Polityczna poprawność

FatBantha

sprzedawca niszowych etosów
Członek Załogi
8 334
23 520


Najpierw wymyślają sobie "kierunek". Później dążą do tego, aby zajęcia z niego były obowiązkowe.
 

FatBantha

sprzedawca niszowych etosów
Członek Załogi
8 334
23 520
Watson odkrył Bezmienowa...

 
Ostatnia edycja:

Staszek Alcatraz

Tak jak Pan Janusz powiedział
2 742
8 162
Andrzej Pilipiuk: Agresywność „tęczy” i uległość świata


LGBT bezwzględnie uzurpuje sobie pozycję nie tylko dyktatora mód i trendów „artystycznych”, ale również cenzora uprawnionego do decydowania, co wolno, a czego nie wolno pisać, tworzyć, myśleć.

Przez bardzo długi czas polityczna poprawność spływała po nas jak woda po kaczce. Ne mamy wielu problemów, z którymi borykają się kraje zachodnie – przede wszystkim anglosaskie. Nie wleczemy za sobą „ogona” zbrodniczości naszych przodków. W XIX wieku to nas bito i niewolono. Nie braliśmy udziału w wyścigu o kolonie, nie tłumiliśmy buntów kolorowych ludów. Wręcz przeciwnie – Polacy zapisali chlubną kartę w walkach o wyzwolenie różnych narodów. Nie mamy w zasadzie mniejszości narodowych, nieliczni imigranci nie sprawiają większych problemów. Pedagogika wstydu za zbrodnie na Żydach też się u nas nie przyjęła. Moje pokolenie o tym, jak naprawdę wtedy było, usłyszało od swoich dziadków.

Zmiana dotyczy niestety ludzi młodszych. Mieli oni inne doświadczenia życiowe, inne doświadczenia pokoleniowe, a co gorsza, wyrastali w warunkach totalnego dyktatu zagranicznych mediów. Nasiąkli trucizną – dla nich słowo „Murzyn” brzmi rasistowsko, słowa „Żyd” też starają się unikać. Odbyłem swego czasu dłuższą rozmowę z osobą, która – wychowana na TVN-ie i „Gazecie Wyborczej” – zarzucała mi, że użycie w mojej prozie słowa „Żydóweczka” było aktem antysemityzmu

Mimo to nie osiągnęliśmy jeszcze poziomu zidiocenia panującego w krajach starej UE – gdzie na przykład cenzura informacji, w celu ukrycia skali zbrodni popełnianych przez imigrantów, jest już czymś powszechnym.

Przywykliśmy do wolności słowa – do otwartego pisania o wszystkim, co nas uwiera. Jedynym problemem, z którym musieliśmy się mierzyć, było starcie między wolnością słowa a masowością informacji. Uwidocznił to doskonale przykład Jedwabnego – zespół profesora Koli z zasypiska grobowego wydobył kilkadziesiąt łusek z niemieckiej broni. To w sposób jednoznaczny i bezdyskusyjny pozwoliło zidentyfikować sprawców masakry. Sprawę opisały prawicowe bieda-pisemka, jednak główne media przeprowadziły nalot dywanowy, pomijając niewygodne relacje i fakty potwierdzone w wyniku prac archeologicznych – i dziś w powszechnej świadomości jest to polska zbrodnia. Pomimo że można bez problemu dotrzeć do wiarygodnych informacji burzących oficjalną narrację.

Fantastyka zawsze była oazą wolności i tolerancji

Polska fantastyka od zawsze była literaturą mocno niepokorną. Władza traktowała ją jako literaturę niepoważną – a przez to niegroźną. Polscy autorzy już w latach siedemdziesiątych nieraz pokazywali rogi. Powstał cały nurt fantastyki socjologicznej, ukazującej tragedie życia w zmyślonych reżimach totalitarnych lub patologie inżynierii społecznej zmyślonych społeczeństw. Cenzura przymykała na to oko, a ludzie czytali między wierszami…

