Wielka Brytania - najpełniejszy system zorganizowanego nadzoru, albo tryumfy Ingsocu

Mercatores

Well-Known Member
269
818
Chyba nikt tym kraweznikom nie powiedzial, ze wystarczy wypolerowac temu Jamajczykowi buty i bylby pokoj na ulichach Londynu:





Biznes sie kreci:

Coronavirus: Bank pumps £100bn into UK economy to aid recovery

 
Ostatnia edycja:

Mercatores

Well-Known Member
269
818



Z jakiegos komentarza:

Media:

*Whites are racist
*Whites oppress you
*Whites enslaved you
*Whites have privilege
*White cops murder you
*Whites robbed your country

Whites get stabbed to death in broad daylight and the media:

''Don't use this tragedy for your far right agenda!''





 
Ostatnia edycja:

The Silence

Well-Known Member
414
2 561

Wielka Brytania za 10 lat zakaże sprzedaży wszystkich aut spalinowych. I hybryd też

Wielka Brytania planuje, że zakaz sprzedaży aut spalinowych z silnikiem Diesla oraz benzynowymi wejdzie w życie wcześniej niż zapowiadano. Los hybryd również jest przesądzony.

 

draq

Well-Known Member
194
274
Ale zaraz...
Przecież po wyjściu z totalitarnej unii miał tam być wolny rynek i wolność...
Farage łgał jak pies?
Mikke łgał jak pies?
 

FatBantha

sprzedawca niszowych etosów
Członek Załogi
8 902
25 537
Lekki feudalizm nie jest szkodliwy społecznie. No może jednak jest...

Rafał Sroczyński 05:00 13.03.21

Brytyjską monarchią wstrząsają skandale, które coraz trudniej zatuszować. Ostatnie wyznania Harry'ego i Meghan o rasistowskich uwagach i złym traktowaniu wydają się ledwie dziecinną igraszką w obliczu opublikowanych niedawno dokumentów uderzających bezpośrednio w królową i księcia Karola. Do tego trwa proces zmarłego pedofila Jeffreya Epsteina i jego wspólniczki, w których sprawę uwikłany może być książę Andrzej.

Czy Elżbieta II powinna być Elżbietą II Ostatnią? - zastanawiają się dziennikarze w brytyjskich mediach, bo takie afery, z jakimi od pewnego czasu muszą się mierzyć Windsorowie, nie dotknęły brytyjskiej rodziny królewskiej od wielu, wielu lat.

KŁAMSTWA, RASIZM I OBOJĘTNOŚĆ

Książę Harry i Meghan Markle w niedzielę na antenie stacji CBS News udzielili wywiadu Oprah Winfrey, w którym zarzucili rodzinie i pracownikom Pałacu Buckingham rasizm, utrwalanie kłamstw i całkowitą obojętność wobec cierpienia innych osób.
Księżna Sussex utrzymywała między innymi, że miała myśli samobójcze, gdy była w 5. miesiącu ciąży, w związku ze złym traktowaniem oraz rasizmem napotkanym w rodzinie i na dworze królewskim. - Były rozmowy na temat tego, jak ciemną skórę będzie miał mój syn - powiedziała.
Źle to znosiła psychicznie i poprosiła o pomoc, ale jej nie uzyskała, bo stwierdzono, że mogłoby to negatywnie wpłynąć na wizerunek pałacu. - Powiedziałam, że muszę gdzieś iść, aby uzyskać pomoc. Powiedziałam, że "nigdy wcześniej się tak nie czułam i muszę gdzieś iść". Powiedziano mi, że nie mogę, bo to nie byłoby dobre dla instytucji - mówiła Markle.
Harry przekazał z kolei, że w brytyjskiej prasie pobrzmiewały w odniesieniu do jego żony "kolonialne tony". - Mimo to, nikt z mojej rodziny nic nie powiedział. To boli - stwierdził.
Nadmienił, że "był uwięziony przez system". - Tak jak reszta mojej rodziny. Mój ojciec i brat wciąż są uwięzieni. Nie mogą odejść - powiedział.
Wnuk królowej utrzymuje, że to spotkanie Meghan i "zderzenie ich światów" doprowadziło u niego do zrozumienia, że "znajduje się w potrzasku, choć sam nie zdawał sobie z tego wcześniej sprawy".
Rozmowa Sussexów to niewątpliwie silny cios dla brytyjskiej rodziny królewskiej, a ich odejście będzie miało bardzo poważne konsekwencje. Znany brytyjski dziennikarz Piers Morgan nazwał wywiad "haniebną zdradą królowej i rodziny królewskiej":
Powiedzmy sobie jasno: książę Harry i jego żona właśnie spędzili dwie godziny na niszczeniu wszystkiego, co reprezentuje Królowa i nad czym tak ciężko pracowała, jednocześnie udając, że ją wspierają. I zrobili to, gdy jej 99-letni mąż Filip leży poważnie chory w szpitalu. To godne pogardy.
Niektórzy zastanawiają się jednak, czy rodzina królewska nie wykorzystuje owej sytuacji do przykrycia większych afer, które mogą być prawdziwym zagrożeniem dla trwałości monarchii.
Okazuje się bowiem, że "królowa jest mniejszym monarchą konstytucyjnym niż myśleliśmy" - napisał "The Guardian".

