Wenezuela w ogniu

  • Thread starter Deleted member 427
  • Rozpoczęty

T.M.

antyhumanista, anarchista bez flagi
1 295
4 047
"Atlas zbuntowany" w realu. Ciekawe ile wytrzymają fabryki po syndykalizacji.
 
  • Like
Reactions: Avx

tosiabunio

Grand Master Architect
Członek Załogi
6 835
14 221
BynQR2.png
 

Cptkap

Well-Known Member
688
2 995
Venezuela is imposing a new government food redistribution system in its capital, Caracas, that requires locals to acquire food from Socialist Party members, a move triggering national outrage as anti-socialist activists say the Party will use food to coerce citizens into supporting it.

President Nicolás Maduro announced last week the creation of the Local Committees for Supply and Production (CLAP), groups of Socialist Party members who will be in charge of controlling food supplies, preventing black market sales, and door to door distributions of food. Maduro has called these groups the “great instrument of the Revolution to win the economic war,” Argentine news outlet Infobae notes. Venezuelans are currently forced to buy food through a rations system that forces them to stand on supermarket lines up to eight hours long. Often citizens find out — after they have made their way through the lines — that the supermarket in question has run out of basic goods like rice, vegetable oil, and milk.

Distributing bags of food door to door, the government hopes, will diminish the length of these lines. The bags are meant to last 21 days, according to the government but carry only 3 kilos of rice, a kilo each of sugar and milk, a bag of beans and a liter of oil.

http://www.breitbart.com/national-security/2016/06/07/venezuela-socialist-party-control-food-supply/
Nie wiem na ile to jest trafne, ale w internetach wyliczyli, że to będzie poniżej 1000kcal na osobę dziennie.
Także ten tego. Jakby ktoś ma problemy z nadwagą i chciałby zrzucić parę kilogramów, to polecam udanie się na wakacje do Caracas.
 

Król Julian

Well-Known Member
920
1 950
Trudno mi zrozumieć dlaczego mimo wszystko socjaluchy mają tam nadal tak duże poparcie. Partia Chaveza i Maduro przegrała wprawdzie zeszłoroczne wybory, ale i tak zdobyła prawie 41% poparcia! Żeby było jeszcze lepiej, w skład koalicji partii opozycyjnych najwięcej głosów uzyskali lewacy:

270px-Asamblea_Nacional_Venezuela_elecciones_2015.svg.png


Opposition (112)
Government (55)
AD, UNT, VP i LCR deklarują się otwarcie jako partie socjalistyczne. A PJ ma taką orientację:

During its party Congress, called "Resteados con la Justicia Social," held on 13 October 2007, Justice First declared itself to be a "humanist-progressive" party, with political action focused on human being and aligned with integral humanism. On March 2009, the party's national coordinator Julio Borges said, "the Venezuela live a state, not a socialism". The party's economic position is so-called "properties democratization," similar to a social market economy. In the 2012 presidential elections, Henrique Caprilas described himself as humanist and progressive. The party's values are liberty, progress, equality, solidarity, justice, subsidiarity, and participation.
 
Ostatnia edycja:

T.M.

antyhumanista, anarchista bez flagi
1 295
4 047
Także ten tego. Jakby ktoś ma problemy z nadwagą i chciałby zrzucić parę kilogramów, to polecam udanie się na wakacje do Caracas.
znajoma pracuje w firmie, która codziennie wysyła kilkadziesiąt opakowań środków odchudzających do Wenezueli. Tylko chyba klienci płacą w dolarach, wiec to pewnie rodziny urzędników.
 
Ostatnia edycja:

GAZDA

EL GAZDA
7 694
10 447

Król Julian

Well-Known Member
920
1 950
Ahaha, już nawet KryPa przyznaje że system Chaveza i Maduro jest do dupy:D:

Wenezuela: Bankructwo rewolucji
Jakub Majmurek, 18.06.2016

Uczciwość wymaga uznania faktów: rewolucja boliwariańska w obecnej formie poniosła polityczną i ekonomiczną klęskę.

