Rzeź wołyńska

FatBantha

sprzedawca niszowych etosów
Członek Załogi
8 902
25 531

Polska zamierza zaakceptować kult Bandery [ANALIZA]

Witold Jurasz
dzisiaj 19:17

Według informacji uzyskanych przez Onet z dwóch niezależnych źródeł w dyplomacji, władze Polski podjęły decyzję, żeby w relacjach z Ukrainą wyciszyć spór o gloryfikację Stepana Bandery i przestać przeciwko temu kultowi protestować. To mina podłożona pod stosunki polsko-ukraińskie.

  • Polska miałaby od tej chwili ograniczyć się do sprzeciwu wobec kultu naczelnego dowódcy Ukraińskiej Powstańczej Armii (UPA) Romana Szuchewycza oraz dowódcy UPA na Wołyniu Dmytro Klaczkiwskiego ps. Kłym Sawur, bezpośrednio odpowiedzialnych za mordowanie Polaków
  • Rola Bandery różni się od tej dwójki tym, że Bandera w czasie rzezi na Wołyniu siedział w niemieckim obozie. Ponosi natomiast odpowiedzialność polityczną i moralną. Ale nie znaczy to, że Bandera nie ma polskiej krwi na rękach. Był na wolności, gdy OUN dokonał pogromów Żydów we Lwowie w 1941 r. Zamordowani wówczas Żydzi byli jednocześnie Polakami
  • Rząd PiS najpierw w 2015 r. sprowadził całokształt relacji polsko-ukraińskich do sprawy Bandery. Teraz popada w drugą skrajność, całkowicie ten problem odrzucając
Informacje Onetu wydaje się potwierdzać wywiad szefa Kancelarii premiera ministra Michała Dworczyka, który w rozmowie z tygodnikiem "Sieci" zadaje pytanie "czy sami Ukraińcy będą potrafili uznać oczywiste dla nas czerwone linie i nie gloryfikować zbrodniarzy odpowiedzialnych bezpośrednio za mordowanie Polaków, takich jak np. Kłym Sawur?"

Żeby dobrze zrozumieć ten najbardziej kontrowersyjny element stosunków polsko-ukraińskich, trzeba przypomnieć kilka wydarzeń z II wojny światowej.

UPA i rzeź wołyńska

Ukraińska Powstańcza armia (UPA) była zbrojnym ramieniem banderowskiej frakcji Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów (tzw. OUN-B). UPA w latach 1943-1944 przeprowadziła masową akcję eksterminacyjną Polaków zamieszkujących Wołyń oraz Galicję (Małopolskę) Wschodnią, czyli sąsiadujące z Wołyniem województwa lwowskie, tarnopolskie i stanisławowskie. Rzeź wołyńska (w potocznym tego słowa rozumieniu, bo obejmującą wszystkie ww. ziemie) pochłonęła od minimum 70 do nawet ponad 100 tys. ofiar. Dokładnej liczby zamordowanych nigdy nie ustalono, a pomiędzy historykami toczy się na ten temat spór.

Szerszym kontekstem dla Wołynia było złe traktowanie mniejszości ukraińskiej przez władze II Rzeczpospolitej. Ukraińcy byli w 20-leciu międzywojennymi obywatelami drugiej kategorii, choć stanowili ok. 15 proc. ogółu ludności, a w południowo-wschodnich województwach byli większością. Powyższe nijak nie może być jednak usprawiedliwieniem dla masowych mordów.

Działania UPA miały tymczasem charakter masowego ludobójstwa na Polakach. Mordowano cywilów, kobiety, dzieci, starców, wybijane były całe wsie. W niewyobrażalnie nieraz bestialski sposób.

To prawda, że polskie podziemie dokonało szeregu akcji odwetowych, w których również ginęli niewinni ludzie. Ale nie ma pomiędzy tymi działaniami znaku równości. Zbrodnie polskiego podziemia miały nieporównywalnie mniejszą skalę, były reakcją na działania UPA i przede wszystkim ich celem nie była eksterminacja całej ludności ukraińskiej.

Najtrudniejszy problem

Kwestia Rzezi Wołyńskiej jest i pozostaje najtrudniejszym zagadnieniem w relacjach polsko-ukraińskich i jest najeżona kluczowymi detalami.

