Węgry, Wiktor Orban - syf i wysokie podatki

Doman

Well-Known Member
1 221
3 971
W tym tekście pada mocno wątpliwe (w zasadzie nieprawdziwe) stwierdzenie:

Orbán stworzył pierwsze w UE państwo prywatne. Polega ono na tym, że nie da się oddzielić żywiołu państwowego od partyjnego i rodzinnego.

nie on pierwszy, nie ostatni. Żeby daleko nie szukać: wysocy urzędnicy państwowi lądujący na urzędzie bezpośrednio od Goldman Sachsa albo odwrotnie - jak nasz Marcinkiewicz - lądujący u Goldmana w nagrodę za dobre urzędowanie. Koledzy z Klubu Jagiellońskiego wzięli na celownik Orbana, bo jest przeciwnikiem ich sponsorów i sprytnie zastawił się przed nimi własnym układem towarzysko-finansowym i dzięki temu skutecznie wypchnął z Węgier Georgea Sorosa, a nie ja nasi towarszysze z PIS - robią konferencje prosto z Fundacji Batorego. To irytuje.
W ogóle polecam popatrzeć kogo KJ bierze na celownik a kogo nie (lub delikatnie) i w ogóle w jakich środowiskach jest parcie na odwoływanie się do państwa "jagiellonów". Typowa jaczejka NGO.

http://kj.org.pl/jak-pomoc-ukrainie/

Widzimy, że
  • pod tym linkiem jest grupa partnerow. PKO, ministerstwa, UE...
  • klub jasno deklaruje pomoc dla państwa ukraińskiego. Akurat to państwo rozpoczęło niedawno nękanie języków mniejszości narodowych i Orban jest jedynym który w tej kwestii skutecznie się postawił.
innymi słowy: złodziej krzyczy "łapać złodzieja".
 

FatBantha

sprzedawca niszowych etosów
Członek Załogi
8 008
22 574
Węgry: Orban zapowiada poszerzenie wsparcia dla rodzin
10.02.2019, 17:46; Aktualizacja: 10.02.2019, 18:39
Premier Węgier Viktor Orban zapowiedział w niedzielę poszerzenie i wprowadzenie nowych świadczeń dla rodzin, zachęcających do rodzenia większej liczby dzieci oraz ułatwiających opiekę nad nimi.
„Ogłaszam siedmiopunktową akcję ochrony rodzin. Rząd zdecydował o siedmiu posunięciach, ale nie jest to lista zamknięta, bo życie nie stoi w miejscu” – oznajmił Orban w transmitowanym w telewizji przemówieniu podsumowującym ostatni rok.

Po pierwsze, zostanie wprowadzone wsparcie zachęcające młode małżeństwa do posiadania dzieci. Każda kobieta poniżej 40. roku życia, która po raz pierwszy wychodzi za mąż, na rozpoczęcie wspólnego życia będzie mogła wziąć preferencyjny kredyt wysokości 10 mln ft (prawie 135 tys. zł). W momencie narodzin pierwszego dziecka spłacanie kredytu zostanie zawieszone na 3 lata, po drugim dziecku znów na 3 lata, a 1/3 pozostałego zadłużenia nie trzeba będzie spłacać. Jeśli urodzi się także trzecie dziecko, cała reszta zadłużenia będzie umarzana.

Po drugie, zostanie poszerzony preferencyjny kredyt w ramach rodzinnej ulgi mieszkaniowej. Obecnie w przypadku wychowywania dwojga lub więcej dzieci można się ubiegać o preferencyjny kredyt na zakup lub remont mieszkania do wysokości odpowiednio 10 i 15 mln forintów (135 i 203 tys. zł).

Po trzecie, państwo ulży rodzinom w spłacaniu kredytów hipotecznych. Dotąd w razie narodzin trzeciego i każdego następnego dziecka przejmowało ono spłatę 1 mln ft (prawie 13,5 tys. zł) z kredytu hipotecznego. „Teraz to poszerzamy. Już po urodzeniu drugiego dziecka przejmiemy 1 mln ft, (po urodzeniu) trzeciego - 4 mln ft (prawie 54 tys. zł), a po każdym następnym dziecku kolejny milion” – powiedział Orban.

Według zapowiedzi premiera kobiety, które urodziły i wychowały co najmniej czworo dzieci, do końca życia nie będą musiały płacić podatku dochodowego od osób fizycznych.

Zostanie ponadto uruchomiony program kupna samochodu dla dużych rodzin. Rodziny wychowujące co najmniej troje dzieci otrzymają 2,5 mln ft (33 600 tys. zł) bezzwrotnej pomocy na kupno co najmniej 7-osobowego samochodu.

