Geopolityka, czyli globalne imperia w globalnej wiosce

FatBantha

sprzedawca niszowych etosów
Członek Załogi
8 861
25 416

6 gru 21 21:19
Rosja, Chiny i Iran pokazują, że nie traktują Joego Bidena poważnie. Uważają, że prezydent USA nie zrobi nic, by ich powstrzymać - ocenia w komentarzu redakcyjnym "Wall Street Journal". Gazeta twierdzi, że jest to konsekwencja m.in. "katastrofalnego wycofania się Bidena z Afganistanu".
"WSJ" komentuje w ten sposób postępującą koncentrację rosyjskich wojsk wzdłuż granicy z Ukrainą oraz fiasko kolejnej rundy rozmów z Iranem w sprawie jego programu nuklearnego.
"Iran, Rosja i Chiny dążą do ustanowienia nowej regionalnej hegemonii i często wydają się pracować razem, by do tego doprowadzić. Ich przywódcy zdają się uważać, że Biden nie może i nie zrobi nic, by ich powstrzymać" - pisze konserwatywny amerykański dziennik.
Zauważa, że choć administracja Bidena przekazała mediom informacje na temat rosyjskich przygotowań do inwazji na Ukrainę i planach zgromadzenia 175 tys. żołnierzy, Waszyngton jak dotąd niewiele zrobił, by zniechęcić Moskwę do operacji militarnej.
"USA zapowiadają straszliwe konsekwencje, jeśli Rosja zdecyduje się na inwazję, ale nie sprzedały dodatkowej broni Ukrainie i nie zdołały zmobilizować (państw Sojuszu - red.) do kolektywnych działań podczas ubiegłotygodniowego spotkania ministrów NATO" - ocenia "WSJ".

Twardzi ludzie w Moskwie, Teheranie i Pekinie

Dziennik ocenia, że administracja Bidena - choć zapowiadała twardą politykę wobec Rosji - okazuje słabość, m.in. wycofując się z sankcji przeciwko Nord Stream 2. "WSJ" stawia tezę, że rezultatem ostatnich rozmów Bidena z prezydentem Rosji Władimirem Putinem była większa asertywność Moskwy.
Według gazety zarówno bardziej wojownicze stanowisko Rosji, jak i dalsze rozwijanie programu jądrowego przez Iran, wbrew ostrzeżeniom USA, to wynik wycofania się amerykańskich sił z Afganistanu.
"Amerykańska prasa zapomniała o Afganistanie, ale reszta świata nie. (...) Wydaje się coraz bardziej prawdopodobne, że katastrofalne wycofanie się Bidena z Afganistanu wzbudziło wśród przeciwników USA wątpliwości na temat zobowiązań Ameryki i oceny sytuacji przez prezydenta. Zamierzają to wykorzystać" - ostrzega "WSJ".
"Twardzi ludzie w Moskwie, Teheranie i Pekinie przetestują Bidena, by zwiększyć swoją siłę i strefy wpływów i wcale nie jest jasne jak, lub czy Biden na to odpowie" - konkluduje redakcja nowojorskiej gazety.
Źródło: PAP
Data utworzenia: 6 grudnia 2021 21:19
 

FatBantha

sprzedawca niszowych etosów
Członek Załogi
8 861
25 416

Ukraina - Rosja
Dzisiaj, 5 marca (09:40)
Pomału dochodzi do nas w jak trudnym położeniu się znaleźliśmy. Z jednej strony Putin, który pozbawił nas złudzeń. W swoim przemówieniu do narodu powiedział wprost, że nie chodzi mu wyłącznie o Ukrainę, ale o odbudowę wpływów rosyjskiego imperium w granicach sprzed 1997 roku. Czyli sprzed wejścia Polski, Czech i Węgier do NATO. Z drugiej strony Amerykanie, którzy bardzo chcieliby wybić Putinowi zęby. Dałoby im to możliwość skupienia całej swojej uwagi na Pacyfiku. Z trzeciej strony Niemcy, które swoją błędną polityką wobec Putina doprowadziły do obecnej sytuacji: Europa nie ma dziś wystarczającego potencjału militarnego, by realnie pomóc Ukrainie, a jednocześnie jest uzależniona energetycznie od Rosji.
Od wielu lat Waszyngton głowi się nad jednym problemem. Jak wyjść z "pułapki jednoczesności"? Groźba wojny na dwa fronty, z Rosją w Europie i Chinami na Pacyfiku, spędza im sen z powiek. Takie konfrontacje w przeszłości rozwalały każde imperium. W tym kontekście wojna w Ukrainie została odebrana przez Amerykanów jako szansa na wyjście z tej pułapki.
Dzień przed rosyjską agresją prestiżowy magazyn "Foreign Affairs" opublikował analizę pod wszystko mówiącym tytułem: "Inwazja Putina może być strategiczną szansą". Bazowe założenie tej analizy mówi o tym, że konfrontacja z Chinami jest nieunikniona. To na Pacyfiku należy skupić uwagę. Jednak nim do niej dojdzie Amerykanie mają jeszcze kilka lat. Według informacji Sekretariatu Obrony USA kolejny istotny "kamień milowy" w rozwoju chińskiej armii przypadnie na 2027 rok. Wówczas będą oni mogli zwiększyć swoją presję na Tajwan. Waszyngton ma zatem kilka lat nim dojdzie do przewidywanej eskalacji. Zegar jednak tyka.
Dlatego analitycy "Foreign Affairs" w ataku Putina widzą otwierające się okno możliwości. "Stany Zjednoczone mają szczęście, że Chiny najprawdopodobniej nie osiągnęły jeszcze pozycji, by wykorzystać kłopotliwe położenie Zachodu i skonfrontować go z kryzysem na dwóch frontach, z którym nie byłby sobie w stanie poradzić. Następnym razem USA mogą nie mieć tyle szczęścia". Konkluzja jest oczywista. Odpuszczenie dziś Ukrainy oznacza, że Putin się nie zatrzyma i za chwilę będzie eskalował konflikty w krajach NATO. A to oznacza jeszcze większą koncentrację wojsk amerykańskich w Europie.
Jedynym wyjściem dla USA jest pomoc Ukrainie. Nie doraźna, ale strategiczna. Nie pozorowana, ale realna, choć bez przekraczania granicy bezpośredniego zaangażowania w konflikt. Broń, wsparcie wywiadu, pomoc humanitarna, presja na inne państwa, sankcje i izolacja Rosji. Putin powinien nie tyle przegrać, co przegrać na tyle dotkliwie ("a defeat so significant"), żeby przemyślał całą swoją dotychczasową politykę zagraniczną. Podobnie jak w 1980 roku wspierano mudżahedinów w walce z Sowietami, co doprowadziło do upadku ZSRR, tak teraz należy wspierać Ukraińców, by Putin zrozumiał, że dalsza ekspansja na Zachód nie ma sensu. I strategicznie zwrócił się w kierunku Wschodu. Wówczas USA będą mogły odpuścić mentalnie Europę i skupić się na Pacyfiku. Tak wygląda najlepszy możliwy scenariusz rozwoju wojny na Ukrainie pisany z perspektywy waszyngtońskich analityków.
I rzeczywiście widać, że ostatnie tygodnie to wzmożona aktywność Amerykanów na wszystkich wymienionych w tekście polach. Łącznie z dzieleniem się informacjami wywiadowczymi “w czasie rzeczywistym", co ostatnio potwierdził Biały Dom. Dzięki temu Ukraińcy na bieżąco otrzymują zdjęcia satelitarne obrazujące ruchy rosyjskich wojsk. Takie bojowe nastawienie wprost wyrażał również prezydent Joe Biden w orędziu do narodu, które wygłosił w Kongresie kilka dni temu. Jego zdaniem Putin bardzo się przeliczył atakując Ukrainę. Odgrażał się, że Ameryka "zada mu ból". Przemówienie zaś zakończył groźnym: "Idźcie po niego!" ("Go get him!"). Adresując te słowa do amerykańskich żołnierzy.
Sceptycyzm każe jednak zapytać: czy takie zaangażowanie Amerykanów wystarczy?

Brak lidera bezpieczeństwa w Europie

Strategiczne skupienie uwagi na Pacyfiku będzie możliwe, gdy w Europie znajdzie się lider bezpieczeństwa. Dla Amerykanów od wielu lat oczywistym kandydatem na takiego lidera są Niemcy. Jednak Berlin jak mógł unikał wzięcia na siebie tej odpowiedzialności. Po części wynikało to z historycznej traumy II wojny światowej. Powojenne Niemcy dalej chcą być potęgą, ale wyłącznie gospodarczą i polityczną, bez silnej Bundeswehry. Po części, wynikało to również z kalkulacji Berlina. Po co wydawać dużo na armię, skoro i tak chronią nas Amerykanie? A my możemy pragmatycznie handlować gazem z Rosją, stając się hubem ich gazu w UE oraz przenosić nasze fabryki do Chin, bo to redukuje koszty naszych firm. Od wielu lat Berlin był za Oceanem atakowany za tak kunktatorską politykę. Oficjalnie nazywano to "polityką wielowektorową". A w kuluarach strategią "pasażera na gapę".
Atak Putina na Ukrainę wiele zmienił. Najpierw niemiecka prasa w sposób bezprecedensowy zaatakowała swój rząd. Było to o tyle niespotykane, że w kulturze politycznej naszych zachodnich sąsiadów lojalność dziennikarzy wobec aktualnie rządzących jest przyjętą praktyką. Potem dało się zaobserwować coś na kształt szoku społecznego związanego z oczywistą hipokryzją całej klasy politycznej. Dla powojennych Niemiec odcięcie się od dziedzictwa faszyzmu buduje ich współczesny kapitał moralny. A tu nagle okazało się, że przez całą epokę rządów kanclerzy Gerharda Schrodera i Angeli Merkel ich państwo tworzyło strategiczny sojusz z Putinem, którego prasa światowa nazywa dziś Hitlerem XXI wieku. Proeuropejskie "Politico" zaczęło publikować analizy, że to miliardy euro płynące z Niemiec w zamian za rosyjski gaz pozwoliły zbudować armię, która dziś niszczy ukraińskie miasta. Ten szok widać na liczbach. W ciągu tygodnia liczba Niemców opowiadających się za dostarczaniem broni Ukrainie wzrosła o 41 punktów procentowych.
Wreszcie, poza presją społeczną, medialną i tą wywieraną przez Amerykanów, Berlin musiał zmierzyć się także z ryzykiem utraty autorytetu w Europie Środkowej i Skandynawii. W pierwszych 72 godzinach konfliktu dla wszystkich stała się oczywista różnica między wrażliwością tego najważniejszego kraju Unii, a percepcją państw takich jak Polska, Litwa, Łotwa, Estonia, ale również Finlandia i Szwecja czy Rumunia i Bułgaria. Internetowym memem stało się 5 tysięcy hełmów wysłanych przez Berlin walczącym w Kijowie, gdy w tym samym czasie neutralna zazwyczaj Szwecja zadeklarowała przekazanie 5 tysięcy śmiercionośnych granatników. Sobotnie przemówienie premiera Mateusza Morawieckiego, który przyjechał "wstrząsnąć sumieniem Niemiec", było mocnym akordem kończącym ten proces uświadamiania sobie przez Berlin nowej sytuacji.
Następnego dnia kanclerz Olaf Scholz w trakcie przemówienia w Bundestagu wyrzucił do kosza dziedzictwo swoich dwóch poprzedników. Zadeklarował chęć uniezależnienia się od rosyjskiego gazu. W obszarze bezpieczeństwa Niemcy zgodziły się przyjąć na siebie rolę lidera Europy. Od zaraz ma być uruchomiony fundusz 100 miliardów euro na odnowę niemieckich sił zbrojnych. Co roku ma być przekazywane na ten cel dalsze 2 proc. PKB. Scholz zadeklarował również zakup nowych samolotów umożliwiających przenoszenie amerykańskiej broni jądrowej. Zgodził się także na przekazanie Ukrainie broni. A skoro Berlin przeszedł nagłą metamorfozę, to w analogiczny sposób zmieniła się również Bruksela. Pierwszy raz w swojej historii sfinansuje ona zakup i dostawę broni do zaatakowanego kraju. Parlament Europejski przyjął również wniosek Ukrainy, by ten kraj wstąpił do Unii.
Powinniśmy się cieszyć ze zmiany myślenia w Berlinie. Możemy mieć satysfakcję, że Polska w tym procesie odegrała pozytywną rolę. W ciągu kilku dni "stara Unia" z obojętności przeszła do jednoznacznego opowiedzenia się po stronie Kijowa. Jednocześnie nie możemy ulec złudzeniu, że jakikolwiek polityk, nawet kanclerz potężnych Niemiec, może jednym przemówieniem zmienić rzeczywistość. To wymaga czasu, a Kijów tego czasu nie ma. Patrząc realnie: Europa nie jest dziś gotowa, by z dnia na dzień odciąć się od rosyjskiego gazu. Ani militarnie zaangażować się na Ukrainie. I to jest cały tragizm obecnej sytuacji. Boleśnie odczuwamy skutki złej dla Europy Środkowo-Wschodniej polityki Niemiec wobec Rosji prowadzonej w ostatnich dwóch dekadach.