W Ukrainie po pomarańczowej rewolucji rozwijany jest kult UPA. Wprawdzie chodzi w nim głównie o antysowieckie działania armii, ale nie zmienia to faktu, że mamy do czynienia z kultem organizacji, która dopuściła się masowych mordów na Polakach.

Równocześnie trzeba też pamiętać, że kult ten nigdy nie przyjął masowego charakteru, a tzw. banderowcy (czy też politycy ukraińskiej skrajnej prawicy) nigdy nie dominowali w ukraińskiej polityce. W istocie nie odgrywali i nie odgrywają w niej żadnej większej roli.

Na dodatek prezydent Zełenski oraz kilku innych czołowych ukraińskich polityków mają żydowskie korzenie. To o tyle ważne w tej układance, że UPA mordowała także Żydów. Twierdzenie, że Ukraina jest państwem banderowskim (lub neonazistowskim), jest w takiej sytuacji absurdalne.

Swoje interesy ma też w tej sytuacji oczywiście Rosja, która próbuje usprawiedliwiać bandycką napaść na Ukrainę tym, że jest to państwo banderowsko-nazistowskie. Określenie to jest nieprawdziwe, ale utrudnia naszej dyplomacji jakiekolwiek podnoszenie kwestii gloryfikacji Bandery przez Ukraińców.

Za co odpowiada Bandera

Wydaje się, że z punktu widzenia nie tylko samej Polski, ale zwykłej prawdy historycznej nie da się zaakceptować pomników takich niewątpliwych zbrodniarzy jak wspomniani wyżej Szuchewycz czy też Kłym Sawur, którzy ponoszą bezpośrednią i niepodlegającą dyskusji odpowiedzialność za ludobójstwo dokonane na Polakach.

Sytuacja ze Stepanem Banderą jest bardziej skomplikowana. Bandera od 1941 do 1944 r. przebywał początkowo w niemieckim więzieniu, a następnie obozie koncentracyjnym (w wypadku tego ostatniego warunki, w których przebywał różniły się jednak zasadniczo od tych, które zazwyczaj kojarzymy z obozami koncentracyjnymi i przypominały bardziej komfortowy areszt). Pomiędzy historykami toczy się spór, czy Bandera w tym okresie miał kontakt ze swoją organizacją, a tym samym czy miał wpływ na eksterminację Polaków. Ale nawet jeśli nie miał, to ponosi za tę eksterminację polityczną i moralną odpowiedzialność. Dokonało jej w końcu zbrojne ramię założonej przez niego organizacji. Poza tym, Bandera zbrodni tej nigdy choćby jednym słowem nie potępił.

Mina pod relacjami z Ukrainą

Akceptacja przez polski rząd kultu Bandery jest błędem z kilku powodów.

Po pierwsze, kult Bandery prędzej czy później doprowadzi do zadrażnień w relacjach polsko-ukraińskich. Heroizacja Bandery to w istocie mina podłożona pod relacje polsko-ukraińskie. Nie ma bowiem żadnych wątpliwości, że Rosjanie będą próbowali eksploatować ten temat. Nie ma też żadnych wątpliwości, że w samej Polsce również nie brak polityków i sił politycznych, które będą żywiły się tym zagadnieniem.

Po drugie, akceptacja kultu Bandery napędzać będzie antysemityzm w Polsce. Już teraz słychać głosy dobiegające ze skrajnej prawicy, że Polska przyjmując inne normy w stosunku do takich zbrodni, jak ta w Jedwabnem i inne dla zbrodni popełnianych na Polakach, w istocie pokazuje swój brak suwerenności. Od tego do opowieści o Żydach rządzących światem naprawdę niedaleko.

Po trzecie, wycofanie się Polski ze sprzeciwu w stosunku do heroizacji Bandery może zagrozić istotnej z punktu widzenia Polski kooperacji w tym zakresie z Izraelem, z którym polska dyplomacja działała wspólnie, sprzeciwiając się kultowi UPA. O ile bowiem można dyskutować na temat odpowiedzialności Bandery za masowe zbrodnie na Polakach, to już nie ma żadnej wątpliwości, że był on na wolności wtedy, kiedy doszło do dwóch kolejnych pogromów Żydów we Lwowie w czerwcu i lipcu 1941.

