Cenzura polityczna i manipulacja w internecie

FatBantha

sprzedawca niszowych etosów
Członek Załogi
7 417
19 525
Podejrzany: Mark Zuckerberg. Niemiecka prokuratura na tropie niedostatecznej cenzury w Facebooku
05.11.2016 19:15
Gdy w Warszawie przed siedzibą polskiego oddziału Facebooka demonstrowali dziś członkowie organizacji narodowych i konserwatywnych, oburzeni wymierzonymi w prawicę aktami cenzury, w Menlo Park prawnicy Facebooka zapewne analizowali wysłane do nich przez niemiecki sąd dokumenty informujące o wszczęciu postępowania wyjaśniającego ze względu na… niedobór cenzury.

To sytuacja bez precedensu: do prokuratury w Monachium wpłynął wniosek o wszczęcie śledztwa w związku z czynami bardzo poważnie traktowanymi przez niemiecki wymiar sprawiedliwości. Jak donosi der Spiegel, stoi za nim adwokat z Würzburga, Chan-jo Jun, który poinformował o tolerowaniu przez menedżerów Facebooka wezwań do popełnienia morderstwa, gróźb użycia przemocy, oraz co najgorsze w tym wszystkim, kwestionowania Holokaustu, za co grozi nawet pięć lat więzienia.

Podejrzanymi w sprawie są szef Facebooka Mark Zuckerberg, dyrektor operacyjna Sheryl Sandberg, główny lobbysta Facebooka na Europę Richard Allan oraz jego berlińska koleżanka Eva-Maria Kirschsieper. Zgodnie z niemieckim prawem, Facebook zobowiązany jest do usuwania wszelkich nielegalnych wpisów natychmiast po ich wykryciu. Tymczasem Chan-jo Jun dowodzi, że pomimo wielokrotnych wezwań moderatorzy Facebooka nie reagowali, albo wręcz odrzucali zgłoszenia, informując, ze wpisy są nieszkodliwe.

To nie pierwsza próba oskarżenia Facebooka o tolerowanie „mowy nienawiści”. Wcześniej sprawą zainteresowała się prokuratura w Hamburgu, jednak w lutym br. sprawy zaniechano, uznając, że podejrzani znajdują się poza jurysdykcją niemieckiego wymiaru sprawiedliwości. Tym razem udało się wszcząć postępowanie wyjaśniające, które ma ustalić, czy wobec podejrzanych można zastosować niemieckie prawo karne (koncepcje Volksverhetzung, tj. podburzania do nienawiści przeciwko grupom etnicznym i rasowym, oraz Strafgesetzbuch, zakazu używania symboliki organizacji niezgodnych z konstytucją).

Niemieckie media nic nie wspominają o globalistycznym smaczku całej sprawy: oto koreańskiego pochodzenia adwokat zgłasza do bawarskiej prokuratury postępowanie w sprawie publikowania na założonym przez Żyda amerykańskim portalu społecznościowym treści, które zaprzeczają mordowaniu Żydów przez nazistów podczas II Wojny Światowej. W tym samym czasie ministrowie polskiego rządu zastanawiają się co zrobić z tym, że ów amerykański portal blokuje treści publikowane przez polskie organizacje nacjonalistyczne, nierzadko sięgające do symboliki, która po drugiej stronie Odry jest zakazana.

Być może po prostu Mark Zuckerberg nic o tym wszystkim nie wie – a my jedynie obserwujemy gierki odseparowanych od siebie językowo regionalnych biur Facebooka? Można sobie wyobrazić, że tak jak w polskim biurze przeważają miłośnicy szeroko rozumianej lewicy, tak biuro niemieckie mogli w swoje ręce wziąć ludzie sympatyzujący z szeroko rozumianą prawicą.
 

FatBantha

sprzedawca niszowych etosów
Członek Załogi
7 417
19 525
Twitter zadba o to, byśmy nie zetknęli się z niewłaściwymi treściami
07.02.2017 23:04
Przed tygodniem szefostwo Twittera zapowiedziało, że serwis stanie się „bezpieczniejszy”, a firma pracuje nad całkowicie nowym mechanizmem eliminowania nadużyć, których mogliby się dopuszczać użytkownicy. Teraz dowiedzieliśmy się, co to za nowy mechanizm i jak nadużycia zostaną wyeliminowane.