W ostatnich tygodniach prasowe doniesienia z Wenezueli przypominały te, jakie docierają do nas na ogół z terenów ogarniętych wojną. W kraju, jak donosiły światowe media, brakowało podstawowych produktów spożywczych i leków. Na ulicach dochodziło do rozruchów i zamieszek. Tylko w zeszłym tygodniu w zamieszkach o dostęp do żywności zginąć miały trzy osoby. Brak podstawowych produktów skutkuje rozkwitem czarnego rynku, gdzie płaci się dolarami, których kurs wobec wenezuelskiej waluty, boliwara, dawno oderwał się od wyznaczanych przez rząd stawek. Stolicą kraju, Caracas, rządzić mają faktycznie uzbrojone bandy, na których działania policja albo nie reaguje, albo pozostaje z nimi w zmowie. Inflacja już w zeszłym roku osiągnęła trzycyfrowy wskaźnik, w tym – jak przewidują prognozy Międzynarodowego Funduszu Walutowego – ma sięgnąć zawrotnej wartości ponad 700%. Choć na początku tego tygodnia rząd zniósł ogłoszony z powodu oszczędności dwudniowy (!) dzień pracy w administracji publicznej i zwiększył limity produkcji prądu, pod względem gospodarczym Wenezuela coraz bardziej przypomina upadłe państwo Trzeciego Świata.

Kryzys na wszystkich frontach

Do kryzysu gospodarczego dochodzi polityczny i konstytucyjny. Odkąd w wyborach parlamentarnych w grudniu zeszłego roku administracja prezydenta Nicolása Maduro utraciła większość w parlamencie , władza i opozycja pozostają we wzajemnym pacie. Opozycja zdobyła co prawda kwalifikowaną większość pozwalającą jej wszcząć procedurę odsunięcia prezydenta od władzy, ale na krótko – kontrolowany przez bliskich Maduro sędziów sąd konstytucyjny najpierw pozbawił z przyczyn proceduralnych mandatów kilku posłów nowej większości (akurat tylu, by liczba opozycyjnych deputowanych nie przekraczała konstytucyjnego progu), a następnie, w bardzo kontrowersyjnym orzeczeniu, uznał że parlament w ogóle nie ma prawa pozbawić prezydenta urzędu. Opozycja nie złożyła broni i zebrała podpisy pod wnioskiem o referendum w sprawie odwołania prezydenta z urzędu. Teraz skrupulatnie, przeciągając maksymalnie sprawę, zlicza i weryfikuje je kontrolowana przez prezydencką administrację komisja wyborcza. 18 maja, by „powstrzymać knowania sabotażystów ze Zgromadzenia Narodowego”, prezydent Maduro ogłosił stan wyjątkowy. Co znów wywołało konstytucyjne kontrowersje – przeciwnicy prezydenta twierdzą, że potrzebował do tego zgody parlamentu. Jednak już 20 maja wenezuelski sąd konstytucyjny znów przyznał rację prezydentowi.

18883170512_d04ee788dc_z.jpg

Nicolas Maduro. Fot. Jeso Carneiro, Flickr.com

W więzieniach wyroki – czasem nawet kilkunastoletnie – wciąż odsiaduje kilkudziesięciu przywódców antyrządowych rozruchów z 2014 roku. W ich wyniku śmierć poniosło kilkadziesiąt osób, a władza odpowiedzialnością za to obarczyła przywódców opozycji i osadziła ich w więzieniu z paragrafów o „podżeganiu do przemocy”. Do Wenezueli regularnie przyjeżdżają politycy innych państw regionu, a także Hiszpanie, usiłując mediować między władzą a opozycją. Na mediacje na razie się jednak nie zanosi. Analitycy coraz częściej zastanawiają się nad postawami panującymi w wojsku. Choć w przeciwieństwie do wielu krajów regionu Wenezuela od 1958 roku pozostaje demokracją wielopartyjną, nie jest wykluczone, że armia zainterweniuje po którejś ze stron konfliktu (bądź sama ustanowi jakiś przejściowy rząd). Wojskowy zamach stanu nie jest jedynym czarnym scenariuszem rysującym się przed południowoamerykańskim państwem – niewykluczone jest, że Wenezuela osunie się w mniej lub bardziej gorącą wojnę domową albo pogrąży w chaosie ludowej, ulicznej rewolty, podobnej do tej z 1989 roku.

