Seriale - wątek ogólny

D

Deleted member 6960

Guest
Z ostatnich seriali faworytem ^Nasza planeta^. Wszystko wspaniale opowiada David Attenborough.



Dla mnie ta seria jest lepsza od kultowych już produkcji BBC / Sceny kapitalnie sfilmowane.



Emocje niemal takie same jak w thrillerze xD. Tego typu produkcje nigdy się nie nudzą.
Serial na Netfliksie.
 
Ostatnio edytowane przez moderatora:

The Silence

Well-Known Member
414
2 560


Polecam serial animowany "Monster".

Gatunek: thriller, sensacyjny, kryminalny, psychologiczny.
Liczba odcinków: 74

Akcja ma miejsce we wczesnych latach 90-tych w Niemczech (oraz częściowo w Czechach). Główny bohater jest lekarzem, który zostaje wrobiony w morderstwo przez jednego ze swoich byłych pacjentów. Chcąc oczyścić się z zarzutów postanawia podążyć śladem prawdziwego mordercy i natrafia na grubszy spisek. Serial momentami wpada w typową dla anime przesadę, ale generalnie jest dosyć realistycznie przedstawiony i dobrze oddaje klimat post-komuny nawet po bardzo drobne detale. Twórcy dawkują widzowi informacje stopniowo i zdarza się co jakiś czas, że serial odskoczy od głównego wątku, żeby opowiedzieć jakąś historię poboczną. Jest np. wątek byłych esbeków, którzy zagnieździli się w czeskiej policji i rozkręcili tam sobie własna mafię. Jest też wątek neonazistów w Niemczech, którzy byli dosyć aktywni w tamtym okresie.
 

Hitch

3 220
4 833
Always Sunny in Philadelphia

Niesamowity serial o czwórce totalnych zjebów, chamów, narcystycznych socjo i psychopatów, którzy nie posiadają żadnej pozytywnej cechy, i którym nigdy się nie kibicuje, a tylko wyczekuje kolejnej epickiej porażki.

Twór bardzo oryginalny w swojej budowie wiodących postaci i przede wszystkim prześmieszny. Od razu trafił do mojego Top 3 najśmieszniejszych seriali i codziennie pochłaniam kolejne epizody. Taki aktorski South Park tylko z niereformowalnymi deklami jako bohaterami i z mniejszą ilością politykowania. Za to dużo jechania i nabijania się dosłownie ze wszystkiego od religii, przez niepełnosprawnych, po biedę i patusów.

Gorąco polecam.
 

MaxStirner

Well-Known Member
2 525
4 488
Ktos może zna pierwsze sezony Star Treka z lat 60 70 80 i powie czy warto poswiecic czas? Z jednej strony pewnie trąci myszką, z drugiej wtedy nie bylo w kinie feminizmu i parytetow rasowych... Jest tu ktos kto oglądal i moze sie wypowie?
 

Frosty2

Wincej socjalu, wincej!
326
175
Ja polecam serial Czarnobyl - to ostatni dobry serial jaki widziałem, wielka szkoda, że większość seriali to gówno.
 

FatBantha

sprzedawca niszowych etosów
Członek Załogi
8 890
25 481
Ja oglądałem.
To zależy wyłącznie od twojego osobistego stosunku do fikcji i różnych anachronizmów.

Jeżeli potrafisz się oderwać od obecnego horyzontu problemów, standardów realizacji oraz bardziej aktywnie podjąć grę wyobraźni zamiast podchodzić sceptycznie do tego, co oglądasz, może ci się spodobać przyjęcie zupełnie innej perspektywy.

Według mnie pełnometrażowe filmy ze starą załogą (Kirk, Spock, McCoy ) i tak są słabsze od serialu z lat '60, jeśli chodzi o stawianie interesujących problemów i związanych z nimi dylematów, bo to raczej blockbusterowe spektakle a ST sprawdza się najlepiej w formie epizodycznej.

