Zapodaj coś ciekawego

MaxStirner

Well-Known Member
2 346
4 018
Ludzie, którzy tak masowo testują swoje teorie na myszach czy innych zwierzętach maja cos z psychopaty w sobie.
Niby tak, ale i detektywa. No i w arcie akurat piszą o sprawdzaniu roli genu, nie teorii. Ja tam wole żeby testowali myszy niż np małpy albo psy
Przypomniało mi się jak parę lat temu jechałem pociągiem z doktorantką która wracała do domu na święta ze Szwajcarii. Opowiadała, że pracuje w laboratorium przy testowaniu leków na miażdżycę. Zapamiętałem zdanie, że uśpiła i pokroiła już chyba tysiące myszy. A dziewczyna wiotka jak mimoza :)

Fajny, przyzwoity art na gazwybie o realiach pracy na 112:
http://weekend.gazeta.pl/weekend/1,...zapomniales-pin-u-do-telefonu-przeczytaj.html
 

Pestek

Well-Known Member
688
1 712
Niby tak, ale i detektywa. No i w arcie akurat piszą o sprawdzaniu roli genu, nie teorii. Ja tam wole żeby testowali myszy niż np małpy albo psy
Przypomniało mi się jak parę lat temu jechałem pociągiem z doktorantką która wracała do domu na święta ze Szwajcarii. Opowiadała, że pracuje w laboratorium przy testowaniu leków na miażdżycę. Zapamiętałem zdanie, że uśpiła i pokroiła już chyba tysiące myszy. A dziewczyna wiotka jak mimoza :)l
No właśnie, niby normalna wiotka laska, a robi takie rzeczy. Pamiętam u Rogana wywiad z Rhondą Patrick. Mówiła o tym, że w pewnym momencie zdała sobie sprawę z tego, że właśnie to, że zabija/zagazowuje dziennie kilka/dziesiąt myszy i później idzie do domu i sobie robi obiad i idzie spać jakby nigdy nic nie jest normalne i już nie mogła dłużej tego robić.
Myślę, że takie laski, które sobie siedzą w laboratorium się nie zastanawiają czy to jest moralne, etyczne, czy taka mysz cierpi itd. Po prostu idą do pracy jak policjant, który myśli, że robi coś dobrego, a nie służy politykom.

Wolałbym, żeby ludzie dbali o swoje zdrowie, zamiast liczyć na magiczne tabletki jak już je zepsują i wtedy nie dbają o to, na kim i jak to było testowane. Tak jak nie dbali o własne zdrowie. W ogóle przemysł farmaceutyczny to jedno wielkie bagno. Tak samo jak współczesna służba zdrowia. Leczyć i zarabiać, nie wyleczyć.

W Chinach kiedyś było np. tak, że płaciłeś lekarzowi za to, żeby cię utrzymywał przy zdrowiu. Jak zachorowałeś, to przestawałeś płacić do momentu, aż Cię wyleczył. Mądre co? Dziś jest zupełnie odwrotnie.
 

FatBantha

sprzedawca niszowych etosów
Członek Załogi
7 755
21 447
Od zawsze tak prowadzę i doszedłem do tego zupełnie intuicyjnie. Jedynie na egzaminie chwytałem po staremu, aby instruktorzy dawnej daty się mnie nie czepiali.

Ojciec wychowany na starszych samochodach, zwłaszcza tych bez wspomagania się ze mnie podśmiechiwał, że to chwyt woźnicy z furmanki a nie dumnego kierowcy pojazdów mechanicznych, ale na dłuższe dystanse i autostrady, gdzie nie trzeba wiele kręcić, a tylko lekko korygować tor jazdy, nie ma niczego sensowniejszego. Polecam!

Z kolei, kiedy droga robi się bardziej kręta, albo jeździ się po mieście, to się łapy przekłada trochę wyżej, wracając do chwytu od dołu na trasie.

Airbagi omówione w filmiku powyżej dają tylko dodatkowy argument za zabawą w woźnicę.
 

inho

Well-Known Member
1 625
4 088
Problem pojawia się w sytuacjach awaryjnych. Największy zakres ruchu jest trzymając ręce na 9-3: +/- 180°. Lepiej mieć lepszą kontrolę w większym zakresie, ale np. w skrajnej pozycji skrzyżowane ręce, czy ograniczoną kontrolę ale ręce nigdy nie zasłaniające poduszki? Pewnie zależy to od indywidualnej oceny, czy ktoś bardziej ceni sobie większą szansę uniknięcia dzwona ale poważniejsze urazy jeśli się nie uda, czy bardziej ceni potencjalnie mniejsze urazy przy zwiększonym ryzyku dzwona. Kiedyś musiałem po ciemku ominąć jakiegoś zwierzaka, który wybiegł z pobocza i od tego czasu nigdy nie opuszczam rąk na kierownicy - było bardzo trudno opanować samochód i całe szczęście, że nic nie jechało z przeciwka.
 