Pogromy te miały miejsce przy życzliwej postawie, a nawet za zachętą Niemców – na tej samej zasadzie, co dokonywane przez Polaków w tym samym dokładnie czasie pogromy Żydów na Podlasiu – ale nie zmienia to faktu, że ich organizatorami była Organizacja Ukraińskich Nacjonalistów, na czele której stał Bandera, który zresztą mordowania Żydów również nigdy nie potępił.

Izrael kultu Bandery nigdy nie zaakceptuje. A trzeba pamiętać, że mordowani we Lwowie Żydzi byli jednocześnie Polakami. Bandera, ponosząc odpowiedzialność już za tę jedną zbrodnię, ma na rękach krew tak żydowską, jak i polską.

Kompromis moralny bez korzyści

Przede wszystkim jednak rezygnacja ze sprzeciwu wobec kultu Bandery jest przykładem kompromisu moralnego, którego w polityce zagranicznej nie należy podejmować. W dyplomacji robi się czasem rzeczy moralnie niesłuszne po to, by uzyskać coś innego i na tyle ważnego, że w bilansie zysków i strat owo ustępstwo moralne staje się nieistotne. Czasem charakter moralny mają zyski i tym samym ustępstwo moralne w jednej sprawie, kompensowane jest wygraną w innej.

W tym wypadku nic takiego nie ma miejsca. Polska słusznie popiera Ukrainę w jej wojnie z Rosją i powinna to robić dalej. Nie musi natomiast jednocześnie zmieniać stosunku do Bandery.

Oba nasze kraje potrzebują siebie nawzajem. Ukrainie zależy na Polsce z oczywistych względów. Ale także Polsce zależy na Ukrainie, bo w naszym interesie jest, aby Ukraina nie przegrała trwającej od ponad trzech miesięcy wojny.

To wszystko jednak nijak od naszego stosunku do Bandery nie zależy.

Zawsze ten sam błąd

Rządy PiS w 2015 r. zaczęły się od gwałtownego zaostrzenia relacji z Ukrainą na tle kultu Stepana Bandery i innych liderów UPA. W lutym 2017 r. Jarosław Kaczyński w wywiadzie dla tygodnika "Do Rzeczy" stwierdził, że "Ukraina z Banderą do Europy nie wejdzie". W lipcu tego samego roku ówczesny szef polskiej dyplomacji Witold Waszczykowski stwierdził, że Polska jest z powodu polityki historycznej Kijowa gotowa wręcz zawetować członkostwo Ukrainy w Unii Europejskiej.

Teraz PiS poszedł w drugą skrajność. Michał Dworczyk we wspomnianym wyżej wywiadzie dla "Sieci" tworzy fałszywą alternatywę. Oto Polska ma mieć rzekomo tylko dwie możliwości. Albo "postawić to (kult UPA – red.) jako warunek zaporowy, co może zablokować możliwości poważniejszej współpracy w przyszłości", albo dla odmiany ograniczyć się do sprzeciwu jedynie wobec gloryfikacji Kłyma Sawura. Powyższy dylemat jest całkowicie fałszywy. Polska nie powinna i nie musi robić ani jednego, ani drugiego.

Patrząc na politykę zagraniczną PiS trudno nie odnieść wrażenia, że polega ona, nie tylko zresztą w tej sprawie, na płynnym przechodzeniu z jednej skrajności do drugiej. Takie działanie w polityce zagranicznej zawsze oznacza tylko jedno: niedojrzałość. Nieodpowiedzialną skrajnością i wyrazem niedojrzałości było uczynienie całokształtu relacji polsko-ukraińskich zakładnikiem Bandery. Równie nieodpowiedzialne i niedojrzałe jest całkowite zarzucenie problemu kultu tej postaci.

PiS, nie po raz pierwszy niestety pokazuje, że w polityce zagranicznej popełnia jeden i zawsze ten sam błąd. Najpierw licytuje tak wysoko jak się tylko da, a że zawsze przelicytowuje, to na końcu mówi pas i nie ugrywa niczego.
 

FatBantha

sprzedawca niszowych etosów
Członek Załogi
8 902
25 531
Wydaje się, że Onet jednak się trochę przejechał, bo gdyby było jak pisali, te obchody byłyby skromniejsze.


Sporo okołowołyńskiej publicystyki się w końcu przebija i oby to się znowu przeniosło na ogólnonarodową presję na załatwienie tej sprawy.