Gospodarcze przyduszanie

Wróćmy jednak do Amerykanów. Wydaje się, że dostarczanie broni Ukrainie oraz zmuszenie UE do jednoznacznego opowiedzenia się po jej stronie, to tylko połowa ich planu. Druga połowa dotyczy zduszenia gospodarki Rosji.
Pierwszym celem jest "zatopienie rubla". Wprowadzone sankcje gospodarcze stworzyły taką presję na inwestorach zagranicznych, że ci z dnia na dzień pozbywają się wszystkich rosyjskich aktywów. Na parkiecie w Londynie akcje największych rosyjskich spółek idą w dół o ok. 50-70 proc. Przed atakiem za dolara płacono 82 ruble. Kilka dni po ataku wycena wynosiła nawet 150-170 rubli za dolara. A jeszcze kilka lat temu, przed aneksją Krymu, było to raptem 30 rubli za dolara. W gospodarce uzależnionej od kupowania towarów z zagranicy oznacza to gigantyczną inflację. Za moment zwykły mieszkaniec Moskwy kupując pralkę, buty czy odzież będzie musiał płacić dwa razy więcej, niż kilka tygodni temu.
Rosja oczywiście się broni. Od ośmiu lat budżet rosyjski kumulował nadwyżkę, co pozwoliło Putinowi zgromadzić 635 mld dolarów rezerw walutowych. Te rezerwy były gromadzone właśnie po to, by w momencie wojny, wyprzedając waluty obce i skupując rubla, walczyć o jego utrzymanie “na powierzchni". Poduszka finansowa robi wrażenie. Gdyby uruchomić te środki, można sfinansować import przez 20 miesięcy! I na to jednak Amerykanie znaleźli sposób. Większość tej poduszki finansowej Rosjanie zgromadzili w obligacjach innych krajów, na kontach Międzynarodowego Funduszu Walutowego czy zachodnich banków komercyjnych. Sankcje zamroziły te pieniądze. Dzięki temu szacuje się, że Putin ma dziś do dyspozycji "tylko" 133 mld ze zgromadzonych 635 mld dolarów.
Drugim wyraźnym celem jest uderzenie w oszczędności obywateli rosyjskich. Poza inflacją, najbardziej odczuliby konsekwencje tej wojny tracąc zgromadzone w bankach oszczędności. Nie jest zatem przypadkiem, że Europejski Bank Centralny wypuścił mało dyplomatyczny komunikat. "Sberbank Europe i jego spółki zależne doświadczyły znacznych odpływów depozytów. Doprowadziło to do pogorszenia jego sytuacji płynnościowej. I nie ma dostępnych środków, które dawałyby realną szansę na przywrócenie ich pozycji". Mówiąc wprost: Sberbank Europe musi upaść. Nie ma się co dziwić, że wywołało to panikę w całej Rosji, co skutkowało masowym podejmowaniem oszczędności, a to jeszcze bardziej nakręcało problem. Sberbank dla Rosjan jest tym, czym dla nas PKO Bank Polski. Jego upadek mógłby doprowadzić do upadku całego sektora bankowego w Rosji. Podobnie agresywne działania wymierzone są nie tylko w zwykłych obywateli, ale także oligarchów. Pojawiają się już pierwsze przypadki zajmowania ich majątków zgromadzonych na Zachodzie.
Trzecim bolesnym uderzeniem ma być odcięcie Rosji od technologii i inwestycji, żeby cofnąć ten kraj o dwie dekady. Kolejne międzynarodowe korporacje wycofują się z Rosji (m.in. Volkswagen i Mercedes-Benz ogłosiły, że nie chcą produkować, ani sprzedawać pojazdów). BP wyprzedaje 20 proc. akcji Rosnieftu, co dla Rosjan oznacza brak dostępu do brytyjskiej technologii wydobycia i przetwórstwa ropy naftowej. Microsoft przestaje sprzedawać usługi i towary do tego kraju, co może być dużym problemem dla większości obywateli, bo używają oni systemu Windows. Centralny Bank Rosji ogłosił z kolei, że podnosi stopy procentowe do 20 proc. To oznacza ekstremalnie drogie kredyty, czyli wychładzanie nowych inwestycji wewnętrznych. Nie ma się co dziwić, że JPMorgan ogłosił po kilku dniach od wprowadzenia sankcji, że rosyjska gospodarka skurczy się w II kwartale o 35 proc.
Kalkulacja Amerykanów wydaje się tu być oczywista. Zakłada, że przewlekła recesja może doprowadzić do wewnętrznej delegitymizacji władzy Putina, zarówno wśród oligarchów, jak i zwykłych obywateli. Wszak miał on być antytezą biedy i chaosu lat 90. charakterystycznych dla epoki Jelcyna. Tymczasem sam może doprowadzić Rosję do głębokiego kryzysu. I tu jednak można mieć pewne wątpliwości. Po pierwsze, żeby gospodarcze sankcje przyniosły efekt muszą być szczelne i długotrwałe. Tymczasem od początku widzimy, że wiele zachodnich korporacji i państw próbuje je obchodzić. Po drugie, trudno dziś oszacować jak szybko Rosjanie będą przejadali zgromadzone zasoby. Po trzecie, może tu pojawić się zasadnicza różnica między perspektywą amerykańską i rosyjską. Z perspektywy Waszyngtonu tak głęboki kryzys gospodarczy w każdym kraju musi doprowadzić do upadku rządu. Ale czy w Rosji? Trzeba dobrej znajomości tamtego społeczeństwa, by ocenić dziś na ile odbudowa imperium jest dla nich wystarczającą nagrodą, by z pokorą przyjęli negatywne skutki gospodarcze prowadzonej przez siebie wojny. Po czwarte wreszcie, dla Putina liczy się wyłącznie język siły. Mógłby się cofnąć widząc militarną determinację i siłę Zachodu. Sankcje gospodarcze robią na nim z pewnością dużo mniejsze wrażenie.

Umierająca Ukraina

W tak trudnym położeniu się dziś znaleźliśmy. Całym sercem wspieramy bohaterstwo Ukraińców. Polskie społeczeństwo wykazuje niezwykłą solidarność, czego najlepszym dowodem jest brak, póki co, masowych obozów dla uchodźców. Polacy w tej trudnej chwili zaprosili swoich wschodnich sąsiadów do własnych domów! Nie zmienia to jednak faktu, że jako Europa nie byliśmy militarnie przygotowani na tę wojnę. Nie przygotowaliśmy wystarczająco silnej pięści, którą moglibyśmy wybić Putinowi zęby. Dlatego najbliższe tygodnie zapowiadają się koszmarnie. Na naszych oczach będzie umierała Ukraina. Putin stosując terror będzie zamieniał kolejne miasta w gruzy. Na ekranach naszych smartfonów będą pojawiały się demony z przeszłości. Obrazki z II wojny światowej, które miały na zawsze zniknąć w podręcznikach historii. Jak sobie z tym poradzimy? Jak przeżyjemy własną bezsilność? Trzeba brać się do roboty, bo zegar tyka.
 

FatBantha

sprzedawca niszowych etosów
Członek Załogi
8 861
25 416

44 minuty temu
Kolejne wypowiedzi Władimira Putina oraz przecieki z rozmowy prezydenta Francji Emmanuela Macrona z rosyjskim dyktatorem sprzed kilku dni wskazują na to, że Putin, o ile nie blefuje, dąży do militarnego podboju całej Ukrainy.
  • Władimir Putin okazuje się emanacją najgłębszych rosyjskich instynktów
  • Rosja jest i długo jeszcze będzie państwem zbójeckim
  • Jak głęboka i jak długa powinna być izolacja Rosji? Zazwyczaj pojawiający się argument, że nie można całkowicie jej odcinać, a dialog z czasem zmieni to państwo jest wyrazem naiwności
  • Dla Polski dobrze będzie, by między Zachodem a Rosją zawisła nowa Żelazna Kurtyna. Na długie lata
Rosyjskie wojska umacniają się na południu i wschodzie Ukrainy. Równocześnie jednak postępy Rosjan wokół Kijowa zostały zahamowane, a siły ukraińskie zdołały nawet przeprowadzić kontrofensywę. To daje powody do optymizmu, ale rzecz jasna Rosja nadal dysponuję znaczącą przewagą. Wojna może trwać znacznie dłużej, niż ktokolwiek mógł przypuszczać. Szczególnie że póki co nic nie wskazuje na to, by junta rządząca w Moskwie była gotowa na jakikolwiek kompromis.

Co w przypadku usunięcia Putina?

Można sobie natomiast wyobrazić sytuację, w której w Moskwie dojdzie albo do pałacowego zamachu stanu, albo też do starannie wyreżyserowanej zmiany na kremlowskim tronie.

Gdyby tak się stało, to z dużą dozą prawdopodobieństwa nowym faktycznym lub jedynie formalnym przywódcą Rosji stałby się polityk wywodzący się z obecnej elity władzy, co oznaczałoby, że byłby on tak samo jak Władimir Putin wielkoruskim szowinistą. Zapewne również wywodziłby się z sowieckich lub rosyjskich służb specjalnych. Nowy przywódca niemal na pewno nie różniłby się w żaden zasadniczy sposób od Władimira Putina.

Teoretycznie trudno wyobrazić sobie opcję gorszą niż dalsze rządy obecnego prezydenta Rosji. Z drugiej jednak strony utrzymanie obecnego kursu politycznego Kremla oznacza ugrzęźnięcie Rosji w stagnacji oraz korupcji i tym samym powolne gnicie tego państwa. Putinizm to też rosnący, twardy już autorytaryzm z elementami totalitaryzmu, który utrudnia lub wręcz uniemożliwia rozwój państwa.
Rządy Władimira Putina oznaczają rosnącą paranoję Moskwy, ale zarazem powodują korzystną dla nas, fundamentalną zmianę stosunku Zachodu do Rosji. Putin niezależnie od tragedii Ukrainy stał się bowiem gwarantem antyrosyjskiego kursu Zachodu, przewartościowań w polityce Niemiec oraz wzmocnienia wschodniej flanki NATO.

Zmiana na kremlowskim tronie to tym samym z jednej strony szansa na obniżenie napięcia co jest oczywiście pożądane, ale zarazem ryzyko, że nowy rosyjski przywódca mógłby dokonać pozorowanej wolty politycznej i próbować wrócić do tej polityki, za pomocą której Kreml skutecznie przez ostatnie ćwierć wieku osłabiał Zachód. Pewność, że Zachód nie dałby się nabrać na rosyjską "demokrację" wydaje się przedwczesna, szczególnie że nawet gdyby doszło do zmian na lepsze w Rosji, to nadal byłby to kraj głęboko skażony agresywnym nacjonalizmem.

Elity w mundurach

Dramatycznym wyzwaniem jest fakt, iż zasadnicza część rosyjskiej elity władzy wywodzi się z w sowieckich służb, przy czym ludzie ci nie są zreformowanymi byłymi agentami KGB, a raczej złodziejami i równocześnie agresywnymi szowinistami. Ogromna ich większość mniej lub bardziej otwarcie uprawia kult ludobójców z NKWD.

Świadomość Rosjan co do tego, do jakiego stopnia zdegenerowaną, zbrodniczą i ludobójczą organizacją były sowieckie służby, jest praktycznie żadna. Również i rosyjskie elity polityczne wydają się całkowicie obojętne na pamięć o milionach ofiar, skoro z dumą odwołują się do sowieckich służb.

Oczywiście mający dzisiaj po 60-70 lat najbliżsi współpracownicy Władimira Putina są wychowankami ludzi, którzy w sowieckich służbach dominowali w latach 70. i 80., ale ci z kolei fachu uczyli się już bezpośrednio od katów epoki Stalina.

Powodów do optymizmu nie daje również skład rosyjskiej oligarchii, która, nawet jeżeli nie wywodzi się bezpośrednio ze służb, to ma za sobą niemal zawsze udział czy to w strukturach wprost mafijnych, czy też w najlepszym wypadku quasi — mafijnych z lat 90.

Praktycznie żadnych szans na zmianę oblicza Rosji nie daje rosyjska cerkiew prawosławna, która podobnie jak w czasach sowieckich jest blisko związana nie tylko z nacjonalistyczną ideologią państwową, ale również wprost z rosyjskimi służbami specjalnymi — część hierarchów do po prostu dawni donosiciele KGB.

Z nielicznymi wyjątkami nie można też liczyć na środowiska inteligenckie oraz akademickie, w których opór wobec władz co prawda rośnie, ale które zależą finansowo od rządzących i jedynie z rzadka zdobywają się na odwagę, by sprzeciwić się władzy.

Problemem są Rosjanie, a nie Rosja

Największym być może jednak wyzwaniem w relacjach z Rosją jest to, że szowinizmem skażony jest nie tylko sam Władimir Putin, elity i cerkiew, ale też niestety większość tzw. zwykłych Rosjan. Rosyjskie społeczeństwo i rosyjska kultura są do cna przesiąknięte agresywnym nacjonalizmem, a brak szacunku oraz pogarda dla innych narodów Władimira Putina są w istocie zwierciadłem rosyjskiej duszy.

