona bzem źrenica.
Potrzebuję znów słownika, jej skóra rautem Księżyca.
Noc niesie krzyk wzdłuż języka, brzask waginy rosi, dzicza.
Zachodzę, to nie bożnica – Ćśśś – dopiero mnie wycisza.
Warg, promienieje membrana, dziś jestem na bucha, macha.
Słów, łagr dla Mandelsztama; miłości, bez skłamania.
Żądza niczemu tożsama, gwiezdny pył nas tak przełamał.
Zaś wystajemy po bramach, trzęsie – ktoś się kimś umartwiał.

Kobierzyn, 08.01.2020.

O twoją szyję zawisnę, strykiem warg, taki jest kismet.
Sznurem zębów się odcisnę; liny, różnej od tej, nie mam.
Chyba że nie zdążę istnie; skrwawię chusteczkę tym pismem.
Kreśląc krzyże ścianie, schizmę, chujowemu życiu wistnę.

Kobierzyn 04.01.2020.

Moich słów się ździra nie ima, a snu też hydroksyzyna.
Zaś mnie samotność dożyna; chiaroscuro, myśl tak krzywa.
Patrzeć lampę, ścianę – kima, meandrują fale – Winamp.
Obłok spojrzenia zatrzyma, tinta pończochy ciotczyna,
zmierzcha purpurą, oczyma, obuchem ciszy mnie napina,
zmazą orgazmu blondyna, tej przestrzeń ekstazy spijam.
List do stimiarzy wykminiam, nim zatracę tlen, ja Aryman.
Przyzywam, się, Serafina, nie tuli mnie ketamina…

Kobierzyn, 03.01.2020.

Wzrok zaprzęgnięty w ciszę, delikatnieje zorzą,
Wietrzeje oddechem, grozą; życia, jaźni, śmierci – prośbą.
Uchu o brzasku szeptem zroszą, grona zębów ze mnie strząsną,
iż zajebałem się majką, no i dojebałem speedem;
królewnę skłuję wrzecionem, przestrachem istnienia jej zoe;
fraktale, mandale… śnione, świat w barwach Commodore;
odkręcają głowie korbę, temu sobie nic nie zrobię.

Kobierzyn, 16.01.2020.

Strzelam petami do wiary, one mają na palcach dziary.
Lepsze od ex-suki zarycz, nocą nad swym losem marnym.
Rozdupce skitrany słoik, po kablach będę szkłem łoić,
jak mefedron duszę koić, by wstąpić na Parnas, Olimp.
Chyba, że wyjdę jak beatnik; sztos na mecie odrealni,
nie będziemy marginalni, białej nocy wspólny hat trick.
I zaś być ćpunem w ciągu, i trzepać hajs z rulety,
by wystarczyło nam fety, o tym myślał Mao Zedongu!
Ujść wpław upławom obłędu, szczuć na cygańskich przybłędów.
Zapis sejsmografu nerwów; chcę cielesnego obrzędu.

Kobierzyn, 29 grudnia 2019.

Ostatni wiersz

Niemy wrzask widnokręgu, tak gwasz trze brzask,
dłonią – gest rozpaczliwszy, tej blichtr skarg: Trakl.
Poda krzyk osamotnienia – wdech, wzwyż rąk, krew;
upiór warg – didaskalia: wiersz, tych zwiezd, jazz.

Żaden ból zapomnienia, ów krzyż z brzóz;
paru serc gadanina, iż zmarł ćpun. Sznur!
Gorycz mży przypomnienie, że Luwr też biel;
frazes łez nieszczęśnika, drga mi nerw – Wstrzel!

Osunę się katastrofą, o mur zjaw. Twój.
Czemu mnie nienawidzisz? Spójrz Las The Cure.
Uciekasz mi w beztroskę, wstyd za ten szkic!
Komu?! Stąd! Szaleńszemu: moich ust jej szpryc.

I pyta się mnie król Lear – Co tam Przemek?
– Dziś się nie boję – spłynął gorzko Niemen.