Orban zapowiedział też, że państwo do 2022 r. zagwarantuje każdemu rodzicowi, który sobie tego życzy, opiekę żłobkową dla dziecka. „Aby mieć wystarczająco dużo żłobków, będziemy potrzebować w ciągu trzech lat 21 tys. nowych miejsc w żłobkach. Do końca roku zbudujemy 10 tys., a w 2020 i 2021 po dalsze 5 i 6 tys. Do 2022 r. każdy rodzic, który tego chce, będzie mógł zapisać dziecko do żłobka” - oznajmił.

Siódmy punkt wzbogaconego wsparcia dla rodzin to poszerzenie dodatku na dziecko (GYED). Obecnie jest on wypłacany do ukończenia przez dziecko drugiego roku życia, jeśli rodzic w ciągu ostatnich dwóch lat był ubezpieczony przez co najmniej 365 dni. GYED wynosi 70 proc. średniego wynagrodzenia w poprzednim roku, ale nie więcej niż 208 600 ft (2821 zł).

Teraz Orban zapowiedział wprowadzenie GYED dla dziadków. „W przyszłości jeśli rodzice tak zdecydują, dziadkowie będą mogli otrzymywać GYED zamiast nich” – oznajmił.

Premier podkreślił, że na Węgrzech wykrystalizowała się jedność narodowa w sprawie rodzin. Wskazał, że w narodowych konsultacjach w sprawie wsparcia rodzin wzięło udział 1,35 mln osób. Powołał się też na badanie ośrodka Nezoepont, w którym 80 proc. respondentów uznało, że raczej zgadza się z twierdzeniem, iż rząd słusznie postawił rodziny w centrum swej polityki wsparcia. „Ludzie chcą, żebyśmy kontynuowali to, co rozpoczęliśmy” – oświadczył premier.

Mówił też, że w Europie rodzi się coraz mniej dzieci, a dla Zachodu odpowiedzią na ten problem jest imigracja – przyjazd dziecka zza granicy w miejsce tego, którego nie rodzi się w kraju. „Ale my nie potrzebujemy liczb. Potrzebujemy węgierskich dzieci” – podkreślił.

Orban zapowiedział także wsparcie nauki języków obcych dla uczniów. W 9. i 11. klasie każdy uczeń będzie mógł pojechać na dwutygodniowy kurs językowy za granicę, którego koszty pokryje rząd.

Z Budapesztu Małgorzata Wyrzykowska (PAP)
 

FatBantha

sprzedawca niszowych etosów
Członek Załogi
8 008
22 574
Węgrzy ukarali Coca-Colę za plakaty z parami homoseksualnymi
Świat
39 minut temu
Węgierski urząd komitatu (województwa) peszteńskiego nałożył na koncern Coca-Cola grzywnę w związku z kampanią #loveislove. Plakaty reklamujące produkty firmy ukazywały pary homoseksualne. Węgrzy uznali, że kampania reklamowa łamie prawo zakazujące reklam mogących zaszkodzić rozwojowi dzieci i młodzieży.

Urząd uznał, że sierpniowa kampania plakatowa Coca-Coli pod hasłem #loveislove złamała punkt ustawy dotyczącej reklam, zakazującej reklam mogących zaszkodzić fizycznemu, duchowemu, emocjonalnemu lub moralnemu rozwojowi dzieci i młodzieży.

Koncern zobowiązano, by w przyszłości nie zamieszczał reklam szkodzących rozwojowi dzieci i młodzieży, a także nakazano mu zapłacenie grzywny w wysokości 500 tys. ft (6500 zł).

Węgierski oddział Coca-Coli w reakcji na grzywnę podkreślił, że celem kampanii było przekazanie wartości, które koncern od dawna wyznaje, a Coca-Cola niezmiennie wierzy, że "wszyscy jesteśmy równi niezależnie od narodowości, wyznania, płci, wieku, pochodzenia etnicznego, języka, którym mówimy, hobby i poglądów" - poinformował portal Index.hu.

Skarga obywatelska
Sprawą zajęto się w wyniku skargi obywatelskiej. "Magyar Hirlap" pisze, że chrześcijańska organizacja CitizenGO zainicjowała petycję, w której podkreśliła, że do tej pory na Węgrzech nie reklamowano otwarcie homoseksualnych treści. "Nie łudźmy się, to tylko próba. Jeśli węgierskie społeczeństwo zgodzi się na to, będą podejmowane coraz to nowe kroki" - napisano w petycji podpisanej przez ponad 20 tys. osób.

Na przełomie lipca i sierpnia Coca-Cola rozpoczęła na Węgrzech kampanię zachęcającą do akceptacji homoseksualizmu. Reklamy z uśmiechniętymi hetero- i homoseksualnymi parami pojawiły się na plakatach m.in. w metrze budapeszteńskim. Towarzyszyły im plakaty z butelkami coli na tęczowym tle z napisem "Miłość to miłość. Zero cukru, zero przesądów".

Kampania wywołała na Węgrzech kontrowersje. Do bojkotu produktów Coca-Coli zaapelował m.in. jeden z posłów rządzącej konserwatywnej partii Fidesz. W internecie zaczęto też zbierać podpisy pod petycją do operatora transportu publicznego Budapesztu i władz miasta o pomoc w jak najszybszym usunięciu plakatów.