TAJNE DOKUMENTY UJAWNIONE

Przez wiele lat przekonywano, że brytyjska monarchini Elżbieta II pełni tylko reprezentacyjną rolę w polityce prowadzonej przez Wielką Brytanię, ale na ten utrwalany przez dziesięciolecia obraz mocnym cieniem kilka tygodni temu położyły się tajne dokumenty z Archiwów Narodowych, które zostały opublikowane przez dziennikarzy.
Przekazali oni, że królowa w ciągu swojego panowania znacznie szerzej wykorzystywała przysługujące władcy prerogatywy, niż sądzono i niekiedy ich mocno nadużywała.
Poinformowano, że w ramach tzw. "zgody królewskiej" (będącą potajemną procedurą legislacyjną, w trakcie której ministrowie prywatnie zgłaszają królowej klauzule i szczegóły ustaw, mogących dotyczyć rodu oraz uprawnień korony, po czym proszą o pozwolenie na ich procedowanie - red.) zweryfikowała co najmniej 1062 zarządzenia.
W listopadzie 1973 roku miała dowiedzieć się w ten sposób o ustawie o przejrzystości spółek giełdowych, którą zaproponowano, aby uniemożliwić inwestorom potajemne nabywanie akcji przy pomocy nominowanych osób i firm-przykrywek. Dyrektorzy i zarząd spółek w przypadku wątpliwości - w myśl nowego prawa - mogliby żądać od akcjonariuszy ujawnienia tożsamości klientów, którzy za nimi stoją. Monarchini obawiała się, że te zapisy będą mogły przyczynić się do uzyskania dostępu do informacji - przez spółki - o faktycznym majątku rodu Windsorów i wartości posiadanych przez nich prywatnych aktywów.
Z opublikowanych dokumentów wynika, że królewski prawnik, Matthew Farrer, bezpośrednio wpłynął wówczas na zmianę proponowanych regulacji, a w sprawie interweniował osobiście Geoffrey Howe, minister handlu w rządzie Edwarda Heatha. Wprowadzoną do ustawy nową klauzulę uformowano tak, aby spod jurysdykcji przepisów wyłączyć rodzinę królewską.
Postanowiono, że niektóre firmy zostaną zwolnione - w wyjątkowych przypadkach - z obowiązku ujawnienia tożsamości faktycznych nabywców akcji. "Klauzula obejmie głowy państw, rządy, centralne władze monetarne, rady inwestycyjne i organy międzynarodowe utworzone przez rządy" - pisał w liście do przyjaciela Howe.
W 1974 roku rząd Heatha upadł, a wraz z nim na kilka lat przepadła nieprzegłosowana ustawa. Rok później informacje o "królewskiej klauzuli" przedostały się do prasy, ale zostały opublikowane przez silnie prosowiecką "Morning Star", więc nie dano im większej wiary. Nie wykazały także, czy to królowa osobiście miała wpływać na kształt zapisów. "Financial Times" napisał wówczas, że "możliwą miną dla konserwatystów byłoby, gdyby faktycznie okazało się, że to Pałac Buckingham w 1973 r. podjął inicjatywę, postulując, aby ujawnienie udziałów monarchii wyłączyć z ustawy".

"ZGRABNE ROZWIĄZANIE"

Ostatecznie dokument został uchwalony w roku 1976, pod rządami Harolda Wilsona. Natychmiast powołano Bank of England Nominees Limited, zarządzany przez Bank Anglii, w którym wcześniej Elżbieta II najprawdopodobniej trzymała swoje akcje. Dziennikarz Andrew Morton twierdził w książce "Theirs is the Kingdom", że w 1977 r. wszystkie aktywa królowej zostały przeniesione do nowo utworzonej spółki. To skutecznie umożliwiło ukrycie inwestycji dokonywanych przez władczynię Wielkiej Brytanii.
Rząd uzasadniał taką konieczność, twierdząc, że ewentualny wyciek informacji o monarszych transferach może mieć nieokreślony wpływ na rynek, ale w potajemnie wymienianych wiadomościach Pałac Buckingham i Westminster wzajemnie gratulowały sobie "zgrabnego i dającego się obronić rozwiązania".
Nominees Limited upadł w 2016 roku. Nie wiadomo, co stało się z udziałami, które spółka posiadała w imieniu swoich klientów. Okazało się, że nigdy nie prowadziła publicznych ksiąg rachunkowych. Faktyczny majątek rodziny królewskiej pozostaje więc nadal nieznany, ale wystarczy dowiedzieć się, że królowa jest właścicielem brytyjskiego dna morskiego i otrzymuje 25 proc. zysków z przynoszących ogromne dochody aukcji morskich farm wiatrowych, aby włożyć "między bajki" różne twierdzenia o majątku mniejszym niż liczony w miliardach.
Dziennikarze zastanawiają się również, dlaczego "zgoda królewska" i przeprowadzona weryfikacja były niezbędne w przypadku uchwalonej w 2014 roku ustawy o spadkach i uprawnieniach powierników oraz przegłosowanych dwa lata wcześniej przepisach dotyczących rachunków powierniczych od kapitału i dochodów, czyli tzw. "Trustów" stosowanych często przez zamożne firmy i rodziny, aby unikać kontroli podatkowej i publicznej.
Pytają także o to, dlaczego rząd poprosił monarchię, aby zweryfikowała ustawy o Muzeum Brytyjskim, połowie łososia... i parkowaniu, która regulowała działalność firm, zajmujących się m.in. blokowaniem źle zaparkowanych aut.
Skontaktowali się z Pałacem Buckingham w celu zweryfikowania informacji, ale udzielono im wymijających odpowiedzi, m.in. twierdząc, że "zgoda królowej jest procesem parlamentarnym, w którym rola suwerena jest czysto formalna" i dodając, że parlament "niezależnie od rodziny królewskiej" podejmuje decyzję o przekazywaniu ustaw mogących mieć "wpływ na interesy korony, w tym majątek osobisty i interesy osobiste monarchy".

ŚREDNIOWIECZNY SYSTEM FEUDALNY?