Bilans Chaveza

Kto odpowiada za ten stan rzeczy? Prezydent Maduro i jego elokwentna ministra spraw zagranicznych Delcy Rodríguez przekonują, że sytuacja Wenezueli jest wynikiem spisku – „imperialistycznego”, „amerykańskiego” i „kapitalistycznego” – dążącego do zniszczenia projektu „boliwariańskiego socjalizmu”. Faktycznie, „boliwariański socjalizm” nigdy nie był ulubionym projektem politycznym w Waszyngtonie, Brukseli, stolicach państw grupy G7, międzynarodowych instytucjach finansowych czy redakcjach większości globalnych mediów. Rządy Maduro i jego poprzednika Hugo Cháveza traktowane były z wielką dozą nieufności, często złej woli, a nawet – zwłaszcza w przypadku Stanów epoki Busha – otwartej wrogości. Obecne problemy „boliwariańskiej” władzy nie dają się jednak sprowadzić do spisku obcych potęg, wynikają z wewnętrznych problemów reżimu. W swojej obecnej postaci rewolucja boliwariańska poniosła polityczną i ekonomiczną klęskę. Nie będzie w stanie utrzymać się dłużej w obecnej formie i albo będzie musiała dokonać radykalnej korekty gospodarczej, wybierając przy tym pewnie jeszcze dalsze wygaszanie demokracji, albo będzie zmuszona ustąpić miejsca innemu projektowi politycznemu. Choć część sił politycznych lewicy ciągle z zapałem i bezwarunkowo broni administracji Maduro (w Europie prym niestety wiedzie tu hiszpańskie Podemos), to uczciwość wymaga uznania faktów. Polityczna przezorność zaś refleksji nad przyczynami klęski boliwariańskiego projektu. I choć uznanie jej oczywistości nie oznacza jeszcze automatycznego przyznania, że krytycy Cháveza od początku mieli rację, to przypadek klęski wenezuelskiego projektu będzie z chęcią używany jako dowód na to, że jakakolwiek alternatywna polityka gospodarcza musi skończyć się katastrofą. Gdy w 2013 roku Maduro zastępował Cháveza, bilans 13 lat prezydentury tego drugiego trudno było uznać za jednoznacznie negatywny. Według danych zebranych przez dziennik „The Guardian” wiele wskaźników ekonomicznych i społecznych Wenezueli znacznie się w tym okresie poprawiło. Poziom gospodarstw domowych żyjących poniżej progu ubóstwa bezwzględnego spadł z 23,4% w 1999 roku do 8,5% w 2011.W tym samym czasie populacja kraju wzrosła o niecałe 6 milionów obywateli, a PKP na głowę mieszkańca zwiększył się ponad dwukrotnie – z 4105 do 10801 dolarów. Śmiertelność niemowląt spadła z 20 przypadków na tysiąc do 13. Według raportu UNESCO w ciągu 6 lat rządów administracji Cháveza udało się wyeliminować analfabetyzm, który w latach 90. dotykać miał nawet 10% społeczeństwa. Trzykrotnie miała także wzrosnąć populacja studentów uczelni wyższych. Co w takim razie poszło nie tak? Dziś coraz bardziej staje się oczywiste, że projekt boliwariański pogrążyły dwa czynniki. Po pierwsze polityka gospodarcza nie będąca w stanie stworzyć trwałych podstaw wzrostu, zdolnych finansować hojne programy społeczne; po drugie system polityczny, który obiecując więcej demokracji bezpośredniej zniszczył tradycyjne liberalne instytucje równowagi władz i doprowadził do koncentracji politycznej i ekonomicznej władzy w rękach coraz bardziej się alienującej i coraz słabiej kontrolowanej biurokracji wokół ośrodka prezydenckiego.