Coca-Cola po tygodniu zmieniła kampanię, usuwając plakaty z parami homoseksualnymi i pozostawiając tylko plakaty z tęczowymi butelkami coli.
Pomijając już samą niekoszerność państwowej cenzury, obczajcie to zdanie:

Na przełomie lipca i sierpnia Coca-Cola rozpoczęła na Węgrzech kampanię zachęcającą do akceptacji homoseksualizmu.

Coca-Cola rozpoczęła kampanię zachęcającą do akceptacji homoseksualizmu.

Ja myślałem, że ich powinna interesować reklama własnych produktów. Od kiedy homoseksualizm stał się jednym z nich?
 
Ostatnia edycja:

Mercatores

Well-Known Member
262
754
Ja myślałem, że ich powinna interesować reklama własnych produktów. Od kiedy homoseksualizm stał się jednym z nich?​


Coca-Cola to zaledwie kolejna z wielu poteznych korporacji promujacych gejowszczyzne i szeroko rozumiane LGBT. lloyd blankfein, CEO Godlman-Sachs, wielki wojownik o "love is love":


Szkoda tylko, ze to co mowi nie ma wiekszego sensu i nie ma nic wspolnego z gejowszczyzna.


O co wiec chodzi? Prawdopodobnie o kontrole i pieniadze. Pisze o tym E. Michael Jones w "Libido Dominandi":

 

Fraans

Well-Known Member
201
400
Żeby daleko nie szukać: wysocy urzędnicy państwowi lądujący na urzędzie bezpośrednio od Goldman Sachsa albo odwrotnie - jak nasz Marcinkiewicz - lądujący u Goldmana w nagrodę za dobre urzędowanie
No to chyba normalne że jak skończy się kadencja politykowi to szuka pracy u prywaciarza a jak prywaciarz zobaczył ze polityk jest kumaty to go weźmie nawet do swojej elitarnej firmy.
 

FatBantha

sprzedawca niszowych etosów
Członek Załogi
8 008
22 574

Rok 2020 miał upływać na Węgrzech pod znakiem rocznicy traktatu w Trianon, podpisanego po I wojnie światowej, na mocy którego wielcy tego świata podzielili ziemie Korony św. Stefana. Sto lat minęło, a trauma pozostała, o czym piszę w swej najnowszej książce. Tyle że życie już dopisało do niej nowy rozdział.
Bogdan Góralczyk
31 października 2020, 06:00
Obchody i uroczystości rocznicowe na Węgrzech są, ale jednak nieco inne niż przewidywano. Pandemia odwołała te najważniejsze: 4 czerwca, czyli dzień podpisania traktatu. Jednakże 20 sierpnia, w dniu św. Stefana, najwyższe władze w państwie, prezydent, premier i przewodniczący parlamentu, dokonały uroczystego otwarcia stumetrowej długości panteonu Narodowego Pojednania (Nemzeti Összetartozás Emlékhelye) wybudowanego na styku placu Kossutha i alei Alkotmány (Konstytucyjnej), na wprost frontonu gmachu parlamentu. Na podstawie mapy z 1913 r., kiedy zasięg ziem Korony św. Stefana w ramach dualizmu c.k. Monarchii był największy, umieszczono na nim węgierskie nazwy ponad 12 tys. miejscowości, które wówczas do Węgier należały. Przy konstrukcji, przypominającej pomnik Weteranów Wojny Wietnamskiej w Waszyngtonie, rozpalono wieczny ogień. Symbolika jest więcej niż przejrzysta.

Stracony Siedmiogród

Przez pandemię wszystko zdaje się toczyć w zwolnionym tempie, ale akurat w jednej dziedzinie zawrzało: doszło do bezprecedensowej debaty historyków, właśnie na temat Trianon. W jej epicentrum znalazł się prof. Ignác Romsics, w powszechnej opinii najlepszy znawca historii Węgier XX w. Niedawno wydał on tom pod znamiennym tytułem Utrata Siedmiogrodu 1918–1947, a w maju 2018 r., gdy debata wokół Trianon dopiero się rozpoczynała, udzielił wywiadu tygodnikowi „Heti Válasz”, w którym zdobył się na opinię, że to utrata „po wieczne czasy”.
Romsics, mocno obecny w życiu publicznym, autor wielu książek cały czas dostępnych w księgarniach, na początku „roku trianońskiego” napisał jeszcze jeden tekst, na łamach opozycyjnego dziennika „Népszava”, w którym wyraził pogląd, że „w przypadku mądrzejszej i sprawniejszej polityki ze strony Węgier… straty, być może, nie byłyby aż tak duże”. Innymi słowy, dał do zrozumienia, że odpowiedzialność za tę tragedię leży też po stronie Węgrów.
Wtedy w kręgach narodowych zawrzało. Odpowiedź przyszła po pewnym czasie – i to ze źródła niespodziewanego, bowiem dotychczas nieznanego. Niejaki Árpád Szakács, obracający się w kręgach mediów rządowych biznesmen, dotychczas jako historyk raczej nieznany, 13 czerwca opublikował w znajdującym się – znowu – w rękach rządu dzienniku „Magyar Nemzet” tekst, a raczej pamflet, o jakże znamiennym tytule Wolnomularskie bajki Romsicsa.
Główna teza znalazła się już w tytule: Romsics powiela tezy forsowane przed laty przez tajne stowarzyszenia i loże masońskie, albowiem to one są w pełni odpowiedzialne za tragedię Trianon.

