Zachód vs. Rosja

FatBantha

sprzedawca niszowych etosów
Członek Załogi
8 271
23 286
Królestwo Polskie miało język polski jako urzędowy, polski rząd, urzędy, polską armię i generalnie był to poziom autonomii mniej więcej taki jak ma III RP w UE. Uniwersytet Warszawski powstał w tym czasie.
Po prostu Niemcy trzymali od początku Polaków za pysk, a Ruscy mieli nadzieje, że zrobią z nich sojuszników (ale junior partnera).
Gdy Bartosiak siądzie za mocno... ;)

comment_dO2OVe9P6ogQjtsLQyR4tiWmATV8rUjX.jpg
 

FatBantha

sprzedawca niszowych etosów
Członek Załogi
8 271
23 286
Rosyjskie trolle niszczą „Ostatniego Jedi”
2018-10-02 17:17:17 Lord Sidious
Jak donosi Hollywood Reporter, amerykański naukowiec, Morten Bay twierdzi, że obwinianie fanów „Gwiezdnych Wojen” o złą prasę „Ostatniego Jedi” Riana Johnsona, nie jest zgodne z prawdą. Morten uważa, że cała sprawa jest bardzo polityczna. Jak w każdym badaniu, jest to tylko teoria, którą naukowiec za pomocą dostępnych mu źródeł próbuje uzasadnić. Całość należy traktować jako pouczającą ciekawostkę.

Przygotował on artykuł (37 stron) (można go przejrzeć i ściągnąć stąd), pod tytułem „Weaponizing The Haters: The Last Jedi and the strategic politicization of pop culture through social media manipulation”, który jest efektem badań nad ocenami Epizodu VIII w internecie. Doszukuje się tam działań politycznych i stara się udowodnić swoją tezę.

Celem nadrzędnym, według Baya, było spolaryzowanie Amerykanów na kolejnym froncie i ukazanie USA jako dysfunkcyjnego społeczeństwa. To strategia znana zarówno przez działaczy amerykańskiej skrajnej prawicy, jak również Federację Rosyjską. Bay sugeruje, że aż 50,9 % twittów, które przebadał, będących krytyką „Ostatniego Jedi” jest przede wszystkim nacechowane politycznie. Część z nich przypisuje działaniom botów i rosyjskim trollom, którzy podsycają atmosferę. Reszta z tych 50% to faktycznie działania prawicowych bojowników, którzy uaktywnili się w czasach Trumpa, także z powodu lewicowej nagonki na prezydenta. Jedna skrajność pociąga za sobą drugą, a polaryzacja w USA następuje, co podsycają także Rosjanie.

Zdaniem Baya, oprócz trolli tak prawicowych, jak i rosyjskich, istnieje jeszcze grupa, zawiedzionych i niezadowolonych fanów, którzy także dali się wciągnąć w tę dyskusję. Bay zauważa, że liczba negatywnych opinii o filmie w pierwszym okresie wynosiła zaledwie ponad 20%.

Raport skomentował Rian Johnson, który oczywiście się z nim zgadza.
Swoją drogą Epizod VIII w Rosji zarobił 16 milionów USD. „Przebudzenie Mocy” – 25 milionów USD, „Łotr 1” – 11 milionów USD, a „Han Solo” 6 milionów USD.
Wreszcie ta Rosja się na coś przydała...
 

FatBantha

sprzedawca niszowych etosów
Członek Załogi
8 271
23 286
Epidemia wirusa HIV w Rosji: Wielu Rosjan się nie leczy, bo nie wierzą, że wirus istnieje. "To wymysł Zachodu"
Paulina Siegień
17.12.2018