Kto chciał wbić szpileczkę PRL-owi – siadał do pisania fantastyki. A jednak również wielu młodych ludzi, mimo ciągotek humanistycznych, szło w tamtych czasach na studia techniczne – aby uniknąć obróbki ideologicznej na kierunkach takich jak polonistyka czy historia. A dopiero potem sięgali za pióro. Fantastykę pisali w Polsce głównie ludzie, którzy ukończyli politechniki…

Ten antysystemowy i prowolnościowy sznyt starsze pokolenie zaszczepiło młodszemu. Po obaleniu komuny polska fantastyka była niejako genetycznie wolnościowa, prawicowa i zdroworozsądkowa. W latach dziewięćdziesiątych powstał szereg tekstów wyrażających bunt przeciw ówczesnej rzeczywistości, ale też celnie punktujących komunistyczne uwikłania władz oraz przemycających liczne elementy chrześcijańskie. To my na gruncie literatury sprzeciwialiśmy się aborcji czy eugenice. Wiele z tych opowiadań ukazało się na łamach „Nowej Fantastyki” i nieistniejącego już miesięcznika „Fenix”. Kilka wywołało nawet oburzenie redaktorów „Wyborczej”, która zarzucała nam antysemityzm, paranoję, prawicowość, ksenofobię i kilka pomniejszych zbrodni. Ignorowaliśmy to. Pojawiały się także, rzecz jasna, teksty odmienne. Drukowano opowiadania z wątkami dziś zaliczanymi do ruchu LGBT, zamieszczano teksty wpisujące się w nurty antykapitalistyczne i radykalnie antyrasistowskie.

Autorzy krajowi i zagraniczni też byli różni. Polacy, przedstawiciele mniejszości narodowych, cudzoziemcy ze wschodu i zachodu. Katolicy i nie katolicy (a nawet jeden deklarujący się jako satanista). Heteroseksualni i niekoniecznie… Komu się opowiadanie nie podobało – przewracał kilka kartek. Byliśmy wolni. Jedyną granicą „cenzorską” był gust redaktorów, jedyną granicą autocenzorską było poczucie dobrego smaku i poglądy autora. Nowi twórcy debiutowali w czasopismach, po kilku latach wydawali książki. Czytelnicy znali już trochę ich i ich prozę, i „głosowali portfelami”. Na konwentach miłośników fantastyki panowały żelazne zasady: o polityce się nie gada. Idziecie na konwent – czerwone sztandary i brunatne koszule zostawcie w domu. Przy piwie spotykali się ludzie różnych poglądów i opcji politycznych.

Literatura „wysoka”, tak zwany nurt główny, raczyła nas nie dostrzegać, a gdy już czasem dostrzegła, to wylewała wiadra pomyj lub się z nas wyśmiewała. Fantastykę przez cały czas postrzegano jako niepoważną, bezwartościową, nieistotną. Miało to swoje dobre strony: nikt nie próbował nas korumpować, nikt się nie wtrącał w naszą enklawę. Pisaliśmy i wydawaliśmy książki, rosły nakłady, a imprezy naszego ruchu stawały się coraz ważniejszymi wydarzeniami kulturalnymi.

Kneblowanie ust innym to zawsze przejaw własnych kompleksów

W lipcu bieżącego roku nieoczekiwanie rzeczywistość załomotała do naszych drzwi podkutym buciorem. Zaczęło się niewinnie – „Nowa Fantastyka” zmieściła opowiadanie uznanego pisarza Jacka Komudy.

W świecie fantasy, trochę wzorowanym na średniowiecznej Polsce, grupa wojów ściga dwóch homoseksualistów. Jeden ma swoje za uszami – porywa dzieci, by je wywieźć do swojego kraju i sprzedać jako niewolników kapłanom-pedofilom. Tekst był delikatnie prowokacyjny – ale ostatecznie w czterdziestoletniej historii pisma nie takie prowokacje przechodziły.