Opublikowane dokumenty uderzają także w księcia Karola. Następca tronu posiada 52 tysiące hektarów ziemi na terenie Kornwalii i uzyskuje z nich roczny przychód w wysokości 22 milionów funtów. Okazało się, że na przestrzeni lat otrzymał w ich sprawie do zweryfikowania co najmniej dwie ustawy. Nie wiadomo, czy wpływał na nie, ale mieszkańcy tych terenów utrzymują, że prawo w oczywisty sposób faworyzuje arystokratę.
Klauzule w przyjętych przepisach, uchwalonych kolejno w latach 1967, 1993 i 2002, zabraniają m.in. sprzedaży i bezpośredniego kupna domów przez lokatorów, bo oficjalnie wszystkie są własnością księstwa Kornwalii i muszą być dzierżawione, co przynosi następcy tronu coroczny czynsz z tego tytułu.
Wiele z rodzin nabyło nieruchomości przed lutym 1967 roku, kiedy to nienazwany urzędnik z Whitehall skontaktował się z osobistym sekretarzem królowej Martinem Charterisem. Ten przedłożył uzyskane dokumenty do weryfikacji Elżbiecie II, a dopiero później weszły one pod obrady parlamentu. Nie dostarczono ich Karolowi, bo miał wówczas 19 lat - prawo do księstwa Kornwalii uzyskał dwa lata później.
Mieszkańcy czują się oszukani i uwięzieni w swoich domach. Niektórzy twierdzą, że niewiele różni się to od średniowiecznego systemu feudalnego. Ani osoby z zespołu prasowego Karola, ani sam książę nie odpowiadają na pytania w tej sprawie.
Przedstawiciele księstwa Kornwalii twierdzą za to, że osoby nabywające domy na tych terenach są informowane o obowiązujących warunkach, a więc świadome ograniczeń. Nie mogą mieć w związku z tym pretensji o to, że przepisy są egzekwowane.
W przesłanym piśmie księstwo nie odniosło się do sytuacji nabywców, którzy kupili nieruchomości przed wejściem praw w życie. Taka dotyczy m.in. państwa Giddins. W 1996 roku kupili oni zrujnowany dom w Newton St Loe niedaleko Bath w Somerset. - Spędziliśmy 25 lat, wkładając mnóstwo pieniędzy i miłości w jego renowację - powiedziała kobieta. Pieniędzy nie odzyskają, bo zweryfikowana przez księcia ustawa z 2002 roku, która poszerzyła jego posiadłości, objęła zamieszkiwaną przez nich wioskę i dziś z nieruchomością nie można zrobić zupełnie nic, bo nikt nie chce kupić samego prawa do dzierżawy, w ramach której zabroniono m.in. możliwości brania kredytów pod zastaw posiadłości.

"RANDY ANDY"

Monarchia ma poważne problemy także w związku z oskarżeniami, które wysuwane są wobec księcia Andrzeja przez kobietę wykorzystywaną w wieku nastoletnim przez multimilionera-pedofila Jeffreya Epsteina. Nieoficjalnie amerykańska prasa informuje, że FBI coraz mocniej naciska na rząd Wielkiej Brytanii, aby zmusił arystokratę do odpowiedzi na stawiane mu zarzuty przed sądem.
Książę Yorku przez wiele lat utrzymywał dziwnie zażyłą znajomość z bogaczem. Virginia Giuffre-Roberts, "niewolnica" finansisty, twierdzi, że trzykrotnie została zmuszona do stosunków seksualnych z księciem, kiedy była nieletnia. W rozmowie z BBC bardzo szczegółowo opisała to czego doświadczyła.
On był najbardziej ohydnym tancerzem, jakiego w życiu widziałam. To było okropne. Ten facet pocił się na mnie, strużki jego potu padały na mnie niczym deszcz. Byłam po prostu obrzydzona.
Poinformowała też, że po owej tanecznej imprezie "została zmuszona do uprawiania seksu z księciem na górze w domu Ghislaine Maxwell w Belgravii".
Należy nadmienić, że to silna determinacja Virginii Giuffre-Roberts i współpracującej z nią dziennikarki Vicky Ward doprowadziła do tego, że sprawie Epsteina przyjrzano się ponownie. Amerykański sąd uznaje większość zeznań kobiety za prawdziwe i wiarygodne. W przeciwieństwie do Pałacu Buckingham, który kategorycznie zaprzecza wszystkiemu, co powiedziała na temat drugiego syna królowej.
Trzeba też dodać, że to niejedyna kobieta, która bezpośrednio kieruje zarzuty w kierunku księcia. O "obmacywanie" i "łapanie za piersi" w domu Epsteina oskarżyła go także Joanna Sjoberg.
"Andrzej miał również latać na prywatną wyspę bogacza - Little St. James, ochrzczonej przez agentów FBI mianem "Wyspy Orgii" lub "Wyspy Pedofili". Pracujące tam osoby utrzymują, że był przez nie widywany wielokrotnie."