8538329876_ec30c20a42_z.jpg

 

Król Julian

Well-Known Member
920
1 950
Cud w bańce ropy

Chávez obejmował rządy w kraju zmagającym się z dwoma dekadami kryzysu, gdzie na fatalne czynniki społeczne i istotną biedę (PKB Wenezueli na głowę mieszkańca wynosiło w 1999 roku niewiele ponad 50% poziomu polskiego z tego samego roku) nakładał się problem wykluczenia ludności rdzennej, koncentracji własności ziemskiej na wsi, dziko budowanych, funkcjonujących poza jakimkolwiek systemem urządzeń społecznych slumsów. Wkluczenie najbardziej wykluczonych, objęcie ich podstawowymi sieciami wsparcia i opieki było podstawowym programem Cháveza. I ta obietnica wyniosła go do władzy. Gdy już ją zdobył, nie ukrywał że ważniejsze od inwestycji w długotrwały rozwój jest dla niego natychmiastowe rozwiązanie najbardziej palących problemów społecznych Wenezueli. Patrząc na ich skalę, można było zrozumieć dlaczego. Socjalizm boliwariański zakończyłby się jednak tak szybko, jak się zaczął, gdyby nie zwyżka cen ropy naftowej na początku obecnego stulecia. Jednym z czynników windujących ceny tego surowca była amerykańska polityka na Bliskim Wschodzie – wojny w Afganistanie i Iraku. Jak administracja Busha nie odnosiłaby się wrogo do Cháveza, to paradoksalnie jej polityka w roponośnym regionie „zasponsorowała” boliwariański eksperyment. Jak w „El Pais” wyliczył Alfredo Mezo w latach 2002-2012 cena baryłki ropy wynosiła średnio 60 dolarów, dziś to tylko 25 dolarów. To poziom, z którego po prostu nie da się finansować tak ambitnych celów społecznych. Zwłaszcza że w okresie naftowego eldorado Chávezowi nie udało się w żaden sposób zmniejszyć zależności wenezuelskiego budżetu od dochodów z ropy naftowej ani też zrealizować innych inwestycji, które mogłyby zastąpić importowane produkty i tworzyć miejsca pracy. Wszystkie próby tego typu inwestycji przebiegały wedle tego samego scenariusza: ambitne plany, rozpoczęcie prac, porzucanie ich przy napotkaniu pierwszych trudności, inwestycje stojące latami z powodu braku surowców. Taki los spotkał inwestycje w wydobycie aluminium, przemysł cukrowniczy, koleje, drogi szybkiego ruchu czy plan dobrowolnych przesiedleń ludności z przeludnionych slumsów na wieś, gdzie próbowano tworzyć kompleksy „rolno-przemysłowe”. Jak w „New Yorkerze” twierdzi Jon Lee Anderson, nawet w tak ważnej kwestii dla programu rewolucji boliwariańskiej jak budowa mieszkań administracja Cháveza radziła sobie miernie – budowała ich mniej rocznie niż poprzednie ekipy w ostatnich dekadach. Okresem prezydentury Cháveza rządziła niefrasobliwość w polityce gospodarczej, improwizacja i brak szerszego planu. Produktywność sektora prywatnego spadła w tym okresie, państwowy rozszerzył się o znacjonalizowane przedsiębiorstwa naftowe, energetyczne i te produkujące cement. Ale nawet tu nie stał za tym żaden odkrywczy projekt „socjalizmu XXI wieku” – nacjonalizacje administracji Cháveza były po prostu powrotem do stanu sprzed fali prywatyzacji z lat 90. Takiego planu nie miał też nigdy Maduro. Za jego kadencji, z powodu gwałtownego spadku cen ropy, niefrasobliwość poprzedniej dekady zastąpiła polityka nerwowego gaszenia pożarów. Jako mechanizm zapewnienia tanich towarów na rynku wymyślono specjalny, dwustopniowy system wymiany waluty. Pochodzące ze sprzedaży ropy dolary amerykańskie sprzedawano importerom po zaniżonym kursie tak, by ci mogli sprowadzać za nie potrzebne konsumentom w kraju towary i z godziwym zyskiem sprzedawać je po dostępnych, regulowanych przez rząd cenach. Program obrósł jednak mechanizmami korupcyjnym, powstała cała rzesza spółek, które z kupowania taniej waluty uczyniły świetny biznes, nie zamierzając wykorzystywać jej do importu. W ogóle z problemem korupcji w szeregach wysokich funkcjonariuszy nowego reżimu władza nigdy sobie nie była w stanie poradzić. Przybrał on systemowy charakter, w czasach kryzysu poważnie drenujący gospodarkę .W październiku zeszłego roku grupa dysydenckich działaczy partii Cháveza opublikowała list otwarty, w którym wylicza, że w czasie boomu naftowego z gospodarki Wenezueli w wyniku różnych mechanizmów korupcyjnych „zniknęło” w sumie około 460 miliardów dolarów.