Teoria wedle której wirus HIV nie istnieje jest trzecią najpopularniejszą teorią spiskową w Rosji. Dominuje teza, że HIV/AIDS to zachodnia prowokacja wymierzona w ten kraj. Istnieje też grupa lekarzy, którzy umacniają takie przekonanie. W konsekwencji część Rosjan w ogóle nie podejmuje leczenia. Wśród ofiar są dzieci.
Na początku grudnia prokuratura w Irkucku postawiła zarzuty kobiecie, która mimo diagnozy o zakażeniu wirusem HIV - jej i jej nowo narodzonego dziecka - nie stosowała terapii antyretrowirusowej. Kobieta otrzymała wszelkie niezbędne informacje od pracowników szpitala, jednak odmówiła przyjęcia pomocy medycznej, bo nie wierzyła, że wirus HIV w ogóle nie istnieje. Jej 4-miesięczna córka zmarła na zapalnie płuc. Gdyby kobieta stosowała terapię, otrzymała odpowiednią opiekę w trakcie ciąży, a szpital zastosował przy i po porodzie wszystkie niezbędne procedury, dziecko mogło w ogóle nie zarazić się wirusem od matki. Przy dzisiejszym stanie medycyny ryzyko tzw. odmatczynego zakażenia wirusem HIV jest niskie.

W Rosji to nie pierwszy przypadek śmierci dziecka spowodowany tym, że rodzicie nie wierzyli w istnienie wirusa. W maju tego roku w Petersburgu zmarła 10-letnia dziewczynka. Rodzice jej nie leczyli, bo uważali, że wirus HIV to wymysł przemysłu farmaceutycznego. Kiedy dziecko trafiło do szpitala po interwencji sądu, było już za późno.

W Rosji szaleje epidemia wirusa HIV
Pod koniec listopada 2018 r. Światowa Organizacja Zdrowia (WHO) opublikowała dane o zakażeniach wirusem HIV w tzw. Europejskim Regionie, który obejmuje 53 kraje europejskie, w tym Rosję. I to właśnie Rosja jest niechlubnym liderem zestawienia.

Choć naukowcy i organizacje zajmujące się profilaktyką i leczeniem wirusa od kilku lat biją na alarm z powodu epidemii HIV w Rosji, z roku na rok sytuacja się pogarsza.
W 2017 roku w Rosji stwierdzono 71,1 nowych przypadków zakażenia wirusem na 100 tys. osób. Kolejne na liście krajów europejskich z największym przyrostem zakażeń są Ukraina – 37 przypadków na 100 tys. osób i Białoruś ze wskaźnikiem 26,1. Dla porównania w Polsce to 3,2 nowe diagnozy na 100 tys. osób, a w Europie Zachodniej średnio 6,4.

Zastrzeżenia do raportu zgłosiły rosyjskie instytucje, które odpowiadają za profilaktykę wirusa HIV i terapię dla osób z HIV. Rosyjskie ministerstwo zdrowia oraz Rospotriebnadzor, odpowiednik polskiego Sanepidu, we wspólnym oświadczeniu podważyły rzetelność raportu WHO i Europejskiego Centrum ds. Zapobiegania i Kontroli Chorób, a przedstawione w nim dane dotyczące Rosji uznały za fałszywe. Twierdzą, że nie przekazywały WHO żadnych danych na temat liczby i sytuacji nosicieli wirusa HIV. Rzeczywiście autorzy raportu zaznaczają, że dane dotyczące Federacji Rosyjskiej nie zostały przekazane drogą oficjalną i pochodzą z innych, ale ogólnodostępnych źródeł. Jeśli jednak przyjrzeć się ostatnim opublikowanym oficjalnym danym pochodzącym z raportu Rospotriebnadzoru, to sytuacja nie różni się od tej przedstawionej w raporcie WHO.

Na dzień 31 grudnia 2017 r. Rospotriebnadzor zarejestrował ponad 1,2 mln zakażeń wirusem HIV w Rosji. W ciągu całego 2017 r. w wyniku chorób wywołanych wirusem zmarło 276 660 osób. To znaczy, że w 2017 r. każdego dnia z powodu wirusa HIV umierało 80 osób. Na tej podstawie Rospotriebnadzor uznaje, że w Rosji żyje ok. 950 tys. nosicieli wirusa. Terapię antyretrowirusową otrzymuje ok. 330 tysięcy osób.

O epidemii wirusa HIV mówi się, kiedy liczba zakażonych przekracza 0,5 proc. populacji. Taka sytuacja ma miejsce w jednej trzeciej regionów Federacji Rosyjskiej. A są regiony, w których ten wskaźnik został przekroczony nawet kilkukrotnie. Np. w obwodzie swierdłowskim na Uralu odsetek nosicieli wirusa HIV wynosi prawie 2 proc.