Ale nagle okazało się, że chyba czasy się już za bardzo zmieniły. Atak przypuścił pisarz i publicysta Jacek Dehnel – deklarujący się jako gej i apostata. Za samozwańczym rzecznikiem „obrażonych” poszła fala (w zasadzie falka) oburzenia. Szereg zachodnich autorów otrzymał też donosy, jak strasznie „faszystowskie” pismo drukuje nad Wisłą ich teksty. Niektórzy od razu zerwali współpracę. Redakcja niestety ugięła się natychmiast. Zamiast pozwać donosicieli za oszczerstwa, zamieszczono błazeńskie oświadczenie, przeproszono, zadeklarowano uległość wobec zasad politycznej poprawności. I aby udobruchać tęczowe środowiska, zapowiedziano specjalny „tęczowy” numer…

W odpowiedzi kilkunastu autorów, redaktorów i wydawców fantastyki wystosowało ostry protest – przeciw cenzurze. Większość sygnatariuszy świetnie pamięta PRL i nie chce powrotu do tamtych uwarunkowań. Nikt z nich już raczej niczego do „Nowej Fantastyki” nie napisze…

Do tej pory w naszym środowisku orientacja seksualna nie miała żadnego znaczenia. To pewnie też się skończy. Do tej pory nasze środowisko było niemal wzorcowo tolerancyjne. Co więcej, była to tolerancja naturalna, a nie sztucznie narzucona przez speców od inżynierii społecznej. To pewnie też się zmieni… Do tej pory na naszych imprezach każda odmienność była – w granicach zdrowego rozsądku i smaku – tolerowana. Z tym pewnie też będzie gorzej. Zaatakowani – zaczniemy się bronić. Zaczniemy się izolować. Usztywnimy zasady.

Szczególnie smutny i obrzydliwy jest dla mnie fakt, że ten cały Dehnel nie jest członkiem naszego ruchu. Z tego co wiem, nigdy nie pisał fantastyki. Nigdy niczego nie opublikował w naszych periodykach. Z punktu widzenia większości ludzi czytających fantastykę ten człowiek w ogóle nie istnieje. Jego dorobek prozatorski też nie jest przesadnie duży. Powiem więcej: patrząc na dorobek, pozycję i nakłady Jacka Komudy – Dehnel może mieć uzasadnione kompleksy…

Nie kojarzę też, by posiadał jakikolwiek mandat na prowadzenie rozmów w imieniu środowisk LGBT. Przyszedł człowiek znikąd, oburzony opowiadaniem starszego, uznanego autora, o większym dorobku niż jego własny, wysunął idiotyczne żądania. A redakcja zamiast go zignorować, potulnie spełniła zachciankę. Pytam więc: dlaczego ktoś taki ma decydować o naszych sprawach, o kształcie i tematyce prozy, której nie uprawia i prawdopodobnie nawet nie czyta? Dlaczego w ogóle mamy z kimś takim rozmawiać?

I z innej strony: dlaczego bliżej nieokreślona grupa depcze nasze pismo, zamiast założyć własne? Dlaczego mamy im wydawać „tęczowy” numer? Czemu nie zrobią tego sami – choćby po to, by nam pokazać, że też potrafią (no chyba, że nie…). Dlaczego Dehnel, skoro poczuł konieczność „dania odporu”, nie odpowiedział honorowo i zgodnie z tradycją – kontropowiadaniem polemicznym? Zapewne po prostu nie przyszło mu to do głowy. Widocznie i jemu łatwiej niszczyć niż tworzyć

Straciliśmy coś własnego. Straciliśmy kawałek naszego świata. Do tej pory było czasopismo, do którego mógł pisać każdy. Teraz będzie czasopismo takie jak wszystkie inne. Pewna epoka dobiegła końca. Patrząc szerzej – polska fantastyka to tylko niewielki okop na skraju pola bitwy. Dla nas fantastów jednak szczególnie ważny – bo nasz. Dla ludzi, którzy fantastyki nie czytają, niestety też ważny (choć są oczywiście ważniejsze). Nowotwór myśli ludzkiej, jakim jest polityczna poprawność, przełamał kolejną rubież obronną… Jednym ruchem przekreślono niemal czterdziestoletnią tradycję czołowego pisma naszego ruchu. Od dziś fantastom nie wolno już pisać o złych gejach. O czym zabronią nam pisać jutro?