Siedem tragedii

Wbrew pozorom nie była to konstatacja całkiem nowa. Przewijała się w węgierskiej (i nie tylko) historii już od lat, a najbardziej znanym jej orędownikiem jest inny znany historyk o skrajnie prawicowej orientacji, Ernő Raffay. Napisał on już na ten temat wiele tomów (zob. https://www.libri.hu/szerzok/raffay_erno.html), a przy okazji „roku trianońskiego” wydał kolejny, opisujący wszystkie wątki. Raffay podkreślał, że został on napisany po przejrzeniu 11 tys. stron i 484 tomów na ten temat (szerzej w tekście Andrása Stumpfa na łamach „Heti Válasz”, dobrze podsumowującym wszystkie wątki początkowego etapu tej debaty.
To właśnie Raffay był pierwszym, który w rocznicę Trianon, 4 czerwca 2018 r., na łamach konserwatywnego portalu „Magyar Idők” otwarcie zaatakował Romsicsa, „spadkobiercę starej szkoły marksistowskiej i liberalnej”, za „bezideowość” i twardo stwierdził: „Siedmiogród nie jest stracony”. Wtedy postawił też tezę o odpowiedzialności wolnomularzy za Trianon, a nawet zaproponował „modyfikację granic”.
Jednakże to nie Raffay, lecz inny wpływowy publicysta nurtu narodowego, zarazem prezes Krajowego Towarzystwa Trianon, János Drabik, najlepiej sformułował istotę zagadnienia w nowej, świeżo wydanej wersji tomu Stuletni Trianon. W jego ocenie Węgry przeszły w ostatnim stuleciu przez „siedem tragedii narodowych”. Pierwsza to Trianon. Druga – wkroczenie Sowietów po 1945 r. Trzecia – rok 1956. O tym zazwyczaj wiemy.
Co natomiast z kolejnymi czterema? Tu mogą być zaskoczenia, bowiem, według autora: czwarta to 1989 r. i Okrągły Stół, kiedy „narodowi węgierskiemu odebrano majątek”, a rządowi kontrolę nad nim (bo przejęły je siły ponadnarodowe); piąta to przystąpienie do NATO i UE, czyli „do struktur ponadnarodowych”, szósta to „groźba islamizacji Europy” i wreszcie siódma, właśnie się rozpoczynająca, to zagrożenie dla podstawowej komórki naszej cywilizacji, czyli Rodziny oraz Narodu w rozumieniu Wielkiej Rodziny.
Oczywiście Drabik, podobnie jak Raffay, całą odpowiedzialność za Trianon też składa na wolnomularzy, podobnie jak teraz, za ostatnie „grzechy”, na liberałów – tych spod znaku UE czy spod egidy George’a Sorosa. To właśnie ich, zgodnie z ostatnią linią rządu, wini za najnowsze „nieszczęścia”, czyli islamizację i zagrożenie dla rodziny w wyniku „przymusowego wcielania w życie ponadnarodowego konceptu”.
Co istotne, tezy mówiące o odpowiedzialności masonów za tragedię Trianon w pełni potwierdził w obszernej wypowiedzi wicepremier Zsolt Semjén, a także były premier Péter Boross. Tym samym sprawa nabrała wymiaru politycznego i szybko wyszła poza wywody czysto historyczne.
Profesor Romsics w rozmowie ze mną z dumą podkreśla, że stanęli za nim wszyscy wpływowi i znani historycy, również ci o prawicowej proweniencji (niektórzy to jego uczniowie). Jeden z nich, Krisztián Ungváry, w niezwykle emocjonalnej odpowiedzi na łamach „Magyar Nemzet” 20 czerwca zarzucił inicjującemu debatę Árpádowi Szakácsowi historyczne dyletanctwo, sięganie po wątpliwe lub podejrzane źródła oraz grzęźnięcie w „duchowym półświatku”, na co wskazywał już tytuł jego wypowiedzi. Ungváry podpisał też wraz z wieloma znanymi historykami (m.in. Balázsem Ablonczym, Jánosem Fodorem, Jánosem Gyurgyákiem, Davidem Turbuczem czy Miklósem Zeidlerem) specjalny list broniący dorobku Romsicsa.
Odtąd dyskusja nabrała jeszcze większego rozmachu – i trwa w najlepsze. Oczywiście nikt z poważnych historyków nie obala podstawowych ustaleń Ignáca Romsicsa, dotyczących źródeł węgierskiej klęski w Trianon, utraty Siedmiogrodu i tylu ziem oraz ludności.
Jak wynika z obszernego wywiadu na łamach rumuńskiego, choć węgierskojęzycznego portalu Maszol, jeśli chodzi o utratę Siedmiogrodu Romsics wymienia te oto przyczyny:
  1. Fakt, że na oderwanych ziemiach wielkości 103 km² według spisu powszechnego z 1910 r. żyło 54 proc. Rumunów, a tylko 32 proc. Węgrów;
  2. W ramach c.k. Monarchii węgierskim elitom nie udało się wypracować właściwej polityki narodowościowej, która byłaby zadowalająca dla całej ludności tego wieloetnicznego obszaru;
  3. Już od 1859 r. funkcjonowało państwo rumuńskie, które za jeden z celów stawiało sobie przejęcie kontroli nad tym terenem;
  4. Wielkie mocarstwa po I wojnie światowej nie wierzyły, że następcy c.k. Monarchii będą zdolni należycie poradzić sobie z kwestiami narodowościowymi, więc ją pokroili i powołali na jej zgliszczach system państw narodowych (z czego szybko narodziła się wroga Węgrom Mała Ententa złożona z Czechosłowacji, Jugosławii i Rumunii, obawiająca się ich rewizjonizmu);
  5. Pod koniec 1918 r. w Niecce Karpackiej (red. Kotlinie Panońskiej) powstał chaos, Węgry były targane wojenną i rewolucyjną zawieruchą, a więc były słabe i niezdolne do oporu wobec narzucanych im koncepcji (https://www.maszol.ro/index.php/kultura/111155-delibabok-helyett-realis-onszemlelet-nagyinterju-romsics-ignaccal).

