III Wojna Światowa

noniewiem

Well-Known Member
533
896
Nie, nie wszystkich. Mówienie o nich jako "Rosjanie" jest pewnego rodzaju uproszczeniem w mowie. W praktyce jednak z powodu wojny to na Rosjan spada odpowiedzialność za dystansowanie się i opór wobec ich władzy chociażby "głosując nogami" czyli uciekając do innych krajów.
Nie. Rosjanie niektórzy mogą być indywidualistami i mieć w dupie i robić swoje. Nie czują tożsamości narodowej/państwowej. W związku z tym nie czują się winni za działania "ich" państwa. Nie czują potrzeby przepraszania za coś czego nie zrobili dlatego że kolektywista "libertarianin" w Europie myśli że każdy Rosjanin jest zły.
 

FatBantha

sprzedawca niszowych etosów
Członek Załogi
8 861
25 416
Kiedy słucham narzekań na polską klasę polityczną a później przypatruję się temu, co wyrabia ta ze Starej Europy, dochodzę do wniosku, że oni tam już w ogóle zatracili wyczucie własnej pozycji negocjacyjnej. Dobrze, że przynajmniej niemiecka prasa trzyma od początku tej wojny zdrowy krytycyzm zbieżny z interesem wschodu i będzie grillować towarzystwo, obrabiając im tyłki.

Zachód jest zmęczony wojną. Rosyjski dyktator wietrzy w tym swoją szansę i stawia nowe żądania. To nie jest dobry moment na podjęcie negocjacji sugerowanych przez Scholza i Macrona – pisze "Sueddeutsche Zeitung".
Jacek Lepiarz
Dzisiaj, 17:59
  • "Putin, w przeciwieństwie do Scholza i Macrona, po mistrzowsku wybiera właściwy moment" – uważa Stefan Kornelius w komentarzu opublikowanym w niedzielę w internetowym wydaniu "Sueddeutsche Zeitung"
  • Putin gra strachem przed humanitarną katastrofą proponując rozmowy o eksporcie ukraińskiego zboża, jeśli Zachód zniesie sankcje na eksport rosyjskich zbóż i nawozów
  • Rosyjski prezydent wie, że głodujący z Bliskiego Wschodu i Afryki będą emigrować głównie do Europy Zachodniej
  • Stanowczość jest kluczowa w podejściu do Putina. Jak pisze Kornelius, wojny z nim nie wygramy, jeżeli będzie on nadal wyprzedzał nas o krok, popełniając brutalne zbrodnie i stosując szantaż
"Władimir Putin zawsze wyprzedza swoich przeciwników o krok. Fantazja potentata rządzącego na Kremlu jest niemal niewyobrażalna, wola eskalacji konfliktu rośnie, a gotowość do wyrzeczeń i zdolność do bezczelności wydają się być nieograniczone. Dlaczego Władimir Putin miałby zgodzić się teraz na negocjacje, tak jak zasugerowali mu to francuski prezydent i niemiecki kanclerz?" – pyta Stefan Kornelius w komentarzu opublikowanym w niedzielę w internetowym wydaniu "Sueddeutsche Zeitung".

Kornelius zwraca uwagę, że Rosja przezwyciężyła porażkę z pierwszych tygodni inwazji, a rosyjska armia "wgryzła się" w Donbas i opanowała dużą część regionów Ługańska i Doniecka. "Dlaczego miałby teraz przestać?".

Putin – mistrz właściwego momentu

"Putin, w przeciwieństwie do Scholza i Macrona, po mistrzowsku wybiera właściwy moment" – uważa autor. Jego oferta podjęcia negocjacji jest jego zdaniem perfidna. Putin gra strachem przed humanitarną katastrofą proponując rozmowy o eksporcie ukraińskiego zboża, jeśli Zachód zniesie sankcje na eksport rosyjskich zbóż i nawozów. Rosyjski prezydent wie, że głodujący z Bliskiego Wschodu i Afryki będą emigrować głównie do Europy Zachodniej.
Z lektury zachodnich mediów Putin wie, że Zachód jest zdezorientowany, brak mu jedności i staje się powoli zmęczony wojną. Kakofonia w dyskusji o celach wojny świadczy o wielkiej niezgodzie, gotowość do wspierania ukraińskiej armii spada, skutki wojny są coraz bardziej odczuwalne w Europie, a okres grzewczy jeszcze się przecież nie rozpoczął – czytamy w "SZ".