W serwisie pojawiły się trzy aktualizacje. Pierwsza z nich to bardziej ponoć skuteczny sposób na powstrzymanie zbanowanych użytkowników przed zakładaniem kolejnych kont. Szczegóły systemu zostały zachowane w tajemnicy, wiadomo jednak, że będzie on połączeniem działań ludzi z maszynowym uczeniem się.

Drugie z „ulepszeń” Twittera to dodanie opcji bezpiecznego wyszukiwania, które usuną z wyników wpisy z niewłaściwymi słowami, zdaniami czy obrazami. Użytkownik będzie mógł zdecydować, czy chce skorzystać z tego mechanizmu.

Ten pan na Twittera już nie wróci – liberalne media uznały jego usunięcie za „krok w dobrą stronę” i „małe zwycięstwo”
Nie będzie mógł za to zdecydować, czy Twitter ma ukrywać przed nim „niewłaściwe” odpowiedzi na wpisy. Wpisy zawierające słowa, zdania czy obrazy, które przez algorytmy Twittera zostaną uznane za niewłaściwe, nie będą pokazywane podczas przeglądania konwersacji. Jeśli mimo to będziemy chcieli je przeczytać, za każdym razem będziemy musieli kliknąć przycisk „pokaż mniej odpowiednie treści”.

Celem Twittera jest najwyraźniej wymuszenie politycznej poprawności wśród użytkowników. Dzieje się to podobno na ich własne życzenie. Gdy w grudniu Twitter pytał, jakie zmiany należy wprowadzić, jednymi z najważniejszych jakich mieli domagać się użytkownicy serwisu, było większe bezpieczeństwo i lepsze narzędzia do raportowania nadużyć.

Wygląda jednak, że na tym nie koniec ambicji szefostwa serwisu. Dzisiejsze aktualizacje serwisu to dopiero początek procesu zaplanowanego na całe tygodnie. Wygląda na to, że Twitter chce nam pokazać, jak powinniśmy się zachowywać. Na pewno też na Twitterze nie zobaczymy już słynnego dziennikarza Milo Yiannopoulosa, który dostał w zeszłym roku bana za kpiny z aktorki Leslie Jones, odgrywającej jedną z głównych ról w kiepsko przyjętym przez publiczność reboocie „Ghostbusters: Pogromcy duchów”.

Po raz kolejny: najbardziej irytuje tu nie sama cenzura a fakt, że domagają się jej sami użytkownicy serwisu - ludzie od sejfspejsów, niezdolne do życia z krytyką dupki przeorane kutasem narcyzmu. Do wprowadzania zamordyzmów nie są niezbędne złe korporacje - wystarczy, że klientela składa się z niepewnych siebie zombiech bez głębiej zakorzenionego poczucia swojej wartości. Wtedy będą domagać się od innych, aby zapobiegali najmniejszym nawet przejawom urazy.
 

kompowiec

Open Source Boy
1 609
1 520
Celem Twittera jest najwyraźniej wymuszenie politycznej poprawności wśród użytkowników. Dzieje się to podobno na ich własne życzenie. Gdy w grudniu Twitter pytał, jakie zmiany należy wprowadzić, jednymi z najważniejszych jakich mieli domagać się użytkownicy serwisu, było większe bezpieczeństwo i lepsze narzędzia do raportowania nadużyć.
Co za fałszywe kurwy - jak byłem w 2016 roku (nie mogłem zrobić sobie kolejnego konta a zapomniałem hasła) to najczęściej wymienano edycję postów i przywrócenie 140 znaków na PW.

Tylko GNU social - jako jedyny też posiada grupy, coś czego twitter nie ma.
 

tolep

ChNiNK! ChP!
7 754
13 044
http://www.westmonster.com/express-stories-deemed-abusive-and-blocked-by-facebook/


EXPRESS STORIES DEEMED “ABUSIVE” AND BLOCKED BY FACEBOOK
A worrying development.


by Westmonster
February 8, 2017
It would appear that Facebook’s cracking down on so-called “fake news” was nothing more than a ploy to block articles that don’t fit its narrative.

Last night, the social media giant began blocking the sending of some links to the Daily Express website, particularly on articles relating to UKIP or migrant crime.