Historia
Dlaczego Ukraińcy kłamią w sprawie rzezi wołyńskich?
Na przełomie 2013 i 2014 r. polskie elity polityczne prawie powszechnie poparły brutalny przewrót na Ukrainie. Poparciu temu towarzyszył, widoczny zwłaszcza w mediach, graniczący z euforią entuzjazm. Jak zwykle w polskiej polityce, zabrakło chłodnej refleksji. Nie przyjmowano do wiadomości nielicznych głosów ostrzegających przed widocznymi na kijowskim Majdanie upiorami przeszłości - odwoływaniem się do tradycji i symboliki nacjonalizmu ukraińskiego. Wręcz przeciwnie, z "Gazety Polskiej" można było się dowiedzieć, że dopiero z "wolnymi ludźmi" da się prowadzić dialog na "trudne tematy" z przeszłości.
Dzisiaj wiemy, że ten dialog jest prawie niemożliwy. Strona ukraińska nie przyjmuje do wiadomości nie tylko faktów historycznych dotyczących zbrodniczej działalności Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów i Ukraińskiej Powstańczej Armii, ale nawet wyników ekshumacji w Hruszowicach. Jest już oczywiste, że pomajdanowa Ukraina nie chce rozliczenia zbrodniczej przeszłości formacji, których pamięć kultywuje i uznaje za fundament tożsamości narodowej. Nie chce przede wszystkim dopuścić do upamiętnienia ofiar ludobójstwa wołyńsko-małopolskiego, ich ekshumacji i godnego pochówku.
Od czasu pierwszego przewrotu politycznego na Ukrainie z 2004 r. szerzy się w przestrzeni publicznej tego kraju kult najbardziej ponurych postaci symbolizujących nacjonalizm ukraiński, takich jak Stepan Bandera, Roman Szuchewycz, Dmytro Doncow, Jarosław Stećko, Mykoła Łebed, Dmytro Klaczkiwski czy Petro Diaczenko. Czci się tam dzisiaj każdy przejaw antypolskiego szowinizmu - od rzezi humańskiej po rzeź wołyńską. Skrajnym przejawem takich działań były ubiegłoroczne obchody Roku UPA na Wołyniu, zainicjowane przez tamtejszą radę obwodową.
Przyznanie się do zbrodni i ich potępienie oznaczałoby konieczność odrzucenia tradycji nacjonalistycznej i niemożność budowania na niej antyrosyjskiej tożsamości Ukrainy. Ze strony polskich środowisk proukraińskich słychać niekiedy usprawiedliwiające głosy, że Ukraina nie ma innej tradycji historycznej, na której mogłaby wykreować antyrosyjską tożsamość. To niech jej nie kreuje.

Zachęta do eksterminacji

Nacjonalizm ukraiński nie był czymś wyjątkowym w europejskich realiach lat 30. i 40. XX w. Podobne ideologie i ruchy - wzorujące się na faszyzmie bądź nazizmie, bazujące na radykalnym nacjonalizmie i populizmie - powstały w tym czasie w wielu krajach Europy Środkowo-Wschodniej i Południowej. Oprócz utworzonej w 1929 r. Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów byli chociażby chorwaccy ustasze, rumuńska Żelazna Gwardia, litewscy tautinicy, wabsowie w Estonii, Ruch Lapua w Finlandii, polski Ruch Narodowo-Radykalny "Falanga", ludacy na Słowacji.
Podłożem radykalizmu tych ruchów było głównie upośledzenie ekonomiczne tej części Europy, pogłębione szczególnie w dobie wielkiego kryzysu (1929-1933), a w wypadku Chorwatów i Ukraińców w grę wchodziła także kwestia niepodległości politycznej. Nacjonalizm ukraiński był zatem wytworem swojej epoki. Wyróżniał się jednak radykalizmem doktryny i okrucieństwem zbrodni.
Prof. Bogumił Grott scharakteryzował ideologię nacjonalizmu ukraińskiego następująco: "Filozofia ta świetnie nadawała się do konstrukcji państwa totalitarnego i była używana do usprawiedliwiania, a nawet zachęcania do wszelkiej eksterminacji. Taką też rolę spełniła w stosunku do zamieszkujących południowo-wschodnie Kresy II Rzeczypospolitej Polaków, Żydów, a nawet i mających inne poglądy Ukraińców".
W odróżnieniu od podobnych mu ruchów nie zniknął wraz ze swoją epoką. Przetrwał po II wojnie światowej na emigracji w RFN, Kanadzie i USA, skąd po 1991 r. był stopniowo przeszczepiany na teren niepodległej Ukrainy.