Zdecyduje stanowczość

Stanowczość jest kluczowa w podejściu do Putina. Jak pisze Kornelius, wojny z nim nie wygramy, jeżeli będzie on nadal wyprzedzał nas o krok, popełniając brutalne zbrodnie i stosując szantaż. Jeżeli nie będziemy stanowczy, Putin zbliży się do swojego właściwego celu wojny – "powrotu do europejskiego porządku sprzed rozszerzenia NATO, z narodami stanowiącymi strefę buforową, podzieloną Unią Europejską i Stanami Zjednoczonymi, które po drugiej stronie koncentrują się na własnych problemach".
"Zadziwiające jest to, że Zachód, a przede wszystkim wiodące europejskie narody Francja i Niemcy, nie rozumieją, że Władimir Putin stanowi egzystencjalne zagrożenia dla ich własnej stabilności" – pisze Kornelius.
"Ta wojna nie zakończy się na Donbasie, lecz wgryzie się w wybrzeże Morza Czarnego aż do Mołdawii. Dlatego zastanawia, jak szybko może dojść do relatywizacji zasadniczego zagrożenia, jeśli stanowczość ulegnie nadwątleniu. Dla Zachodu wojna z Putinem rozstrzyga się właśnie teraz" – konkluduje Kornelius, szef redakcji zagranicznej wiodącej opiniotwórczej gazety niemieckiej.
 

ckl78

Well-Known Member
1 210
1 507
Rosyjska armia się buntuje.


Rosyjska armia trzęsie się w posadach i buntuje przeciwko Władimirowi Putinowi. Żołnierze mają dość dyktatora i nie zamierzają dłużej ginąć w tej wojnie. Niedługo doczekamy się końca konfliktu?


Rosyjska armia ma dość śmierci w imię ideałów i planów jednego człowieka. Żołnierze mają ochotę zakończyć krwawą wojnę wywołaną przez Władimira Putina, któremu prawdopodobnie nie zostało nawet wiele życia.

Być może niedługo będziemy świadkami końca konfliktu, który obecnie obserwuje cały świat. Rosyjska armia drży w posadach i regularnie słyszy się o buncie w szeregach żołnierzy, którzy giną w imię nie swoich racji.

Służba Bezpieczeństwa Ukrainy podsłuchała pewne kluczowe rozmowy rosyjskiej armii. Jak się okazuje wielu wojaków Putina podpisało 90-dniowe kontrakty na udział w wojnie na Ukrainie. Kończą się one wraz z majem. Wtedy lwia część z nich zamierza pojechać do domu i nie odstraszają ich nawet groźby zniszczenia kariery kierowane przez dowódców.


"Mam wszystkiego dość. Krótko mówiąc, powiedzieli nam, że nie mamy co liczyć na żadne zastępstwo. Nikt nie chce przyjeżdżać na Ukrainę, żeby tutaj walczyć. Myślę sobie - chrzanić to, dosłużę te trzy miesiące (do końca maja - PAP), a potem będę musiał jakoś się stąd wyrwać. Poszukam czegoś w cywilu. Świat nie kończy się na armii, prawda?" - można było usłyszeć w rozmowie rosyjskich wojskowych.


Bunty w armii Putina są na porządku dziennym. Nie od dziś wiadomo, że prowadzenie rządów strachem zazwyczaj odbija się rządzącym czkawką. Na lojalność i miłość swoich ludzi prezydent Rosji jawnie nie może liczyć, ale mocno na to zapracował.

 

hrab

Well-Known Member
216
305
Morawiecki: W Polsce jest 40 mln Polaków gotowych stanąć z bronią w ręku, żeby bronić swojej ojczyzny.


"Życzymy sobie pokoju, ale znamy to rzymskie powiedzenie: jeżeli chcesz pokoju, gotuj się do wojny. Musimy być na tyle silnie uzbrojeni, żeby odstraszać przeciwnika. Nasza armia musi być tak silna, żeby najlepiej nie musiała być nigdy użyta, sprawdzona w boju – a całe społeczeństwo obywatelskie przeszkolone także dzięki takim strzelnicom jak ta w Myszkowie" – tłumaczył premier, który podczas poniedziałkowego otwarcia oddał na myszkowskiej strzelnicy celny strzał do tarczy.

"Jeśli Rosji kiedykolwiek miałoby przyjść do głowy, żeby zaatakować Polskę, to Rosja musi wiedzieć, Kreml musi wiedzieć, że w Polsce jest gotowych 40 mln Polaków stanąć z bronią w ręku, aby bronić swojej ojczyzny" - podkreślił szef rządu.


Większość w ogóle nie ma wiedzy, jak się zachowywać w sytuacji zagrożenia.
 

FatBantha

sprzedawca niszowych etosów
Członek Załogi
8 861
25 416
Coraz ciekawiej się robi...