Jeżeli zaakceptujesz konwencję w jakiej oglądane na ekranie postaci nie będą napisane tak, aby przypominać ludzi z naturalnymi reakcjami, tylko raczej będą stanowić ilustrację całych klas czy kast na Enterprise jako całości społeczeństwa na wzór platońskiej utopii, to całkiem spokojnie powinieneś dać sobie radę.

Oczywiście ten problem nie dotyczy tylko i wyłącznie amatorskiej pisaniny. Mamy z nim do czynienia także u części ‚profesjonalistów’. Typowymi Mary Sue są Superman, jak i w sumie większość amerykańskich superbohaterów, obdarzonych jakimiś ubermocami, dla których później trzeba tworzyć balast analogicznie super czarnych charakterów, żeby mieli rzucone jakiekolwiek kłody pod nogi, James Bond czy całe masy protagonistów serii w stylu „zabili go i uciekł”.

Część osób zwraca uwagę, że startrekowy kpt. Kirk także wpisuje się w tę kategorię, aczkolwiek ja mam poważne wątpliwości, czy można go z czystym sercem za taką kreację uznać. Zalety Kirka często przemawiają jako wady, jest kobieciarzem i typowym action manem, ale często przez to popada w różne tarapaty i generalnie dzięki takiemu określeniu, komplikuje fabułę treków, zamiast ją zarżnąć łatwym rozwiązaniem. Z całą pewnością jest postacią wyidealizowaną, tyle że zaprojektowaną dość nietypowo, mianowicie sprowadzoną do funkcji przywódczo-decyzyjnej. Co charakterystyczne w Star Treku (ze starą załogą), zamiast ludźmi (bądź Wolkanami) postaci są raczej personifikacjami funkcji jakie pełnią.

W uproszczeniu: USS Enterprise stanowi niejako organizm, nad którym pieczę sprawuje trio Kirk-Spock-McCoy. Każdy z nich pełni jakąś funkcję – Spock jako oficer naukowy symbolizuje aspekt poznawczy statku, McCoy jako lekarz darzący troską nawet ginących masowo noname’owych redshirtów, ale też i kosmitów, czyli kogoś spoza okrętu – empatyczno-moralną, Kirk natomiast jako kapitan uzgadnia aspekt moralny z poznawczym i ogólnie decyduje o kierunku działania, zazwyczaj kompromisowym, odebrawszy informacje z obu tych źródeł, często sprzecznych i walczących między sobą o prymat. Koordynuje odpowiednio dążenia Spocka i McCoya, ustalając aktualne priorytety. Każdy z tych bohaterów solo żadną Mary Sue nie jest i być nie może. Często z powodu swoich ograniczeń i zredukowania do wymienionej funkcji, w pojedynkę nie jest w stanie udźwignąć wagi sytuacji w jakiej się znajduje; stąd Kirk bez wiedzy Spocka i sumienia McCoya też bywał odpałowy. Dopiero w kupie, grając swoją rolę, ten tercet w jakimś sensie staje się zbiorową Mary Sue, która jest w stanie wyjść z każdej opresji. Zbytnią tego łatwość można z kolei opóźnić, rozdzielając lub od czasu do czasu, konfliktując ze sobą protagonistów.

Ta ich papierowa konstrukcja stanowi raczej celowy zabieg moralizatorski, niż niedostatek wynikający z nieumiejętności pisania postaci. Zresztą starego Treka, mimo tego uporczywie kolektywisteczno-komplementarnego przesłania, da się obejrzeć, natomiast lektura wielu fanfików graniczy z niemożliwością, z całą pewnością zaś wypełnia znamiona natrętnego masochizmu.​
Ja ogólnie cenię ST: TOS za pewien zimnowojenny brud, który wychodzi spoza utopii - jest na przykład widoczny w odcinkach z Klingonami i Strefą Neutralną. Naprawdę czuć, że to powstało w czasach głębokiego lęku kiedy ludziom udzielała się paranoja nuklearna. Wychodzi to w scenariuszach, grze aktorskiej i jest to naprawdę niepodrabialne.