Nieuleczalna choroba

Ukraiński historyk Wiktor Poliszczuk wielokrotnie podkreślał, że nigdy nie powstanie wolna i demokratyczna Ukraina bez właściwej oceny tego, czym był i jest nacjonalizm ukraiński. Oceny prowadzącej do jego całkowitego odrzucenia jako podstawy, na której można cokolwiek budować.
W pracy "Ludobójstwo nagrodzone. Problem nacjonalizmu ukraińskiego w Polsce w zarysie" Poliszczuk ostrzegał: "Ktokolwiek broni nacjonalizmu ukraińskiego, tym samym broni faszyzmu i jego ukraińskiej odmiany, jego zbrodni ludobójstwa. (...) Wobec niezmienności zasad ideologicznych i założeń programowych nacjonalizmu ukraińskiego nie można lekceważyć zagrożenia, jakie może płynąć ze strony tego nacjonalizmu dla Polski, jak też dla Ukrainy".
Natomiast w książce "Gorzka prawda. Cień Bandery nad zbrodnią ludobójstwa" Poliszczuk stwierdził wprost, że "nacjonalizm ukraiński jest chorobą nieuleczalną". Ta choroba 70-80 lat temu objęła mniejszość narodu ukraińskiego i zrodziła ludobójstwo. Dzisiaj próbuje się ją wykorzystywać do kształtowania tożsamości historycznej antyrosyjskiej Ukrainy. Nie można tego robić bez zafałszowania historii OUN i UPA, a przede wszystkim bez negacji odpowiedzialności tych formacji za zbrodnie popełnione głównie na narodzie polskim.
Ludobójstwo popełnione przez formacje OUN-Banderowców i UPA na Polakach w przedwojennych województwach wołyńskim, lwowskim, tarnopolskim i stanisławowskim oraz częściowo poleskim i lubelskim w latach 1943-1944 pochłonęło według różnych szacunków od 100 do 130 tys. ofiar.
Prof. Ryszard Szawłowski sklasyfikował zbrodnie banderowskie wyżej od niemieckich i radzieckich jako specjalnie kwalifikowaną zbrodnię ludobójstwa, którą określił łacińskim terminem genocidium atrox (ludobójstwo dzikie, okrutne, zwyrodniałe). Powodem takiej oceny jest fakt, że było to ludobójstwo totalne, całościowe, połączone przeważnie ze stosowaniem najbardziej barbarzyńskich tortur wobec zabijanych.
Bilans ludobójstwa zapoczątkowanego na Wołyniu zamykają ofiary powojennej działalności ukraińskiego podziemia nacjonalistycznego, zarówno w południowo-wschodniej Polsce (po zmianie granic), jak i na terenach włączonych w 1945 r. do ZSRR. Liczba polskich ofiar powojennej działalności UPA sięga ponad 10 tys. na terenie Polski oraz ok. 6 tys. na terenach włączonych do ZSRR.