Sprzymierzone z rządem syryjskim wojska rosyjskie przeprowadziły w ostatnim czasie serię ataków na siły wspierane w tym kraju przez USA - pisze w piątek "WSJ". Ta eskalacja może doprowadzić do niezamierzonego, bezpośredniego konfliktu między wojskami Rosji i USA - ostrzega gazeta za źródłami w amerykańskim rządzie.
Stosunki między USA i Rosją są już napięte z powodu agresji Kremla na Ukrainę, a rząd prezydenta Joe Bidena dostarcza Kijowowi uzbrojenie za miliardy dolarów, starając się jednak za wszelką cenę uniknąć eskalacji konfliktu i bezpośredniej konfrontacji z Rosją - zaznacza nowojorski dziennik. Dodaje, że według amerykańskich urzędników nieporozumienia w Syrii mogą doprowadzić do niezamierzonego, ale bezpośredniego konfliktu między siłami USA i Rosji w tym kraju.
W środę wojska rosyjskie przeprowadziły nalot na bazę wojskową położoną koło miasta al-Tanf, na południowym wschodzie kraju, przy granicy z Jordanią, w której amerykańscy wojskowi szkolą lokalne siły walczące z niedobitkami Państwa Islamskiego (IS). Rosjanie zbombardowali bazę uznając, że sprzymierzeni z USA bojownicy zaatakowali syryjskie wojska rządowe.
Wojsko rosyjskie poinformowało wcześniej o nalocie USA przez utworzoną do takich celów gorącą linię, co świadczy o tym, że bezpośrednim celem Rosjan nie był atak na amerykańskich wojskowych - pisze "WSJ". Dodaje, że żołnierzy USA akurat nie było w bazie i żaden z nich nie ucierpiał. Jednak cała operacja świadczy o tym, co jedno ze źródeł gazety opisało jako odnotowany w czerwcu "znaczący wzrost" rosyjskich prowokacji w Syrii.
W tym tygodniu doszło również do incydentu z udziałem rosyjskich i amerykańskich myśliwców w północno-wschodniej Syrii - informuje dziennik. Rosyjskie maszyny wleciały w obszar, na którym USA prowadziły operację przeciwko terroryście IS. Odleciały dopiero, gdy na miejscu zjawiły się myśliwce amerykańskie.
W całej Syrii stacjonuje ok. 900 żołnierzy amerykańskich; 200 z nich w al-Tanf, reszta szkoli i doradza siłom syryjskich Kurdów zajmujących północny wschód kraju - wylicza "JSW". Zaznacza, że głównym celem wojskowych USA jest szkolenie lokalnych sprzymierzeńców, by nie dopuścić do odrodzenia się pokonanego w 2019 r. IS.
W Syrii od lat stacjonują też wojska rosyjskie, które wspierając prezydenta Baszara el-Asada w dużej mierze przyczyniły się do odzyskania przez niego kontroli nad większością kraju w toczącej się od 2011 r. wojnie domowej. By uniknąć napięć i bezpośredniej konfrontacji USA i Rosja codziennie korzystają z linii telefonicznej, przez którą informują się o swoich działaniach - zaznacza dziennik.
Dotychczas udało się uniknąć bezpośrednich starć między regularnymi wojskami obu krajów - dodaje gazeta. Przypomina jednak, że gdy w lutym 2018 bojownicy Grupy Wagnera (powiązanej z Kremlem firmy najemniczej) zaatakowali siły USA we wschodniej Syrii, Amerykanie odpowiedzieli ogniem zabijając - według słów będącego wówczas szefem CIA Mike'a Pompeo - "kilkuset Rosjan". Władze rosyjskie przekazały wówczas, że nie miały nic wspólnego z tymi wydarzeniami - zaznacza "WSJ".
(PAP)

A poza tym, stara historia się powtarza - Hitler również lubił zmieniać generałów i wtrącać się w ich pracę, w zasadzie cholera wie po co...

2022-06-18 08:44 aktualizacja: 2022-06-18, 18:08

Ukraińcy prowadzą kontrofensywę w okolicach Iziumu, by odciągnąć Rosjan od Słowiańska i zakłócić ich linię zaopatrzenia. Tymczasem czystki wśród oficerów dodatkowo pogarszają zdolności dowodzenia w rosyjskiej armii – ocenia w nowym raporcie amerykański Instytut Studiów nad Wojną (ISW).

Rosja przerzuca siły do wsparcia operacji ofensywnych w rejonie Siewierodoniecka-Lisiczańska w obwodzie ługańskim na wschodzie Ukrainy, ale ukraińska obrona wciąż jest silna. Rosjanie skupili na zdobyciu tych dwóch miast większość siły bojowej, jaką dysponują, kosztem postępów na innych kierunkach oraz ciężkich strat, jakie ponoszą – ocenili eksperci ISW.
Rosjanie w dalszym ciągu prowadzili w piątek nieskuteczne ataki lądowe w Siewierodoniecku i okolicach, a także próbowali przerwać ukraińskie linie komunikacji z Lisiczańskiem, zarówno od północy, jak i od południa.
Siły ukraińskie prawdopodobnie podjęły natomiast kontrofensywę na północny zachód od Iziumu (obwód charkowski), by odciągnąć Rosjan od ofensywy na Słowiańsk (obwód doniecki) i zakłócić linie zaopatrzenia. Osiągnęły przy tym pewne postępy. Ukraińskie siły lądowe i lotnictwo w dalszym ciągu atakowały też rosyjskie umocnienia i środki logistyczne w okupowanych miejscowościach na południu Ukrainy - podkreślono w raporcie.