At a time when the majority of people get their news through social media, it’s worrying that Facebook would ban links to articles apparently based on their political stance rather than their factual accuracy.

A spokeswoman told Westmonster that the blocking of links was a “random technical glitch”.
 

tosiabunio

Grand Master Architect
Członek Załogi
6 574
13 041
Scott Addams (ten od Dilberta) ma nawet ciekawy blog. Zauważył, że Twitter stosuje ciekawą technikę ukrywania niewygodnych tweetów, pokazując, że są już niedostępne (jakby były usunięte) licząc, że czytający nie klikną na link.

This morning I tweeted a link to a great video that describes in detail how Twitter “throttles” the tweets of any content that disagrees with their political views. The video describes how Twitter gives a fake message that some tweets are no longer available, to discourage you from clicking to them. The tweets still exist, and you can access them by directly clicking the links in the tweets, but most people would not think to do that.
http://blog.dilbert.com/post/156806516721/the-social-media-hive-mind
 

FatBantha

sprzedawca niszowych etosów
Członek Załogi
7 417
19 525
Ech...

To zaboli Facebooka: nawet 50 mln euro kary za „niewłaściwe wypowiedzi”
14.03.2017 22:30
Niemiecki minister sprawiedliwości Heiko Maas zaproponował ustawę bardziej efektywnie zwalczającą przestępstwa z nienawiści oraz przestępstwa kryminalne popełniane w serwisach społecznościowych. Nowe prawo ma pozwolić na ściganie przypadków znieważenia, oszczerstw, publicznego prześladowania, zastraszania oraz przestępstw. Mówiąc wprost, proponowane przez rząd przepisy mają pozwolić na bardziej skuteczną walkę z tymi wypowiedziami w serwisach społecznościowych, które zostaną uznane za niesłuszne.

Wśród proponowanych rozwiązań prawnych znalazł się też przepis umożliwiający nałożenie na serwis społecznościowy grzywny w wysokości do 50 milionów euro, jeśli w ciągu 24 godzin nie usunie ze swoich łamów oszczerczych nieprawdziwych informacji oraz „mowy nienawiści”. Co interesujące wspomniany termin 24 godzin ma dotyczyć wszystkich „oczywistych” niewłaściwych wypowiedzi, nie tylko tych niezgłoszonych.

Na blokadę innych naruszających ustawę treści serwisy będą miały tydzień. Nałożono na nie również obowiązek poinformowania skarżącego się o decyzji, co do losów wypowiedzi. Ponadto co kwartał firmy będą musiały publikować raporty zawierające, m.in., liczbę zgłoszonych skarg, sposób podejmowania decyzji oraz dane na temat zespołu zajmującego się skargami. Jeśli serwis uzna, że jakaś treść nie narusza prawa, sprawę rozstrzygnie sąd.

Jeśli proponowana ustawa zostanie uchwalona, to Facebook czy Twitter będą musiały dostosować się do europejskiej rzeczywistości. W USA wolność wypowiedzi jest silnie chroniona za pomocą Pierwszej Poprawki. W Europie nie mamy tak mocnej ochrony wolności słowa, dlatego też istnieje wiele przepisów ją ograniczających. Jak stwierdził proponujący ustawę minister Heiko Maas wolność wypowiedzi chroni także wypowiedzi obrzydliwe i odpychające. Nawet kłamstwo może być w ten sposób chronione. Ale wolność wypowiedzi kończy się tam, gdzie zaczyna działać prawo kryminalne. Wystarczy zatem uchwalić odpowiednie prawo kryminalne.

Maas odrzuca też pogląd, że serwisy społecznościowe są bardziej rozbudowanymi tablicami ogłoszeń, nie można ich więc pociągać do odpowiedzialności za słowa użytkowników. Minister stwierdził, że są one równie odpowiedzialne, jeśli są wykorzystywane do rozpowszechniania przestępczej nienawiści.