Moralnym obowiązkiem jest oczywiście pamiętać o tych Rosjanach, którzy wiele już dzisiaj ryzykując, protestują przeciwko wojnie oraz rozumieć przyczyny, z których racji tak wielu wojny nie chcąc, nie znajduje w sobie odwagi, by publicznie przeciwko niej protestować, ale nie zmienia to faktu, że Władimir Putin wie, iż ilekroć rozpętuje wojnę, tylekroć jest za to nagradzany w badaniach opinii publicznej.

Nadzieja w młodzieży

Jeśli istnieją podstawy do jakiejkolwiek nadziei na to, że Rosja stanie się kiedyś państwem, którego nie trzeba będzie się obawiać, to nadzieję tę można pokładać głównie w młodym pokoleniu. Charakterystyczny był choćby fakt, iż list otwarty przeciwko wojnie absolwentów elitarnego Uniwersytetu MGIMO — od dekad kształcącego kadry m.in. dla radzieckiej i rosyjskiej dyplomacji — podpisywali w głównej mierze młodzi ludzie świeżo po studiach lub 30 i 40 latkowie.

Młodsze pokolenie Rosjan wydaje się podchodzić do polityki zagranicznej w sposób dużo już bardziej cywilizowany. Problem polega na tym, że nic nie wskazuje na to, by grupa ta miała mieć większy wpływ na rosyjską politykę. Nie ma też żadnej gwarancji, że pozbawiona dostępu do wolnych mediów młodzież nie ulegnie z czasem reżimowej propagandzie.

Jak długo należy izolować Rosję

Wszystko powyższe powoduje fundamentalne pytanie o to, jak głęboka i jak długa powinna być izolacja Rosji. Zazwyczaj pojawiający się argument, że nie można się całkowicie odcinać od Rosji, a dialog z czasem zmieni Rosję, jest wyrazem naiwności. Jak dotąd, dialog jedynie Rosję zachęcał i ośmielał do agresji. Odcinać się oczywiście całkowicie nie należy, chociażby po to, by móc okazywać pomoc tym np. rosyjskim naukowcom, którzy wyrzucani są za swoje poglądy z uczelni, artystom, którzy tracą angaże i wszystkim innym, którzy postępując etycznie, mogą wkrótce nie mieć z czego żyć. Fakt, iż przeciw wojnie protestuje głównie młoda inteligencja to poza wszystkim również szansa na pozyskanie wartościowych kadr dla choćby polskiej gospodarki.

Nie można jednak też mieć złudzeń. Inaczej niż Niemcy i Japonia, które mogły szybko wyzwolić się z faszyzmu i szowinizmu, gdyż zostały pokonane, Rosja może być rzucona na kolana, ale tylko ekonomicznie. Innymi słowy, przez lata jeszcze będzie państwem niebezpiecznym dla swoich sąsiadów.

Pożytki z Żelaznej Kurtyny

Skoro tak, to dla Polski dobrze będzie, by między Zachodem a Rosją zawisła nowa Żelazna Kurtyna. Na długie lata. Nim bowiem Rosja zostanie przyjęta z powrotem do grona państw cywilizowanych, musi przejść przez czyściec, a ten zawsze musi trwać długo.

Aby tak się stało, Polska musi zadbać o swoją wiarygodność na Zachodzie. Zachód dziś co prawda bowiem przejrzał na oczy i nakłada na Rosję ostre sankcje, a szanse, że Moskwa w dającej się przewidzieć przyszłości będzie na powrót traktowana jako każde inne państwo, wydają się praktycznie bliskie zeru, ale równocześnie Rosję trzeba będzie izolować nie przez miesiące czy też lata, ale być może nawet dziesięciolecia. Utrzymanie jedności Zachodu w takiej perspektywie będzie niemal na pewno wyzwaniem.
 

Sorasil

Well-Known Member
159
480

Ukraina - Rosja
Dzisiaj, 5 marca (09:40)
Pomału dochodzi do nas w jak trudnym położeniu się znaleźliśmy. Z jednej strony Putin, który pozbawił nas złudzeń. W swoim przemówieniu do narodu powiedział wprost, że nie chodzi mu wyłącznie o Ukrainę, ale o odbudowę wpływów rosyjskiego imperium w granicach sprzed 1997 roku. Czyli sprzed wejścia Polski, Czech i Węgier do NATO. Z drugiej strony Amerykanie, którzy bardzo chcieliby wybić Putinowi zęby. Dałoby im to możliwość skupienia całej swojej uwagi na Pacyfiku. Z trzeciej strony Niemcy, które swoją błędną polityką wobec Putina doprowadziły do obecnej sytuacji: Europa nie ma dziś wystarczającego potencjału militarnego, by realnie pomóc Ukrainie, a jednocześnie jest uzależniona energetycznie od Rosji.
Od wielu lat Waszyngton głowi się nad jednym problemem. Jak wyjść z "pułapki jednoczesności"? Groźba wojny na dwa fronty, z Rosją w Europie i Chinami na Pacyfiku, spędza im sen z powiek. Takie konfrontacje w przeszłości rozwalały każde imperium. W tym kontekście wojna w Ukrainie została odebrana przez Amerykanów jako szansa na wyjście z tej pułapki.
Dzień przed rosyjską agresją prestiżowy magazyn "Foreign Affairs" opublikował analizę pod wszystko mówiącym tytułem: "Inwazja Putina może być strategiczną szansą". Bazowe założenie tej analizy mówi o tym, że konfrontacja z Chinami jest nieunikniona. To na Pacyfiku należy skupić uwagę. Jednak nim do niej dojdzie Amerykanie mają jeszcze kilka lat. Według informacji Sekretariatu Obrony USA kolejny istotny "kamień milowy" w rozwoju chińskiej armii przypadnie na 2027 rok. Wówczas będą oni mogli zwiększyć swoją presję na Tajwan. Waszyngton ma zatem kilka lat nim dojdzie do przewidywanej eskalacji. Zegar jednak tyka.
Dlatego analitycy "Foreign Affairs" w ataku Putina widzą otwierające się okno możliwości. "Stany Zjednoczone mają szczęście, że Chiny najprawdopodobniej nie osiągnęły jeszcze pozycji, by wykorzystać kłopotliwe położenie Zachodu i skonfrontować go z kryzysem na dwóch frontach, z którym nie byłby sobie w stanie poradzić. Następnym razem USA mogą nie mieć tyle szczęścia". Konkluzja jest oczywista. Odpuszczenie dziś Ukrainy oznacza, że Putin się nie zatrzyma i za chwilę będzie eskalował konflikty w krajach NATO. A to oznacza jeszcze większą koncentrację wojsk amerykańskich w Europie.
Jedynym wyjściem dla USA jest pomoc Ukrainie. Nie doraźna, ale strategiczna. Nie pozorowana, ale realna, choć bez przekraczania granicy bezpośredniego zaangażowania w konflikt. Broń, wsparcie wywiadu, pomoc humanitarna, presja na inne państwa, sankcje i izolacja Rosji. Putin powinien nie tyle przegrać, co przegrać na tyle dotkliwie ("a defeat so significant"), żeby przemyślał całą swoją dotychczasową politykę zagraniczną. Podobnie jak w 1980 roku wspierano mudżahedinów w walce z Sowietami, co doprowadziło do upadku ZSRR, tak teraz należy wspierać Ukraińców, by Putin zrozumiał, że dalsza ekspansja na Zachód nie ma sensu. I strategicznie zwrócił się w kierunku Wschodu. Wówczas USA będą mogły odpuścić mentalnie Europę i skupić się na Pacyfiku. Tak wygląda najlepszy możliwy scenariusz rozwoju wojny na Ukrainie pisany z perspektywy waszyngtońskich analityków.
I rzeczywiście widać, że ostatnie tygodnie to wzmożona aktywność Amerykanów na wszystkich wymienionych w tekście polach. Łącznie z dzieleniem się informacjami wywiadowczymi “w czasie rzeczywistym", co ostatnio potwierdził Biały Dom. Dzięki temu Ukraińcy na bieżąco otrzymują zdjęcia satelitarne obrazujące ruchy rosyjskich wojsk. Takie bojowe nastawienie wprost wyrażał również prezydent Joe Biden w orędziu do narodu, które wygłosił w Kongresie kilka dni temu. Jego zdaniem Putin bardzo się przeliczył atakując Ukrainę. Odgrażał się, że Ameryka "zada mu ból". Przemówienie zaś zakończył groźnym: "Idźcie po niego!" ("Go get him!"). Adresując te słowa do amerykańskich żołnierzy.
Sceptycyzm każe jednak zapytać: czy takie zaangażowanie Amerykanów wystarczy?

Brak lidera bezpieczeństwa w Europie

Strategiczne skupienie uwagi na Pacyfiku będzie możliwe, gdy w Europie znajdzie się lider bezpieczeństwa. Dla Amerykanów od wielu lat oczywistym kandydatem na takiego lidera są Niemcy. Jednak Berlin jak mógł unikał wzięcia na siebie tej odpowiedzialności. Po części wynikało to z historycznej traumy II wojny światowej. Powojenne Niemcy dalej chcą być potęgą, ale wyłącznie gospodarczą i polityczną, bez silnej Bundeswehry. Po części, wynikało to również z kalkulacji Berlina. Po co wydawać dużo na armię, skoro i tak chronią nas Amerykanie? A my możemy pragmatycznie handlować gazem z Rosją, stając się hubem ich gazu w UE oraz przenosić nasze fabryki do Chin, bo to redukuje koszty naszych firm. Od wielu lat Berlin był za Oceanem atakowany za tak kunktatorską politykę. Oficjalnie nazywano to "polityką wielowektorową". A w kuluarach strategią "pasażera na gapę".
Atak Putina na Ukrainę wiele zmienił. Najpierw niemiecka prasa w sposób bezprecedensowy zaatakowała swój rząd. Było to o tyle niespotykane, że w kulturze politycznej naszych zachodnich sąsiadów lojalność dziennikarzy wobec aktualnie rządzących jest przyjętą praktyką. Potem dało się zaobserwować coś na kształt szoku społecznego związanego z oczywistą hipokryzją całej klasy politycznej. Dla powojennych Niemiec odcięcie się od dziedzictwa faszyzmu buduje ich współczesny kapitał moralny. A tu nagle okazało się, że przez całą epokę rządów kanclerzy Gerharda Schrodera i Angeli Merkel ich państwo tworzyło strategiczny sojusz z Putinem, którego prasa światowa nazywa dziś Hitlerem XXI wieku. Proeuropejskie "Politico" zaczęło publikować analizy, że to miliardy euro płynące z Niemiec w zamian za rosyjski gaz pozwoliły zbudować armię, która dziś niszczy ukraińskie miasta. Ten szok widać na liczbach. W ciągu tygodnia liczba Niemców opowiadających się za dostarczaniem broni Ukrainie wzrosła o 41 punktów procentowych.
Wreszcie, poza presją społeczną, medialną i tą wywieraną przez Amerykanów, Berlin musiał zmierzyć się także z ryzykiem utraty autorytetu w Europie Środkowej i Skandynawii. W pierwszych 72 godzinach konfliktu dla wszystkich stała się oczywista różnica między wrażliwością tego najważniejszego kraju Unii, a percepcją państw takich jak Polska, Litwa, Łotwa, Estonia, ale również Finlandia i Szwecja czy Rumunia i Bułgaria. Internetowym memem stało się 5 tysięcy hełmów wysłanych przez Berlin walczącym w Kijowie, gdy w tym samym czasie neutralna zazwyczaj Szwecja zadeklarowała przekazanie 5 tysięcy śmiercionośnych granatników. Sobotnie przemówienie premiera Mateusza Morawieckiego, który przyjechał "wstrząsnąć sumieniem Niemiec", było mocnym akordem kończącym ten proces uświadamiania sobie przez Berlin nowej sytuacji.
Następnego dnia kanclerz Olaf Scholz w trakcie przemówienia w Bundestagu wyrzucił do kosza dziedzictwo swoich dwóch poprzedników. Zadeklarował chęć uniezależnienia się od rosyjskiego gazu. W obszarze bezpieczeństwa Niemcy zgodziły się przyjąć na siebie rolę lidera Europy. Od zaraz ma być uruchomiony fundusz 100 miliardów euro na odnowę niemieckich sił zbrojnych. Co roku ma być przekazywane na ten cel dalsze 2 proc. PKB. Scholz zadeklarował również zakup nowych samolotów umożliwiających przenoszenie amerykańskiej broni jądrowej. Zgodził się także na przekazanie Ukrainie broni. A skoro Berlin przeszedł nagłą metamorfozę, to w analogiczny sposób zmieniła się również Bruksela. Pierwszy raz w swojej historii sfinansuje ona zakup i dostawę broni do zaatakowanego kraju. Parlament Europejski przyjął również wniosek Ukrainy, by ten kraj wstąpił do Unii.
Powinniśmy się cieszyć ze zmiany myślenia w Berlinie. Możemy mieć satysfakcję, że Polska w tym procesie odegrała pozytywną rolę. W ciągu kilku dni "stara Unia" z obojętności przeszła do jednoznacznego opowiedzenia się po stronie Kijowa. Jednocześnie nie możemy ulec złudzeniu, że jakikolwiek polityk, nawet kanclerz potężnych Niemiec, może jednym przemówieniem zmienić rzeczywistość. To wymaga czasu, a Kijów tego czasu nie ma. Patrząc realnie: Europa nie jest dziś gotowa, by z dnia na dzień odciąć się od rosyjskiego gazu. Ani militarnie zaangażować się na Ukrainie. I to jest cały tragizm obecnej sytuacji. Boleśnie odczuwamy skutki złej dla Europy Środkowo-Wschodniej polityki Niemiec wobec Rosji prowadzonej w ostatnich dwóch dekadach.