Czystki wśród wysokiej rangi rosyjskich oficerów

W źródłach ukraińskich pojawiła się informacja o usunięciu ze stanowiska dowódcy rosyjskich wojsk powietrznodesantowych gen. Andrieja Serdiukowa. ISW nie był w stanie niezależnie potwierdzić tych doniesień, ale jeśli są prawdziwe, oznacza to, że Serdiukowa obarczono odpowiedzialnością za słabe wyniki i olbrzymie straty wśród rosyjskich spadochroniarzy, zwłaszcza na początku inwazji.
Zwolnienia i możliwe wewnętrzne czystki wśród wysokiej rangi rosyjskich oficerów będą prawdopodobnie dodatkowo pogarszać słabe zdolności dowodzenia w rosyjskiej armii – ocenili eksperci ISW. (PAP)
 

FatBantha

sprzedawca niszowych etosów
Członek Załogi
8 861
25 416

Kosztowna wojna na wschodzie Ukrainy przypomina "krwawy młyn" pod Verdun. Ale jak bardzo ta paralela jest prawdziwa? Olaf Jessen, ekspert od bitwy Verdun, przygląda się ówczesnym i obecnym strategiom i znajduje zadziwiające podobieństwa, zwłaszcza po jednej ze stron.
Olaf Jessen
Dzisiaj, 10:23
  • Bitwy o Donbas i Verdun mają wiele podobieństw — twierdzi niemiecki historyk I wojny światowej
  • Rosjanie wykorzystują w Donbasie artylerię w podobny sposób, jak robiono to pod Verdun. Artyleria jest kluczowa po obu stronach, dlatego tak ważne jest, by Zachód dostarczał ją Ukraińcom
  • Podobnie jak podczas I wojny światowej
  • Zdaniem autora bitwa o Donbas nie rozstrzygnie losów całej wojny. Ta potrwa zaś jeszcze długo
Europa wstrzymuje oddech. Tlące się ogniska przekształcają się w dzikie pożary. Po długim okresie pokoju na kontynencie rozpętuje się kolejna wojna. Ścierają się zmasowane armie. Wielu obserwatorów spodziewa się krótkiej walki. Siły najeźdźców szybko posuwają się w kierunku stolicy wroga. Są zbrodnie wojenne przeciwko ludności cywilnej. Ofensywa kończy się niepowodzeniem zaledwie kilka kilometrów od metropolii. Armia najeźdźców musi się wycofać. Ale duża część kraju pozostaje w ich rękach.
Wojna w ruchu wydaje się skończona. Rozpoczyna się wojna w okopach. Linia frontu ciągnie się przez setki kilometrów. Teraz artyleria staje się główną bronią w bitwach. W końcu atakujący na wschodzie kraju koncentrują wszystkie dostępne działa artyleryjskie na małej przestrzeni. Skoncentrowana siła ognia powinna zapoczątkować nową ofensywę, wymusić powrót do wojny mobilnej i jeszcze odwrócić bieg wydarzeń na lepsze. Niedaleko od miejsca postoju znajduje się małe miasteczko. Jego nazwa staje się symbolem wojny: Verdun.
Antecedencje piekła Verdun w 1916 r. i "bitwy o Donbas" w 2022 roku są zadziwiająco podobne. Ale czy to porównanie rzeczywiście działa? I czy można na podstawie tego porównania wywnioskować, jak zakończy się bitwa o Donbas?

Wojna i naród

W 1914 r., podobnie jak w 2014/22, paliwem napędowym wojny była idea narodu. Szczególnie jeden jej wariant jest obecnie w centrum uwagi: idea, że naród, wynaleziony przez rewolucję francuską, opiera się na rozkazie i posłuszeństwie, a nie na wolności i obywatelstwie; na pochodzeniu etnicznym, a nie na prawie ludzkim i międzynarodowym; na sile militarnej, a nie na suwerenności państw.
Narody rodzą się na wojnach i dla wojen. Na przykład pobór do wojska jest dzieckiem narodu. Ale narody demokratyczne nie prowadzą wojen — przynajmniej nie przeciwko sobie. Wiedział o tym już Immanuel Kant, o czym można przeczytać w jego eseju "Do wieczystego pokoju".
Demokratyczne i niedemokratyczne idee narodowe mają jedną wspólną cechę: są maszynami solidarności. Są cementem nowoczesnych społeczeństw, które coraz rzadziej spotykają się w miejscach kultu. Zachęcają do bezinteresownego poświęcenia. Dotyczy to zarówno dobrych, jak i złych, w czasie wojny i pokoju, zarówno agresora w imperialistycznej wojnie na wyniszczenie, jak i ocalałego w walce z morderczymi łowcami łupów.
Jeśli więc pytasz, co ty możesz zrobić dla swojego kraju, a nie co kraj może zrobić dla ciebie, to przed wejściem na pokład patriotycznego samolotu musisz przejść przez punkt kontroli bezpieczeństwa. Do jakiej odmiany narodu, należy to sprawdzić, skierowane jest moje poświęcenie? Demokratycznej czy niedemokratycznej? Jeśli odpowiedź brzmi: niedemokratycznej, to powinny się odezwać wszystkie dzwony alarmowe. Na pokładzie takich maszyn, na przykład, żołnierze narażają się na szczególnie wysokie ryzyko, że skończą jako sprawcy zbrodni w miejscach takich jak Bucza.