WIZERUNKOWA KATASTROFA

Po emisji wywiadu z Roberts do BBC zgłosił się sam książę Andrzej. Poprosił, aby pozwolono mu odpowiedzieć na oskarżenia. Stacja zgodziła się i poinformowała, że przeprowadzi z nim rozmowę "na żywo". Dziennikarze bardzo dobrze się do niej przygotowali, w przeciwieństwie do arystokraty, dla którego rozmowa zakończyła się wizerunkową katastrofą. Odpowiedzi księcia wprawiały w zdumienie nawet jego doradców i najzagorzalszych obrońców.
Twierdził m.in. że nie pamięta zdjęcia, na którym obejmuje nastoletnią Roberts i zastanawiał się, czy na fotografii jest faktycznie on sam, czy też może ktoś inny, po czym nadmienił, że może być to również fotomontaż. Odniósł się także do wspomnianej wyżej kwestii pocenia. Powiedział, że to, co powiedziała kobieta jest niemożliwe, bo w wyniku schorzenia jego ciało w ogóle nie wydziela potu, a po chwili... spocił się.
Doskonale pamiętał też wizytę w pizzerii, która rzekomo odbyła się akurat tego dnia, gdy Roberts została wykorzystana i być może nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że odnosił się do zdarzenia sprzed ponad 20 lat.
Książę podkreślał, że bardzo żałuje znajomości z Epsteinem i powiedział o popełnionych przez siebie błędach, ale jednocześnie nie okazał żadnego współczucia dla ofiar multimilionera, z którym przyjaźnił się przecież przez całe lata.
Podczas wywiadu utrzymywał, że pierwszy raz spotkali się w roku 1999 dzięki Ghislaine Maxwell, którą poznał podczas studiów. Kłam temu twierdzeniu zadał przez przypadek w "liście obronnym" do "The Times" były osobisty sekretarz Andrzeja. W potoku pochwał dla drugiego syna królowej Elżbiety nieopatrznie napisał o "znajomości rozpoczętej we wczesnych latach .90".
Wersja księcia - co do daty rozpoczęcia przyjaźni - ostatecznie rozsypała się po rozmowie Marii Farmer z "The Sun". To artystka będąca najwcześniejszą znaną obecnie ofiarą Epsteina. Pracowała na portierni w posiadanej przez niego kamienicy i zajmowała się witaniem gości, zanim została wykorzystana w 1996 roku. Uciekła wówczas i zawiadomiła o wszystkim policję i FBI, ale nie przeprowadzono żadnego śledztwa w sprawie.
W kwietniu 2020 roku Farmer powiedziała brytyjskiemu dziennikowi, że Maxwell i Epstein przechwalali się w jej obecności, że "znają wszystkich członków rodziny królewskiej" i pozostają z nimi w dobrych stosunkach.
W złych mieli być tylko z księżną Dianą. - Jeffrey i Ghislaine nienawidzili jej - powiedziała kobieta. - Ghislaine mówiła coś w rodzaju: "Słuchaj, doprowadziliśmy ją do płaczu, czy to nie jest śmieszne? Nienawidzimy Diany". Tak powiedziała. Byli dla niej podli, obraźliwi, ale uważali, że to naprawdę zabawne. To było bardzo, bardzo chore - stwierdziła. Należy przypomnieć, że księżna zginęła 31 sierpnia 1997 roku.
Wkrótce sprawa księcia Andrzeja stała się na tyle poważna, że książę William poprosił, aby królowa odsunęła syna od pełnienia obowiązków i chciał wysłać wuja, z którym zerwał kontakty, do innego kraju. Anonimowe źródło z Pałacu Buckingham powiedziało dla "The Sun":
William uważał, że monarchia nie przetrwa, jeśli skandal z Andrzejem się rozwinie. Rodzina królewska miała nadzieję, że wysyłając Andrzeja na Bermudy, będzie mogła uchylić się lub przynajmniej zlekceważyć wszelkie nowe obrzydliwe szczegóły jego imprez z Epsteinem.
Ostatecznie zdecydowano, że przestanie on pełnić królewskie obowiązki, aby jego wizerunek i związane z nim skandale nie osłabiały autorytetu monarchii. Niektórzy uważają, że odejście księcia Harry'ego to faktycznie próba przykrycia procesu Ghislaine Maxwell, która sądzona jest jako wspólniczka Epsteina.
- Dochodzenie w sprawie Meghan Markle jest rozpraszające i wydaje się być hipokryzją w tych okolicznościach. Muszę się zastanowić, czy odzwierciedla to wyrachowaną decyzję, by odwrócić uwagę od księcia Andrzeja - powiedziała "The Guardian" Gloria Allred, prawniczka reprezentująca 20 ofiar Epsteina. - Zarzuty na jego temat są znacznie gorsze niż zarzuty dotyczące Meghan Markle. Książę Andrzej był pełniącym obowiązki członkiem rodziny królewskiej, kiedy został przyjacielem Jeffreya Epsteina, który był seksualnym drapieżnikiem - stwierdziła.
Do sytuacji odniosła się również współautorka biografii Harry'ego i Markle. - Dlaczego odznaczenia wojskowe księcia Harry'ego zostały odebrane, a księcia Andrzeja nie? - pytała w rozmowie ze "Sky News" Carolyn Durand.

CZY PRZETRWAJĄ?

Trudno odpowiedzieć na pytanie, czy monarchia przetrwa wszystko, co się wokół niej dzieje. Na pewno nie rozpadnie się ona za życia królowej Elżbiety, ale coraz większe i coraz silniejsze afery mogą sprawić, że nie poradzi sobie z jej utrzymaniem wysoce niepopularny i będący bardzo słabym politykiem książę Karol, a na wcześniejsze wstąpienie Williama na tron nie pozwala prawo i nie da się tego obejść bez jego zmiany. Żeby tak się stało stary książę musiałby abdykować na rzecz syna, a nie zapowiada się na to, aby tego chciał.
Wątpliwości, co do tego, co powinno się stać, nie ma dziennikarka "The Guardian" Polly Toynbee. Uważa, że królowa Elżbieta II powinna być ostatnim monarchą na brytyjskim tronie. W swojej opinii nazwała ją "Elżbietą II Ostatnią".
Starsze pokolenia nie przyznają jej racji, ale młodzi ludzie coraz częściej uważają, że królowie w Wielkiej Brytanii i ród Windsor powinni stać się jedynie historią. I choć poparcie dla monarchii wciąż jest na niezłym poziomie, to firmy zajmujące się badaniem opinii społecznej informują, że nigdy jeszcze nie było tak niskie i nigdy nie było jeszcze tak, aby więcej niż co trzeci obywatel Wielkiej Brytanii, z wchodzącego w dorosłość i wiek średni pokolenia, sądził, że powinna się ona skończyć.
 