Walka na wyniszczenie

Korupcja była symptomem głębszego problemu: alienacji nowej elity od ruchu społecznego, który zapewnił jej władzę. Jego instytucjonalizacją miała być powołana przez Cháveza w 2006 roku Zjednoczona Socjalistyczna Partia Wenezueli (PSUV). W zamierzeniu miał to być masowy ruch oddolnie kontrolujący władzę. W roku powstania na fali entuzjazmu zapisać się miało do niej 6 milionów członków (w kraju o populacji liczącej 31 milionów). Dziś, jak podaje na łamach „Jacobina” Mike Gonzales, liczy ona około miliona członków, głównie pracowników sektora publicznego – administracji i spółek skarbu państwa. Z masowej wyrażającej ruch społeczny partii PSUV zmieniła się w scentralizowaną, wyalienowaną partię władzy. Mimo zapowiedzi projektowi boliwariańskiemu nie udało się nigdy stworzyć oddolnych, wykraczających poza przedstawicielskie mechanizmy demokracji liberalnej narzędzi kontroli władzy i ekspresji woli politycznej. Udało się za to poważnie podważyć podstawy wielu liberalno-demokratycznych instytucji. Przebiegało to w ramach logiki zaostrzającej się walki politycznej, na co wina spada także na opozycję. Ta od początku nie chciała uznać wyników wyborów z 1999 roku. Nie ukrywała pogardy i wrogości do Cháveza, dążyła do jak najszybszej „zmiany reżimu”. W 2002 zorganizowała zamach stanu, który nie powiódł się po tym, gdy za Chávezem masowo stanęła ulica. Gdy dzięki niej Chávez wrócił do pałacu prezydenckiego, musiał zmierzyć się ze „strajkiem pracodawców”, który miał sparaliżować gospodarkę i zdusić jego administrację. To zresztą w odpowiedzi na ten strajk Wenezuela wprowadziła program dotowania importerów sprzedawaną taniej walutą. Co nie budzi zaskoczenia, na takie posunięcia opozycji władza boliwariańska przybierała coraz bardziej postawę oblężonej twierdzy. Wraz z każdym zwycięstwem nad opozycją radykalizowała się w swoich postulatach. Po drugim zwycięstwie prezydenckim w 2006 roku Chávez ogłosił, że celem Wenezueli jest „budowa socjalizmu”. Te deklaracje łączyły się z pragmatycznym dogadywaniem się z tą częścią środowisk biznesowych, które chciały współpracować z nową administracją i ich kooptacją do często korupcyjnych układów. Towarzyszyło też temu zawłaszczanie instytucji mających równoważyć władzę wykonawczą. W 2005 roku zwolennicy prezydenta przejęli kontrolę nad sądem konstytucyjnym. Od tego czasu nie wydał on ani jednego orzeczenia, które politycznie nie byłoby na rękę prezydenckiej administracji. Wszystko to wytworzyło głęboko toksyczną, niestabilną, pozbawioną narzędzi efektywnego, demokratycznego nadzoru, systemowo korupcjogenną kulturę polityczną. Obecny polityczny i konstytucyjny pat są jej logicznymi efektami.

Co dalej?