Określenia zastępcze

Rehabilitacja OUN i UPA nie zaczęła się na Ukrainie dopiero po przewrotach z 2004 i 2014 r. Zacieranie śladów ludobójstwa wołyńsko-małopolskiego i jego negacja rozpoczęły się już w połowie 1943 r., a więc w momencie apogeum zbrodni na Wołyniu. Wtedy właśnie kierownictwo OUN-B po raz pierwszy oficjalnie zaprzeczyło swojej odpowiedzialności za szokujące barbarzyństwem masowe mordy na ludności polskiej. Równocześnie wydany został rozkaz preparowania dowodów mających zrzucić odpowiedzialność za pogromy na Żydach z 1941 r. na Niemców i Polaków.
W październiku 1943 r. kierownictwo OUN-B ogłosiło, że "ani naród ukraiński, ani Organizacja Ukraińskich Nacjonalistów" nie mają nic wspólnego z tym, co się stało z Polakami na Wołyniu. W wydanym wówczas oświadczeniu nazwało "wydarzenia, które miały miejsce w ostatnich miesiącach na ukraińskich ziemiach", obopólną "rzeźnią", w której brały udział osoby działające w interesie niemieckim lub radzieckim. Winą za te "wydarzenia" obarczono Polaków, wskazując cztery przyczyny: napięte stosunki pomiędzy Polakami a Ukraińcami z powodu rzekomo "eksterminacyjnej" polityki antyukraińskiej II RP, rzekome rozpoczęcie przez Polaków planowanego niszczenia ukraińskiej populacji ziemi chełmskiej i hrubieszowskiej, rzekome wspomaganie przez Polaków okupanta niemieckiego i partyzantki radzieckiej w "akcjach antyukraińskich" oraz "systematyczne pogromy" dokonywane rzekomo na Ukraińcach przez Polaków służących w policji niemieckiej.
Ta narracja funkcjonuje w niezmienionej formie do dzisiaj w kręgach epigonów ruchu banderowskiego oraz w polityce historycznej pomajdanowej Ukrainy, kreowanej przez Ukraiński Instytut Pamięci Narodowej. Istotą takiego przedstawienia spraw jest zrzucenie odpowiedzialności za "wydarzenia wołyńskie" na Polaków i II RP oraz zakłamanie ich charakteru jako rzekomej "wojny chłopskiej" lub "drugiej wojny polsko-ukraińskiej" (pierwsza miała miejsce w latach 1918-1919).
Niekiedy dodatkowo jako bezpośrednich sprawców ludobójstwa wołyńsko-małopolskiego wskazuje się partyzantkę radziecką lub "sowiecką agenturę wpływu". Echa tego znajdujemy m.in. w wypowiedziach niektórych proukraińskich polityków polskich, np. Bronisława Komorowskiego z lipca 2008 r., że "za Wołyń odpowiadają Sowieci", i Antoniego Macierewicza z lipca 2016 r., że "wrogiem, który rozpoczął i który użył ukraińskich sił nacjonalistycznych do tej straszliwej zbrodni ludobójstwa, jest Rosja. To tam jest źródło tego straszliwego nieszczęścia".

Sprawcy negują

Kluczową rolę w zapoczątkowaniu procesu negacji ludobójstwa wołyńsko-małopolskiego odegrali jego sprawcy: Mykoła Łebed i Roman Szuchewycz. Na początku 1944 r. Szuchewycz wydał rozkaz preparowania fałszywych dowodów, by zrzucić winę za zbrodnie na "komunistyczną partyzantkę", czyli partyzantkę radziecką, która notabene udzieliła daleko idącej pomocy polskim samoobronom na Wołyniu, zwłaszcza samoobronie Przebraża. Podczas zjazdu tzw. Ukraińskiej Głównej Rady Wyzwoleńczej (UHWR) w lipcu 1944 r. proponowano odpowiedzialność za ludobójstwo wołyńsko-małopolskie "zwalić na Niemców, na bolszewicką partyzantkę, wojnę itp.".
Zasadnicze tezy propagandy banderowskiej, zrzucające winę za ludobójstwo na Polaków i wprowadzające do obiegu kłamliwe określenie "konflikt polsko-ukraiński", powstały tuż po zakończeniu wojny.
Kierunek negacji zbrodni OUN i UPA wytyczyła książka Mykoły Łebedia z 1946 r. "UPA-Ukrainśka povstanśka armia. Ji heneza, rist i dii u vyzvolinii borotbi ukrainśkoho narodu za ukrainśku samostiinu sobornu derzhavu" ("UPA-Ukraińska Powstańcza Armia. Jej geneza, rozwój i działania w walce wyzwoleńczej narodu ukraińskiego o niepodległe samorządne państwo ukraińskie"). Łebed - "główny herszt ukraińskiego ludobójstwa na Polakach", jak go określił Ryszard Szawłowski - zupełnie zakłamał historię UPA, przedstawiając ją przede wszystkim jako "ruch narodowowyzwoleńczy".
W ten sam sposób preparowali historię inni kombatanci OUN i UPA, którzy po 1945 r. rozpoczęli kariery historyków i politologów na zachodnich uniwersytetach, głównie w Kanadzie. W tym gronie należy wymienić przede wszystkim Tarasa Hunczaka, Wołodymyra Kosyka (uważanego za czołowego apologetę OUN i UPA), Petra Mirczuka, Petra Poticznego (autora tezy o "wzajemnych polsko-ukraińskich rzeziach" na Wołyniu) czy Jewhena Sztenderę. Wspierali ich swoją publicystyką pseudohistoryczną liderzy banderowskiej emigracji na Zachodzie, tacy jak Iwan Hrynioch, Wołodymyr Kubijowycz i Jarosław Stećko. Narracja tego środowiska szła dwutorowo - gloryfikacji OUN i UPA towarzyszyło zawsze eksponowanie ukraińskiej martyrologii pod władzą ZSRR (Hołodomor, czystki stalinowskie). To był i jest zabieg mający ułatwić przemilczenie zbrodni nacjonalistów ukraińskich.