FatBantha

sprzedawca niszowych etosów
Członek Załogi
8 902
25 537
Ingsoc postępuje, ponieważ na granicach zatrzymują za niewłaściwe poglądy.

Opracowanie:
Wczoraj, 2 października (17:22) Aktualizacja: Wczoraj, 2 października (22:49)

Publicysta tygodnika "Do Rzeczy" Rafał Ziemkiewicz został zatrzymany przez brytyjską straż graniczną na lotnisku w Londynie. Po kilku godzinach został zwolniony. Ma wrócić do Warszawy.

O zatrzymaniu Rafała Ziemkiewicza poinformował na swoim portalu tygodnik "Do Rzeczy". Według portalu publicysta przyleciał do Wielkiej Brytanii w sobotę wraz z żoną i córką, która ma rozpocząć studia na Uniwersytecie Oksfordzkim.
Ambasada RP w rozmowie z PAP potwierdziła, że doszło do zatrzymania. Konsulowie są również w kontakcie z żoną i córką Ziemkiewicza, które zostały przepuszczone przez straż graniczną.
Po godz. 18 portal "Do Rzeczy" poinformował o zwolnieniu Rafała Ziemkiewicza. Publicysta musi wrócić do Polski.
"Redaktor Rafał Ziemkiewicz oczekuje na samolot do Warszawy" - potwierdził na Twitterze rzecznik MSZ Łukasz Jasina.

Ziemkiewicz towarzyszył córce, która ma rozpocząć studia na Oxfordzie

Portal "Do Rzeczy" poinformował, że publicysta Rafał Ziemkiewicz "został zatrzymany przez brytyjskie służby".
"Rafał Ziemkiewicz został zatrzymany na lotnisku Heathrow przy przejściu granicznym. Publicysta "Do Rzeczy" wylądował dzisiaj w Wielkiej Brytanii, gdzie towarzyszył córce, która miała rozpocząć naukę w Oxfordzie" - czytamy na portalu.
"Brytyjskie służby przepuściły żonę i córkę Ziemkiewicza, ale jego samego zatrzymały. Z naszych informacji wynika, że publicysta został aresztowany. Ziemkiewiczowi odebrano również leki, które miał przy sobie" - dodano.
Portal podał też, że publicysta "przez kilka godzin miał być trzymany na lotnisku, a następnie zaprowadzono do pokoju przesłuchań, gdzie pobrano odciski palców i wykonano zdjęcia". "Żona publicysty podkreśla, że służby nie podały powodu, dla którego dokonano aresztowania. Ziemkiewiczowi odebrano ponadto telefon oraz dokumenty, jakie miał przy sobie" - napisano na portalu "Do Rzeczy".

Ziemkiewicz: Zostałem zatrzymany za poglądy

Zostałem zatrzymany za poglądy, które ponoć nie licują z wartościami uznawanymi w Wielkiej Brytanii - powiedział PAP Rafał Ziemkiewicz. Kiedy dopytywał, jakie to są poglądy, usłyszał od funkcjonariusza, który prowadził czynności służbowe w jego sprawie, że ten nie wie, nie zna, ale na pewno są niewłaściwe.
Ziemkiewicz podczas rozmowy telefonicznej z PAP przebywał na brytyjskim lotnisku. Stwierdził, że jest zmęczony i rozczarowany krajem, który okazał się "lewacki i faszystowski w swoich działaniach".
Jak mówi Ziemkiewicz, przyleciał do Anglii, by być na inauguracji roku akademickiego córki, która zaczyna studia na Oxfordzie, na wydziale biochemii. Jestem dumny z tego, że córka dostała się tu na studia. To najlepszy wydział w tym kierunku w Europie. Niestety, nie wyszło - powiedział Ziemkiewicz.
Dziennikarza zatrzymano na lotnisku, na przejściu granicznym. Usłyszał, że "trzeba wyjaśnić pewne rzeczy". Był, jak napisał portal niezalezna.pl, przez trzy godziny zatrzymany na Heathrow, po czym poproszono go do "pokoju przesłuchań", zebrano od niego odciski palców, zrobiono rewizję osobistą i wykonano zdjęcia, a następnie po kolejnych pół godziny powiedziano, że jest aresztowany. Zabrano mu rzeczy osobiste, dokumenty, leki na cukrzycę i telefon.
Trafiłem do aresztu, w którym byli także inni mężczyźni. Z większością z nich nie dało się porozmawiać w żadnym europejskim języku. Byli z Afryki, jakichś krajów daleko i blisko-wschodnich. Był wśród nich obywatel Korei Południowej, z nim akurat mogłem się dogadać po angielsku. On został zatrzymany za to, że - zdaniem służb brytyjskich - miał przy sobie za dużo gotówki. To za dużo oznaczało dwa tysiące dolarów, a więc kwotę, którą bardziej zamożni ludzie przepuszczają w jeden wieczór - stwierdził Rafał Ziemkiewicz.
Jego zdaniem to zatrzymanie jest konsekwencją sprawy sprzed kilku lat, kiedy to Rafał Pankowski, współzałożyciel stowarzyszenia "Nigdy więcej" sporządził raport, w którym zwarł listę polskich antysemitów.
W 2018 r. Ziemkiewicz miał mieć w Wielkiej Brytanii trzy spotkania autorskie, które miały odbyć się w Bristolu, Cambridge i pod Londynem, w Ealing. To ostatnie zostało odwołane po interwencji posłanki Partii Pracy Rupy Huq. Lewicowa posłanka zarzuciła polskiemu dziennikarzowi szerzenie mowy nienawiści, antysemityzmu, chęci podboju państwa islamskiego.
Huq zgłosiła sprawę do Home Office, w efekcie czego wykład odwołano. Posłanka zażądała też od Home Office, departamentu ds. imigrantów, aby wydał zakaz wjazdu Ziemkiewicza do Wielkiej Brytanii. Jak mówiła wówczas Gurdianowi: "Obecność Ziemkiewicza nie sprzyja dobrym relacjom rasowym gdziekolwiek w Wielkiej Brytanii".
Rupa Huq zamieściła w sobotę na swoim Twitterze uzasadnienie decyzji o odmowie zgody na wjazd Ziemkiewicza do Wielkiej Brytanii. Jak czytamy w piśmie, poglądy Ziemkiewicza są sprzeczne z wartościami wyznawanymi w Wielkiej Brytanii i mogą być obraźliwe.