20-09-2020

Dwa wiersze dla Marthe

Miejskie strapienie i nieba gest siwy;
we szpalcie ksiąg echo twarzy widnieje.
Wśród tafli książnicy mażą mierzeję —
światłem na Morzu Zaniechań, abym przybił;

u wrót świątyni brewe. Opalizuje,
o dziwo, pierścień rybaka — inkluzją,
wskroś wosku mojego wzroku; żem musnął,
za łokieć przedramię — oko saku. Wtóre!

Domykam powieki — rozdygotanie,
ów głos się niesie, niby drżenie, azaliż
na szybie skrzy — żadne śmieszne ubranie,

ani krzykliwe włosy, lecz płaszcze, szalik.
Złożone z zaniedbań moje trwanie.
Nadto scena z filmów nowej fali.

Dla Marthe, za ten s p a c e r i pokazanie mi cerkwi.
Przemysław Pintal, 19.04.2021.

Wtóry sonet dla Marthe


Żeby patrzeć parę godzin wskroś Ciebie,
jak włosy jaśnieją ogniem lichtarzy,
gdy jęk dławi knot, czas się tak rozłazi;
my na Plantach — Kiedy co? — żadne nie wie.

— Jaki miałem głos? — Był zdecydowany,
ponad miarę, jakbym brał się z książki;
spod palca farba siąpi, wzrok mój modry.
Mnie na wargach biją antyslogany,

pośmiertnego życia poety — rojenia.
Zasnąłem zaś z palącym się petem,
gdy ten koc nade mną, niby żeremia;

całopalenie dziełem tych roznieceń,
abym więcej jak dotąd, wreszcie Cię oniemiał.
Mlekiem rozleję się po niebie — dżetem!

Marcie
Klucze, 29.04.2021.


Kawałek nieba

Z moich oczu bije źródło powagi,
jakże niemo siąpi przez skałę jaźni.
I mażę się jak gwasz — pastela! Błaźni
się dziś tożsamy mi wrzask. Staję nagi:
seks-zabawka do pogadania chwilę, (…).
I dygoczę, jak słyszący huk kroków,
idących po mnie wzwyż klatki. Spokój! Skłucie;
przez luft widzę kawałek nieba. Czyje?!

Kraków, 06.05.2021.

Gdzieś

Dzieci się śmieją gdzieś, tamże w dali.
Idą wpatrzone pary, gdzieś widząc swoje,
bawiące się w dom; gdzieś wieczór gore,
skądże się śmieją gdzieś, jakby się znali.
Kiedy patrząc czekam, gdzieś na balkonie,
gdy łuna sunie gdzieś, przez błękit nieba.
Wtedy zaś mówisz gdzieś — Ptak pięknie śpiewa.
Dalej ciebie czekam; gdzieś troszkę szronień.

Klucze, 10.05.2021.

Chora głowa

O świcie spokojnie słucham oddechu,
co na ramieniu zaległ mi jak krepa.
Rozgonić urojoną bliskość wciąż zwlekam;
u szyi kryza, nie mówię o El Grecu,
gdy słońce od boku, mnie dniem kaleczy,
wtedy z odrazą spogląda Pieta —
jak garota, moja choroba pęta.
Krzyżuję do łóżka ręce; tulenie.

Klucze, 12.05.2021.

Zakończenie

Cóż ja mam do powiedzenia? Chcę zostać.
To i mnie przyrodzony grzech, po Adamie;
ufnie ująłem dłonią jabłko, pół łamię,
jak chleb przed podaniem w drogę — Izbica!

A w wodzie Zachód Käthe Loewenthal;
u nieba się dalej dniem roi kamelia,
rozlanej krwi miesięcznego spojrzenia.
Patrzę, nim zgorzel nocy wda chmurom szkwał;

ślepy poryw instynktu — monomania,
jak druga fala rocka gotyckiego;
słyszę chrobot szpadla, pot mnie obramia,

niby jatagan łuny, tnie jaźń tremą.
Odgarniam, by opatrunek Apollinaire’a?
Twoje włosy! Kartkując Cwietajewą.

Marcie
Jura, 22.05.2021.
 
Ostatnia edycja:
Do góry Bottom