Epidemia oznacza nie tylko wysokie tempo przyrostu nowych infekcji. W Rosji wirus HIV rozprzestrzenia się także poza tradycyjnymi dla HIV grupami ryzyka. Rosję na tle Europy wyróżnia to, że do większości zakażeń dochodzi na drodze kontaktów heteroseksualnych – 53,5 proc. nowych przypadków zdiagnozowanych w 2017 r.

Rosyjscy epidemiolodzy tłumaczą to tym, że wśród mężczyzn w wieku 35-39 lat już co trzydziesty jest nosicielem wirusa (3,3 proc. populacji) i to właśnie ta grupa stanowi największe źródło nowych zakażeń.
 

FatBantha

sprzedawca niszowych etosów
Członek Załogi
8 271
23 286
Wojna z Zachodem ważniejsza niż leczenie
W 2016 r. państwowy think tank Rosyjski Instytut Studiów Strategicznych w raporcie dotyczącym problemu HIV/AIDS napisał, że państwa zachodnie wykorzystują „tematykę HIV/AIDS jako broń w wojnie informacyjnej przeciwko Rosji”. W raporcie można było przeczytać także, że producenci środków antykoncepcyjnych, takich jak prezerwatywy, są zainteresowani tym, by jak najwięcej nastolatków rozpoczęło życie płciowe.

W opublikowanym niedawno na łamach "New Eastern Europe" artykule rosyjska politolożka Olga Irisowa pokazuje, jak kwestia HIV/AIDS została upolityczniona i wprost wpisana w konflikt Rosji z „gnijącym” Zachodem.

Antyzachodnia retoryka nasiliła się w Rosji od aneksji Krymu w 2014 r. Konflikt z Europą i USA pokazywany jest jako konflikt cywilizacyjny, w którym Rosja broni tradycyjnych wartości. W swoim tekście Irisowa opisuje, jak mniej więcej od 2016 r. kolejne organizacje pozarządowe zajmujące się profilaktyką i leczeniem wirusa HIV były wpisywane na listę zagranicznych agentów. W Rosji taki status mają organizacje, które otrzymują zewnętrzne finansowanie na prowadzenie działalności politycznej.

Irisowa wspomina także o nowym projekcie ustawy, która zakłada, że organizacje działające w sferze profilaktyki HIV i korzystające z funduszy zagranicznych będą zobligowane do złożenia raportu na temat swoich działań. Na podstawie takiego raportu miałaby zapaść decyzja, czy dana organizacja otrzyma prawo do dalszej pracy w Rosji. Nie wiadomo, czy projekt wejdzie w życie, ale jeśli tak się stanie, może to oznaczać koniec działalności większości rosyjskich NGO-sów wspierających profilaktykę i terapię wirusa HIV. Nie stoi za tym żadna inna logika niż przekonanie rosyjskich władz, że każda organizacja, która działa dzięki pieniądzom z zagranicy, stanowi zagrożenie dla reżimu.

HIV/AIDS jako wielka mistyfikacja
O wiele bardziej niepokojącym trendem, niż ten związany z upolitycznieniem kwestii HIV/AIDS, jest tendencja do zaprzeczania istnieniu wirusa HIV. Olga Irisowa przywołuje badania przeprowadzone przez grupę badawczą Medialogy i rosyjski magazyn "Vedomosti", pokazujące rozprzestrzenianie się w rosyjskich środkach masowego przekazu teorii spiskowych.

Okazało się, że teoria, wedle której wirus HIV nie istnieje, jest trzecią najpopularniejszą teorią spiskową w Rosji. Jej obecność w przestrzeni medialnej zwiększyła się 36-krotnie w ciągu ostatnich siedmiu lat.
Irisowa powołuje się także na badania rosyjskiej fundacji Svecha, która wyliczyła, że w Rosji jest przynajmniej 15 tys. osób, które tezę, że wirus HIV nie istnieje, aktywnie transmitują w różnego rodzaju mediach internetowych.