Verdun jako przemysłowa wojna narodowa

Odpowiedzialność za rozpętanie I wojny światowej spoczywała na barkach kilku rządów. Nigdzie nie było entuzjazmu dla wojny, który ogarnąłby wszystkie grupy społeczne. Ale w miastach panowała ekstatyczna aprobata, częściowo także w dzielnicach robotniczych. Londyn, Paryż, Berlin: wszędzie na wieść o wojnie wiwatowały tłumy. Setki tysięcy ochotników dobrowolnie przychodziły do komisji wojskowych.
Zawodowa armia brytyjska miała siłę bojową 250 tys. ludzi i niewiele rezerw. Kadrowe armie Francji i Niemiec były oparte na poborze. Armia Imperium, zgrupowana wokół 29 tys. zawodowych oficerów, miała w czasie pokoju siłę 761 tys. ludzi. Po mobilizacji nagle wzrosła do ponad 3,8 mln żołnierzy z powodu powołania rezerwistów. Trzecia Republika równie szybko rozmieściła podobną liczbę żołnierzy.
Żaden naród nie odmawiał innemu prawa do istnienia. Większość Europejczyków spodziewała się krótkiej kampanii. Szok był tym głębszy, że po kilku pierwszych tygodniach ogromne straty po wszystkich stronach o niczym nie zadecydowały. Pojawił się brak amunicji. Żadna gospodarka nie wydawała się przygotowana na długie zmagania. Rewolucja przemysłowa i wojna ludowa już dawno splotły się w "przemysłową wojnę narodową" — najkrwawszy obraz wojny znany ludzkości.
21 lutego 1916 r., kiedy rozpoczęła się bitwa pod Verdun, poparcie dla wojny było niemal totalne, przynajmniej we Francji i w Niemczech. Obie strony były przekonane, że toczą bitwę obronną.

Donbas jako przemysłowa wojna narodowa i gabinetowa

Odpowiedzialność za atak na pozostałą część Ukrainy spoczywa na barkach jednego rządu: Rosji. Po żadnej ze stron nie ma entuzjazmu dla wojny. Ochotnicy nie odgrywają prawie żadnej roli militarnej. Jedynie ludność pozostałej części Ukrainy wydaje się przekonana, że toczy bitwę obronną.
Wołodymyr Zełenski, wybrany przez nich prezydent, rządzi z największym poparciem, jakie można sobie wyobrazić. Stoi na czele armii kadrowej liczącej około 200 tys. ludzi. Jest ona oparta na poborze, ma około 900 tys. rezerwistów, ale od kilku tygodni musi otrzymywać wsparcie Gwardii Narodowej w Donbasie — jest to rodzaj milicji, może 130 tys. ludzi, słabo uzbrojonych, wyszkolonych do ochrony zaplecza.
Postawa Rosjan jest trudna do oceny za zasłoną terroru, cenzury i propagandy. Oficjalne użycie sformułowania "specjalna operacja wojskowa" w odniesieniu do najkrwawszej wojny, jaką Rosja prowadzi od 1945 r., z pewnością mówi samo za siebie. Władimir Putin obawia się o swoje poparcie.
Putin ogłasza, że chce odbić "rosyjską ziemię" na pozostałej części Ukrainy. Odmawia narodowi ukraińskiemu prawa do istnienia. Jest naczelnym dowódcą ogromnej armii kadrowej złożonej z poborowych i zawodowych żołnierzy. Na Ukrainie walczy jednak tylko 175 tys. zawodowych żołnierzy, uzupełnianych przez około 15 tys. najemników. Przypomina to właściwie wojnę gabinetową Piotra Wielkiego. Reżim wydaje się niechętnie podchodzić do mobilizacji.
Straty po obu stronach są ogromne. Rosyjskie dowództwo wyraźnie oczekiwało błyskawicznego zwycięstwa. Teraz wydaje się, że ich działania cierpią przede wszystkim z powodu braku piechoty. Jak na razie kryzys amunicyjny jest widoczny tylko po stronie ukraińskiej.