Andrzej Pilipiuk
 

FatBantha

sprzedawca niszowych etosów
Członek Załogi
8 334
23 520
Robią wszystko, aby ludzie przestali oglądać "filmy oscarowe" i sprowadzić rangę tej nagrody już zupełnie na bruk. Nawet kodeks Haysa, dyktujący co można wprost pokazać, a czego nie, nie ograniczał tematyki w podobnym stopniu. Oczywiście można argumentować, że jedno ma się nijak wobec drugiego, bo formalnie nie są to wymagania bezpośrednio dotykające produkcji i dopuszczenia do rynku, a warunków wstępnych do wystąpienia w pewnym konkursie, ale tak się składa, że amerykański przemysł filmowy z tego konkursu zrobił swój standard złota.

Z drugiej strony, od pewnego czasu zdaje się, że nieformalnie takie zasady i tak już obowiązywały, więc teraz mamy do czynienia z aktem ich znormalizowania i ujęcia wprost w regulaminie.
Nowe zasady Akademii. OSCARY tylko dla filmów z MNIEJSZOŚCIAMI
Autor: Filip Pęziński

opublikowano 09.09.20
Właśnie ogłoszono nowe zasady dotyczące kryteriów, które film będzie musiał spełnić, aby walczyć o Oscara w kategorii najlepszy film. Zasady te będą stopniowo wprowadzane już od 2022 roku, a całkowicie wejdą w życie przy okazji 96. Ceremonii Oscarowej w 2024 roku. Właśnie na tej gali zabraknąć ma już tytułów, które nie spełnią poniżej opisywanych zasad. Dotyczą one oczywiście roli i reprezentacji kobiet oraz mniejszości rasowych, etnicznych, seksualnych w przemyśle filmowym.
Aby móc otrzymać nominację do Oscara w kategorii najlepszy film, tytuł będzie musiał spełnić dwa z czterech poniższych standardów:
STANDARD A – REPREZENTACJA NA EKRANIE, TEMATY I MOTYWY NARRACYJNE
Żeby spełnić Standard A musi być spełnione jedno z poniższych kryteriów.
A1. Aktorzy pierwszoplanowi lub istotni aktorzy drugoplanowi
  • Przynajmniej jeden z aktorów pierwszoplanowych lub istotnych aktorów drugoplanowych reprezentuje mniejszość rasową lub etniczną (Azjaci, Latynosi, Czarnoskórzy, Rdzenni Amerykanie, Afrykańczycy, Arabowie i inne grupy mniejszościowe).
A2. Ogólna obsada
  • przynajmniej 30% aktorów w drugoplanowych i epizodycznych rolach musi reprezentować co najmniej dwie spośród tych grup: kobiety, mniejszości rasowe, osoby LGBTQ+, osoby z niepełnosprawnością fizyczną lub intelektualną, niedosłyszące.
A3. Główny wątek fabularny
  • główny wątek fabularny musi być związany z co najmniej jedną spośród tych grup: kobiety, mniejszości rasowe, osoby LGBTQ+, osoby z niepełnosprawnością fizyczną lub intelektualną, niedosłyszące.
STANDARD B – EKIPY FILMOWE I ZESPOŁY TWÓRCZE
Żeby spełnić Standard B musi być spełnione jedno z poniższych kryteriów.
B1. Ekipa filmowa
  • Casting, zdjęcia, muzyka, kostiumy, reżyseria, montaż, fryzury, charakteryzacja, produkcja, scenografia, dźwięk, efekty specjalne, scenariusz – co najmniej dwa z powyższych działów powinny być kierowane przez osoby z tych grup: kobiety, mniejszości rasowe, osoby LGBTQ+, osoby z niepełnosprawnością fizyczną lub intelektualną, niedosłyszące.
    • Casting, zdjęcia, muzyka, kostiumy, reżyseria, montaż, fryzury, charakteryzacja, produkcja, scenografia, dźwięk, efekty specjalne, scenariusz – co najmniej jeden z powyższych działów powinien być kierowany przez osoby reprezentujące mniejszość rasową lub etniczną (Azjaci, Latynosi, Czarnoskórzy, Rdzenni Amerykanie, Afrykańczycy, Arabowie i inne grupy mniejszościowe).
B2. Inne istotne role
  • Co najmniej sześć osób niższego szczebla ekipy powinny reprezentować mniejszość rasową lub etniczną.
B3. Ogólny skład ekipy filmowej
  • Co najmniej 30% całej ekipy filmowej powinny stanowić osoby z tych grup: kobiety, mniejszości rasowe, osoby LGBTQ+, osoby z niepełnosprawnością fizyczną lub intelektualną, niedosłyszące.
STANDARD C – DOSTĘP DO PRZEMYSŁU I MOŻLIWOŚCI
Żeby spełnić Standard C musi być spełnione jedno z poniższych kryteriów.
C1. Płatne praktyki i staże
  • Duże studia i dystrybutorzy muszą mieć stały program płatnych staży w różnych działach skierowane do osób z tych grup: kobiety, mniejszości rasowe, osoby LGBTQ+, osoby z niepełnosprawnością fizyczną lub intelektualną, głuchonieme.
    • Małe studia i niezależni dystrybutorzy muszą mieć co najmniej dwie osoby na płatnych stażach reprezentujące którąś z grup: kobiety, mniejszości rasowe, osoby LGBTQ+, osoby z niepełnosprawnością fizyczną lub intelektualną, głuchonieme.
C2. Możliwości szkoleniowe i rozwój umiejętności (ekipa filmowa)
  • studia, dystrybutorzy, firmy finansujące produkcję filmów muszą oferować programy szkoleń i rozwoju umiejętności osobom reprezentującym te grupy: kobiety, mniejszości rasowe, osoby LGBTQ+, osoby z niepełnosprawnością fizyczną lub intelektualną, niedosłyszące.
STANDARD D – KOMUNIKACJA Z WIDOWNIĄ
  • Studio lub firma producencka muszą mieć w zespołach zajmujących się reklamą, dystrybucją, PR-em osoby na kierowniczych stanowiskach, które reprezentują poniższe grupy: kobiety, mniejszości rasowe, osoby LGBTQ+, osoby z niepełnosprawnością fizyczną lub intelektualną, niedosłyszące.
Przypominamy, że zasady te dotyczą jedynie głównej kategorii nagród – Oscara za najlepszy film. W życie wejdą dopiero w 2024 roku, a na dwóch wcześniejszych galach Akademia będzie rozważać nominacje pod kątem nowych zasad, ale nie dyskwalifikować filmy za ich nieprzestrzeganie.
Aktualizacja: Zapomnieli wyłaczyć komentarze. :)