Prym wiodą oczywiście sieci społecznościowe. Na rosyjskim portalu społecznościowym VK funkcjonuje na przykład grupa pod nazwą „HIV/AIDS – największa mistyfikacja XX wieku”. Ma prawie 17 tys. członków i jest największą, choć niejedyną tego typu grupą. Zdaniem osób, które zaprzeczają istnieniu HIV/AIDS, wirus został wymyślony na potrzeby firm farmaceutycznych i stanowi również jedno z narzędzi amerykańskiej światowej hegemonii. Dominuje teza przywoływana już powyżej, że HIV/AIDS to kolejna zachodnia prowokacja wymierzona w Rosję.

W takich internetowych grupach osoby, które dopiero otrzymały diagnozę, dowiadują się, że wirus HIV to kłamstwo. Koronny argument to test na obecność wirusa HIV. W grupach HIV-dysydentów, bo tak ich się nazywa w Rosji, można przeczytać, że przecież wirusa nikt nie widział, a test nie stwierdza jego obecności we krwi, tylko obecność określonych antyciał. To, co powoduje pogorszenie zdrowia i śmierć, to terapia. W internetowych społecznościach zrzeszających ludzi, którzy nie wierzą w HIV, można uzyskać medyczne i prawne porady związane z przerwaniem terapii swojej lub dzieci. Można także zdobyć kontakty do lekarzy, którzy nie wierzą w istnienie wirusa. Ci chętnie wytłumaczą wszystkie niuanse z „naukowego” punktu widzenia.

Nieprawda, która wyzwala
Wiele osób, które właśnie dowiedziały się, że są seropozytywne, właśnie coś takiego chciałoby usłyszeć. Przy wsparciu takiej internetowej grupy HIV-dysydentów nosiciele wirusa wypierają ten fakt i nie podejmują lub zarzucają leczenie. Można byłoby to uznać za ich wolny wybór, ale podobnie jak z ruchem antyszczepionkowym, mamy do czynienia z kwestią, która wpływa na zdrowie całej populacji. Osoby, które nie uwierzyły, że są nosicielami wirusa HIV, zakażają kolejnych ludzi, najczęściej nieświadomych, że ich partner lub partnerska są seropozytwni.

Celem ONZ w kwestii profilaktyki i leczenia wirusa HIV jest koncepcja 90-90-90. Zakłada ona, że do 2020 r. 90 proc. nosicieli wirusa HIV powinno zostać zdiagnozowanych, 90 proc. z nich powinno otrzymywać terapię antyretrowirusową, a z kolei 90 proc. z tych, którzy poddają się terapii, powinno osiągnąć niewykrywalny poziom wirusa we krwi. Jak twierdzi Wadim Pokrowskij, szef Centrum ds. Profilaktyki i Walki z AIDS, takie wskaźniki są obecnie nieosiągalne dla Rosji.

Według danych UNAIDS, czyli agencji ONZ ds. HIV/AIDS, obecnie na świecie 36,9 mln ludzi jest nosicielami wirusa HIV.
Jak widać zdrowiści nie mają startu w Rosji. Nie ma państwa terapeutycznego, bo nawet lekarze olewają HIV. Jest za to odsiew naiwniaków, bezwstydników i zdrowie moralne narodu umacnia się... :)
 

FatBantha

sprzedawca niszowych etosów
Członek Załogi
8 271
23 286

PRZEGLĄD PRASY
Według odtajnionych w USA dokumentów tu miały spaść amerykańskie bomby atomowe.
W polskie miasta amerykańskie rakiety z głowicami nuklearnymi wycelowane były przez cały okres zimnej wojny. W myśl strategii wojennej USA, aby zdobyć przewagę nad Związkiem Radzieckim, można było skazać na zagładę miliony niewinnych ludzi.

Kto kogo uratował?