Nowe miejsce pod namiotem

Merytorycznie trudno te tezy i ustalenia podważyć. Toteż nikt z liczących się zawodowych historyków tego nie robi. Tyle tylko, że debata przeniosła się również na szczebel polityczny. A z tego poziomu płynie jasne przesłanie: winy za tragedię Trianon nie ponoszą Węgrzy, będący ofiarami, lecz tajne sprzysiężenia ze swymi niecnymi koncepcjami, mającymi na celu osłabienie silnego dotąd narodu.
Stąd też Ignác Romsics jest publicznie atakowany, natomiast Árpád Szakács, co jakże znaczące, właśnie otrzymał dodatkowe 50 mln forintów na dalsze badania forsowanych przez niego tez. Natomiast Ernő Raffayz okazji święta św. Stefana otrzymał wysokie odznaczenie państwowe. Nie pozostawia się więc żadnych wątpliwości co do tego, kto jest teraz ulubieńcem władz i czyje tezy są preferowane.
W tej ożywionej debacie jak dotąd nie zabrał głosu premier Viktor Orbán, chociaż często wypowiada się i komentuje wszelkie możliwe zagadnienia w kraju. Trzeba jednak odnotować, czego u nas nie zrobiono (za wyjątkiem zajmującego sie Czechami i byłą Czechosłowacją Aleksandra Kaczorowskiego, jego programowe wystąpienie 6 czerwca br. w miejscowości Sátoraljaújhely, czyli tłumacząc na polski, Nowym Miejscu Pod Namiotem.
Miejsce wybrano symboliczne, bo to miejscowość, którą ustaleniami w Trianon przecięto dosłownie na pół. Po drugiej stronie jest już Słowacja. To tutaj ustawiono kalwarię węgierską, pnącą się wysoko w górę drogę krzyżową, a na samym jej szczycie premier odsłonił tego dnia jeszcze jeden symboliczny dla Węgrów i nurtu narodowego pomnik – mitycznego ptaka Turula, którego rozległe skrzydła mają chronić węgierski Naród przed wszelkimi nieszczęściami (literacko opisał go Krzysztof Varga).
W tym pielgrzymkowym miejscu Orbán rozpoczął mowę, niczym kaznodzieja, w duchu kanoniczno-mistycznym. Potem jednak szybko przeszedł do politycznej praktyki. Zamienił tę wypowiedź w prawdziwy narodowy manifest. Tylko półsłowem nadmienił o „uderzeniu w plecy ze strony sprzysiężonych sił”, nic nie mówił o masonach. Potem zarysował jednak taką oto wizję: „Świat drży w posadach. Zachodzą w nim tektoniczne zmiany. USA nie są już globalnym hegemonem, Eurazja odradza się z nieprawdopodobną dynamiką, a nasza Unia Europejska pęka w szwach, choć łudzi się, że przetrwa dzięki salto mortale. Ziemia trzęsie się pod stopami naszego wschodniego sąsiada. Bałkany są pełne pytań czekających na odpowiedź. Wyłoni się nowy porządek”.
To daje Węgrom nadzieję – mówił premier – i w swoim stylu podnosił zalety obecnych rządów, w wyniku których „od stu lat nie byliśmy tak silny, jak dziś”. I dalej: „Skończyła się epoka stu lat samotności”, a „Węgrzy rozpoczęli czas powrotów” (w domyśle: na utracone ziemie). Raz jeszcze zaznaczył, że „tylko państwa mają granice, narody nie”, co w przypadku węgierskim i w kontekście syndromu Trianon ma dodatkowe znaczenie. A zakończył, oczywiście, częstym ostatnio zawołaniem: „Magyarország mindenek előtt”, czyli „Węgry nade wszystko”, a po angielsku „Hungary first”.