Serwisy społecznościowe kojarzą się w dużej mierze z Twitterem i Facebookiem. Warto zauważyć różnicę pomiędzy oboma platformami. Twitter stara się podchodzić do kwestii wolności słowa bardziej w duchu amerykańskim. Serwis raczej nie chce usuwać już zamieszczonych wypowiedzi, ale prowadzi działania, które mają na celu lepsze filtrowanie tak, by osoby, które nie chcą pewnych treści widzieć, ich nie oglądały. Stara się też ograniczać działalność osób, które regularnie zamieszczają tego typu treści. Z kolei Facebook aktywnie cenzuruje zarówno wypowiedzi jak i ich autorów. Serwis już zresztą zapowiedział, że do końca bieżącego roku w Berlinie będzie pracowało ponad 700 osób przeglądających serwis pod kątem niewłaściwych wypowiedzi.

Kwestie wolności wypowiedzi na terenie Unii Europejskiej nie rysują się w różowych barwach. Należący do socjaldemokratycznej partii SPD minister Maas zapowiedział bowiem, że Niemcy mają zamiar doprowadzić do ogólnoeuropejskiego konsensusu dotyczącego radzenia sobie z niewłaściwą zawartością w serwisach społecznościowych. Potrzebujemy europejskich rozwiązań dla firm działających w całej Europie. Biorąc pod uwagę znaczenie Republiki Federalnej w UE niemieckie propozycje mają spore szanse stać się rozwiązaniami ogólnoeuropejskimi.
 

kompowiec

Open Source Boy
1 609
1 520
Nie wiem czy było ale chyba nie:
Facebook daje darmowy „Internet”, a urzędnicy… banują tę usługę
Mark Zuckerberg prawdopodobnie ma dzisiaj nietęgą minę. Jeden z jego sztandarowych projektów, "darmowy Internet" dla ubogich właśnie został zbanowany w Indiach. Wielki kraj, olbrzymie możliwości, świetne perspektywy rozwoju i... spory kłopot. Natychmiast pojawia się pytanie: jak to, w Indiach nie chcą darmowego neta? Może i by chcieli, ale to musi być pełnowartościowa Sieć. A Zuckerberg dawał coś, co nazywano protezą.
Internet.org, czyli już ja was podłączę

Podejrzewam, że spora część z Was kojarzy ten projekt (a jeśli nie, to odsyłam do wcześniejszego wpisu). Facebook i szereg innych gigantów technologicznych ogłosili kilka lat temu, że będą podłączać do Sieci miliardy osób, które dzisiaj są wykluczone z cyfrowego świata. Na słowach się nie skończyło: w Ameryce Łacińskiej, Azji i Afryce zaczęto realizować ten projekt. Pisały o nim media, chwalił się tym Zuckerberg. Jakiś czas temu usługa doczekała się nazwy Free Basics i tak jest dzisiaj kojarzona. W nazwie skrywa się haczyk, za który Zuckerberg i spółka są krytykowani.

Facebook podpisywał umowy z lokalnymi dostawami Internetu i zapewniał ludziom darmowy dostęp do Sieci, ale nie była to Sieć w pełnym wymiarze. Wybrane strony, wybrane usługi. Mieliśmy BBC, Wikipedię, serwisy poświęcone zdrowiu czy edukacji oraz… niebieski serwis społecznościowy. Było to uszyte tak, by np. odciąć ludzi od usług Google czy innych mediów społecznościowych. Mechanizm wydaje się zatem prosty: podłączymy was, lecz do Internetu, który my wykreujemy, okroimy. Chyba nie trzeba nikomu tłumaczyć, jaki w tym zysk Facebooka.

To nie Internet. To getto
Czy wszyscy byli zachwyceni i bili brawo? Nie. Pojawiło się sporo głosów krytycznych, a swoista fala sprzeciwu wobec poczynań Facebooka rosła. Bo nie można mówić o naprawianiu świata, gdy robi się biznes. Przynajmniej nie można robić tego w ten sposób. Podkreślano, że Facebook mija się z prawdą mówiąc o podłączaniu ludzi do Internetu. Bo to nie jest Internet, lecz jego proteza, poletko wykrojone przez szereg firm. To nie tylko nieetyczne, ale też szkodliwe dla konkurencji – przecież sporo stron, w tym lokalne serwisy, byłyby dyskryminowane rozszerzaniem tej usługi.