"Kukliński uratował nas przed wojną atomową" - zazwyczaj takim zdaniem rozpoczyna się każdy artykuł poświęcony pracy na rzecz amerykańskiego wywiadu pułkownika Wojska Polskiego Ryszarda Kuklińskiego. W jednym z wywiadów prasowych historyk sprzyjający obecnej władzy i jej polityce historycznej, prof. Wojciech Roszkowski, przekonywał: "Kukliński bronił terytorium Polski przed konsekwencjami ofensywy sił Układu Warszawskiego, która mogła spowodować atomową odpowiedź NATO. Bomby spadłyby na terytorium naszego kraju. Z tego punktu widzenia ostrzeżenie Amerykanów, że Związek Radziecki przygotowuje zbrojną interwencję w Polsce, było wypełnieniem zadania, za które odpowiadał. Kukliński zdradził Sowietów, ale na pewno nie zdradził polskiej racji stanu. Literalnie rzecz biorąc, zrobił to, co do niego należało".
Nie czas i miejsce, aby szczegółowo komentować słowa prof. Roszkowskiego. Każdy polityk i wojskowy rozumiejący realia, które rządzą stosunkami międzynarodowymi, doskonale wie, że działanie na rzecz wywiadu obcego państwa przynosi korzyści jedynie temu państwu. Nie inaczej wyglądało to podczas zimnej wojny. Dostępne dokumenty wprost wskazują, że w wyniku konfliktu między Wschodem a Zachodem - bez względu na to, kto by go zaczął - w Polskę wycelowane były amerykańskie rakiety. Innymi słowy, jeśli coś Kukliński uratował, to na pewno nie Polskę. Raczej podał ją na tacy przeciwnikom, wskazując miejsca zgrupowania polskich wojsk i przypieczętowując tym samym ich los w wypadku ewentualnego konfliktu.

Lotnictwo i atomowa dominacja

Dowództwo Lotnictwa Strategicznego (Strategic Air Command) powołano w marcu 1946 r. Amerykańskie władze cywilne i wojskowe już od dawna zdawały sobie sprawę, że wynik przyszłych konfliktów będzie decydował się w przestworzach. Jak w XIX w. dominacja na morzach uczyniła z Wielkiej Brytanii imperium kolonialne, tak w drugiej połowie XX w. Stany Zjednoczone miały osiągnąć globalną supremację dzięki nowoczesnemu lotnictwu. W typowej dla siebie manierze dziennikarze i politycy przekonywali wątpiących o dobroczynnym wpływie samolotów. "Droga do światowego pokoju wiedzie przez przestworza", zapewniała prasa. Dopiero w mniej oficjalnych wypowiedziach przyznawano, że "siły powietrzne będą przede wszystkim amerykańską bronią".
O ile w czasie II wojny światowej lotnictwo współdzieliło chwałę amerykańskiego oręża z marynarką i piechotą, o tyle po udanych próbach bomby atomowej w połowie lipca 1945 r. rozpoczęło niepodzielne rządy. Zniszczenie Hiroszimy i trzy tygodnie później Nagasaki udowodniło destrukcyjną siłę nowej broni przenoszonej drogą powietrzną. Chociaż zatem zakończenie wojny przyniosło redukcję sił lotniczych o dwie trzecie, to już w 1946 r. wdrożono program rozwoju tego rodzaju wojsk ze szczególnym uwzględnieniem bombowców zdolnych do przenoszenia bomby atomowej. Nad poprawną realizacją tego zadania miało zaś czuwać Dowództwo Lotnictwa Strategicznego.