Zrzut ekranu z 2020-09-09 15-46-39.pngZrzut ekranu z 2020-09-09 15-47-01.png
 
Ostatnia edycja:

FatBantha

sprzedawca niszowych etosów
Członek Załogi
8 334
23 520

Nieźle, teraz zaczęli już sekować centrystów.

Her resignation letter said 'the lessons that ought to have followed the (2016) election...have not been learned'

By Brian Flood | Fox News

New York Times opinion columnist and editor Bari Weiss announced Tuesday she is leaving the Gray Lady, saying she was bullied by colleagues in an "illiberal environment," weeks after declaring there was a “civil war” inside the paper.
Weiss published a scathing resignation letter that she sent to Times publisher A.G. Sulzberger on her personal website, noting she doesn’t understand how toxic behavior is allowed inside the newsroom and "showing up for work as a centrist at an American newspaper should not require bravery."
New York Times opinion columnist and editor Bari Weiss announced Tuesday she is leaving the Gray Lady, saying she was bullied by colleagues.
“It is with sadness that I write to tell you that I am resigning from The New York Times,” Weiss wrote.
Weiss then explained that she joined the paper in 2017 to help offer a different perspective, as the Times’ “failure to anticipate the outcome of the 2016 election meant that it didn’t have a firm grasp of the country it covers,” and fixing that issue was critical.
“But the lessons that ought to have followed the election—lessons about the importance of understanding other Americans, the necessity of resisting tribalism, and the centrality of the free exchange of ideas to a democratic society—have not been learned,” Weiss wrote. “Instead, a new consensus has emerged in the press, but perhaps especially at this paper: that truth isn’t a process of collective discovery, but an orthodoxy already known to an enlightened few whose job is to inform everyone else.”
Weiss then wrote that “Twitter is not on the masthead of The New York Times,” but social media acts as the ultimate editor.
“As the ethics and mores of that platform have become those of the paper, the paper itself has increasingly become a kind of performance space. Stories are chosen and told in a way to satisfy the narrowest of audiences, rather than to allow a curious public to read about the world and then draw their own conclusions. I was always taught that journalists were charged with writing the first rough draft of history,” she wrote. “Now, history itself is one more ephemeral thing molded to fit the needs of a predetermined narrative.”
Last month, Weiss offered insight about the internal battle among her colleagues following the publishing of an op-ed written by Sen. Tom Cotton, R-Ark. that sparked a major backlash from its own staff.
Hours before the Times offered a mea culpa for running Cotton's piece -- which called for troops to be sent in to quell the George Floyd riots -- Weiss claimed that a "civil war" was brewing within the paper.
In her resignation letter, Weiss noted that her own “forays into Wrongthink” have made her the subject of “constant bullying by colleagues” who disagree with her views.
“They have called me a Nazi and a racist,” she wrote.
“I have learned to brush off comments about how I’m ‘writing about the Jews again.’ Several colleagues perceived to be friendly with me were badgered by coworkers,” Weiss added. “My work and my character are openly demeaned on company-wide Slack channels where masthead editors regularly weigh in.”
Weiss then said she doesn’t understand how Sulzberger has allowed such behavior inside the newsroom “in full view of the paper’s entire staff and the public.”
“I certainly can’t square how you and other Times leaders have stood by while simultaneously praising me in private for my courage. Showing up for work as a centrist at an American newspaper should not require bravery,” Weiss wrote. “Part of me wishes I could say that my experience was unique. But the truth is that intellectual curiosity—let alone risk-taking—is now a liability at The Times.”