Verdun. Cel operacyjny: przebić się bez zniszczeń

W okopach II wojny światowej obrońca miał zasadniczą przewagę nad agresorem: drut kolczasty, karabiny maszynowe, systemy głębokich okopów ciągnących się kilometrami. Do tego dochodziły trudności w kierowaniu dużymi masami wojsk. Druty telefoniczne były przecinane i nie było przenośnych radioodbiorników. Wszystko to zawsze oznaczało, że obrońca miał wystarczająco dużo czasu, by zrobić unik, sprowadzić rezerwy i odgrodzić się od wroga.
Ale wszyscy dowódcy wojskowi nadal marzyli o świętym Graalu — o przełomie operacyjnym i powrocie do mobilnych działań wojennych. Ich odpowiedź: więcej granatów, więcej broni, więcej żołnierzy. Mówiło się, że nie ma przełomu bez wcześniejszego zużycia rezerw wroga. Dodatkowa siła ognia artylerii powinna przygotować grunt pod ataki jeszcze większych mas piechoty.
Erich von Falkenhayn , szef sztabu generalnego niemieckiej armii polowej, stał przed wieloma trudnościami. We wschodniej Francji 2,4 mln niemieckich żołnierzy walczyło przeciwko 3,5 mln Brytyjczyków i Francuzów. Jego siły nie były więc w żadnym wypadku wystarczające, by dążyć do masowego przebicia się. Zamiast tego zdecydował się na przebicie punktowe. Jego ofensywa otwierająca zagroziła celowi, którego wróg raczej nie zamierzał łatwo oddawać: twierdzy Verdun.
Wschodni brzeg Mozy miał zostać opanowany z zaskoczenia, przez siły artylerii i dobrze sterowany klin ataku piechoty. Celem taktycznym było zajęcie kluczowej linii w terenie, znajdującej się na grzbiecie wzniesienia. Aby utrzymać Verdun, zgodnie z obliczeniami Falkenhayna, armia francuska musiała tę linię odbić. Czyniąc to, musiałaby ponieść tak duże straty, że jej rezerwy szybko by się wyczerpały.
Wtedy sojusznicza armia brytyjska musiałaby z powodów politycznych przeprowadzić ofensywę odciążającą, prawdopodobnie w Artois. Ten pospieszny atak po kilku dniach byłby skazany na porażkę. Dopiero potem, na gruzach nieudanej ofensywy przeciwnika, dywizje rezerwy armii niemieckiej powinny dokonać przełomu operacyjnego — albo poprzez kontynuację działań pod Verdun, albo poprzez kontratak przeciwko Brytyjczykom. Zdobycie miasta Verdun miało charakter poboczny.
Falkenhayn słusznie uważał, że unicestwienie milionowych armii wroga jest niemożliwe. Nawet operacje na wielką skalę z pewnością nie doszłyby do skutku po przełamaniu linii wroga, uniemożliwiłyby to karabiny maszynowe i działa szybkostrzelne. Trzeba więc doprowadzić, myślał Falkenhayn, do "mobilnej wojny niewielkich ruchów z umocnieniami polowymi". Szef sztabu wierzył jednak, że wysokie straty wśród wroga złamią wolę jego oporu, zwłaszcza we Francji. Za 14 dni do maksymalnie pięciu tygodni Operacja Sąd zadecyduje o losach wojny — o tym był przekonany niemiecki dowódca.

Donbas. Cel operacyjny: Przełamanie z unicestwieniem

Sytuacja w Donbasie, a dokładniej w wybrzuszeniu Kramatorska, jest taktycznie podobna do sytuacji w wybrzuszeniu Verdun. Pole bitwy w Donbasie jest prawie trzy razy większe. Zasięg nowoczesnej artylerii zwiększył się jednak co najmniej pięciokrotnie, nie wspominając o jej sile ognia. Stosunek siły wynosi najwyraźniej 2:1 na korzyść Rosjan — to faktycznie zbyt mało, by przeprowadzać ataki wymagające przestrzeni, zwłaszcza w wojnie okopowej.
Obrońcy są jednak wyraźnie gorsi pod względem siły artylerii. Nie opierają się też na żadnych fortyfikacjach. Wykorzystali jednak ostatnie osiem lat, by stworzyć duże systemy rowów. W Donbasie są trzy linie obronne, a w Verdun były cztery. Ukraińcy są też lepsi w walce miejskiej, która w Verdun nie odegrała żadnej roli.
Ponieważ wydaje się, że Ukraińcy nie mają do dyspozycji bezpiecznych bunkrów, prowadzą obronę mobilną. W przypadku ostrzału rosyjskiej artylerii piechota wycofuje się, o ile jest to możliwe. Pędzi z powrotem do przednich okopów dopiero wtedy, gdy ogień artyleryjski się urywa, bo wtedy siły pancerne przeciwnika mogą rozpocząć atak.
W Donbasie Ukraińcy zapewniają sobie drogę dla dostaw. Podobnie jak droga z Bar-le-Duc do Verdun, tak w Donbasie dwie tak zwane drogi terytorialne w kierunku Siewierodoniecka są niezbędne dla zaopatrzenia wojsk ukraińskich — lub dla ich odwrotu. Kontrataki Ukraińców przynoszą niewielkie korzyści. Brakuje im obrony przeciwlotniczej, lotnictwo Rosji może więc miażdżyć koncentrację sił na ziemi.

"Metoda Nivelle'a"

Rosyjska artyleria zasadniczo stosuje "metodę Nivelle'a", opracowaną w czasie bitwy pod Verdun: zapora ogniowa, wspierana przez ataki lotnicze, ma za zadanie przytrzymać obrońców do momentu, w którym z trudem będą mogli odeprzeć atak sił pancernych, ponieważ nie będą w stanie na czas dotrzeć do swoich okopów frontowych.
Ale dzisiejsza sytuacja w Donbasie raczej przypomina bitwę pod Kurskiem latem 1943 r. Niemiecki atak dwoma szczypcami z północy i południa miał wówczas za zadanie okrążyć wojska radzieckie w zakolu Kurska. Atak był powolny, a w końcu nie przyniósł żadnych postępów. Nieustępliwość obrońców, ich lepsze rozpoznanie i przygotowane pozycje doprowadziły do ostatecznej zmiany inicjatywy w wojnie.
Ofensywa Rosji w Donbasie ma również na celu okrążenie wroga dwoma głównymi ostrzami na osi północ-południe, od Iziumu do Popasny. Na linii frontu wywierany jest stały nacisk. W przeciwieństwie do Falkenhayna dowódca wszystkich rosyjskich sił zbrojnych na Ukrainie prawdopodobnie chce wymusić dwa operacyjne przełomy za pomocą artyleryjskiego natarcia. Kolejna różnica: rosyjskie dowództwo jest mniej zainteresowane wolą oporu ukraińskiego społeczeństwa, chce po prostu militarnie zniszczyć obrońców Donbasu.