Prezydent Maduro z pewnością nie ma pomysłu ani na wyjście z tego pata, ani na rozwiązanie kryzysu gospodarczego. Grupa bliskich politycznie boliwariańskiemu projektowi ekonomistów z Ameryki Łacińskiej przedstawiła niedawno projekt wyjścia z kryzysu, którego podstawą miała być rezygnacja z systemu dwustopniowego kursu wymiany dolary i rozluźnienie regulacji cen. Propozycje te zostały odrzucone. Pomysłu nie ma też opozycja. Jej propozycje gospodarcze to głównie cięcia i prywatyzacje, powrót do polityki lat 90. Zwycięstwo opozycji w wyborach z grudnia z zeszłego roku było bardziej wyrazem słabości obozu Maduro niż siły jego przeciwników. Jak pisze w swoim artykule Mike Gonzales, pół roku temu opozycja zyskała zaledwie trzysta tysięcy głosów. Obóz prezydencki stracił (głównie w wyniku absencji rozczarowanych wyborców) około dwóch milionów głosów. Patrząc z dłuższej perspektywy boliwariański epizod wydaje się być powtórką z lat 70. Wtedy, na fali kryzysów naftowych, Wenezuela przeżywała swój naftowy boom. Prezydent Carlos Andrés Pérez (1974-79) nacjonalizuje wydobycie ropy i z zysków z niej finansuje hojnie wydatki państwa. Korzysta głównie klasa średnia, której standard życia znacząco się podnosi, a liczba w społeczeństwie rośnie. Okres ten nazywa się „saudyjską Wenezuelą”. Wszystko to kończy się w latach 80. Wówczas spadają ceny ropy i przychody budżetu. Państwo nie jest w stanie regulować swoich zobowiązań, dewaluuje swoją walutę. W gospodarce zależnej od importu oznacza to dramatyczny spadek siły nabywczej większości populacji i pogorszenie jakości życia. Lata 80. kończą się krwawymi, ludowymi rozruchami w 1989 roku. Kładą się one cieniem na drugiej kadencji Péreza, który w 1993 zostaje zdjęty z urzędu pod zarzutami korupcji. Rok wcześniej obalić próbował go młody pułkownik, Hugo Chávez. Lata 90., naznaczone przez prywatyzację i realizację konsensusu waszyngtońskiego, nie pomagają gospodarce i nie rozwiązują problemów społecznych kraju. Czy po duecie Chávez-Maduro Wenezuelę czeka powtórka z tego cyklu? Bardzo możliwe. Wiele zależy od demokratycznej lewicy w Wenezueli. Na ile porzuci skompromitowany projekt, będzie efektywna w obronie jego faktycznych zdobyczy socjalnych, a co najważniejsze, na ile rozpozna, że bez budowy długotrwałych podstaw wzrostu i instytucji władzy ponoszącej minimalną odpowiedzialność za swoje działania nie można realizować żadnego postępowego programu społecznego na dłuższą metę.

http://www.krytykapolityczna.pl/artykuly/ameryka-lacinska/20160617/wenezuela-bankructwo-rewolucji
 

kr2y510

konfederata targowicki
12 502
23 256
Ahaha, już nawet KryPa przyznaje że system Chaveza i Maduro jest do dupy:D:
Tak przyznaje, ale dalej wini za to wszystko inne tylko nie jebany socjalizm. I do tego kłamie:
Pomysłu nie ma też opozycja. Jej propozycje gospodarcze to...
No to widać, że opozycja ma pomysł, tylko pomysł ten jest niesocjalistyczny, więc zgodnie z logiką dialektyką KP, nie ma żadnego pomysłu.
 

The Silence

Well-Known Member
398
2 335
Załamanie gospodarki i pustki w sklepach, którym rząd Wenezueli próbuje zaradzić takimi metodami, jak kontrola wojska nad dystrybucją żywności, skłoniły prezydenta do sięgnięcia po nowe środki nadzwyczajne: przedsiębiorstwa mają wysyłać pracowników do pracy na wsi.

Wszystkie przedsiębiorstwa publiczne i prywatne otrzymały z początkiem miesiąca rozporządzenie rządowe nakazujące kierowanie na okres 60 dni części swego personelu do pracy w rolnictwie. W razie potrzeby rząd zastrzegł sobie prawo przedłużenia tego okresu o dalsze dwa miesiące.

To rozporządzenie wydane na podstawie obowiązującego już dekretu o stanie wyjątkowym i nadzwyczajnej sytuacji gospodarczej, podpisanego przez prezydenta Nicolasa Maduro, ma przyczynić się w intencji rządu do ograniczenia niepohamowanego wzrostu cen żywności i zmniejszenia liczby napadów na sklepy z artykułami spożywczymi.