She continued: “Why edit something challenging to our readers, or write something bold only to go through the numbing process of making it ideologically kosher, when we can assure ourselves of job security (and clicks) by publishing our 4000th op-ed arguing that Donald Trump is a unique danger to the country and the world? And so self-censorship has become the norm.”
Acting editorial page editor Kathleen Kingsbury provided a statement to Fox News.
“We appreciate the many contributions that Bari made to Times Opinion. I’m personally committed to ensuring that The Times continues to publish voices, experiences and viewpoints from across the political spectrum in the Opinion report,” Kingsbury said. “We see every day how impactful and important that approach is, especially through the outsized influence The Times’s opinion journalism has on the national conversation.”
The now-former Times columnist wrote in the scathing letter that rules at the paper “are applied with extreme selectivity” and work goes unscrutinized if it aligns with the new orthodoxy.
“Everyone else lives in fear of the digital thunderdome. Online venom is excused so long as it is directed at the proper targets,” she wrote. “Op-eds that would have easily been published just two years ago would now get an editor or a writer in serious trouble, if not fired.”
She then bashed the process that unfolded over Cotton’s op-ed, noting that nobody cared to amend other editorials, such as “Cheryl Strayed’s fawning interview with the writer Alice Walker, a proud anti-Semite who believes in lizard Illuminati."
“The paper of record is, more and more, the record of those living in a distant galaxy, one whose concerns are profoundly removed from the lives of most people,” Weiss wrote. “This is a galaxy in which, to choose just a few recent examples, the Soviet space program is lauded for its “diversity”; the doxxing of teenagers in the name of justice is condoned; and the worst caste systems in human history includes the United States alongside Nazi Germany.”
Weiss said that despite her struggles to be accepted by colleagues, she believes they don’t all hold these views. She speculated that Times employees are playing along and possibly "believe the ultimate goal is righteous,” “believe that they will be granted protection if they nod along,” “feel lucky to have a job in a contracting industry” or know that “standing up for principle at the paper does not win plaudits.”
Weiss wrote that the Times’ culture hurts “independent-minded young writers and editors paying close attention to what they’ll have to do to advance in their careers” and explained how it will be seen by the next generation of journalists.
“Rule One: Speak your mind at your own peril. Rule Two: Never risk commissioning a story that goes against the narrative. Rule Three: Never believe an editor or publisher who urges you to go against the grain. Eventually, the publisher will cave to the mob, the editor will get fired or reassigned, and you’ll be hung out to dry,” she wrote.
Weiss added that “America is a great country that deserves a great newspaper,” but doesn’t feel the Gray Lady is currently providing that. She complimented some former colleagues, noting that “some of the most talented journalists in the world" still work for the paper she is walking away from.
“Which is what makes the illiberal environment especially heartbreaking,” Weiss wrote. "I can no longer do the work that you brought me here to do—the work that Adolph Ochs described in that famous 1896 statement: ‘to make of the columns of The New York Times a forum for the consideration of all questions of public importance, and to that end to invite intelligent discussion from all shades of opinion.’”
Her last column was published on May 25, making the case that comedian and podcast host Joe Rogan represents the “new mainstream media.”
Fox News’ Joseph A. Wulfsohn contributed to this report.
 