"Będziemy to wyjaśniać"

Wiceminister spraw zagranicznych Paweł Jabłoński powiedział w TVP Info, że do MSZ dotarły sygnały, iż powodem zatrzymania i niewpuszczenia Ziemkiewicza do Wielkiej Brytanii były jego poglądy polityczne. Nie jesteśmy w stanie tego w tej chwili zweryfikować. Będziemy wyjaśniać to ze strona brytyjską - powiedział. Zaznaczył jednocześnie, że gdyby to się potwierdziło "byłoby to bardzo niepokojące".
Dodał, że jeśli powód zatrzymania Ziemkiewicza by się potwierdził, to by oznaczało, "że jest to po prostu bardzo poważne naruszenie wolności słowa, wolności do wyrażania własnych poglądów".

Centrum Monitoringu Wolności Prasy Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich (CMWP SDP) opublikowało oświadczenie w sprawie zatrzymania Rafała Ziemkiewicza na lotnisku Heathrow w Londynie. Zdaniem instytucji "zatrzymanie i niewpuszczenie dziennikarza na teren Wielkiej Brytanii z powodu głoszonych przez niego poglądów jest szczególnie bulwersującym przejawem eliminowania z przestrzeni publicznej dziennikarzy utożsamiających się z konserwatywnymi i prawicowymi poglądami".
W sobotę rano na lotnisku Heathrow w Londynie doszło do zatrzymania Rafała Ziemkiewicza. Dziennikarz i publicysta tygodnika "Do Rzeczy" przyleciał do Wielkiej Brytanii wraz z żoną i córką, która rozpoczyna studia na Oxfordzie. Brytyjskie służby przepuściły żonę i córkę redaktora, ale jego samego zatrzymały. Publicyście odebrano m.in. leki, dokumenty i telefon. Po kilku godzinach Ziemkiewicz został zwolniony z aresztu i zmuszony do natychmiastowego powrotu do Polski.
W niedzielę Centrum Monitoringu Wolności Prasy Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich (CMWP SDP) opublikowało oświadczenie w tej sprawie. "CMWP SDP stanowczo protestuje przeciwko bezpodstawnemu i skandalicznemu zatrzymaniu polskiego dziennikarza i publicysty Rafała Ziemkiewicza przez służbę graniczną na lotnisku Heathrow w Wielkiej Brytanii i apeluje do władz państwowych, w tym do Ministerstwa Spraw Zagranicznych, o jak najszybsze i szczegółowe wyjaśnienie wszelkich okoliczności tej sprawy" - czytamy w oświadczeniu opublikowanym na stronie internetowej CMWP SDP.

Zatrzymany z powodu poglądów

CMWP SDP przytacza stanowisko Brytyjskiego Urzędu do Spraw Cudzoziemców, "który w wydanym przez siebie dokumencie stwierdził, iż red. Ziemkiewicz został zatrzymany z powodu głoszonych poglądów politycznych". "Czytamy w nim: 'Wnioskował pan o pozwolenie na wjazd do Wielkiej Brytanii jako gość na dwa dni. Jednakże uważam, że wykluczenie pana ze Zjednoczonego Królestwa sprzyja interesowi publicznemu. Wynika to z pańskiego zachowania oraz głoszonych poglądów, które są sprzeczne z brytyjskimi wartościami i mogą być obraźliwe dla innych, a tym samym sprawiają, że uzyskanie możliwości wjazdu (na teren Wielkiej Brytanii) jest niepożądane'" - napisano w oficjalnym dokumencie brytyjskich służb opublikowanym na portalu dorzeczy.pl, który cytuje CMWP SDP.
"Zatrzymanie i niewpuszczenie dziennikarza na teren Wielkiej Brytanii z powodu głoszonych przez niego poglądów jest szczególnie bulwersującym przejawem eliminowania z przestrzeni publicznej dziennikarzy utożsamiających się z konserwatywnymi i prawicowymi poglądami" - podkreśla stowarzyszenie.
W ocenie CMWP SDP zatrzymanie Ziemkiewicza i niewpuszczenie go na teren Wielkiej Brytanii to "skandaliczne i niedopuszczalne naruszenie zasady wolności słowa fundamentalnej dla każdego demokratycznego państwa". "Zgodnie z art. 10 ust. 1 Europejskiej Konwencji Praw Człowieka, każdy ma prawo do wolności wyrażania opinii" - przypomina CMWP SDP. Jak dodaje, "prawo to obejmuje wolność posiadania poglądów oraz otrzymywania i przekazywania informacji i idei bez ingerencji władz publicznych i bez względu na granice państwowe".