Do złudzenia podobne tezy premier postawił w okolicznościowym przemówieniu na placu Kossutha 20 sierpnia, tyle że z racji miejsca i okoliczności wyraźnie ostrożniej dobierał słowa. Powtórzył jednak tezy o „stu latach samotnosci” Węgrów po Trianon, słabości Zachodu i kształtowaniu się nowego ładu na świecie oraz potrzebie budowania silnego organizmu w obszarze „między Rosją a Niemcami”. Jedyną nowością było to, że zaproponował, by to ostatnie robić wspólnie z państwami regionu, „z Polską na czele” (nagranie filmowe).
Viktor Orbán dodaje jeszcze jeden argument, często ostatnio przez niego podnoszony: „W błyskawicznym tempie buduje się nowa węgierska armia”. To fakt, bowiem rozmowy na ten temat węgierski premier prowadził z samym Donaldem Trumpem, a sierpniu br. podano, że z koncernem Lockheed Martin właśnie podpisano „największy kontrakt wojskowy w historii”, opiewający na miliard dolarów. Równocześnie zakupy sprzętu wojskowego w Niemczech sięgnęły ostatnio sumy 1,8 ml euro, a są dalsze zapowiedziane. Rząd zapowiada podniesienie szeregów armii o 10 tys. żołnierzy, szuka też ochotników (do 20 tys.) do jednostek paramilitarnych.
Wygląda na to, że Węgrzy ponownie szukają swego miejsca – i to nie tyle pod namiotem, co w całej Niecce Karpackiej. Przy czym o historii, a nade wszystko bolesnym Trianon, przesądza polityczna wola, a nie historyczna wiedza. I to polityka, a nie wiedza, zapewne zdecyduje, co trafi do podręczników. Dla „defetystów” w stylu prof. Romsicsa nie będzie tam miejsca. A odpowiedzialność Węgrów i ich elit za Trianon będzie zdjęta, no bo przecież stali za tym „spiskiem” masoni i wolnomularze. Czas otwierać nową kartę dziejów.
Bogdan J. Góralczyk (@b_goralczyk) – profesor i dyrektor Centrum Europejskiego UW, politolog i sinolog z wykształcenia, hungarysta z zamiłowania. W latach 1991–98 przebywał na placówce w Budapeszcie jako wysoki rangą dyplomata (z czego powstała książka wydana w Polsce i na Węgrzech). Ostatnio przygotował tom pt. Węgierski syndrom: Trianon.
 

FatBantha

sprzedawca niszowych etosów
Członek Załogi
8 008
22 574

Jeśli ktokolwiek realnie mógłby się obawiać twardego powiązania funduszy unijnych z przestrzeganiem praworządności, to jest to z pewnością Viktor Orban. Jego władza na Węgrzech opiera się m.in. na biznesmenach, którzy swoją potęgę zbudowali dzięki państwowym zleceniom – głównie za pieniądze z UE. Wśród nich są członkowie rodziny samego premiera, a także jego przyjaciele.
Kamil Dziubka
Wczoraj, 17:15
  • Dziś najbogatszym Węgrem jest były monter instalacji gazowych. To przyjaciel Orbana z lat dzieciństwa
  • Na funduszach unijnych majątek zbił zięć premiera Węgier. Jego biznesami zainteresowały się europejskie służby finansowe
  • Z wielu analiz i raportów wynika, że Węgry są jednym z najbardziej skorumpowanych państw w Unii Europejskiej

Kolejka i stadion

Położona niecałe 50 kilometrów od Budapesztu miejscowość Felcsút nie różniłaby się pewnie niczym od innych pobliskich wsi, gdyby w 2010 roku na czele węgierskiego rządu nie stanął Viktor Orban. Szef Fideszu wychował się w Felcsút. To wystarczyło, by dla liczącej niecałe 2 tysiące mieszkańców wsi rozpoczął się złoty czas.