Protesty w tej sprawie przybierały różną formę. Jedni pisali artykuły i posty, drudzy pisma do władz, jeszcze inni pikietowali. Zrobił się z tego poważny temat. Ale czy to powinno dziwić? Mówimy o Indiach – rynku, na którym znaleźć można setki milionów klientów. A który nadal jest nienasycony. Chiny to dla Facebooka czy Google raczej zamknięty temat. Ale Indie? Miliard ludzi może tam mieć smartfon. Miliard ludzi może korzystać z Internetu. Może nie za rok czy dwa, lecz w dłuższej perspektywie ten kraj bardzo pobudza wyobraźnię firm technologicznych. Nie dziwi więc, że Facebook odpierał ataki i przeznaczał sporo pieniędzy na przekonanie do swoich racji. Ostatnie wydarzenia pokazują, że bezskutecznie.

Internet w jednej formie
Przy tym temacie działo się sporo w ostatnich kwartałach, ale teraz zadziało się na poważnie. Indyjski regulator TRAI (Telecom Regulatory Authority of India) zbanował dzisiaj usługi typu Free Basics. Czy decyzja jest wymierzona konkretnie w usługę wspieraną przez Facebooka? Nie, konkretnie nie, ale i tak wszyscy mówią o ciosie, jaki musi przyjąć serwis Zuckerberga. Taryfy, w których oferowano „darmowy Internet” przestają obowiązywać, nie będzie już można udostępniać niektórych stron czy aplikacji bez pobierania opłat. Albo wszystko albo nic.

Ta decyzja wywoła pewnie wielkie kontrowersje. Oburzy się Facebook, oburzą się przeciwnicy wtrącania się państwa w biznes. Stwierdzą, że Facebook jest niesłusznie karany za swój pomysł. Owszem, buduje w ten sposób zasięg, ale przecież nie ma nic za darmo. A w ten sposób może pomóc ubogim ludziom. Gdy się już wzbogacą (kto wie, może za sprawą Internetu), to wykupią lepszą taryfę, dostęp do „całego Internetu”. Sęk w tym, że wtedy mogą już machnąć ręką na niektóre serwisy i strony, bo będą przyzwyczajeni do tych, które oferowano im wcześniej…

Co dalej? Oto jest pytanie. Zastanawia zarówno to, jak potoczą się losy tej usługi w Indiach, jak i to, co zrobią urzędnicy w innych krajach – przecież mogą pójść śladem „największej demokracji świata” i utrudnić funkcjonowanie Free Basics. Wielka kłoda rzucona pod nogi Facebooka. Serwis zapowiada jednak, że się nie podda i będzie przekonywał do swoich racji, dostosowywał usługę do lokalnych wymogów. To oznacza spore wydatki. Ale w dłuższej perspektywie do ugrania jest sporo, więc korporacja raczej się nie podda…

http://antyweb.pl/facebook-daje-darmowy-internet-a-urzednicy-banuja-te-usluge/
 

libertarianin.tom

akapowy dogmatyk
2 614
5 792

kompowiec

Open Source Boy
1 609
1 520
obstawiam że to drugie, rodem z korei - pewnie wszystko będzie odpalane z ich serwerów pośredniczących (na FB są przecież skrawki tekstów z wikipedii). Taki trochę jeden wielki LAN
 

Pestek

Well-Known Member
688
1 621
Nie, żebym się zgadzał całkowicie z treścią, ale obejrzałem ten film wcześniej i chciałem wejść w polemikę z autorem, a tu dupa, "filmik niedostępny w twoim kraju". A jeszcze przed tygodniem był dostępny! Tragiczne...


Matthew Drake kwestionował w nim oficjalne dane na temat ofiar holokaustu, obwiniając Żydów za zepsucie Niemiec w czasie międzywojennym. Podobno byli w przeważającym posiadaniu prasy, filmu i teatru(wikipedia mówi, że w kręgach intelektualnych przeważali). I obwinił żydów za prostytucje, i generalnie rozwiązłość seksualną(co akurat według danych które czytałem po części jest prawdą). Nazwał Hitlera zbalansowanym człowiekiem tamtych lat, w porównaniu do Churchila, Roosevelta czy Stalina. Akurat jeśli chodzi o to porównanie to pewnie wypadłby gdzieś po środku, ale zbalansowanym to bym go nie nazwał. Zrujnował Niemcy socjalizmem i rozpoczął samobójczą wojnę na wielu frontach.
No i też sprawa repatriacji po pierwszej wojnie, które stłamsiły Niemcy w okresie międzywojennym, i można argumentować, że przyczyniły się do dojścia Hitlera do władzy. Ale generalnie ciężko całkiem zaakceptować to co mówi. Nie cenzurowałbym tego jednak, niech ludzie sami zdecydują i się wypowiedzą. Parę faktów sam się dowiedziałem.
 