Nowa poprawność, stare tezy

Po początkowej izolacji, z jaką spotykała się na Zachodzie banderowska propaganda pseudohistoryczna, na początku lat 70. XX w. w ukraińskiej historiografii emigracyjnej doszło do głosu pokolenie publicystów i historyków używające języka "poprawności politycznej", ale wzorujące się na publikacjach weteranów OUN-UPA. Zdaniem Pera Andersa Rudlinga przyczyniło się to do wprowadzenia ich zakłamanej wizji do naukowego obiegu zachodniej historiografii.
Historycy ci nie traktowali nacjonalistycznych bohaterów jako przedmiotu badań, ale zajęli się naukowym potwierdzaniem mitów, na których zostali wychowani. W ten nurt wpisują się współcześnie m.in. Wołodymyr Wiatrowycz, Iwan Patrylak, Bohdan Hudź czy Wołodymyr Serhijczuk ze swoimi tezami o UPA jako "ruchu wyzwoleńczym" oraz "konflikcie polsko-ukraińskim" na Wołyniu. Według nich "konflikt polsko-ukraiński" mieli sprowokować w 1942 r. Polacy domniemanym wyniszczaniem ukraińskiej inteligencji na Chełmszczyźnie. Następnie, zgodnie z "teorią domina", miał nastąpić ukraiński odwet na Wołyniu, potem zaś "walki polsko-ukraińskie w Galicji". Tak przedstawił to m.in. czołowy kreator ukraińskiej polityki historycznej - Wołodymyr Wiatrowycz - w pracy pod absurdalnym tytułem "Druga wojna polsko-ukraińska 1942-1947".
Prof. Bohdan Hudź z Lwowskiego Uniwersytetu Narodowego im. Iwana Franki w książce "Ukraińcy i Polacy na Naddnieprzu, Wołyniu i w Galicji Wschodniej w XIX i pierwszej połowie XX wieku" twierdzi, że "to, co się zdarzyło w latach 1942-1943 na Wołyniu, było wynikiem polityki carskich rządów, a później Rosji bolszewickiej i ukraińskich nacjonalistów". Jego zdaniem "wrogość między Polakami i Ukraińcami" spowodowały "sowieckie grupy dywersyjne", wysyłane w latach 20. i 30. XX w. do II RP, w tym na Wołyń. Takie wytłumaczenie jest miłe m.in. polskim środowiskom rusofobicznym, nic więc dziwnego, że tezy prof. Hudzia promował portal Jagiellonia.org.