Gospodarcze przyduszanie

Wróćmy jednak do Amerykanów. Wydaje się, że dostarczanie broni Ukrainie oraz zmuszenie UE do jednoznacznego opowiedzenia się po jej stronie, to tylko połowa ich planu. Druga połowa dotyczy zduszenia gospodarki Rosji.
Pierwszym celem jest "zatopienie rubla". Wprowadzone sankcje gospodarcze stworzyły taką presję na inwestorach zagranicznych, że ci z dnia na dzień pozbywają się wszystkich rosyjskich aktywów. Na parkiecie w Londynie akcje największych rosyjskich spółek idą w dół o ok. 50-70 proc. Przed atakiem za dolara płacono 82 ruble. Kilka dni po ataku wycena wynosiła nawet 150-170 rubli za dolara. A jeszcze kilka lat temu, przed aneksją Krymu, było to raptem 30 rubli za dolara. W gospodarce uzależnionej od kupowania towarów z zagranicy oznacza to gigantyczną inflację. Za moment zwykły mieszkaniec Moskwy kupując pralkę, buty czy odzież będzie musiał płacić dwa razy więcej, niż kilka tygodni temu.
Rosja oczywiście się broni. Od ośmiu lat budżet rosyjski kumulował nadwyżkę, co pozwoliło Putinowi zgromadzić 635 mld dolarów rezerw walutowych. Te rezerwy były gromadzone właśnie po to, by w momencie wojny, wyprzedając waluty obce i skupując rubla, walczyć o jego utrzymanie “na powierzchni". Poduszka finansowa robi wrażenie. Gdyby uruchomić te środki, można sfinansować import przez 20 miesięcy! I na to jednak Amerykanie znaleźli sposób. Większość tej poduszki finansowej Rosjanie zgromadzili w obligacjach innych krajów, na kontach Międzynarodowego Funduszu Walutowego czy zachodnich banków komercyjnych. Sankcje zamroziły te pieniądze. Dzięki temu szacuje się, że Putin ma dziś do dyspozycji "tylko" 133 mld ze zgromadzonych 635 mld dolarów.
Drugim wyraźnym celem jest uderzenie w oszczędności obywateli rosyjskich. Poza inflacją, najbardziej odczuliby konsekwencje tej wojny tracąc zgromadzone w bankach oszczędności. Nie jest zatem przypadkiem, że Europejski Bank Centralny wypuścił mało dyplomatyczny komunikat. "Sberbank Europe i jego spółki zależne doświadczyły znacznych odpływów depozytów. Doprowadziło to do pogorszenia jego sytuacji płynnościowej. I nie ma dostępnych środków, które dawałyby realną szansę na przywrócenie ich pozycji". Mówiąc wprost: Sberbank Europe musi upaść. Nie ma się co dziwić, że wywołało to panikę w całej Rosji, co skutkowało masowym podejmowaniem oszczędności, a to jeszcze bardziej nakręcało problem. Sberbank dla Rosjan jest tym, czym dla nas PKO Bank Polski. Jego upadek mógłby doprowadzić do upadku całego sektora bankowego w Rosji. Podobnie agresywne działania wymierzone są nie tylko w zwykłych obywateli, ale także oligarchów. Pojawiają się już pierwsze przypadki zajmowania ich majątków zgromadzonych na Zachodzie.
Trzecim bolesnym uderzeniem ma być odcięcie Rosji od technologii i inwestycji, żeby cofnąć ten kraj o dwie dekady. Kolejne międzynarodowe korporacje wycofują się z Rosji (m.in. Volkswagen i Mercedes-Benz ogłosiły, że nie chcą produkować, ani sprzedawać pojazdów). BP wyprzedaje 20 proc. akcji Rosnieftu, co dla Rosjan oznacza brak dostępu do brytyjskiej technologii wydobycia i przetwórstwa ropy naftowej. Microsoft przestaje sprzedawać usługi i towary do tego kraju, co może być dużym problemem dla większości obywateli, bo używają oni systemu Windows. Centralny Bank Rosji ogłosił z kolei, że podnosi stopy procentowe do 20 proc. To oznacza ekstremalnie drogie kredyty, czyli wychładzanie nowych inwestycji wewnętrznych. Nie ma się co dziwić, że JPMorgan ogłosił po kilku dniach od wprowadzenia sankcji, że rosyjska gospodarka skurczy się w II kwartale o 35 proc.
Kalkulacja Amerykanów wydaje się tu być oczywista. Zakłada, że przewlekła recesja może doprowadzić do wewnętrznej delegitymizacji władzy Putina, zarówno wśród oligarchów, jak i zwykłych obywateli. Wszak miał on być antytezą biedy i chaosu lat 90. charakterystycznych dla epoki Jelcyna. Tymczasem sam może doprowadzić Rosję do głębokiego kryzysu. I tu jednak można mieć pewne wątpliwości. Po pierwsze, żeby gospodarcze sankcje przyniosły efekt muszą być szczelne i długotrwałe. Tymczasem od początku widzimy, że wiele zachodnich korporacji i państw próbuje je obchodzić. Po drugie, trudno dziś oszacować jak szybko Rosjanie będą przejadali zgromadzone zasoby. Po trzecie, może tu pojawić się zasadnicza różnica między perspektywą amerykańską i rosyjską. Z perspektywy Waszyngtonu tak głęboki kryzys gospodarczy w każdym kraju musi doprowadzić do upadku rządu. Ale czy w Rosji? Trzeba dobrej znajomości tamtego społeczeństwa, by ocenić dziś na ile odbudowa imperium jest dla nich wystarczającą nagrodą, by z pokorą przyjęli negatywne skutki gospodarcze prowadzonej przez siebie wojny. Po czwarte wreszcie, dla Putina liczy się wyłącznie język siły. Mógłby się cofnąć widząc militarną determinację i siłę Zachodu. Sankcje gospodarcze robią na nim z pewnością dużo mniejsze wrażenie.

Umierająca Ukraina

W tak trudnym położeniu się dziś znaleźliśmy. Całym sercem wspieramy bohaterstwo Ukraińców. Polskie społeczeństwo wykazuje niezwykłą solidarność, czego najlepszym dowodem jest brak, póki co, masowych obozów dla uchodźców. Polacy w tej trudnej chwili zaprosili swoich wschodnich sąsiadów do własnych domów! Nie zmienia to jednak faktu, że jako Europa nie byliśmy militarnie przygotowani na tę wojnę. Nie przygotowaliśmy wystarczająco silnej pięści, którą moglibyśmy wybić Putinowi zęby. Dlatego najbliższe tygodnie zapowiadają się koszmarnie. Na naszych oczach będzie umierała Ukraina. Putin stosując terror będzie zamieniał kolejne miasta w gruzy. Na ekranach naszych smartfonów będą pojawiały się demony z przeszłości. Obrazki z II wojny światowej, które miały na zawsze zniknąć w podręcznikach historii. Jak sobie z tym poradzimy? Jak przeżyjemy własną bezsilność? Trzeba brać się do roboty, bo zegar tyka.
Bardzo dobry artykuł, zacząłem pisać jakiś czas temu dłuższy post w temacie III wojny światowej, ale kwestii było tak wiele, że go jeszcze nie ukończyłem. Ten tekst porusza wiele rzeczy, na które sam miałem zwrócić uwagę. Szkoda tylko, że przy polityce europejskiej skupia się tylko na Niemcach w zasadzie, bo bardzo ciekawe jest również to, co zrobiły kolejne polskie rządy przez te wszystkie lata, a to my jesteśmy głównie zagrożeni, nie Niemcy.
 

FatBantha

sprzedawca niszowych etosów
Członek Załogi
8 861
25 416

10 minut temu
The Moscow Times
Większość ekspertów, zarówno w Rosji, jak i za granicą, uważała, że jest bardzo mało prawdopodobne, by Rosja rozpoczęła operację wojskową na pełną skalę w Ukrainie. Zarzuty, że Moskwa przygotowuje się do czegoś takiego, były wyśmiewane i określane jako kolejna rusofobiczna kampania radykałów. Jednak 24 lutego okazało się, że to rusofobi mieli rację, a to, co twierdziło wielu analityków, niezależnie od tego, po której stronie barykady się znajdowali, okazało się błędne. Jak mogło do tego dojść?
  • Rosyjscy analitycy w zdecydowanej większości byli przekonani, że Rosja nie zdecyduje się na wojnę z Ukrainą
  • Działo się tak, bo analitycy dobrze ocenili konsekwencje wojny i nie wierzyli w związku z tym, że Kreml może być gotowy je ponieść
  • Jeden z czołowych analityków rosyjskich twierdzi w poniższym tekście, że Rosja nie będzie w stanie podbić Ukrainy, a konsekwencje dla Moskwy w wymiarze międzynarodowym będą katastrofalne
  • Tekst publikujemy dzięki uprzejmości serwisu The Moscow Times
Od redakcji Onetu:
To jest tekst niezwykły. Iwan Timofiejew, bardzo znany rosyjski analityk spraw międzynarodowych, autor ponad 30 książek i uczestnik najważniejszych międzynarodowych konferencji na temat bezpieczeństwa, dyrektor programowy związanej z rosyjskim MSZ-em Rady Spraw Zagranicznych oraz profesor Uniwersytetu MGiMO, kuźni rosyjskich kadr dyplomatycznych, opisuje w poniższym tekście swój szok przebiegiem wojny w Ukrainie i analizuje konsekwencje, jakie Rosja za to ponosi i poniesie. Tekst jest bardzo ważny, bo pokazuje starannie maskowany, ale jednak wyraźny rozdźwięk pomiędzy Kremlem i rosyjskimi elitami politycznymi po trzech tygodniach rosyjskiej katastrofy wojskowej w Ukrainie.
Pozostawiliśmy w tekście użyte przez autora sformułowanie "operacja specjalna" zamiast po prostu wojny czy inwazji. Pokazuje to bowiem, jak bardzo orwellowski stał się język debaty publicznej w Rosji. Autor nie ryzykuje używania słów "wojna" czy "inwazja", bo nie chce narazić się na aresztowanie i wyrok więzienia do 15 lat, jaki grozi mu za to według wprowadzonych właśnie w życie zmian w rosyjskim kodeksie karnym.
Cóż, eksperci byli wyraźnie świadomi konsekwencji, jakie może przynieść taki konflikt. Mylili się w tym, czy Rosja zdecyduje się na taki krok — ale mieli rację w ocenie konsekwencji decyzji o wojnie.
Jeszcze przed rozpoczęciem operacji specjalnej było jasne, że przyniesie ona ogromne szkody zarówno Ukrainie, jak i Rosji. Analitycy przyjęli za pewnik, że zrozumienie ogromu tych szkód będzie wystarczająco dobrym argumentem, by udaremnić jakąkolwiek wojnę. Jednak, choć analitycy polityczni mieli rację, oceniając rozmiar możliwych konsekwencji, źle ocenili postawy decydentów.
Popełniliśmy błąd, choć nie popełniliśmy błędu.
Weźmy na przykład prognozę, którą sam sporządziłem 25 listopada 2021 r., czyli trzy miesiące przed rozpoczęciem operacji specjalnej Rosji. Istniały wyraźne przesłanki do podjęcia takiej decyzji, w tym: doświadczenie Rosji w stosowaniu siły, po raz pierwszy w 2008 r.; raczej bezbolesne konsekwencje tych działań; rosnące niezadowolenie ze status quo wynikającego z porozumień mińskich; oraz obawy, że to tylko kwestia czasu, zanim na ukraińskiej ziemi pojawi się infrastruktura wojskowa państw zachodnich.
Mimo to wydawało się nieprawdopodobne, by Rosja uciekła się do użycia siły, nawet po tym, jak Moskwa oficjalnie uznała Ługańską i Doniecką Republiki Ludowe. W artykule opublikowanym 25 listopada przedstawiłem siedem prawdopodobnych implikacji, jakie może mieć decyzja o użyciu siły. Wszystkie z nich stały się rzeczywistością w mniejszym lub większym stopniu.

Implikacja 1. Przedłużający się konflikt

Armia rosyjska zadała ogromne straty Siłom Zbrojnym Ukrainy (AFU). AFU jest jednak skoncentrowana w dużych miastach, a wkroczenie do nich wiązałoby się ze znacznymi stratami wojskowymi i cywilnymi. W środowisku miejskim przewaga technologiczna i powietrzna Rosji jest zneutralizowana.
Jest oczywiste, że ukraińskie dowództwo otrząsnęło się już z szoku, jaki wywołało kilka pierwszych dni operacji, a jakiekolwiek negocjacje dadzą wytchnienie siłom zbrojnym tego kraju. Rosja stoi więc przed trudnym wyborem: 1) usiąść do stołu negocjacyjnego, wiedząc, że da to przeciwnikowi tak bardzo potrzebne wytchnienie; albo 2) kontynuować działania wojskowe, które mogą wiązać się z walkami w miastach, a co za tym idzie — z większymi stratami.