Wenezuelskie media opozycyjne komentują te posunięcia, twierdząc, że Maduro próbuje odwoływać się m.in. do "kubańskich metod" z pierwszego okresu rewolucji, gdy na wezwanie Fidela Castro cały personel ministerstw i fabryk wyruszał na plantacje, aby ścinać trzcinę cukrową, gdy robotnicy rolni zyskali możliwość znalezienia lżejszej pracy.

Przeciwnicy rządu Maduro, to jest parlament, który jest w Wenezueli jedyną instytucją kontrolowaną przez opozycyjną Koalicję na rzecz Jedności Demokratycznej (MUD) ogłosili "alarm żywnościowy" w kraju. Także organizacja praw człowieka Amnesty International zaleciła władzom Wenezueli wystąpienie do ONZ i organizacji regionalnych o międzynarodową pomoc humanitarną w sytuacji, gdy załamują się rządowe programy sprzedaży taniej żywności mieszkańcom ubogich dzielnic wielkich miast.

Maduro odpowiedział w czwartek, że to bynajmniej nie błędna polityka gospodarcza rządu, lecz "wojna gospodarcza wydana władzy przez opozycję i zagraniczne przedsiębiorstwa" jest przyczyną kryzysu. Prezydent odrzucił możliwość wystąpienia o zagraniczną pomoc humanitarną.

Zgodnie z retoryką uzasadniającą potrzebę zwalczania "wroga zewnętrznego i wewnętrznego", którym wenezuelski rząd przypisuje znaczna część winy za załamanie gospodarki i trzycyfrową inflację, Zjednoczona Partia Socjalistyczna Wenezueli (PSUV) wezwała w czwartek swych członków do demaskowania przypadków instytucji publicznych, którymi kierują przeciwnicy rządu Nicolasa Maduro.

Deputowany Diosdado Cabello, pierwszy wiceprzewodniczący PSUV, której przewodzi prezydent, oświadczył: "Nie można robić rewolucji z +escualidos+". ("Escualidos" po - hiszpańsku znaczy "szczupli", ale w wenezuelskiej wersji słowo to ma pejoratywne znaczenie: "brudasy", "cieniasy", "mizeroty", które nadał mu prezydent, wskazując z pogardą przeciwników władzy.)

"Pomóżcie nam towarzysze, wskazując +escualido+, który zajmuje jakieś stanowisko (...). Stanowiska kierownicze powinny być w rękach prawdziwych rewolucjonistów" - apelował Cabello w przemówieniu wygłoszonym w czwartek na wiecu w stanie Carabobo w środkowej Wenezueli.

Zarówno ekonomiści rządowi, jak demokratyczna opozycja skupiona wokół MUD, są jednak zgodni w ocenie, że głównym powodem katastrofy gospodarczej w kraju jest - załamanie się cen ropy naftowej.

Nicolas Maduro poinformował w piątek, ze Wenezuela jako kraj o największych na świecie zasobach ropy naftowej zwróciła się do sekretarza Organizacji Krajów Eksportujących Ropę Naftową (OPEC) Mohammeda Barkindo o zorganizowanie spotkania, na którym kraje członkowskie i nienależące do OPEC zastanowiłyby się nad mechanizmami, za pomocą których dałoby się ustabilizować międzynarodowe ceny ropy.

"Zabiegamy o przeprowadzenie spotykania krajów-producentów i eksporterów należących do OPEC i krajów, które do OPEC nie należą - z Rosją na czele" - oświadczył Maduro w wypowiedzi dla ogólnokrajowej sieci radiowo-telewizyjnej.

Prezydent podkreślił, że spotkanie to będzie miało na celu uzgodnienie wspólnych działań, które pozwolą stopniowo podnosić ceny czarnego złota do średnio 40, 50 i 60 dolarów za baryłkę.

Cena baryłki ropy naftowej, która w 2014 roku przekroczyła 100 dolarów, spadła od tego czasu do poziomu poniżej 30 dolarów, a obecnie oscyluje w okolicy 40 dolarów.