By podnieść ducha bojowego

Twierdzeniom negacjonistów zbrodni OUN i UPA przeczą dokumenty źródłowe opracowane przez takich historyków jak Marco Carynnyk, Aleksandr Diukow, Frank Golczewski, John-Paul Himka, Grzegorz Motyka, Wiktor Poliszczuk, Grzegorz Rossoliński-Liebe czy Per Anders Rudling. Zwracają oni uwagę na to, że polityka historyczna współczesnej Ukrainy neguje nie tylko fakt ludobójstwa dokonanego przez nacjonalistów ukraińskich na Polakach, ale także ich udział w zagładzie Żydów. Kilkadziesiąt artykułów naukowych na ten temat zostało zebranych w obszernej publikacji pod redakcją prof. Andrzeja A. Zięby "OUN, UPA i zagłada Żydów" (Kraków 2016).
Osoby odpowiedzialne po 2014 r. na Ukrainie za politykę historyczną - np. Wiatrowycz czy Światosław Szeremeta - są jawnymi zwolennikami nacjonalizmu ukraińskiego. Dr Wasyl Rasewycz z Wydziału Historii Najnowszej Ukraińskiej Akademii Nauk w artykule "Aby pamiętali" opublikowanym na ukraińskim portalu Zaxid.net następująco podsumował politykę historyczną pomajdanowej Ukrainy:
"Największym problemem współczesnej polityki historycznej Ukrainy jest to, że - przez niepohamowaną chęć wybielenia OUN - Ukraiński Instytut Pamięci Narodowej zatapia Ukrainę. Niszczy jej autorytet międzynarodowy i z całą energią nie tylko pozbawia sprzymierzeńców w świecie, ale także przekształca w pariasa. (...) A u nas, argumentujemy, trwa wojna, dlatego nasza polityka pamięci podyktowana jest przez okoliczności wojenne. Tak więc dla podniesienia ducha bojowego potrzebujemy takich bohaterów historycznych, którzy walczyli o niepodległość Ukrainy z bronią w ręku. (...) Ale cały problem polega na tym, że w czasie II wojny światowej, w tym strasznym kotle Ukrainy zachodniej, wśród ludzi trzymających broń w ręku - bohaterów nie było. A to, na co kreatorzy ukraińskiej polityki historycznej proponują zamknąć oczy, w normalnym systemie wartości moralno-etycznych zasługuje często na wieczne potępienie".
Trudno z tym się nie zgodzić. Jest to jednak głos na współczesnej Ukrainie odosobniony. Rasewycz podkreśla, że władze w Kijowie chcą wmówić społeczeństwu, że konflikt w Donbasie ("wojna z Rosją" według ich nomenklatury) jest kontynuacją walki, jaką w latach 40. XX w. prowadziła UPA przeciw ZSRR. Temu przede wszystkim służy heroizacja nacjonalizmu ukraińskiego.
Prof. Jarosław Hrycak z Ukraińskiego Uniwersytetu Katolickiego we Lwowie otwarcie przyznał, że połowa Ukraińców w ogóle nic nie wie o wydarzeniach na Wołyniu, a ci, którzy wiedzą, utrzymują w świadomości bohaterski obraz UPA. To są skutki polityki historycznej prowadzonej na Ukrainie co najmniej od 2004 r.

Milczenie polskich elit

Postsolidarnościowe siły polityczne III RP - odwołując się do tradycji przedwojennego prometeizmu, piłsudczykowskich koncepcji Międzymorza (Trójmorza) oraz myśli politycznej Jerzego Giedroycia - uznały na początku lat 90. XX w., że polską racją stanu na Wschodzie jest wspieranie Ukrainy, która obierze antyrosyjski kierunek. Taka polityka Warszawy korespondowała z amerykańską polityką wobec poradzieckiego obszaru geopolitycznego. Jednak przyjęcie antyrosyjskiego kierunku przez Ukrainę musiało być równoznaczne z odrodzeniem i rehabilitacją nacjonalizmu ukraińskiego.
Przez ponad ćwierć wieku polskie elity polityczne bagatelizowały ten fakt. Stąd ich długoletnie milczenie oraz granicząca z panicznym lękiem niechęć do nazwania po imieniu ludobójstwa z lat 1943-1944, a także jego inspiratorów i sprawców. Ta niechęć połączyła wszystkie główne siły polityczne III RP, które w innych kwestiach były śmiertelnie skłócone.
Nie chciano dostrzec, że na zapleczu politycznym Wiktora Juszczenki znaczącą rolę odgrywały organizacje nacjonalistyczne kultywujące pamięć Stepana Bandery i UPA. Nie chciano widzieć banderowskiej symboliki Prawego Sektora na Majdanie w 2014 r. ani pomników i muzeów Bandery, Szuchewycza i innych zbrodniarzy, które jak grzyby po deszczu wyrosły na pomajdanowej Ukrainie. Zbagatelizowano ukraińskie ustawodawstwo z kwietnia 2015 r., które stworzyło ramy prawne polityki historycznej gloryfikującej OUN i UPA. Próbowano pacyfikować środowiska kresowe, by nie domagały się prawdy historycznej od Ukrainy.
Niektórzy publicyści i politycy polscy popierali nawet wybielanie zbrodniczej historii nacjonalizmu ukraińskiego oraz bagatelizowali jego radykalnie antypolski charakter. Powszechny na pomajdanowej Ukrainie kult OUN i UPA oraz niezdolność tego państwa do rozliczenia się ze zbrodniczej historii tych formacji są zatem w dużej mierze efektem także polskiej polityki.
Bohdan Piętka
Pojawiło się też wspomnienie epizodu z wybronieniem wioski dzięki broni palnej.
 
Do góry Bottom