Implikacja 2. Zachód jednoczy się wokół sprawy pomocy Ukrainie

Obecnie Zachód wyklucza możliwość konfrontacji zbrojnej, ale nadal będzie udzielał Ukrainie znacznego wsparcia finansowego i wojskowego. Wojska rosyjskie nie kontrolują zachodniej granicy Ukrainy, co oznacza, że technicznie możliwe jest dostarczanie broni i sprzętu wojskowego. Broń ta może obejmować modele radzieckie z krajów należących kiedyś do Układu Warszawskiego — broń ta jest mniej lub bardziej kompatybilna ze sprzętem ukraińskim — a także broń zachodnią, która nie wymaga dużego przeszkolenia (mogą to być przenośne systemy obrony powietrznej i przeciwpancerne kompleksy rakietowe).
Szeregi AFU mogą zostać uzupełnione przez ochotników z zagranicy. Odpoczynek dałby Ukrainie czas na remilitaryzację, a kontynuowanie operacji specjalnej przyniosłoby ten sam efekt, opóźniając jej ostateczny sukces i zwiększając straty.

Implikacja 3. Izolacja dyplomatyczna Rosji

Działania Moskwy są jednoznacznie określane jako akt agresji przeciwko suwerennemu narodowi. Stanowisko Zachodu w tej sprawie jest jednoznaczne i skonsolidowane. Kraje niezachodnie podążają za nim lub powstrzymują się od komentowania sytuacji.
Niewiele z nich jest skłonnych wyrazić swoje poparcie dla Rosji — uczynienie tego w żaden sposób nie zmieniłoby globalnej narracji o "rosyjskiej agresji". Kraje te albo same są odizolowane, albo pozostają krytycznie zależne od Rosji. Światowa opinia publiczna, a także media, są po stronie Kijowa. I nie mówimy tu wyłącznie o krajach zachodnich.

Implikacja 4. Bezprecedensowe sankcje wobec Rosji

Wszystkie brawurowe wypowiedzi na temat sankcji i twierdzenia, że nie mają one prawie żadnego wpływu na kraj, są niezgodne z rzeczywistością. Cios ekonomiczny był szybki i niszczący — inaczej niż na przykład w przypadku Iranu, gdzie środki restrykcyjne były wprowadzane stopniowo przez pewien okres. Celem jest zdestabilizowanie gospodarki tak szybko, jak to możliwe.
W ciągu ostatnich kilku lat ekonomicznemu skrzydłu rządu udało się stworzyć suwerenną infrastrukturę finansową, która jest odporna na zewnętrzne wstrząsy. Przynajmniej nie doszło do upadku bankowości elektronicznej, a Bank Centralny kontroluje sytuację dzięki płynności. Jednak konsekwencje sankcji będą poważne, zarówno w krótkim, jak i w długim okresie, i mogą obejmować inflację, wzrost cen importu, możliwe przerwy w imporcie towarów i rosnące bezrobocie.
W perspektywie średnio- i długoterminowej Rosja może zostać wyparta ze światowych rynków surowców, broni i żywności. Może to być długotrwały proces, a ci, którzy go zainicjowali, będą musieli zapłacić wysoką cenę.
W każdym razie polityka pochłonęła teraz wszelką racjonalność ekonomiczną. Przeciwnicy Rosji są szczęśliwi wykluczając ją z łańcuchów dostaw, nawet jeśli oznacza to poniesienie strat finansowych. Innym problemem jest to, że zagraniczne firmy bojkotują Rosję i rosyjskie produkty lub zawieszają transakcje z tym krajem. Co więcej, wiele zachodnich i niezachodnich firm musi przestrzegać wymogów amerykańskich sankcji, nawet jeśli nie działają w jurysdykcji USA.

Implikacja 5. Nie wiadomo, czy Rosja w ogóle może wygrać

Nadal trudno powiedzieć, czy siły rosyjskie będą w stanie ustanowić kontrolę nad terytorium Ukrainy, nawet jeśli duża część AFU zostanie pokonana. W rzeczywistości obecna sytuacja sugeruje, jak bardzo skomplikowana jest sytuacja.
Otaczanie miast jest równoznaczne z wywoływaniem kryzysów humanitarnych, ponieważ szturmowanie ich przyniosłoby jeszcze więcej ofiar wśród ludności cywilnej. Ustanowienie kontroli na tych terenach będzie trudne, nawet jeśli Kijów się podda, co staje się coraz mniej prawdopodobne. Utrzymanie w ryzach dużego kraju, którego ludność jest w większości wrogo nastawiona, jest niewiarygodnie trudnym zadaniem.

Implikacja 6. Zjednoczone społeczeństwo

Wydaje się, że społeczeństwo ukraińskie jednoczy się w walce z Rosją, niezależnie od różnic regionalnych. Podczas gdy radykalny nacjonalizm i rusofobia były kiedyś w Ukrainie poglądami skrajnymi, teraz stają się zakorzenione w tożsamości narodowej kraju.
Straty cywilne również sprzyjają temu procesowi. Zwykli Ukraińcy aktywnie angażują się w ruch oporu, zdobywając broń i amunicję. Uzbrojeni cywile mogą odegrać decydującą rolę w walkach miejskich, jak pokazał przypadek syryjskiego Aleppo i podobnych starć. Bez względu na to, jak zakończy się rosyjska operacja specjalna, ukraińskie społeczeństwo jeszcze przez dziesiątki lat będzie postrzegać Rosję jako wroga.

Implikacja 7. Działania w Ukrainie ujawniły podziały w samej Rosji

Społeczeństwo jest podzielone na dwa obozy — tych, którzy sprzeciwiają się operacji specjalnej i tych, którzy ją popierają. Ci pierwsi protestują przeciwko działaniom Rosji, czując poczucie beznadziei i próbując zaprzeczyć temu, co się dzieje. Nie mamy jednak obecnie żadnych wiarygodnych danych socjologicznych na temat rzeczywistego poziomu zaniepokojenia wśród rosyjskiej ludności ani stosunku liczby osób popierających operację specjalną do liczby osób, które są jej przeciwne.
Zwykłe ankiety są tu mało przydatne, ponieważ musimy zrozumieć, co kryje się za odpowiedziami ludzi. Tu właśnie przydają się wywiady pogłębione i grupy fokusowe. Nie da się jednak ukryć, że ludzie w Rosji są głęboko zaniepokojeni tym, co się dzieje. Z drugiej strony pojawiają się wezwania do usunięcia "zdrajców". Jest to bardzo niebezpieczne, ponieważ może prowadzić do niekontrolowanego "polowania na czarownice" — lub, w skrajnych przypadkach, do pokazowych procesów.
Wszystko to raczej nie sprzyja spójności społecznej. Tym bardziej że — jak uczy nas historia — ci, którzy denuncjują tak zwanych "zdrajców", sami stają się później ofiarami czujnej sprawiedliwości. Społeczeństwo może stać się jeszcze bardziej podzielone, ponieważ zaczynają być odczuwalne ekonomiczne konsekwencje restrykcji nałożonych na Rosję. Historycznie rzecz biorąc, to niechronione grupy społeczne i klasa średnia cierpiały z powodu sankcji - a nie oligarchowie czy władza.
Konsekwencje potencjalnego konfliktu, które przewidziałem trzy miesiące temu, można teraz uzupełnić o kolejne dwa punkty.

Refleksja 1. Znaczne zwiększenie obecności NATO w Europie Wschodniej

Z kilkoma państwami zachodnimi blokującymi przestrzeń powietrzną, Obwód Kaliningradzki może zostać skutecznie odizolowany od reszty Rosji.
NATO unika obecnie aktywnego zaangażowania się w kryzys. Jednak napięcia między Rosją a NATO będą rosły bez względu na wszystko, włączając w to kwestie związane ze strategicznym odstraszaniem. Rośnie zagrożenie incydentami i eskalacją do pełnoprawnego konfliktu zbrojnego z NATO, choć żadna ze stron tego nie chce.
Rozwój wydarzeń doprowadzi do radykalnej militaryzacji Europy Wschodniej. Rosja zostanie wciągnięta w kolejny niezwykle kosztowny wyścig zbrojeń. Jeśli chodzi o Zachód, możemy się spodziewać znacznego zwiększenia wydatków na obronę, rozpoczęcia modernizacji sił zbrojnych i podjęcia innych decyzji, które wcześniej były odkładane.
Inną konsekwencją może być remilitaryzacja Niemiec, które przezwyciężą swoją powojenną niechęć do prowadzenia aktywnej polityki wojskowej, co oznaczałoby powstanie w pobliżu granicy z Rosją potęgi militarnej, która zostanie nakierowana na powstrzymywanie Moskwy. Pojawić się może armia UE, która byłaby nakierowana na walkę z Rosją.

Myśl dodatkowa 2. Prześladowanie Rosjan za granicą

Ostatnie wydarzenia zrodziły wysoki poziom agresji, która będzie się odbijać na zwykłych Rosjanach — tylko dlatego, że są Rosjanami.

Podsumowanie

Co Rosja osiągnęła dzięki kampanii w Ukrainie? Może odsunąć w czasie kwestię formalnego przystąpienia Ukrainy do NATO. Stanie się tak jednak za cenę całkowitej militaryzacji Ukrainy przeciwko Rosji. Skala militarnej rozbudowy NATO na zachodnich granicach Rosji prawdopodobnie zdewaluuje wszelką kontrolę, jaką Rosja będzie w stanie uzyskać nad Ukrainą. Z tymi konsekwencjami będziemy się zmagać przez kolejne dziesięciolecia.
Być może jednym z osiągnięć operacji specjalnej jest usunięcie bezpośredniego zagrożenia militarnego dla Doniecka i Ługańska, które przez ostatnie osiem lat znajdowały się na linii frontu, ponosząc straty wśród ludności cywilnej. Odbyło się to jednak za cenę śmierci wielu zwykłych Ukraińców i kolosalnych zniszczeń w infrastrukturze kraju.
Co więcej, Moskwie nie uda się odeprzeć zarzutów, że konflikt [w Donbasie] rozpoczął się przy jej jawnym lub ukrytym wsparciu. Oznacza to, że operacja specjalna bardzo utrudni, a nawet uniemożliwi Moskwie zrzucenie winy za trwający osiem lat konflikt na ukraińskich nacjonalistów i Kijów.
Koszty operacji specjalnej znacznie przewyższają jej korzyści, co leży u podstaw mojej ponurej oceny obecnego scenariusza. Moja pierwotna prognoza była błędna. Nie pomyliłem się jednak w rozumieniu konsekwencji decyzji Kremla.
Źródło: The Moscow Times
Data utworzenia: 17 marca 2022 17:43
 

ckl78

Well-Known Member
1 210
1 507
Związany z władzą Ośrodek Badań (WCIOM) w Rosji podaje, że 2/3 Rosjan popiera Putina. Poparcie wzrosło po agresji na Ukrainę.
Większość przeciwników wojny to mieszkańcy dużych miast.

Ale jaka jest prawda moim zdaniem nie dowiemy się nigdy.
 