Ostatnia edycja:

FatBantha

sprzedawca niszowych etosów
Członek Załogi
7 417
19 525
Cenzura i poprawność polityczna czasem masakrują się wzajemnie. LGBT vs dobro dzieci...

Cenzura YouTube uderzyła w treści LGBTQ+. Google szuka rozwiązania
20.03.2017 15:15I
Tryb ograniczonego dostępu do YouTube (ang. restricted mode) został przygotowany z myślą o odfiltrowaniu tych wszystkich treści, które dopuszczone zostały do publikacji na platformie wideo, a które jednak mogą być nieodpowiednie dla wielu użytkowników (w domyśle dzieci i młodzieży). Co jednak robić, gdy nieodpowiednich treści cenzurować nie wolno – gdyż nie pozwala na to linia polityczna Google’a? Decydenci firmy z Mountain View muszą teraz znaleźć sposób na pogodzenie doktryny myślenia o dzieciach z doktryną wspierania mniejszości seksualnych.

Nie jest łatwo powiedzieć, co jest nieodpowiednie dla kogo, a ustalenie tego w skali na jaką działa YouTube wydaje się być kompletnie już niemożliwe. Dlatego Google sobie zastrzegło, że choć tryb ograniczonego dostępu jest dostępny we wszystkich językach, to z uwagi na niuanse kulturowe skuteczność jego działania może być różna.

Niuanse kulturowe sprawiły jednak, że w USA skuteczność cenzury okazała się zbyt duża. Przy włączonym ograniczonym dostępie (często ustawianym teraz przed administratorów np. w bibliotekach i innych publicznych placówkach), z wyszukiwarki znikały praktycznie wszystkie materiały w jakikolwiek sposób związane z homoseksualizmem, transseksualizmem, kulturą queer czy narracją genderową. Właściwie nic w takim materiale nie musiało być, wystarczyło, że autor wideo był jakoś powiązany z LGBTQ+ – tak przynajmniej twierdzą oburzeni sprawą youtuberzy i działacze ruchów mniejszości seksualnych.


Z punktu widzenia mieszkańców wielu krajów taki wynik działania trybu ograniczonego dostępu byłby wręcz oczekiwany – ale raczej nie w USA, a już na pewno nie w Kalifornii. Google, które od samego początku otwarcie staje po stronie praw mniejszości seksualnych, nagle znalazło się pod ostrzałem krytyków i nie bardzo wiedziało jak ze sprawy wybrnąć – ani też co właściwie się stało.

Stąd też w trybie awaryjnym szybko opublikowano na Twitterze komunikat o raczej zabawnej treści:

Jesteśmy bardzo dumni mogąc przedstawić głosy LGBTQ+ na naszej platformie, są one kluczową częścią tego, o co w YouTube chodzi. Celem trybu ograniczonego dostępu jest odfiltrowanie treści dla dorosłych temu małemu podzbiorowi wszystkich użytkowników, który oczekuje bardziej ograniczonych doświadczeń. Materiały LGBTQ+ są dostępne w trybie ograniczonego dostępu, ale wideo, w których poruszane są bardziej delikatne kwestie mogą już nie być dostępne. Przepraszamy za zamieszanie, jakie to spowodowało, przyglądamy się waszym zgłoszeniom, doceniamy informacje zwrotne i pasję, z jaką czynicie z YouTube taką zróżnicowaną, włączającą i dynamiczną społeczność.

Wygląda więc na to, że ktoś wykorzystał mechanizmy tkwiące w YouTube i zaczął masowo zgłaszać systemowi materiały LGBTQ+ jako nieodpowiednie, a zaprogramowany by chronić dzieci system przyjął to za dobrą monetę – i materiały te wykluczył z trybu ograniczonego dostępu, tak samo, jak wykluczone zostały materiały związane z heteroseksualizmem. Co z tym wszystkim zrobi teraz Google? Właściwie każde rozwiązanie wydaje się być w jakiś sposób złe.