Verdun: nieudany przełom

Francuscy i brytyjscy dowódcy wpadli w pułapkę Falkenhayna. Francuski generał Castelnau chciał za wszelką cenę utrzymać wschodni brzeg rzeki Mozy. Brytyjski marszałek polny Haig przygotował atak odciążający Brytyjczyków. Ale niemiecki atak utknął w martwym punkcie. Wbrew oczekiwaniom niemieckich analityków stropy francuskich fortyfikacji wytrzymały najcięższe pociski. Do początku kwietnia strategia Falkenhayna nie powiodła się: nie osiągnięto kluczowej linii, nie dokonano przełomu w Verdun, nie było też brytyjskiego ataku odciążającego, a straty niemieckie dramatycznie rosły.
Dopiero teraz walka się wykoleiła, dopiero teraz Verdun stało się bitwą materiałową. W tamtych dniach Falkenhayn ukrywał przed sobą i innymi rozmiar swojej porażki. "Rozbijanie sił wroga", które początkowo było tylko środkiem do celu, stało się milcząco głównym celem. Podobnie jak generał Joffre w 1915 r. w Szampanii i jak feldmarszałek Haig w 1916 r. nad Sommą, Falkenhayn zamaskował nieudane przełamanie twierdząc, że rzekomo zadał olbrzymie straty wrogowi. Dla niego również wycofanie się na pozycję wyjściową nie wchodziło w rachubę. Wszyscy gracze pozostali przyklejeni do stołu pokerowego. Grali teraz o każdy dom i każde podwórko, bo nie potrafili usprawiedliwić swoich ogromnych strat bez jakieś "wygranej".
W końcu trzy punkty przełamały taktyczny impas na korzyść strony francuskiej:
  • po rozpoczęciu brytyjskiej ofensywy nad Sommą zabrakło niemieckich rezerw;
  • pod Verdun nowa taktyka "ognia zaporowego" opracowana przez generała Nivelle'a dała niemieckiej piechocie niewiele czasu na obronę;
  • nowe francuskie działa kolejowe były w stanie przebić stropy fortów Douaumont i Vaux, zdobytych przez Niemców.
W październiku i grudniu 1916 r. wojska francuskie nagle odzyskały prawie cały teren, który formacje niemieckie zdobywały przez siedem miesięcy, ponosząc ciężkie straty. Morale wojsk niemieckich wydawało się teraz osłabione. Po stracie około 700 tys. ludzi, w tym ponad 300 tys. poległych, "piekło Verdun" zakończyło się prawie tam, gdzie się zaczęło.

Donbas: udany przełom

W przeciwieństwie do Verdun, w Donbasie od początku inwazji nie ma równowagi w sile artylerii. Południowy atak rosyjskich szczypców odnosi sukcesy. W maju następuje operacyjny przełom pod Popasną. Ukraińska obrona ustępuje w sektorze, który miała utrzymać Gwardia Narodowa.
Atakujący szybko zapędzają się daleko na północ, zachód i południe w łuk frontu, zagrażając południowej drodze terytorialnej do Siewierodoniecka. Po stronie ukraińskiej pojawiają się oznaki paniki. Prawdopodobnie tylko z trudem udaje się jej zatrzymać atakujących w połowie drogi. W międzyczasie najwyraźniej rozpoczęło się wycofywanie ostatnich obrońców z Siewierodoniecka.
W Donbasie można zobaczyć, co miał na myśli Falkenhayn, gdy mówił o "wojnie mobilnej z umocnieniami polowymi". Donbas to "dynamiczne Verdun".