"Każdy człowiek ma prawo wolności opinii i wyrażania jej"

CMWP SDP przypomina, że "artykuł 19 Powszechnej Deklaracji Praw Człowieka stanowi, że Każdy człowiek ma prawo wolności opinii i wyrażania jej; prawo to obejmuje swobodę posiadania niezależnej opinii, poszukiwania, otrzymywania i rozpowszechniania informacji i poglądów wszelkimi środkami, bez względu na granice".
"Natomiast w myśl artykułu 19 ust. 2 Międzynarodowego Paktu Praw Obywatelskich i Politycznych: Każdy człowiek ma prawo do swobodnego wyrażania opinii; prawo to obejmuje swobodę poszukiwania, otrzymywania i rozpowszechniania wszelkich informacji i poglądów, bez względu na granice państwowe, ustnie, pismem lub drukiem, w postaci dzieła sztuki bądź w jakikolwiek inny sposób według własnego wyboru" - zaznacza stowarzyszenie.
CMWP SDP podkreśla, że Ziemkiewicz to znany i ceniony polski dziennikarz, publicysta o konserwatywnych i prawicowych poglądach, komentator polityczny i ekonomiczny, a także pisarz specjalizujący się w literaturze fantastycznonaukowej i społeczno-obyczajowej, autor kilkudziesięciu powieści, zbiorów opowiadań oraz książek publicystycznych.
"W związku z zaistniałą i opisaną powyżej sytuacją CMWP SDP apeluje do władz państwowych, w tym do Ministerstwa Spraw Zagranicznych, o jak najszybsze i szczegółowe wyjaśnienie wszelkich okoliczności tej sprawy" - napisano w oświadczeniu, pod którym podpisała się dr Jolanta Hajdasz, dyr. CMWP SDP.
 
Ostatnia edycja:

FatBantha

sprzedawca niszowych etosów
Członek Załogi
8 902
25 537
Jak widzę, ta babka już wcześniej była zawzięta na Ziemkiewicza. Powinien ją wpisać na swoją prywatną hit-listę. ;)

Tekst sprzed trzech lat:

Theresa May has a record of barring entry to extremists. But Rafał Ziemkiewicz’s brand of hate seems not to qualify
Fri 16 Feb 2018 14.08 GMT
Last modified on Fri 16 Feb 2018 15.31 GMT
As a child in the west London borough of Ealing, I grew up around Polish people. A family a few doors away gave my sister and me a lift to school every morning; I walked home with a pal called Dorota most days; our teachers included Mrs Picheta and Miss Jolowicz. I thought it was fairly standard for children to attend Polish school on Saturdays, because so many in my class did. It was a given that we had a Polish title available in the local newsagent alongside the Ealing Gazette.
I now represent these same streets in parliament and was proud to describe the Polish diaspora in my maiden speech. In 2016 I talked about this hyper-diverse borough in a debate on the contribution of the Poles to the UK, following the referendum result that left many EU nationals feeling vulnerable. Around the same time I visited Ealing’s Polish church, there since the 1970s, to reassure the congregation that in the face of a rising tide of hate crime we would stand shoulder to shoulder with them.
Last week I was tipped off that Rafał Ziemkiewicz, a far-right speaker from Poland, was due in the UK for a provocative speaking tour, including a pub appearance in Acton, part of my constituency. Evidence was presented to me of offensive statements he’d made about the Holocaust and Muslims. Campaign groups and constituents asked me if I could try to get him banned.
“Between Britain First and Katie Hopkins” was how he was described to me, or “Softly spoken but all the more dangerous for it”. I alerted the local council and police, who swiftly informed the pub. The booking was cancelled. When the news broke, Ziemkiewicz announced on Twitter that he’d sue me for defamation, and he’s now cancelled his visit to the UK.
Right on cue, among many people from Poland praising me for taking a stance they wish they could, there was a sustained email and Twitter campaign condemning my “subcontinental” intolerance of freedom of expression. The fact is that free speech does not equate with hate speech. By staging this event in one of the oldest established Polish areas of the UK, this was deliberate provocation. In a climate of great division, it would have been a red rag for a certain type of individual.
“It’s trying to create distance between Poles and mainstream UK society” one constituent told me. Rights carry responsibilities, and there are limits to tolerance: just ask Theresa May, who as home secretary banned the Indian preacher Zakir Naik from entering the UK because of repeated inflammatory statements. “I am not willing to allow those … not … conducive to the public good to enter the UK,” May said. She also excluded a rapper for his homophobic and misogynistic lyrics.
Surely the same should apply in this case. It should not have been left to this hateful speaker to cancel his own visit – the government should have acted. The Casey report on community cohesion says that cases like this can be trigger events that feed Islamophobia and other forms of hatred. Women have their hijabs ripped off; grandads are attacked on the way back from prayers; pigs’ heads are left on mosque doorsteps; synagogues are defaced with graffiti; and Jewish graveyards are desecrated.
Ziemkiewicz may be an EU citizen, but even while the UK remains a member state we have the power to stop people entering the country if they pose a threat to public policy or security. Surely a far-right speaker fits those criteria. The Home Office should have been consistent and banned this visit altogether. Otherwise this imported brand of hate risks becoming the new normal in Brexit Britain.
Rupa Huq is the Labour MP for Ealing Central and Acton
 