Na czele nowej jednostki stanął gen. Thomas Sarsfield Power. Lotnictwo wojskowe było całym życiem tego syna irlandzkich imigrantów. Karierę rozpoczął pod koniec lat 20. XX w. w Korpusie Lotniczym USA, by w 1944 r. stanąć na czele 314. Dywizji Lotniczej. To właśnie podległa Powerowi jednostka w marcu 1945 r. przeprowadziła słynny powietrzny rajd na japońską stolicę. "W czasie wojny nie ma miejsca na emocje. Jednak zniszczenie, które obserwowałem tamtej nocy nad Tokio, było tak przytłaczające, że wywarło na mnie ogromne i trwałe wrażenie", przyznał później. Takie doświadczenie powinno skłonić Powera do nieszafowania ludzkim życiem. Nic podobnego. Pod jego rządami dowództwo funkcjonowało w rytm innego powiedzenia generała: "Ostrożność? Dlaczego tak bardzo przejmujecie się ludzkim życiem? Celem jest zabicie tych gnojków. Jeśli na koniec wojny pozostanie przy życiu dwóch Amerykanów i jeden Rusek, to znaczy, że wygraliśmy".
Pewnego razu, gdy Power jeszcze raz wyłożył swoją strategię, jeden ze współpracowników zażartował: "Upewnijmy się, że ta dwójka to kobieta i mężczyzna".
Zero-jedynkowy sposób rozumowania, który wówczas dominował w Dowództwie Lotnictwa Strategicznego, dobrze ilustruje "The Strategic Air Command Atomic Weapons Requirement Study for 1959". Odtajniony dokument z 1956 r. zawiera m.in. listę celów w Związku Radzieckim i Europie Wschodniej przeznaczonych do zniszczenia, gdyby zimna wojna nagle nabrała temperatury. W istnieniu takiego planu nie ma nic dziwnego, podobne opracowania znajdują się w archiwach wszystkich mocarstw atomowych. Wątpliwości budzi jednak sposób potraktowania strat wśród ludności cywilnej. Okazuje się bowiem, że jak na "obrońcę światowej demokracji i wolności" Stany Zjednoczone dość wybiórczo traktowały życie ludzkie.
Za główny cel Dowództwo Lotnictwa Strategicznego postawiło sobie redukcję czasu, jaki był potrzebny do zbrojnej odpowiedzi na potencjalny atak radziecki. W pierwszej kolejności planowano zatem likwidację jednostek wojskowych przeciwnika, przede wszystkim jego sił nuklearnych i taktycznych. Na tym jednak nie poprzestawano. W ślad za zniszczeniem celów militarnych miały nastąpić ataki na centra polityczne i przemysłowe wroga, a więc jego największe i najludniejsze miasta. Do realizacji tego zadania w 1959 r. dowództwo miało do dyspozycji ponad 12 tys. głowic nuklearnych. Cztery lata wcześniej liczba ta była niemal pięciokrotnie niższa. Z kolei w 1961 r. USA posiadały już ponad 22 tys. głowic.
Na 43 stronach zestawiono ponad tysiąc celów w Związku Radzieckim i całym bloku socjalistycznym. Były to głównie lotniska, choć uwzględniono także inne obiekty, które mogłyby zostać wykorzystane w potencjalnym konflikcie. Na terytorium Polski znajdowało się kilkadziesiąt takich miejsc. Amerykańskie bomby z głowicami atomowymi miały spaść m.in. na Białą Podlaską, Wrocław, Bydgoszcz, Ciechanów, Trójmiasto, Gliwice, Grudziądz, Toruń i oczywiście Warszawę.
W opracowaniu podkreślano, że "wybór celów został dokonany z uwzględnieniem wysokiego prawdopodobieństwa, że starcie sił powietrznych nastąpi szybko, a decyzje zostaną podjęte już na etapie początkowym. Wymaga to maksimum efektywności (masowa koncentracja siły ognia), ekonomii użycia sił (minimalna wielkość wypadów), elastyczności oraz maksimum pewności, że nieliczne cele będą wymagały ponownego nalotu".