Za grube pieniądze kilku zaprzyjaźnionych z Orbanem biznesmenów powstał tam stadion, akademia piłkarska i linia kolejowa. Trasa tej ostatniej obejmuje zaledwie trzy stacje.
Nic dziwnego, skoro łączy tylko dwie miejscowości: Felcsút i Alcsútdoboz, z którym premier też jest rodzinnie związany. Kolejka została zbudowana za unijne pieniądze.
A że wozi głównie powietrze, zainteresowały się nią służby finansowe UE. Nic z kontroli jednak nie wyszło. Do 2018 roku wójtem Felcsút był Lőrinc Mészáros, który jeszcze kilkanaście lat temu pracował jako monter instalacji gazowych.
Pozostała część tekstu pod materiałem wideo.
Dziś jest najbogatszym Węgrem. Wszystko to stało się możliwe dzięki wieloletniej znajomości z człowiekiem numer jeden na Węgrzech, czyli Viktorem Orbanem.
Mészáros utuczył się na państwowych kontraktach, które były w większości finansowe z funduszy unijnych. Budował mosty, kładł kanalizację, przejmował media. Z zamówień publicznych żyją też jego dzieci. Według Forbesa jego majątek to dziś ok. 1,2 mld dolarów.
Portfel byłego wójta rodzinnej miejscowości premiera zaczął szybko puchnąć po 2015 roku. Wtedy premier Węgier pokłócił się ze swoim ziomkiem ze szkoły i wojska Lajosem Simicską.
To on w pierwszych latach potęgi Orbana był oligarchą numer jeden. Na finansach znał się jak mało kto, w końcu przez lata był skarbnikiem Fideszu (partii rządzącej).
Zgarniał kontrakt za kontraktem. Wcześniej warunki przetargów były tak dobrane, by wygrać mógł tylko on. Euro płynęło do Simicski szerokim strumieniem.
Np. w 2013 roku jego spółka wygrała przetargi na łączną kwotę ok. 500 milionów euro (2 mld złotych). Za pieniądze zarobione na budowach dróg, autostrad i mostów kupował media, podobnie jak później Mészáros.
W pewnym momencie „urósł” jednak za bardzo i jego wpływów zaczął się obawiać sam Viktor Orban. Namacalnym efektem rozejścia się ich dróg były kolejne przegrane przetargi przez Simicskę. To właśnie wtedy pojawił się wójt Felcsút, czyli Lőrinc Mészáros.

Biznesy zięcia

Nad Dunajem jak pączki w maśle żyją nie tylko wierni druhowie Orbana, ale także członkowie jego rodziny. István Tiborcz jest mężem Rahel, jednej z czterech córek premiera. To małżeństwo dla Tiborcza okazało się prawdziwym złotym strzałem. Źródło gotówki cały czas to samo: umowy z państwem za unijne pieniądze.
Jego biznesami zainteresowała się unijna agencja do walki z nadużyciami finansowymi OLAF. Według niej Tiborcz zdefraudował 40 mln euro, które zarobił na montażu ulicznego oświetlenia LED w gminach rządzonych przez partyjnych towarzyszy jego teścia.
Wygrywał, choć nie miał żadnego doświadczenia w tej branży. Okazało się też, że cena jaką dyktował, była sporo wyższa niż rynkowa, a systemy wcale nie były energooszczędne.
Tiborczowi jednak włos z głowy nie spadł. OLAF swój raport przekazał węgierskiej prokuraturze, a ta nie kiwnęła palcem, uznając, że do przestępstwa nie doszło. Dziś zięć Viktora Orbana działa na rynku nieruchomości. Buduje i kupuje luksusowe hotele, zamki, pałace, a także spa.
Z tegorocznego raportu OLAF wynika, że liczba wykrytych przypadków nieprawidłowości w wydatkowaniu funduszy UE na Węgrzech aż 10 razy przekroczyła unijną średnią. Problem dotyczył blisko 4 proc. projektów. Dla porównania, ten współczynnik dla Polski wyniósł zaledwie 0,12 proc.
Z wielu analiz i raportów wynika, że Węgry są jednym z najbardziej skorumpowanych państw w Unii Europejskiej. Problem narasta od lat. Do rangi symbolu urosło już śledztwo OLAF, z którego wynikało, że na Węgrzech zdefraudowano pieniądze, które miały być przeznaczone na… walkę z korupcją.
 

tolep

ChNiNK! ChP!
7 977
14 159
Orban to jednak jest boss. Wiadomo było, że w całej tej praworządności chodziło o wałki a nie o pedałów i dlatego się stawiał. A makaron nawijany na uszy przez niego ostatnio w Warszawie to mistrzostwo świata.
 

ukos

Well-Known Member
430
429


Węgry wygrały bitwę o budżetowe weto, a Polska… ma swoje "Wetorloo"

Dlaczego jest to zwycięstwo Orbána.

Warszawie i Budapesztowi jasno powiedziano, że jeśli na czas, czyli do wtorku wieczorem nie będzie ich zgody na berliński kompromis, to pozostałe kraje postanowią na dzisiejszym szczycie o utworzeniu własnego fundusz odbudowy, do którego Polska i Węgry nie będą miały dostępu.