FatBantha

sprzedawca niszowych etosów
Członek Załogi
8 902
25 537


"Zwracam się do Pani jako ofiara kampanii oszczerstw i pomówień, jaką rozpętano przeciwko mnie w Wielkiej Brytanii, z udziałem członków brytyjskiego parlamentu, mediów oraz instytucji państwa brytyjskiego" - pisze Rafał Ziemkiewicz w liście otwartym do ambasador Wielkiej Brytanii Anny Clunes. Publicysta domaga się wyjaśnień w sprawie sytuacji na lotnisku Heathrow, gdy został zatrzymany przez brytyjskie służby i niewpuszczony na teren kraju jako persona non grata.
Do zatrzymania Rafała Ziemkiewicza doszło na początku października na lotnisku Heathrow. Przyleciał do Anglii wraz z żoną i córką, która zaczyna studia na Oxfordzie, na wydziale biochemii. - Chciałem być na inauguracji roku akademickiego, jestem dumny z tego, że córka dostała się tu na studia. To najlepszy wydział w tym kierunku w Europie. Niestety, nie wyszło - powiedział Ziemkiewicz.
Dziennikarza, vlogera, publicystę i autora książek zatrzymano na lotnisku, na przejściu granicznym. Usłyszał, że "trzeba wyjaśnić pewne rzeczy". "Trafiłem do aresztu, w którym byli także inni mężczyźni. Z większością z nich nie dało się porozmawiać w żadnym europejskim języku. Byli z Afryki, jakichś krajów daleko i blisko-wschodnich. Był wśród nich obywatel Korei Południowej, z nim akurat mogłem się dogadać po angielsku. On został zatrzymany za to, że - zdaniem służb brytyjskich - miał przy sobie za dużo gotówki. To za dużo oznaczało dwa tysiące dolarów, a więc kwotę, którą bardziej zamożni ludzie przepuszczają w jeden wieczór" - relacjonował później Ziemkiewicz.

Ziemkiewicz: Przypisano mi skrajne poglądy i działalność przestępczą

Jak się okazało, Ziemkiewicz został umieszczony na liście osób niepożądanych na terenie Zjednoczonego Królestwa. W jego sprawie interweniował polski konsul w Londynie, polskie MSZ oraz resort sprawiedliwości.
"Jak mi zrelacjonowano, w odpowiedzi na te interwencje strona brytyjska przyjęła stanowisko, iż moja sprawa powinna być rozpatrywana w trybie indywidualnego zażalenia i zapewniła, że była ona procedowana w taki sam sposób, w jaki służby Zjednoczonego Królestwa prowadzą wszystkie sprawy imigracyjne. Mam szczerą nadzieję, że nie jest to prawdą" - pisze Ziemkiewicz w liście do brytyjskiej ambasador.
"Oznaczałoby to bowiem, że standardową procedurą państwa brytyjskiego jest podejmowanie tak poważnych decyzji jak odebranie komuś prawa do posiadania własnych poglądów politycznych argumentem, jakoby poglądy te stanowiły zagrożenie dla porządku publicznego, wyłącznie na podstawie plotek i pomówień, bez najmniejszej próby ich zweryfikowania" - dodaje.
Zdaniem publicysty "bezzasadnie i bezprawnie" przypisano mu skrajne poglądy i działalność przestępczą. Wskazuje, że nie podano mu drogi odwoławczej od decyzji dotyczącej umieszczenia do na liście osób niepożądanych. Stąd - jak pisze - list i pytania do Ambasady Zjednoczonego Królestwa w Warszawie.
"Zwracam się do Pani jako ofiara kampanii oszczerstw i pomówień, jaką rozpętano przeciwko mnie w Wielkiej Brytanii, z udziałem członków brytyjskiego parlamentu, mediów oraz instytucji państwa brytyjskiego" - pisze.

"Bez konkretów i dowodów"

Ziemkiewicz pyta, dlaczego brytyjskie władze swoją decyzję oparły na donosach i apelach poseł Labour Party Rupy Huq, które - jak uważa Ziemkiewicz - były powielane przez innych posłów i aktywistów i opisywane przez Hug na łamach "The Guardian". Publicysta zarzuta brytyjskim władzom, że nie zażądały "jakichkolwiek konkretów, nie mówiąc już o dowodach".
"W szczególności, pragnę uzyskać wyjaśnienie, dlaczego służby brytyjskie zignorowały fakt, że zachowania, o które pomówiła mnie Rupa Huq i osoby przez nią inspirowane są w Polsce przestępstwem ściganym z urzędu i nie zwróciły się z pytaniem do odpowiednich władz polskich, czy kiedykolwiek byłem notowany, oskarżany lub karany w jakikolwiek sposób w związku z czynami ściganymi z urzędu, w szczególności za przestępstwa polegające na wzniecaniu nienawiści etnicznej, wzywaniu do politycznej przemocy lub jej pochwalaniu, negowanie holocaustu albo udział w zamieszkach lub aktach wandalizmu?" - pisze Ziemkiewicz w liście do Anny Clunes.

Dalej zwraca uwagę na przypisywanie "poniżających stereotypów" Polakom, "zwłaszcza tym deklarującym katolicyzm i przywiązanie do tradycyjnych polskich wartości". Chodzi o - jak czytamy - "jakąś szczególną, naturalną skłonność do rasizmu, antysemityzmu, politycznej przemocy oraz nienawiści - wyrażające się m.in. fałszywym przedstawianiem naszych corocznych patriotycznych uroczystości Święta Niepodległości 11 listopada jako 'marszów faszystów'."
Ziemkiewicz pyta też o przepisy prawa, rozliczające media "z dochowywania wymogów elementarnej etyki dziennikarskiej, takich jak sprawdzanie podawanych informacji".
 

Prozac

Active Member
95
219
Ja tam trzymam kciuki za Josha. Jeden z ostatnich bastionów wolności słowa i miejsce które sprawia, że różne zjeby typu Keffals trą dupami.
 
Do góry Bottom