FatBantha

sprzedawca niszowych etosów
Członek Załogi
8 861
25 416

date.png
10 marca 2022 Polityka współczesna
Wersja PDF
Wywiad z doktorem Michałem Stępniem z Katedry Prawa Międzynarodowego i Europejskiego Uniwersytetu Wrocławskiego
W sytuacji obecnej agresji Federacji Rosyjskiej na Ukrainę zaskakująca jest bezprecedensowa reakcja niemalże całego zachodniego świata. Mimo wszystko w niedalekiej przeszłości mieliśmy już spory o ziemię w naszym regionie w związku z działaniami Rosji np. kwestię Krymu w 2014 czy Gruzji w 2008 r. – co jest wobec tego szczególnego w obecnej sytuacji, co odróżnia ją od poprzednich?
We wszystkich tych przypadkach mieliśmy do czynienia z naruszeniem przez Rosję integralności terytorialnej Ukrainy i Gruzji. Jednak skala agresji zbrojnej dokonanej przez Rosję przy udziale Białorusi wobec Ukrainy od 24 lutego 2022 r. i związany z tym rozmiar zbrodni przeciwko ludzkości, jakich dopuszcza się armia rosyjska, spowodował, że stosowana wcześniej argumentacja Rosji zakładająca, że chodzi o obronę mniejszości rosyjskiej żyjącej na Ukrainie i w Gruzji, całkowicie nie przystaje do sytuacji faktycznej, której świadkiem jest wspólnota międzynarodowa. W przypadku zajęcia Krymu siły zbrojne Rosji udawały, że nie są siłami zbrojnymi Rosji. To, jakie to były siły zbrojne, jest dziś całkowicie bezsporne, zatem owa „sztuczka” nie jest znacząca z prawnego punktu widzenia. W przypadku działań zbrojnych podjętych 24 lutego 2022 r. to, jakie siły zbrojne prowadzą działania zbrojne przeciwko Ukrainie, zostało oficjalnie ogłoszone przez władze rosyjskie.
Jakie fundamenty prawa międzynarodowego naruszyła Rosja, najeżdżając państwo ukraińskie? Dlaczego te fundamenty uznaje się w prawie międzynarodowym za ważne?
Mamy przede wszystkim do czynienia z dopuszczeniem się przez Rosję naruszenia integralności terytorialnej Ukrainy. Podkreślić należy, że uzasadnienie prowadzonej przez Rosję wojny napastniczej stale się zmienia – po części są to resentymenty historyczne. Nie powinno nas to jednak dziwić w przypadku państwa, które zdaje się być nieustanną ekranizacją „Roku 1984”. W dodatku prowadzona przez Rosję napaść zbrojna wiąże się z popełnianiem przez jej siły zbrojne licznych zbrodni wojennych oraz zbrodni przeciwko ludzkości.
Integralność terytorialna państw stanowi obecnie jeden z fundamentów funkcjonowania wspólnoty międzynarodowej wyrażony w art. 2 Karty Narodów Zjednoczonych (NZ). Zasada integralności państw połączona z zasadą pokojowego rozstrzygania sporów międzynarodowych powoduje, że forum dla rozwiązywania sporów terytorialnych powinny być sale sądowe sądów międzynarodowych. Pokój uznać należy za wartość kluczową dla prawa międzynarodowego – od ponad 90 lat zawojowanie terytorium nie stanowi ważnego tytułu prawnego nabycia terytorium. W systemie Narodów Zjednoczonych funkcjonuje Międzynarodowy Trybunał Sprawiedliwości (MTS) i nie było żadnych przeszkód, aby z tej możliwości skorzystać. Dla przykładu mogę powiedzieć, że w latach 2004-2009 Rumunia i Ukraina wiodły spór sądowy, właśnie przed MTS, dotyczący granicy morskiej.
Przedmiotem tego sporu były wody znajdujące się na wschód od sławnej już Wyspy Węży. Inną zasadą z naruszeniem, której mamy tu do czynienia to zasada suwerennej równości państw. Rosja wyraża pogląd, że przysługuje jej rzekomo prawo decydowania o tym, do jakich umów i organizacji międzynarodowych mogą przystępować sąsiadujące z nią państwa. Pogląd ten nie znajduje żadnych podstaw w obowiązującym prawie międzynarodowym. Równie dobrze Polska mogłaby zajmować stanowisko, że Rosja nie powinna być członkiem-założycielem Euroazjatyckiej Unii Gospodarczej. Rosja podnosi również kwestię zmiany rządów w 2014 r. podczas Majdanu. Uzasadniana tak zbrojna próba zmiany rządu Ukrainy przez siły zbrojne Rosji stanowić będzie ingerencję w sprawy wewnętrzne innego państwa, która również nie jest dopuszczalna na gruncie prawa międzynarodowego.
Jak można oceniać obecną sytuację Ukrainy na tle Memorandum Budapeszteńskiego? Czy Ukraina miała jakieś mechanizmy jego egzekwowania czy raczej była naiwna je podpisując?
Wojna napastnicza prowadzona przez Rosję przeciwko Ukrainie stanowi bezsprzecznie naruszenie zobowiązań wyrażonych w Memorandum Budapesztańskim. Przeważa pogląd, że Memorandum Budapesztańskie nie było umową międzynarodową – wskazywać na mają na to sformułowania zawarte w treści Memorandum. W takim przypadku Memorandum miałoby stanowić umowę-porozumienie wyłącznie o charakterze politycznym, ale już nie prawnomiędzynarodowym. Można też spotkać się ze stanowiskiem wedle którego kategoria umów politycznych stanowi oksymoron, bo porozumienie między państwami z definicji stanowi umowę międzynarodową – w przeciwnym razie żadna umowa międzynarodowa z założenia nie mogłaby obowiązywać , gdyż strony (i to wszystkie) musiałyby każdorazowo potwierdzić jej moc obowiązującą. Jednak prawnicy zajmujący się prawem międzynarodowych są podzieleni w stosunku do zagadnienia umów politycznych. Mogę powiedzieć, że bliższe mi jest drugie stanowisko, a więc uważam, że Memorandum stanowiło umowę międzynarodową. Jednak to jakie zobowiązania dla państw-sygnatariuszy wynikały z Memorandum można również ustalić w oderwaniu od problematycznej kategorii umów politycznych i rozważań czy Memorandum stanowiło umowę międzynarodową czy też nie. Po pierwsze, Memorandum, w części która zakłada poszanowanie integralności terytorialnej Ukrainy, można traktować jako kolektywny akt jednostronny. Konstatacja że Memorandum nie stanowi umowy międzynarodowej nie wyklucza uznania tej części za wiążący kolektywny akt jednostronny. Po drugie, naruszenie wspomnianej części memorandum, tj.zbrojna agresja napastnicza stanowi naruszenie Karty NZ. Zatem argumentacja, że Memorandum nie było wiążące i jako takie jest pozbawione mocy obowiązującej nie odnosi do tego, że część dotycząca integralności terytorialnej Ukrainy była po prostu odesłaniem do Karty NZ, a ta przecież obowiązuje. Rosja dopuszczając się agresji zbrojnej przeciwko Ukrainie, łamie szereg umów międzynarodowych, zatem nawet gdyby Memorandum Budapesztańskie było umową międzynarodową, to nic by to zmieniło.
Jedynym mechanizmem jaki można zastosować wobec państwa łamiącego w takim stopniu jak Rosja prawo międzynarodowe są właśnie sankcje kolektywne podjęte przez znaczną część wspólnoty międzynarodowej. W prawie międzynarodowym sankcja nie ma charakteru zinstytucjonalizowanego jak w prawie krajowym – nie ma czegoś takiego jak policja dla państw. Nie nazwałbym podpisania Memorandum przez Ukrainę naiwnym. Ostatecznie Rosja dopuszcza się rażących naruszeń postanowień Karty Narodów Zjednoczonych oraz norm prawa humanitarnego – ale czy to pozwala uznać za naiwne większość państw członkowskich Narodów Zjednoczonych?
Otrzymujemy informacje o stosowaniu przez stronę rosyjską „nielegalnej” amunicji i atakowaniu celów niemilitarnych. O co chodzi z tą „nielegalnością” i co na ten temat mówi prawo międzynarodowe?
Z przekazów nam dostępnych wynika, że Rosja używa broni kasetowej oraz bomb próżniowych. W przypadku broni kasetowej jej użycie jest dopuszczalne w tym przypadku. Zakaz jej używania ustanowiony jest na podstawie Konwencji o zakazie użycia amunicji kasetowej, jednak ani Rosja ani Ukraina nie są stronami tej konwencji, a zakaz użycia nie jest uważany za normę zwyczajową ponieważ wiele państw nadal tę broń stosuje. Jeśli zaś chodzi o stosowanie bomb próżniowych to ze względu na swoją siłę rażenia ich użycie na obszarach miejskich prowadzi do niedyskryminacyjnego ataku miast – zatem takiego ataku, który nie rozróżnia między celami wojskowymi oraz cywilnymi. Niedyskryminacyjne ataki miast są zakazane na podstawie I protokołu dodatkowego, którego stronami są obie strony toczącego się na Ukrainie konfliktu zbrojnego. Powyższe rozumowanie można oczywiście odnieść również do bomb kasetowych Jednak, paradoksalnie, sam fakt przyjęcia przez część państw wspomnianej Konwencji dotyczącej zakazu użycia broni kasetowej oznacza, że obowiązywanie normy zwyczajowej zakazującej użycia tej broni jest przedmiotem kontrowersji. Przyznać jednak należy, że stosowanie tej broni jest niehumanitarne. W każdym razie kluczowe jest to czy dany atak pozwalał rozróżnić cele cywilne od wojskowych czy też nie. Z tego co obserwujemy, w dostępnych nam przekazach,1 Rosjanie celowo atakują cele cywilne.
Prawo międzynarodowe mówi o prawie do secesji i samostanowienia – na jakich warunkach są one dopuszczalne? Czy można w ogóle porównywać na przykład sytuację tak zwanych republik separatystycznych w Ukrainie do np. sytuacji Kosowa?
Na gruncie prawa międzynarodowego istnieje stałe napięcie między integralnością terytorialną państw a prawem do samostanowienia narodów. Rzecz w tym, że to państwa mają prawo do integralności terytorialnej (i to również państwa mają również obowiązek poszanowania integralności terytorialnej innych państw). Natomiast prawo do samostanowienia narodów przysługuje narodom. Secesja to właśnie oderwanie od państwa terytorium przez ludność, które zamieszkuje to terytorium. Obie zasady, tj. integralność terytorialna państw oraz zasada samostanowienia narodów zdają się być w kolizji w przypadku secesji – nie jest to jednak oczywiste. Secesja nie stanowi naruszenia prawa międzynarodowego pod pewnym warunkiem – secesja musi się dokonać bez pomocy innego państwa. Inaczej mówiąc, secesja musi się dokonać wyłącznie przy udziale ludności zamieszkującej terytorium, którego dotyczy secesja. Taka secesja nie jest zakazana na gruncie prawa międzynarodowego. Nie jest również tak by państwo, którego terytorium jest przedmiotem secesji nie mogło się secesji przeciwstawić. Jeśli jednak ludność starająca się dokonać secesji podlega represji i odmawia się jej samostanowienia w ramach danego państwa to państwo to ma obowiązek zgodzić się na secesję. Nazywa się to remedial secession. Kluczowe jest to, że w takim przypadku danej ludności przysługuje prawo do secesji. Ma to skutek nie tylko wobec państwa-poprzednika ale, co jest nawet ważniejsze, również wobec całej wspólnoty międzynarodowej. W takim bowiem przypadku uznanie nowego państwa staje się o wiele bardziej legitymizowane i trudniej określić je mianem uznania przedwczesnego.
Gdyby się okazało, że secesja wiązała się ingerencją zewnętrzną innego państwa to oznaczałoby to, że secesja taka stanowi naruszenie integralności państwa – właśnie przez udział innego państwa. W takim przypadku mówi o „błędzie przy narodzinach”. Taka secesja nie prowadzi do powstania państwa w świetle prawa międzynarodowego i sytuacji takiej na daje się już naprawić (chyba, że przez powrót do stanu wyjściowego) albo na mocy wiążącej rezolucji Rady Bezpieczeństwa NZ.
Republika Krymska, Ługańska i Doniecka, wszystkie one powstały przy udziale wojski rosyjskich. Ich powstanie nie jest zatem przeciwstawialne ani Ukrainie, ani wspólnocie międzynarodowej. Przypadek Kosowa jest podnoszony w tym kontekście przez Rosję. Chodzi o przeprowadzoną przez siły NATO w roku 1999 operację Allied Force tj. operację bombardowania z powietrza Belgradu. Jednak ta ingerencja zewnętrzna została de facto zatwierdzona przez Radę Bezpieczeństwa NZ. Chodzi tu o jednomyślnie przyjęcie Rezolucji 1244(1999). Nawet gdyby uznać, że mieliśmy tu do czynienia z „grzechem przy narodzinach”, to ów „grzech” został zmazany, również przy poparciu Rosji jako państwa głosującego za tą rezolucją. Funkcję taką mogłyby pełnić Porozumienie Mińskie jednak zbrojna agresja Rosji spowodowała, że podnoszenie go przeciwko Ukrainie nie jest teraz możliwe.
Czy historia prawa międzynarodowego zna takie przypadki, że w wyniku konfliktu militarnego udało się jakiemuś krajowi „wyrwać” kawałek ziemi innego kraju, a sytuacja po relatywnie niedługim czasie się „unormowała”?
Ze względu na to, iż prawo międzynarodowe z definicji nie posiada rozwiniętego mechanizmu sankcji, zdarza się, że mamy do czynienia np. z secesją związaną z ingerencją zewnętrzną, która jednak nie napotyka takiej ożywionej reakcji, jak ma to miejsce teraz w odniesieniu do agresji zbrojnej jakiej dopuściła się Rosja przeciwko Ukrainie. W takim przypadku stan naruszenia prawa międzynarodowego, tj. istnienie nieuznawanej jednostki terytorialnej może ulegać stabilizacji. Państwo, kosztem którego powstała taka jednostka terytorialna, znajduje się w bardzo trudnym położeniu. Nie może de iure zrezygnować z tytułu do terytorium, którego zostało pozbawione de facto. Czyli nadal musi utrzymywać fikcję, że ludność znajdująca się w tej jednostce terytorialnej, to nadal jego obywatele. Jednak w takiej jednostce terytorialnej zaczyna funkcjonować nowy porządek prawny co oznacza, że na jej terenie powstają akty stanu cywilnego – ludność tam zamieszkała nadal przecież wchodzi w związki małżeńskie, konieczne jest wystawianie aktów zgonu i aktów urodzenia itd. Te akty stanu cywilnego stają się skuteczne zarówno przeciwko państwu, kosztem którego powstała ta jednostka terytorialna, jak i przeciwko innym państwom. Zasada ta wynika z opinii doradczej MTS w sprawie skutków obecności RPA w Namibii. Chodzi o to, że polityka nieuznawania sytuacji nielegalnych (a taką sytuacją jest właśnie jednostka terytorialna obciążona „grzechem przy narodzinach”) nie może wpływać na uznanie aktów stanu cywilnego, ponieważ gdyby podważyć skuteczność tych aktów to odbyłoby się to kosztem ludności zamieszkującej taką jednostkę terytorialną.
To stanowisko jest w pełni zrozumiałe, ale powoduje ono, że im dłużej trwa nielegalna sytuacja prawna, która wiąże się z powstawaniem aktów stanu cywilnego, tym trudniej prowadzić politykę nieuznawania, bo staje się ona coraz bardziej kontrfaktyczna. Prawo międzynarodowe nie wskazuje, po jakim czasie mogłoby dość do sanacji takiej nielegalnej sytuacji. Z czasem z taką jednostką nawiązywane są niekiedy stosunki quasi-konsularne.
Bardzo dobrą ilustrację stanowi tu sytuacja prawa Tureckiej Republiki Cypru Północnego. Ta jednostka terytorialna jest uznana za państwo jedynie przez Turcję, tj. przez państwo, którego ingerencja doprowadziła do secesji Cypru Północnego. Jak wiemy Republika Cypru jest członkiem UE. W protokole dotyczącym Cypru załączonym do traktatu akcesyjnego z 2009 r. stwierdzono, że Republika Cypru nie jest odpowiedzialna za przestrzeganie prawa UE na jej terytorium, które nie znajduje się pod jej efektywną kontrolą. Czyli de iure cała wyspa stanowi terytorium Republiki Cypryjskiej, ale jednocześnie przyznaje się, że de facto część wyspy nie jest pod kontrolą Republiki Cypryjskiej. W dodatku przecież ta sytuacja prowadzi do powstania wielu aktów stany cywilnego oraz czynności zmierzających do wywołania skutku prawnego (np. orzeczeń sądowych, decyzji administracyjnych). Republika Cypru nie może negować istnienia Tureckiej Republiki Cypru Północnego. Istnieją przecież posterunki graniczne, co zakłada wymuszoną współpracę na niskim szczeblu między funkcjonariuszami Republiki Cypru oraz Tureckiej Republiki Cypru Północnego.
Również sądy państw trzecich są konfrontowane z tą sytuacją. Oprócz kwestii aktów stanu cywilnego może pojawić się problem z zastosowaniem prawa prywatnego międzynarodowego. Oznacza, to że np. sąd polski, orzekając w sprawie z elementem obcym może uznać za prawo właściwe w sprawie prawo takiej jednostki terytorialnej. W wielu systemach prawnych wybór prawa właściwego przez sąd jest całkowicie oderwany od kwestii uznania międzynarodowego.
To powoduje, że w przypadku sytuacji nielegalnej, jaką jest secesja obarczona „grzechem przy narodzinach” i prowadzonej wobec takiej jednostki polityki nieuznawania, upływ czasu powoduje, że polityka nieuznawania staje się coraz bardziej kontrfaktyczna i coraz trudniejsza do prowadzenia. W pewnym momencie dochodzi do stabilizacji, która może trwać bardzo długi czas. Takie prowizoryczne status quo może być trwałe – gdy stoimy przed wyborem między sprawiedliwością oraz pokojem ten ostatni może być całkiem atrakcyjny.
Podsumowując zatem, czy w świetle prawa międzynarodowego możemy dokonać jednoznacznego osądu dotyczącego obecnej sytuacji w Ukrainie?
Podkreślę ponownie, gdyż to jest sedno sprawy: mamy tu do czynienia z agresją zbrojną, jakiej dopuściła się Rosja wobec Ukrainy. Uzasadnienie agresji ochroną tzw. republik ludowych (Donieckiej i Ługańskiej) polega na tym, że ta agresja zbrojna uzasadniona ma być zamiarem zmiany sytuacji niezgodnej z prawem międzynarodowym. Rosja dopuszcza się również licznych zbrodni wojennych oraz zbrodni przeciw ludzkości. Niedyskryminacyjne atakowanie miast, w ogóle samo kierowanie ataków na obiekty cywilne jest chyba tym, co najbardziej przemawia do wyobraźni. Rezolucja Zgromadzenia Ogólnego NZ z dnia 2 marca 2022 r. dotycząca agresji przeciwko Ukrainie zdecydowanie potępia działania Rosji (oraz udział Białorusi) jako niezgodne z zasadą integralnością terytorialną państw wyrażoną w Karcie NZ i wyraźnie oraz jednoznacznie stwierdza, że Rosja dopuściła się agresji w stosunku do Ukrainy. Rezolucję poparło 141 państw. 35 państw się wstrzymało, tylko pięć głosowało przeciwko. Potwierdza to, że zdecydowana większość wspólnoty międzynarodowej uważa działania Rosji wobec Ukrainy za całkowicie niezgodne z prawem międzynarodowym. Rezolucja pokazuje, że w zasadzie nikt nie bierze na poważnie stanowiska Rosji.
Wielu podkreśla, że owa rezolucja nie ma charakteru wiążącego. Jest to częściowo prawda. Jednak rezolucja przyjęta przez zdecydowaną większość wspólnoty międzynarodowej przy tak nikłym sprzeciwie stanowi legitymizację ustanawiania sankcji oraz prowadzenia polityki nieuznawania wobec ogłaszanych przez Rosję zmian terytorialnych. Musi to nam wystarczyć ze względu na brak autorytatywnego mechanizmu stwierdzania faktów w prawie międzynarodowym. Ostatecznie fakty muszą być stwierdzone przez państwa – i to jest właśnie przedmiotem Rezolucji.
Na koniec chciałbym zapytać o możliwość ewentualnych reparacji na rzecz Ukrainy. Już mówi się o funduszach na odbudowę po wojnie – czy można sobie wyobrazić taki scenariusz, w którym zamrożone lub wprost przejęte aktywa Rosji (np. rezerwy walutowe rosyjskiego banku centralnego) i rosyjskich oligarchów zostają przeznaczone na odbudowę i odszkodowania?
Reparacje wojenne są wynikiem traktatu pokojowego. Nie przypuszczam, aby Rosja miała zamiar zawrzeć taki traktat jako strona przegrana. Obecne sankcje oraz zajęcie mienia Rosji mają podstawy w prawie międzynarodowym. Normy prawa międzynarodowego złamane przez Rosję w wyniku zbrojnej agresji na Ukrainę mają w dużej części charakter erga omnes. Oznacza to, iż np. zakaz naruszania ingerencji terytorialnej jest zobowiązaniem, jakiego należy dotrzymać wobec całej wspólnoty międzynarodowej, a nie tylko jednego wybranego państwa. W takim przypadku odpowiedzialności dochodzić może nie tylko państwo bezpośrednio poszkodowane, ale również inne państwa – członkowie wspólnoty międzynarodowej.
Na podobnej zasadzie państwa mogą stosować środki odwetowe – co właśnie ma miejsce, bo do tego sprowadzają się właśnie sankcje. Praktyka pokazuje, że tego rodzaju kolektywne środki odwetowe były już stosowane (np. w stosunku do Serbii w 1998 r.) nigdy nie na taką skalę, jak ma to miejsce w przypadku Rosji. Dochodzenie odpowiedzialności w stosunku do państw, które odrzucają podstawowe normy prawa międzynarodowego okaże się zwykle bezskuteczne – w tym sensie, iż państwo dopuszczające się naruszenia prawa międzynarodowego w zakresie podstawowych norm prawa międzynarodowego nie będzie również skłonne do zaprzestania naruszania takich norm, jeśli nie zostanie zawieszone wykonywanie wobec niego zobowiązań ciążących na innych państwach. Nawet gdyby spór w tym zakresie został rozstrzygnięty przez sąd międzynarodowy to wyrok takiego sądu staje się kolejnym zobowiązaniem państw. Stąd konieczność zastosowania samopomocy.
Właśnie ze względu na skuteczność dochodzenia odpowiedzialności państwa przyjmuje się, że odpowiedzialności tej w przypadku norm o kluczowym znaczeniu dla całej wspólnoty międzynarodowej mogą dochodzić wszystkie państwa. Nie ma przeszkód, aby wykorzystać zamrożone środki dla celów odbudowy i pomocy Ukrainie. Byłoby to rozwiązanie celowe, które dodatkowo legitymizowałoby zastosowane środki odwetowe.
Należy dodać, iż o ile reżim odpowiedzialności państw w prawie międzynarodowym zakłada możliwość wyłączenia odpowiedzialności szeregiem okoliczności takich jak samoobrona, siła wyższa czy stan konieczności, to żadna z tych okoliczności nie zachodzi w przypadku zbrojnej agresji Rosji na Ukrainę. W dodatku nie jest możliwe wyłącznie odpowiedzialności w przypadku naruszenia fundamentalnych norm prawa międzynarodowego (określanych jako peremptoryjne normy prawa międzynarodowego).
Pojawia się również pytanie, czy można w procesie stosowania środków odwetowych zająć majątek oligarchów rosyjskich. Projekt Komisji Prawa Międzynarodowego dotyczący odpowiedzialności państw wyraźnie wskazuje, że postępowanie osoby można przypisać państwu, jeśli faktycznie osoba ta działała na podstawie instrukcji lub pod kontrolą państwa. Można by przez analogię argumentować za możliwością objęcia środkami odwetowymi kierowanymi przeciw państwu również mienie osób, których postępowanie przypisywalne jest temu państwu. To pozwoliłoby zająć majątek oligarchów znajdujący się na terytorium państw stosujących wobec Rosji środki odwetowe. Nie można wykluczyć, że Rosja zostanie uznana za państwo sponsorujące terroryzm, co pozwoliłoby użyć obowiązujące już umowy międzynarodowe dotyczące walki z finansowaniem terroryzmu.
Dziękuję za rozmowę.
 