FatBantha

sprzedawca niszowych etosów
Członek Załogi
7 755
21 447
Krzyżowania rąk na kierownicy w ogóle nie biorę pod uwagę, nawet w sytuacjach kryzysowych. Byłem kiedyś w takiej, kiedy pijak zszedł z chodnika prosto pod koła, a że był to przełom jesieni i zimy, z pluchą, słotą, początkami jakiegoś błota pośniegowego, a ja jechałem Renault Kangoo bez ABSu, zdecydowałem się hamować pulsacyjnie redukując prędkość jak tylko to możliwe, kierując się prosto na niego, a później już w ostatniej chwili, bez jakiegkolwiek hamowania, złapać przyczepność i gwałtownie odbić w lewo, kiedy akurat niczego nie będzie na przeciwległym pasie.

Kiedy ostatecznie przyszło do wykonania tego manewru, po prostu przebierałem rękoma po kierownicy jak zwinny chomik w kołowrotku. Pewnie też wykręciłem coś koło 160-180°, ale nie w jednym ruchu, który nałożyłby mi łokcie na siebie, a raczej "po kapitańsku", jak z kołem sterowym. Bo jak się później z czegoś takiego odplątać? Gdyby do tego jeszcze miało dojść poważniejsze uderzenie, to w ogóle możnaby się nieźle okaleczyć. Dla mnie taka opcja odpada w przedbiegach. Dać się złapać ze skrzyżowanymi rękoma w samochodzie, to jak dać się złapać z opuszczonymi spodniami w miejscu publicznym. No-no.

A sytuacje kryzysowe mają to do siebie, że są nieplanowane i w sumie mogą nas spotkać w każdym momencie, kiedy nie jesteśmy na nie optymalnie przygotowani. Niby można przezornie próbować wyrabiać sobie optymalne nawyki, aby jakoś się na nie przygotowywać, ale na dobrą sprawę na dłuższych dystansach i tak będzie wygrywała wygoda oraz ergonomia.

Nikt, kto będzie chciał robić 1000 km w jednym rzucie nie będzie trzymał kierownicy na trasie w jeden sposób, chociażby dlatego, że nie jest to naturalna pozycja. Kiedy ręce się męczą w jednym, niemal nieruchomym, położeniu, trzeba im zmieniać pozycję. Z dolnego chwytu przechodzi się na jakiś wyższy, albo w ogołe na "dziesiąta-druga", żeby zupełnie je rozprostować (zwłaszcza jeśli macie mocno pochyloną kierownicę). Później tym sposobem można nawet monitorować swoje ogólne zmęczenie. Bo jeśli łapiesz sie na tym, że musisz coraz częściej zmieniać chwyty, to warto zjechać do jakiegoś zajazdu na kawę, przejść się i spuścić ręce wzdłuż ciała, żeby po wielu godzinach dać im w końcu odpocząć.

A ponieważ kryzysowa chwila może nadejść zarówno na 10-tym kilometrze, jak na 782-gim, to i tak lepiej chyba grać na zachowanie energii, niż bardziej się meczyć przy rzekomo bardziej optymalnym dla uników chwycie, z którego ostatecznie można przez zmęczenie nie skorzystać.

W akapie to ubezpieczyciele będą pisać zalecenia, jak kierowcy powinni trzymać kierownicę w swoich rakietowych wozidłach, żeby później zaoszczędzić na wypłatach po amputacjach. :)
 

Eli-minator

zdrajca świętych dogmatów
698
1 580
Nikt nie powie, że Szachowy Uniwersytet nie stanął na wysokości zadania. Szacun dla Pana Piotra. W dzisiejszym odcinku obrona merańska czyli walka na noże.


Mniej biegłym w sztuce przesuwania figur i pionów przypominam, że obrona MER-ańska jest wariantem obrony słowiańskiej, takim na początku ścichapęk, ale finalnie prowadzącym do bardzo ostrych posunięć. Daje czarnym bodaj lepsze perspektywy niż kontrgambit Winawera.
 

tosiabunio

Grand Master Architect
Członek Załogi
6 717
13 756
Ale co mi pokazujesz tu film z obiegłego wieku, jeszcze w proporcjach 4:3? Argument, że trzeba nagle zmienić biegi mnie nie dotyczy, bo nie zmieniam.
 
Do góry Bottom