tolep

five miles out
8 273
14 651
Mieńszewików.

I was hired with the goal of bringing in voices that would not otherwise appear in your pages: first-time writers, centrists, conservatives and others who would not naturally think of The Times as their home. The reason for this effort was clear: The paper’s failure to anticipate the outcome of the 2016 election meant that it didn’t have a firm grasp of the country it covers. Dean Baquet and others have admitted as much on various occasions. The priority in Opinion was to help redress that critical shortcoming.

I was honored to be part of that effort, led by James Bennet (...)



Zrobiła swoje, może odejść. A Jamesa Benetta wyjebali już w czerwcu. Zresztą po chuj im mieńszewicy? Polaryzacja i tylko polaryzacja się sprzedaje. Ryneg zadecydował. Symetryzm wyszedł z mody.
 

FatBantha

sprzedawca niszowych etosów
Członek Załogi
8 334
23 520
Można tak rzecz ująć, ale jeśli ryneg koniec końców zadecyduje o wojnie domowej, bo centryści wymrą i nikt nie powstrzyma zwaśnionych polaryzacją stron, to już głupio będzie się zasłaniać modą.

Moda na czystki etniczne to już raczej nie ryneg.
 

FatBantha

sprzedawca niszowych etosów
Członek Załogi
8 334
23 520

Patrzcie, robią lewicowe "Miasteczko Pleasantville" w Birmingham. ;)

  • England's biggest council called two of roads Diversity Grove and Equality Road
  • The others were Destiny Road, Inspire Avenue, Respect Way and Humanity Close
  • The titles were decided by panel of judges after locals were asked to send ideas
  • Louise Kilbride of Handsworth Wood won with a 'cohesion/shared values' theme
Published: 17:40 GMT, 8 December 2020 | Updated: 20:20 GMT, 9 December 2020
Birmingham City Council has been accused of virtue signalling after it gave six new streets 'woke' names.
England's biggest council called the roads in Perry Barr: Diversity Grove, Equality Road, Destiny Road, Inspire Avenue, Respect Way and Humanity Close.
The titles were decided by a panel of judges after locals were asked to submit suggestions for the 1,400 addresses.
The winner was Louise Kilbride from Handsworth Wood, whose theme was based on 'cohesion and shared values for Perry Barr and surrounding areas'.
But the Labour-run council has been slammed for virtue signalling, with Brummies taking to social media to air their 'embarrassment' at the 'woke' names.
Birmingham City Council ran a competition for locals to name six streets on a 1,400-home development - but the winning choice has been criticised

Birmingham City Council ran a competition for locals to name six streets on a 1,400-home development - but the winning choice has been criticised
Birmingham City Council has been accused of virtue signalling after it gave six new streets 'woke' names

Birmingham City Council has been accused of virtue signalling after it gave six new streets 'woke' names
England's biggest council called the roads in Perry Barr: Diversity Grove, Equality Road, Destiny Road, Inspire Avenue, Respect Way and Humanity Close

England's biggest council called the roads in Perry Barr: Diversity Grove, Equality Road, Destiny Road, Inspire Avenue, Respect Way and Humanity Close
The new road names were decided by a panel of seven made up of councillors, businessmen and a local resident.