Efekty uboczne

Łącznie amerykańskie bomby miały spaść na ponad 2,3 tys. miejsc w bloku socjalistycznym i w Chinach. Najważniejsze na liście były Moskwa i Leningrad. W radzieckiej stolicy do zniszczenia wyznaczono 179 punktów, w obecnym Petersburgu zaś 145. Co ważne, w planie ataku uwzględniono cele cywilne, niestanowiące żadnego zagrożenia dla amerykańskiego wojska. Do dyspozycji Stany Zjednoczone miały bomby o sile od 1,7 do 9 Mt, choć apetyty Dowództwa Lotnictwa Strategicznego były o wiele większe. Trwały prace nad superbombą o sile 60 Mt, która mogła zapewnić "znaczące rezultaty" w ZSRR. Bomba zrzucona na Hiroszimę była 70 razy słabsza od najmniejszej bomby w arsenale USA pod koniec lat 50. XX w.
Użycie takiego arsenału musiało się wiązać z olbrzymimi zniszczeniami, również śmiercią ogromnej liczby cywilów. Jak można było przeczytać w dokumencie: "Wszystkie następstwa ataku nuklearnego poddano drobiazgowej analizie. Chociaż więc wzięto pod uwagę wystąpienie skutków tektonicznych i opadów radioaktywnych, które mogą dotrzeć także na obszar sił sojuszniczych i narodów, to wygranie podniebnej konfrontacji jest celem nadrzędnym. Jeśli starcie nie zakończy się sukcesem, konsekwencje dla naszych sojuszników i tak będą o wiele gorsze niż prognozowane efekty skażenia nuklearnego w strefach peryferyjnych. Należy wziąć pod uwagę, że skala naszego ataku będzie tak wielka, że efekty radiacyjne i pożary poprzedzą radioaktywny opad na wielu obszarach. Co więcej, nie można zignorować faktu ataku atomowego na sojusznicze siły i narody przez Związek Radziecki. W takich okolicznościach wszelkie efekty uboczne naszego ataku mogą stać się co najwyżej przedmiotem akademickiej debaty".
Gdyby równoległy atak na wskazane cele nie doprowadził do ostatecznego zniszczenia wroga, USA planowały realizację drugiego etapu wojny, czyli "systematyczną destrukcję" potencjału ZSRR. W samej Moskwie wyznaczono 180 miejsc do likwidacji, m.in. fabrykę penicyliny. Biorąc pod uwagę trudności z trafieniem w konkretny cel, dopuszczano zbombardowanie okolicznych budynków i osiedli, co miało zwiększyć prawdopodobieństwo sukcesu. Z tym jednak nie byłoby problemów, skoro moc zrzuconych bomb co najmniej kilkakrotnie przekraczałaby wymagane minimum.
Analiza powyższego dokumentu, a także pozostałych wytworzonych w okresie zimnej wojny, wyraźnie pokazuje, że w amerykańskiej doktrynie wojennej broń atomową traktowano jako remedium na wszelkiego rodzaju zagrożenia. Było to o tyle niepokojące, że w kolejnych latach postępował proces przejmowania kontroli nad powiększającym się arsenałem nuklearnym od władzy cywilnej przez wojskowych. W rezultacie w memorandum z września 1964 r. McGeorge Bundy, doradca ds. bezpieczeństwa narodowego w administracji Johna F. Kennedy’ego i Lyndona B. Johnsona, nalegał na zmianę obowiązujących wytycznych, gdyż te pozwalały generałom na podejmowanie decyzji o ataku atomowym nawet bez konsultacji z prezydentem. Co prawda, zgoda dotyczyła jedynie wrogich celów militarnych, lecz nie zmieniało to faktu, że możliwość wywołania globalnego konfliktu nuklearnego pozostawała w rękach dowódców pokroju wspomnianego już gen. Powera.
Czy można zatem się dziwić, że zgodnie z przyjętym przez wojskowych planem działania odpalenie rakiet z głowicami nuklearnymi miało być odpowiedzią USA na śmierć prezydenta, nawet jeśli doszło do tego podczas ataku konwencjonalnego lub wręcz przez pomyłkę? Mało tego, bez względu na to, kto stałby za atakiem na Stany Zjednoczone, amerykańska odpowiedź skierowana była na ZSRR i Chiny. "Do 1968 r. instrukcje dotyczące użycia broni atomowej, zaakceptowane przez prezydentów Dwighta Eisenhowera i Johna F. Kennedy’ego, przewidywały wszechstronny kontratak nuklearny, także wówczas, gdy atak na USA miał charakter konwencjonalny lub też wynikał z oczywistej pomyłki, zaś oba komunistyczne mocarstwa znalazłyby się na celowniku bez względu na to, czy któreś z nich jako pierwsze zainicjowało atak na Stany Zjednoczone", podsumowywał William Burr, historyk z Archiwum Narodowej Agencji Bezpieczeństwa.
W październiku 1968 r. z inicjatywy sekretarza obrony Clarka Clifforda sprawa trafiła na biurko prezydenta Johnsona. Zdaniem Clifforda instrukcja mogła doprowadzić do sytuacji, w której błędna ocena nadgorliwego wojskowego spowodowałaby wojnę nuklearną. Doradca ds. bezpieczeństwa narodowego Walt Rostow wskazał z kolei, że "zmiana jest konieczna. Ta instrukcja jest niebezpieczna. Sugeruję jej kompleksową zmianę". Ostatecznie podjęto decyzję o modyfikacji instrukcji, by odpowiedzią na konwencjonalny atak na Stany Zjednoczone mogła być jedynie symetryczna reakcja USA.