Verdun: sekwencja bitew

Verdun nie rozstrzygnęło wojny światowej. Niemniej jednak bitwa ta była kamieniem milowym w jej przebiegu z dwóch powodów. Po pierwsze, utorowała drogę zespołowi Hindenburg-Ludendorff [Feldmarszałek Paul von Hindenburg i gen. Erich Ludendorff byli głównodowodzącymi armii niemieckiej podczas I wojny światowej, cieszyli się olbrzymią autonomią w podejmowaniu decyzji strategicznych]. Zaowocowało to powstaniem czegoś w rodzaju dyktatury wojskowej w Niemczech. We Francji kryzys Verdun przyczynił się do przesunięcia władzy z naczelnego dowództwa wojskowego do parlamentu. W Niemczech zyskał na sile mit zbawiciela [wykorzystany potem przez Adolfa Hitlera].
Po drugie, Verdun przygotowało grunt dla nieograniczonej wojny podwodnej. Falkenhayn prowadził kampanię na rzecz wojny podwodnej przed i w trakcie bitwy, ale cesarz i kanclerz nie wierzyli mu. Podczas bitwy wciąż mieli nadzieję, że decyzję uda się wymusić na lądzie. Po bitwie pytanie "Verdun czy Ameryka?" najwyraźniej samo się rozwiązało, cesarz i kanclerz zrezygnowali z oporu. Rzesza Niemiecka ogłosiła wojnę podwodną bez ostrzeżenia. Wypowiedzenie wojny przez USA nastąpiło natychmiast. I dopiero w tym momencie klęska Niemiec stała się nieunikniona.
Czy przełom operacyjny i "mobilne działania z umocnieniami polowymi" zmieniłyby sytuację? Prawdopodobnie nie, bo Falkenhayn na pewno nie docenił woli oporu przeciwnika. Ale to w lipcu 1914 r. dowództwo Rzeszy popełniło militarny błąd stulecia: przystąpiło do wojny.

Donbas: kolejność bitew

Bitwa w Donbasie również nie rozstrzygnie wojny. Gdyby część obwodu ługańskiego pozostała w rękach ukraińskich, kontrofensywa miałaby większe szanse powodzenia. Długoterminowym celem operacyjnym Ukraińców byłby prawdopodobnie powrót do linii kontaktowej z 24 lutego. Jej posiadanie mogłoby oznaczać dla nich "zwycięstwo". Gdyby armia rosyjska została zepchnięta do tego punktu, nic by nie zyskała, mimo ogromnych strat. Jest całkiem możliwe, że koniec reżimu Putina byłby wtedy w zasięgu ręki.
Warunek konieczny do przeprowadzenia przez Ukraińców ofensywy na dużą skalę jest dobrze znany: uzbrojenie ich przez Zachód w artylerię, pojazdy opancerzone i broń przeciwlotniczą.
Gdyby Kreml chciał odzyskać przewagę na polu walki, prawdopodobnie nieunikniona byłaby powszechna mobilizacja, a wraz z nią publiczne przyznanie się do porażki. Jeśli za punkt odniesienia przyjmiemy zachowanie przywódców Rzeszy Niemieckiej po bitwie pod Verdun, Putin mógłby doprowadzić do politycznej i militarnej eskalacji wojny.
Gdyby Donbas dostał się w ręce rosyjskie, prawdopodobnie nastąpiłaby pewnego rodzaju przerwa w działaniach, choć koniec wojny był oczywiście bardzo odległy. Żadna ze stron nie byłaby zainteresowana zawieszeniem broni: nawet Ukraińcy — oni wierzą, przynajmniej od czasu Buczy i Irpienia, że walczą także o życie swoich rodzin. Tak czy inaczej, władca na Kremlu potrzebuje permanentnej wojny. W przypadku trwałego pokoju dyktatura Putina upadłaby.
Obwód ługański mógłby upaść na jeden z dwóch sposobów: albo po wyparciu dużej części ukraińskiej armii, albo po jej okrążeniu i militarnym unicestwieniu. Gdyby obrońcy zostali okrążeni, Ukraina straciłaby swoje najsilniejsze jednostki. Byłoby to dla Putina duże osiągnięcie. Ale nawet wtedy jego zwycięstwo militarne nie byłoby zapewnione. Potem prawdopodobnie coraz większą rolę odgrywałaby walka partyzancka, a obecnie nie ma w Ukrainie wystarczającej liczby rosyjskich wojsk, by ją skutecznie stłumić.
Jeśli jednostki ukraińskie zostałyby wyparte z Donbasu, czyli nie zostałyby uwięzione, ich następna główna linia obrony znajdowałaby się na Dnieprze — około 300 km na zachód od Doniecka. Wojna konwencjonalna toczyłaby się dalej, ale zmieniłaby się sceneria. Portowe miasto Odessa prawdopodobnie stałoby się celem rosyjskiej ofensywy. Pozostaje kwestią sporną, czy po bitwie w Donbasie siły najeźdźców byłyby wystarczające, by okrążyć metropolię, zdobyć ją w walce dom po domu i zabezpieczyć wszystkie zajęte tereny na tyłach.
Jedno jest pewne: Wielkie mocarstwa mogą przegrywać wojny nawet wtedy, gdy wrogich wojsk nie ma na ich własnym terytorium. Tak właśnie stało się z Rzeszą Niemiecką we Francji w 1918 r., z USA w Wietnamie w 1975 r. i ze Związkiem Radzieckim w Afganistanie w 1989 r. Rząd niemiecki przyznał się do porażki po ponad czterech latach, rząd amerykański po około 11 latach, a rząd radziecki po 10 latach. Niezależnie od wyniku walk w Donbasie, wojna będzie trwała jeszcze długo.


Niemiecki historyk i publicysta. Opublikował biografię pruskiej rodziny Moltke oraz historię bitwy pod Verdun
 
Do góry Bottom