No i teraz cóż zwycięży? Dobro przynajmniej jednego dziecka czy dobro przynajmniej jednego geja?
 

Pestek

Well-Known Member
688
1 621

Youtube wprowadza tryb restrykcyjny dla nieletnich. W tym trybie na kanałach takich jak LauderwithCrowder, infowars, piewdiepie, pauljosephwatson, PhilipDeFranco znikają wszystkie treści. Nie, żebym był mega fanem, może czasami wpadne przypadkiem na któryś z nich, ale niektóre nawet nie są polityczne. Oczywiście wszystko pod hasłami ochrony nieletnich przed fake news.
Wszystko przez to, że wielkie sieci nie chcą wyświetlać na takich kanałach reklam, pod pozorem radykalizmu ich opinii. Oczywiście filmy radykałów islamskich stoją jak stały.
 

Pestek

Well-Known Member
688
1 621
Jak youtube padnie, to ludzie zaczną się właśnie przenosić na takie rzeczy. A może padnie bo się zaczną przenosić. W każdym razie fajna opcja, bo nie jesteś uzależniony od nich. Inna sprawa, że jesteś uzależniony od jakiegoś servera, własnego czy kogoś. No ale może darmowy server youtube to od początku była fantazja. Przecież politycy też obiecują free stuff, a nie ma czegoś takiego jak darmowy obiad :) Ktoś to opłaca, i on ma władzę, nie ty.
 

NoahWatson

The Internet is serious business.
924
1 993

Youtube wprowadza tryb restrykcyjny dla nieletnich. W tym trybie na kanałach takich jak LauderwithCrowder, infowars, piewdiepie, pauljosephwatson, PhilipDeFranco znikają wszystkie treści. Nie, żebym był mega fanem, może czasami wpadne przypadkiem na któryś z nich, ale niektóre nawet nie są polityczne. Oczywiście wszystko pod hasłami ochrony nieletnich przed fake news.
Wszystko przez to, że wielkie sieci nie chcą wyświetlać na takich kanałach reklam, pod pozorem radykalizmu ich opinii. Oczywiście filmy radykałów islamskich stoją jak stały.
Jeśli ktoś jest niezalogowany to czy ten tryb też działa?
 

Pestek

Well-Known Member
688
1 621
http://www.eska.pl/news/cenzura_na_youtube_co_to_jest_restricted_mode/140448

"Tryb ograniczonego dostępu na YouTube, ustawiany np. w szkołach czy bibliotekach miał w zamyśle odfiltrowywać treści, które co prawda są dopuszczone na YouTube, ale mogą być niewłaściwe dla niektórych użytkowników, czyli np. dzieci i młodzieży. Cenzura YouTube poszła jednak w niektórych krajach o krok za daleko np. blokując w USA w tym trybie niemal wszystkie filmy twórców którzy w jakikolwiek sposób są powiązani ze społecznością LGBT."
Z materiału Paula Josepha Watsona pamiętam, że wspominał coś o podawaniu wieku przy rejestracji, i wtedy ten tryb włącza się automatycznie. Ale to pewnie można by obejść wpisując fałszywe dane.


1/3 filmów styxa też znika. Ale to samo jest u jakiegoś fana Bernie Sandersa. Wygląda na to, że to chodzi o ludzi zgłaszających filmy, które google musi ściągnąć, i pewnie są przeładowani pracą. Nie wiem jednak dokładnie jak ten tryb się uruchamia. Zaczęli cenzurować i im się to spod kontroli wymknęło wygląda.
 
Ostatnia edycja:

kompowiec

Open Source Boy
1 609
1 520
Jak youtube padnie, to ludzie zaczną się właśnie przenosić na takie rzeczy. A może padnie bo się zaczną przenosić. W każdym razie fajna opcja, bo nie jesteś uzależniony od nich. Inna sprawa, że jesteś uzależniony od jakiegoś servera, własnego czy kogoś. No ale może darmowy server youtube to od początku była fantazja. Przecież politycy też obiecują free stuff, a nie ma czegoś takiego jak darmowy obiad :) Ktoś to opłaca, i on ma władzę, nie ty.
Fajnie to byłoby gdyby taki MediaGoblin zagościł na ZeroNet czy czymś podobnym.
 
Do góry Bottom