Ropa wenezuelska kosztowała w czwartek 33,55 dolara.(PAP)

http://www.bankier.pl/wiadomosc/Wen...ebook.com&utm_medium=sm&utm_campaign=socialfb

Maduro chce zapobiec kryzysowi metodą "chłopstwo won na pola pracować". No i oczywiście co złego to nie my, rewolucja by wypaliła, gdyby nie ceny ropy/zagraniczne przedsiębiorstwa/żydzi/ reptilianie.
 

kr2y510

konfederata targowicki
12 502
23 256
Maduro chyba czuje własny koniec, bo napina się ostro.
Reporters.pl » Prezydent Wenezueli grozi represjami: „Erdogan przy mnie to dzieciak”. A naród umiera z głodu

Lewicowy prezydent Wenezueli Nicolas Maduro zagroził, że masowe represje tureckiego przywódcy Recepa Erdogana to nic w porównaniu z tym, co on sam zrobi z wenezuelską opozycją jeśli odważy się ona odsunąć go od władzy.

„Widzicie co się stało w Turcji? Ale to jest i tak niczym niemowlę w porównaniu z tym, co nasza bolivarska rewolucja zrobi jeśli prawica przekroczy granicę zamachu stanu” – zagroził wenezuelski dyktator.

W ostatnim czasie popularność prezydenta Maduro ostro spada na tle kryzysu ekonomicznego w kraju spowodowanego niskimi cenami ropy naftowej, z której sprzedaży zawsze pochodziła większość dochodów wenezuelskiego budżetu.

Zapewne tym należy tłumaczyć coraz większą nerwowość prezydenta Wenezueli, szczególnie po tym jak opozycja zapowiedziała na 10 września br. wielki marsz protestu w Caracas, żądając ogłoszenia referendum w celu skrócenia kadencji prezydenta.

Maduro, którego 6-letnia kadencja kończy się formalnie w 2019 r. ogłosił tymczasem, że w tym roku żadnego referendum nie będzie, pomimo że pod wnioskiem w tej sprawie podpisały się prawie 2 mln Wenezuelczyków.
...
Od czasu kiedy Chavezowi udało się stłumić nieudany pucz w 2002 r. lewackie władze Wenezueli nieustannie traktują wszelkie działania opozycji jako próbę zamachu stanu. Mało kto już pamięta, że sam Chavez próbował dokonać komunistycznego przewrotu wojskowego w 1992 r.​
 

kr2y510

konfederata targowicki
12 502
23 256
to mam szanse na spełnienia osobistego życzenia noworocznego coby go zobaczyć w roli ceausescu
Problem w tym, że Ceaușescu zastąpiły inne skurwysyny. To było przejęcie państwa przez watahę podległą bezpośrednio sowietom z Moskwy. Geniusz Karpat był lewicowym skurwysynem, ale nie był pachołkiem Moskwy. To mu trzeba oddać. Poza tym nie zadłużał kraju, zadłużenie Rumunii w momencie egzekucji, było równe zeru.

jeśli USA ma plany utrzymania niskich cen ropy i odpali opozycję
Jak USA odpali opozycję, to będą to gorsze skurwysyny jak w Polsce. Przyjadą tam Sachsy i Sorosy, po czym zrobią tam syf jak na Ukrainie. Przecież USA celowo obsadza Amerykę Południową komuchami, by gospodarki tych krajów nie stanowiły konkurencji dla USA. Pokaż mi jednego us-mańskiego agenta wpływu, który jest pro-gun, jest za niskimi podatkami, jest za kara śmierci itd. Same lewackie cioty, a w ostateczności mormon lub protestancki biblijny lewicowiec.

W Ameryce Południowej potrzebne są własne siły, które wyrżną polityczne lewactwo wraz z jego biologicznym potomstwem, po czym przejmą władzę. Inaczej z roku na rok, będzie tam coraz gorzej. Poza tym nie chodzi tu o jednego idiotę Maduro, a o całe lewackie zaplecze, sędziów, intelektualistów, nauczycieli, profesorów i innych, którzy celem budowy komunizmu posługują się skurwysynami i debilami. Według mnie najlepiej będzie jak USA nie będzie tam wkładać swego ryja.
 
Do góry Bottom