W związku z tym we wtorek wieczorem przybył na ulicę Parkową w Warszawie premier Węgier, by skłonić swoich polskich rozmówców do przyjęcia propozycji pani Merkel. Wicepremier Jarosław Kaczyński, który w rządzie odpowiada formalnie za sprawy bezpieczeństwa kraju, ale praktycznie to on podejmuje najważniejsze decyzje, zamknął oczy (a właściwie zasłonił je sobie maseczką, co widać na opublikowanym przez Orbána zdjęciu) i wyraził zgodę.

Odkąd ambasadorzy krajów UE zgodzili się, by mechanizm praworządności stał się nieodłączną częścią pakietu budżetowego, nie było szans na usunięcie go, choćby nie wiadomo jak głośno Polska na spółkę z Węgrami krzyczały "weto".

Viktor Orbán doskonale to wiedział i natychmiast dał znać Brukseli, że jest gotów do rozmów. I dostał to, co chciał, bo zaproponował kompromis. A to oznacza jego wielkie zwycięstwo.

Niemiecka prezydencja zaproponowała bowiem, by Komisja Europejska powstrzymała się od wdrażania mechanizmu praworządności, gdy jakieś państwo członkowskie zakwestionuje jego legalność przed Trybunałem Sprawiedliwości Unii Europejskiej.

To oznacza odłożenie jego stosowania na przynajmniej dwa lata – bo tyle co najmniej trwa procedura w TSUE – czyli nie może zaszkodzić Orbánowi do czasu kolejnych wyborów, planowanych na rok 2022.

Bezzębny dokument​

Jeśli pamiętamy, że liczące 15 stron rozporządzenie, które nazywa się: "Ogólny system warunkowości w zakresie ochrony budżetu Unii", nie dotyczy niczego innego, tylko właśnie naruszeń budżetu, to odnosi się ono faktycznie tylko do Węgier, gdzie istnieje coś w rodzaju rządowego systemu korupcyjnego, opartego głównie na pieniądzach z UE.

Polska nie jest znana w Brukseli z takich naruszeń i jest tam generalnie traktowana jako uczciwy i skrupulatny odbiorca pieniędzy z unijnego budżetu, nie należy się więc obawiać, by z tej strony groziło nam zamknięcie kurka z pieniędzmi.

Dla rządzących Polską kamieniem obrazy było zapisanie w tym rozporządzeniu bardzo szczegółowej definicji tego, co Unia rozumie jako naruszanie zasad rządów prawa, czyli w tym wypadku, narzucanie sądom politycznej kontroli. To dużo w sensie politycznym, ale niewiele z praktycznego punktu widzenia, bo jak się rzekło, mechanizm praworządności w swojej obecnej postaci Polsce nijak nie zagraża.

Uderza jednak symbolicznie w same podstawy planu przebudowy systemu prawnego w Polsce, jaki urzeczywistnia PiS. I nic się w tej sprawie nie zmieniło – w rozporządzeniu nie zmieniono nawet przecinka.

W ramach wspomnianego "owijania w bawełnę", do mechanizmu praworządności dodano jeszcze mało istotne stwierdzenie, że ma on zastosowanie wyłącznie do budżetu UE na lata 2021-2027 oraz do funduszu odbudowy, wyłączając tym samym płatności, na które zaciągnięto zobowiązania w ramach obecnych ram budżetowych.

Jest tam też typowe dla brukselskiej dyplomacji stwierdzenie, że "Rada Europejska będzie dążyła do wypracowania wspólnego stanowiska" w przypadku, gdy państwo, na które nałożono kary, zwróci się o omówienie swojej sprawy.

Każdy polityk, od Warszawy, przez Hagę, Helsinki, po Budapeszt może z takim opisem iść teraz do telewizji i ogłosić zwycięstwo.

Orbán zrobił to jeszcze we wtorek wieczorem w Warszawie, robiąc rundę po wielkich kanałach informacyjnych i triumfalnie ogłaszając, że "dzieli nas centymetr od porozumienia". Charakterystyczne, że polscy liderzy milczeli.


Orbán może już więc kupować popcorn i patrzeć jak brukselscy urzędnicy bezskutecznie próbują przeszkodzić mu w robieniu tego, co robi od dziesięciu lat. Natomiast Morawiecki ma kłopot, bo kiedy po powrocie ze szczytu Rady Europejskiej położy na stół unijny pakiet budżetowy wraz z mechanizmem uzależniającym wypłaty pieniędzy od przestrzegania zasad rządów prawa, to okaże się, że na darmo wołał w Sejmie, że Polska nie ugnie się przed unijnymi "pałkami propagandowymi".
To porażka, nawet jeśli mechanizm ów jest w praktyce wobec Polski bezzębny i szybko przypomni mu o tej porażce Ziobro, główny konkurent premiera w rządzie.
Takie małe polskie "Wetorloo".
 
Do góry Bottom