Ewolucja amerykańskiej doktryny atomowej

Wraz z nadejściem administracji Richarda M. Nixona zmienił się sposób myślenia o broni atomowej. Nowy prezydent, wspólnie z doradcą ds. bezpieczeństwa narodowego Henrym Kissingerem, uznał, że istniejące plany masowego ataku atomowego są nierealne, a przez to nie pozwalają na pełne wykorzystanie arsenału nuklearnego w bieżącej polityce. W Białym Domu rozpoczęto zatem intensywne prace nad przygotowaniem scenariuszy selektywnego użycia broni strategicznej. Na początku 1974 r. prezydent podpisał memorandum nakazujące przygotowanie różnorodnych opcji wykorzystania broni nuklearnej. Zgodnie z raportami CIA nowa doktryna nuklearna USA sprowokowała ZSRR i Chiny do wprowadzenia podobnych modyfikacji w ich planach.
W późniejszych latach nuklearne plany zmieniano jeszcze kilkakrotnie. Chociaż w Białym Domu i Pentagonie powoli zaczęto wycofywać się z pierwotnej koncepcji automatycznej odpowiedzi nuklearnej bez względu na straty w ludności cywilnej - wrogiej i sojuszniczej - w dalszym ciągu dominowało przekonanie o konieczności zapewnienia sobie strategicznej przewagi. Tym bardziej że bez względu na to, kto zasiadał w Białym Domu, obawa przed wyprzedzającym atakiem ze strony ZSRR spędzała sen z powiek amerykańskim przywódcom.
Myśl, że radzieckie rakiety dosięgną amerykańskich miast, szczególnie dokuczała Ronaldowi Reaganowi. O ile Nixon prowadził politykę opartą na równowadze sił, o tyle Reagan dążył do zdobycia nad ZSRR strategicznej przewagi. Nic zatem dziwnego, że podczas jego dwóch kadencji opracowano różnorodne scenariusze, uwzględniające zarówno środki taktyczne, jak i nuklearne.
Podstawowy plan - Major Attack Options - powielał wszystkie wcześniejsze ustalenia dotyczące wykorzystania niemalże całej floty powietrznej Stanów Zjednoczonych do jednoczesnego zniszczenia tysięcy celów na terytorium wroga. Z kolei Launch Under Attack Option określał sposób wykorzystania sił strategicznych na wypadek ataku na terytorium USA lub państw sojuszniczych. Wreszcie Optional Withhold Categories pozwalał na selektywny wybór celów. Oznaczało to, że gdyby któreś państwo bloku wschodniego, np. Polska albo Rumunia, nie brało udziału w konflikcie, mogło uniknąć atomowej anihilacji. W rzeczywistości - co przyznawano w nieoficjalnych rozmowach - na takie niuansowanie nie byłoby czasu.
Prezydent Reagan nie ukrywał, że podczas jego rządów Stany Zjednoczone będą dążyły do zwiększenia przewagi nuklearnej nad ZSRR. Zapowiedział zatem program gwiezdnych wojen, który miał otoczyć USA tarczą antyrakietową, oraz zaktywizował partnerów z NATO. Odtąd w system bezpośredniej odpowiedzi została włączona Europa Zachodnia, pozwalając Stanom Zjednoczonym na szachowanie całego bloku socjalistycznego. I tutaj wracamy do postaci płk. Kuklińskiego. Od początku zimnej wojny polskie miasta znajdowały się na liście celów przeznaczonych do szybkiego zniszczenia. Informacje przekazane przez polskiego szpiega pozwoliły Amerykanom ją uaktualnić i uzupełnić. W świetle ujawnionych dokumentów twierdzenia o uratowaniu Polski można włożyć między bajki.
Niebezpieczeństwo zagłady nuklearnej wisiało nad światem przez cały okres zimnej wojny. Odtajnione akta dowodzą, że ani Związek Radziecki, ani Stany Zjednoczone nie przejmowały się zbytnio potencjalnymi stratami wśród ludności cywilnej. Liczyło się zwycięstwo nad ideologicznym wrogiem. Bez względu na rezultat konfrontacji z Polski pozostałyby co najwyżej radioaktywne gruzy.
Andrzej Szymański
 
Do góry Bottom