Jeżeli jesteś w stanie zaakceptować pewną sztuczność fabuły i postaci układane tak, żeby eksponować konkretne problemy i rozpatrywać je z kolektywnego punktu widzenia, klasyczny Star Trek powinien ci wejść, ale on jest dosyć sztuczną sztuką opartą o figury a nie stara się być realistyczny. Dlatego można go traktować z dystansu i zastanawiać się nad dylematami a nie przeżyciami konkretnych postaci.

Oczywiście, są też odcinki, które trącą myszką, bo serial ten powstawał w czasach kiedy sci-fi było gatunkiem niedocenianym. Znajdziesz więc naciągane historyjki, w jakich fabuła zdawała się podążać za tym, jakie plany, charakteryzację czy rekwizyty można było zgarnąć, bo były dostępne za friko po kimś, kto robił inny film na planie obok. Są więc odcinki "ziemskie" czy "westernowe" a nawet "drugowojenne", gdzie będziesz miał scenariusze bliźniaczych Ziemi, podróży w czasie czy innych dziwactw mających wytłumaczyć z jakiego powodu coś jest dziwnie swojskie i nie przypomina sci-fi.

Seksowne kosmitki epaturjące erotyzmem lat '60, komputery wielkości stodół czy walka z Gornem to oczywiście folklor sam dla siebie, ale ogólnie wydaje mi się, że po takie starocie sięga się właśnie dlatego, żeby się zdystansować od obecnych konwencji estetycznych czy pospolitych metod jakimi dziś tworzy się różne historie czy bohaterów. Jeżeli weźmiesz na to poprawkę i z ciekawością podejdziesz trochę na zasadzie komparatystyki, aby przekonać się jak się zmieniła perspektywa na science fiction przez lata a co zostało bez zmian, to spokojnie powinieneś móc to obejrzeć.

Ogólnie, trzeba brać też poprawkę na to, że kiedyś seriale dłużej się rozkrecały, żeby znaleźć swoją dojrzałą pełną formę. ST:TNG (z lat 90), potrzebował do tego niemal całego pierwszego sezonu, który był koszmarny i chemia zaczęła się później. Dziś część ludzi się od tego odbija i nie dociera do naprawdę wartościowego, niezapomnianego kontentu, bo nie ma już tyle cierpliwości. O tym zresztą sobie nawijają najwięksi trekkies w necie z Red Letter Media. Trudno im znaleźć jakiekolwiek odcinki z pierwszego sezonu, jakie można z czystym sumieniem pochwalić.



View: https://www.youtube.com/watch?v=fyBv_h2nyXk


TOS to tylko dwa sezony, więc też szybciej osiąga optymalną formułę, a czy ona przypasi, czy nie, to inna kwestia. Mnie się oryginalny Star Trek podobał bardziej, bo mimo swojej utopijności był o wiele mniej cywilizowany, wydawał się bardziej obcy, a świat przedstawiony zrealizowano jako bardziej nieznany, niebezpieczny i szorstki a przy tym umowny. Pierwsza załoga też okazała się znacznie bardziej charyzmatyczna niż sentymentalne wypłosze z lat '90. Chociaż mocną stroną TNG są niezapomniane mowy Picarda przenoszące przesłania serii.
 
Ostatnia edycja:

tosiabunio

Grand Master Architect
Członek Załogi
6 941
14 952
Ktos może zna pierwsze sezony Star Treka z lat 60 70 80 i powie czy warto poswiecic czas? Z jednej strony pewnie trąci myszką, z drugiej wtedy nie bylo w kinie feminizmu i parytetow rasowych... Jest tu ktos kto oglądal i moze sie wypowie?

The Next Generation było bardzo spoko, no ale oglądałem głównie w latach 90. więc teraz percepcja może być odmienna. Potem było gorzej i chyba się nie podnieśli. The Original Series nigdy nie oglądałem, bo za bardzo trąci myszką.
 
Do góry Bottom