FatBantha

sprzedawca niszowych etosów
Członek Załogi
8 861
25 416

O zagrożeniu "scenariuszem ukraińskim" dla Kazachstanu i postsowieckich republik środkowoazjatyckich pisze na łamach międzynarodowego przeglądu politycznego "Eurasia Review" politolog kazachski Achas Tażukow. Powołując się na rosyjską "Prawdę" autor uważa, iż prezydent Rosji Władimir Putin "wskazał dokładne granice lojalności wszystkim reżymom postsowieckim, których rządy nie powinny być kierowane z zagranicy ani uciskać Rosjan na swym terenie".
kg (KAI/AsiaNews)
Dzisiaj, 20:20
Ów ucisk wiąże się, zdaniem autora, z ograniczaniem zasięgu języka rosyjskiego w tym krajach, które starają się propagować i rozszerzać zakres użycia swych języków narodowych.
Na przykładzie Ukrainy Rosja pokazała, jak będzie postępować także gdzie indziej, aby “zapewnić własne bezpieczeństwo", podkreślając przy tym, że "czas tolerancji z jej strony już się skończył". Tażukow cytuje opinię moskiewskiego dziennika, iż Kazachstan "musi zrozumieć, że gierki z nacjonalizmem prowadzą do efektu ukraińskiego – popadnięcia w neonazizm”.
Zdaniem Tażukowa Putin usiłuje urzeczywistnić ideę, przedstawioną przez Aleksandra Sołżenicyna w jego słynnym szkicu z 1990 “Jak odbudować Rosję”, w którym mówił on o “ponownym zjednoczeniu ziem” i o utworzeniu “Związku Rosyjskiego”, który obejmowałby Rosję, Ukrainę, Białoruś i niektóre regiony Kazachstanu. To samo w istocie prezydent Rosji powtarzał później przy wielu okazjach, uważając Kazachstan za kraj “pierwotnie rosyjski”, w którym różne obszary zostały podzielone i przyznane – w duchu braterstwa – Kazachom tak, jak to było w przypadku Ukrainy.
W artykule zwraca się uwagę, że już w 2015 rosyjski politolog Piotr Jelcow twierdził, iż po zajęciu Krymu głównym celem Rosji powinien być Kazachstan. Według niego wraz ze schyłkiem “dożywotniego prezydenta” Nursultana Nazarbajewa zaczną narastać wśród miejscowej ludności uczucia antyimperialistyczne w stosunku do Rosjan, wywołując ich gniew, do czego rzeczywiście doszło w ostatnim czasie. W grudniu 2020 Rosja rozpoczęła agresywną kampanię informacyjną wymierzoną w Kazachstan, którą tureckie środki przekazu określiły jako “wojnę hybrydową Rosjan przeciw Kazachom”. A niektórzy politycy rosyjscy zaczęli wówczas twierdzić, że “w rządzie kazachskim zasiedli naśladowcy nazistów”, odnosząc się przede wszystkim do ministra oświaty i kultury Aschata Ajmagambetowa, zwolennika przejścia z języka rosyjskiego na kazachski..
Z kolei prof. Wiaczesław Morozow z estońskiego uniwersytetu w Tartu uważa, iż ekspansjonistyczna koncepcja “ruskiego świata” nie będzie miała zastosowania bezpośrednio do Kazachstanu, dopóki nie dojdzie tam do otwartych przejawów agresji wobec Rosjan, stanowiących tam znaczącą mniejszość. - Jak na razie we wszystkich krajach środkowoazjatyckich próbuje się utrzymać nerwy na wodzy w polityce wewnętrznej i zagranicznej, nie wystawiając się zbytnio na działania wojskowe Rosjan - powiedziała mieszkająca w Almaty (dawnej stolicy Kazachstanu) brytyjska dziennikarka Joanna Lillis. Zwróciła przy tym uwagę, że nikt w tych państwach nie uznał zajęcia Krymu przez Rosję ani roszczeń separatystów prorosyjskich w Donbasie.
Ponadto prezydent Tokajew jako jedyny z przywódców politycznych tego regionu już po agresji rozmawiał telefonicznie ze swym ukraińskim kolegą Wołodymyrem Zełeńskim, proponując mediację Nur-Sultanu. W Almaty miejscowe władze zezwoliły na demonstracje przeciw wojnie, rozpętanej przez Rosję i nakładają grzywny na tych, którzy noszą putinowska "swastykę" – literę Z.
Źródło: KAI
 

FatBantha

sprzedawca niszowych etosów
Członek Załogi
8 861
25 416

Izolacja Rosji. Strategiczna katastrofa, którą Putin sam sobie zgotował [OPINIA]

Blitzkrieg Władimira Putina w Ukrainie miał być ciosem strategicznego geniuszu: za jednym zamachem odradzająca się Rosja przerysuje mapę Europy, redukując Ukrainę do strefy zdemilitaryzowanej w kremlowskim kordonie sanitarnym przeciwko Zachodowi. NATO zostałoby w końcu zatrzymane w miejscu i postawione na nogi. Nie bez powodu Putin jest często nazywany mistrzem taktyki, ale kiepskim strategiem. Dopiero teraz szuka czegoś, co może sprzedać jako taktyczne zwycięstwo.
Lucian Kim
Wczoraj, 15:10

  • Przypadek Ukrainy jest najbardziej jaskrawym przykładem tego, jak postimperialne bóle fantomowe Rosji zaciemniły myślenie strategiczne Kremla
  • W różnym stopniu atak Putina na Ukrainę wywołał wstrząs we wszystkich byłych republikach radzieckich, pokazując, że Rosja jest nieprzewidywalnym, rewanżystowskim mocarstwem
  • Izolacja Rosji w jej własnym sąsiedztwie nie ma nic wspólnego z NATO; brak prawdziwych sojuszników to strategiczna katastrofa, którą Putin sam sobie zgotował
  • Obawy Putina przed zwiększoną obecnością USA w Ukrainie - i szerzej, w Europie Wschodniej - stały się samospełniającą się przepowiednią
  • Uszczerbek na reputacji Rosji spowodowany wojowniczością Putina jest oszałamiający. Zaufanie i synergie gospodarcze, których budowa trwała dziesiątki lat, zostały poświęcone na rzecz urojonej wojny Putina
  • Tekst publikujemy dzięki uprzejmości "The Moscow Times"
W ciągu ponad trzech miesięcy zaciętych walk Rosji nie udało się zdobyć stolicy Ukrainy, Kijowa, ani jej drugiego miasta, Charkowa. Zajęcie portu w Mariupolu odbyło się za cenę zrównania miasta z ziemią. Z dnia na dzień przybywa dowodów okrucieństwa, jakiego dopuszczają się rosyjscy żołnierze wobec ukraińskich cywilów, a wojenne żniwo w ludziach liczy się już w dziesiątkach tysięcy.

Osłabiona Rosja

Ze strategicznego punktu widzenia atak Putina na Ukrainę cofnął Rosję do jej najsłabszej pozycji od czasów II wojny światowej.
Ukraińcy pokazali, że są gotowi walczyć i umierać, i że nigdy nie zaakceptują rosyjskiego reżimu marionetkowego. W najlepszym dla Kremla scenariuszu Rosja przejmuje kontrolę nad dużą częścią wschodniej Ukrainy, w tym nad korytarzem lądowym prowadzącym z Rosji na Krym, dzięki czemu rosyjskie siły będą mogły nadal zagrażać ukraińskiemu wybrzeżu Morza Czarnego i centrum kraju.
Jednak nawet taki stan rzeczy nie poprawiłby pozycji Kremla w porównaniu z sytuacją sprzed inwazji w lutym, kiedy Rosja okupowała już Krym, a Ukraińcy byli uwikłani w wojnę we wschodniej części kraju. Ze strategicznego punktu widzenia status quo ante (łac. poprzedni stan rzeczy) był korzystny dla Rosji, ponieważ narastający konflikt pochłaniał ograniczone zasoby Ukrainy i hamował jej aspiracje do członkostwa w Unii Europejskiej i NATO.

Niemcy i Francja, sygnatariusze zahamowanego mińskiego procesu pokojowego, nie były zainteresowane zaognianiem napięć z Rosją w sprawie Ukrainy — podobnie jak Stany Zjednoczone. Po objęciu urzędu prezydent Biden próbował naprawić stosunki z Moskwą, aby móc skupić się na swoim głównym priorytecie w polityce zagranicznej — Chinach. Biden zorganizował szczyt z Putinem, odmówił udzielenia Ukrainie jaśniejszych wytycznych w sprawie członkostwa w NATO i zignorował wezwania do objęcia sankcjami rosyjskiego rurociągu Nord Stream 2.

W okresie poprzedzającym agresję Putin mógł odnieść wrażenie, że jest na fali w "bliskiej zagranicy" Rosji. W 2020 r., kiedy w Białorusi wybuchły masowe protesty, Putin zaoferował dyktatorowi Aleksandrowi Łukaszence wsparcie finansowe i policję do tłumienia zamieszek. W tym samym roku, po zaognieniu się gorzkiego konfliktu terytorialnego między Armenią a Azerbejdżanem, Kreml włączył się do walki, wysyłając rosyjskie siły pokojowe do spornego regionu Górskiego Karabachu. W styczniu Kreml na krótko wysłał rosyjskie siły szybkiego reagowania do Kazachstanu, aby pomóc zaprzyjaźnionemu reżimowi w umocnieniu swojej władzy w obliczu antyrządowych demonstracji i przemocy.

Choć wszystkie te kraje są zależne od Rosji, żaden z beneficjentów niedawnego wsparcia Kremla nie odwdzięczył się, aktywnie wspierając wojnę z Ukrainą.

Izolacja Rosji

W różnym stopniu atak Putina na Ukrainę wywołał wstrząs we wszystkich byłych republikach radzieckich, pokazując, że Rosja jest nieprzewidywalnym, rewanżystowskim mocarstwem. Izolacja Rosji w jej własnym sąsiedztwie nie ma nic wspólnego z NATO; brak prawdziwych sojuszników to strategiczna katastrofa, którą Putin sam sobie zgotował.

W świetle ich historii jako sowieckich wasali, pragnienie byłych państw Układu Warszawskiego, aby wstąpić do NATO, było zrozumiałe, a w obliczu tego, co dzieje się w Ukrainie, całkowicie rozsądne. Po wyjściu zza żelaznej kurtyny trzy dekady temu kraje te nie mogły sobie pozwolić na luksus czekania i obserwowania, czy ich były zwierzchnik stanie się miłującym pokój, demokratycznym sąsiadem.
To, że rosyjski establishment jeszcze przed Putinem był przeciwny rozszerzeniu NATO, jest zrozumiałe, zważywszy na dominację Rosji w Europie Środkowej i Wschodniej w przeszłości. Ironia polega na tym, że członkostwo w NATO małych, niepewnych państw tego regionu sprawiło, że zachodnia granica Rosji stała się najbardziej stabilna w historii. Chociaż Putin bluzgał na amerykańskie instalacje obrony przeciwrakietowej w Rumunii i Polsce, nie było jasne, w jaki sposób miałyby one zneutralizować ogromny arsenał nuklearny Rosji, największy na świecie. W rzeczywistości, zanim Rosja dokonała pierwszej inwazji na Ukrainę w 2014 r., Stany Zjednoczone zmniejszały swoją obecność wojskową w Europie i próbowały zwrócić się ku Azji.

Przypadek Ukrainy jest najbardziej jaskrawym przykładem tego, jak postimperialne bóle fantomowe Rosji zaciemniły myślenie strategiczne Kremla. Ukraina, ze swoimi bliskimi związkami kulturowymi, językowymi, gospodarczymi i religijnymi z Rosją, powinna być naturalnym sojusznikiem. Choć większość Ukraińców była dumna ze swojej odrębnej tożsamości, przed 2014 r. byli oni ogólnie dobrze nastawieni do Rosji i głęboko ambiwalentni wobec NATO. Sam sojusz był podzielony w kwestii członkostwa Ukrainy właśnie ze względu na głębokie związki tego kraju z Rosją.

Nawet gdy osiem lat temu atak Putina na Ukrainę skłonił Stany Zjednoczone, Wielką Brytanię, Kanadę i Niemcy do wysłania wojsk do sojuszników NATO w Europie Wschodniej, nie umocnił on poparcia dla członkostwa Ukrainy w sojuszu. Kiedy w lutym Putin zarządził inwazję na pełną skalę, Ukraina nie była znacząco bliżej przystąpienia do NATO niż w 2008 r., kiedy to kwestia ta była gorąco dyskutowana, wraz z Putinem, na corocznym szczycie NATO.

To, co zmieniło się od 2014 r., to fakt, że większość Ukraińców popiera członkostwo w NATO i nie ma wątpliwości, że Rosja stała się ich śmiertelnym wrogiem. Jeśli chodzi o NATO, państwa członkowskie, takie jak Stany Zjednoczone i Wielka Brytania, rozpoczęły dozbrajanie i szkolenie ukraińskiej armii. Obawy Putina przed zwiększoną obecnością USA w Ukrainie — i szerzej, w Europie Wschodniej — stały się samospełniającą się przepowiednią.

Uszczerbek na reputacji Rosji spowodowany wojowniczością Putina jest oszałamiający. Finlandia i Szwecja starają się o członkostwo w NATO, a nawet Szwajcaria zakończyła swoją tradycyjną neutralność i przyjęła sankcje UE wobec Rosji. Niemcy, niegdyś najwierniejszy partner Rosji w Europie Zachodniej, są zdeterminowane, aby przestać polegać na syberyjskim gazie ziemnym, kończąc tym samym relacje energetyczne, które rozpoczęły się w czasie zimnej wojny. Zaufanie i synergie gospodarcze, których budowa trwała dziesiątki lat, zostały poświęcone na rzecz urojonej wojny Putina.

Kreml może ripostować, że ma przyjaciół w innych częściach świata. Ale nawet w ONZ Rosja została wykluczona, a zdecydowana większość krajów wezwała Moskwę do zakończenia ofensywy w Ukrainie. Putin otrzymał wyraźne poparcie tylko od Białorusi, Syrii, Erytrei i Korei Północnej, a Chiny i Indie wstrzymały się od głosu.

Izolacja putinowskiej Rosji jest związana z niezdolnością tego kraju do sformułowania atrakcyjnego przesłania na temat tego, co reprezentuje poza byciem samozwańczym antypodów dla Stanów Zjednoczonych. Przynajmniej w okresie zimnej wojny Związek Radziecki był nosicielem potężnej ideologii, która znalazła zwolenników na całym świecie.

W ciągu dwóch dekad sprawowania władzy Putin roztrwonił możliwości rosyjskiej soft power. Dysponując niewielką częścią rosyjskich zysków z ropy naftowej, mógł stworzyć globalną sieć instytutów, takich jak niemiecki Goethe-Institut czy hiszpański Instituto Cervantes, aby wykorzystać powszechne zainteresowanie rosyjską kulturą. Zamiast tego skupił się na rosyjskiej hard power, czyniąc ze zwycięstwa Związku Radzieckiego w II wojnie światowej ideologiczny fundament reżimu.

Nieprzeliczone ofiary w ludziach podczas II wojny światowej były źródłem legitymizacji Związku Radzieckiego jako członka Rady Bezpieczeństwa ONZ i godnego rywala Stanów Zjednoczonych. Prowadząc niesprowokowaną wojnę przeciwko Ukrainie, Putin zrzekł się ostatniego skrawka moralnej przewagi, którą Rosja, jako państwo sukcesor Związku Radzieckiego, posiadała jako przewodni członek koalicji, która pokonała Hitlera.

W maju 2005 r. przywódcy z ponad 50 krajów, w tym ze Stanów Zjednoczonych i Ukrainy, wzięli udział w obchodach Dnia Zwycięstwa, upamiętniających 60. rocznicę pokonania nazistowskich Niemiec. Od tego czasu liczba zagranicznych gości maleje odwrotnie proporcjonalnie do rosnącej agresji Putina. W ubiegłym roku tylko przywódca Tadżykistanu uczynił Putinowi zaszczyt uczestniczenia w jego paradzie. 9 maja tego roku, co jest uderzającym symbolem izolacji Rosji, w ogóle nie przybył żaden zagraniczny gość.
Nawet jeśli generałowie Putina odniosą jakieś sukcesy w Ukrainie, nie będą w stanie odwrócić strategicznej słabości Rosji. Zadaniem nowego pokolenia Rosjan będzie zadośćuczynienie za wojnę z Ukrainą, odbudowa zaufania wśród sąsiadów i przywrócenie Rosji należnej jej pozycji w świecie.

Ten artykuł ukazał się pierwotnie w The Russia File, blogu Instytutu Kennana w Waszyngtonie.
 
Do góry Bottom