Corbynista who named Wokeville

Louise Kilbride, from Handsworth Wood, who won the competition to rename the roads in the Labour-run council is a Jeremy Corbyn supporter.
Ms Kilbride, who works for the homelessness charity SIFA Fireside, has recently criticised Sir Keir Starmer for 'failing to bring unity to the Labour party,' writing on Facebook: 'Reinstate Jeremy Corbyn.'
She was previously the co-director of Kilbride Smith Partnership, which offered research and consultancy in equality and diversity, and community development.
They included: Cllr Waseem Zaffar, Cllr Morriam Jan, CEO of Great Health Care for the Community Zulfigar Khan, Chair of Holford Drive Community Sports Hub Ltd Lincoln Moses, local resident Aisha Masood, Lendlease Project Director for the Perry Barr Residential Scheme Anna Evans and Birmingham City Council Development Planning Manager Rebecca Farr.
The criteria for the names were that they should have a local connection, could not be a person's name, not already in use and not serving any commercial interest.
Ms Kilbride, who lives a mile away from the new streets, said: 'I came across the street naming competition in the council's e-newsletter.
'It got me thinking about street names that could in some way reflect the diversity of the Perry Barr area – names that would have a positive meaning for local people and echo my belief that everyone deserves decent housing.
'That's when I thought of these names and I feel honoured that these have been picked.'
Cllr Waseem Zaffar said: 'The names put forward by Louise struck a chord with everyone on the panel and the chosen values captured the essence of Perry Barr and indeed the city of Birmingham as a whole.'
But the names were slammed online within hours of the announcement, with one man writing: 'You've missed, 'Virtual Signalling Traffic Lights.'
One man posted: 'Seriously!?! You could have chosen to mark some of the great people from across Birmingham's multi-cultural community.
'Instead THIS is what you came up with?! A series of banal buzz words for a series of roads that won't even play host to the commonwealth athletes. WHAT A JOKE!'
Another wrote: 'Patronising beyond belief. So out of touch. The whole set up as been at total embarrassment to the good folk of Perry Barr and Birmingham!'
Criteria for the names were that they should have a local connection, could not be a person's name, not already in use and not serving any commercial interest
The names, which include 'Respect Way,' were described as 'patronising beyond belief' and out of touch,' with locals living on or near the housing scheme

The names, which include 'Respect Way,' were described as 'patronising beyond belief' and out of touch,' with locals living on or near the housing scheme
Equality Road, not to be mistaken for 'Equality Street,' the title of a song released by Ricky Gervais' character David Brent, was one of the names to be chosen

Equality Road, not to be mistaken for 'Equality Street,' the title of a song released by Ricky Gervais' character David Brent, was one of the names to be chosen

More than 1,000 homes are being built on the former Birmingham City University campus, after approval was given by the city council in August 2019
Names for the Perry Bar development's streets have been criticised, as one Twitter user pointed out 'you could have chosen to mark some of the great people from across Birmingham's multi-cultural community'
Competition winner Louise Kilbride said she picked the street names 'that would have a positive meaning for local people and echo my belief that everyone deserves decent housing'
Judges said they were impressed by the 'creativity' of the street names, but locals are less than impressed with the winning entries

Judges said they were impressed by the 'creativity' of the street names, but locals are less than impressed with the winning entries
One man commented: 'Good Lord how embarrassing. Could they have not called them after our local sporting greats Denise Lewis, Tessa Sanderson, Nick Gillingham etc.'

Cllr Waseem Zaffar was on the panel which decided the name
Another put: 'I'm calling it now. Someone's going to put a D at the end of HUMANITY CLOSE.'
One person branded it 'utter woke nonsense', while another asked: 'Where's 'Woke Lane' or 'Womxn Street'?'
A woman said: 'Presumably, the list of options gave little choice.... I wonder how many actually participated in the 'competition'.
'Pity the people who have to live in those places (speaking as a resident of Birmingham)!'
And one social media user added: 'Is that the best you could come up with? Embarrassing.'
36601556-9031341-image-a-38_1607447665698.jpg
36601560-9031341-image-a-39_1607447696484.jpg
36601554-9031341-image-a-40_1607447701435.jpg
36601558-9031341-image-a-29_1607451270380.jpg
Titles like Humanity Close have been described as a 'series of banal buzz words' for the development

Titles like Humanity Close have been described as a 'series of banal buzz words' for the development
36601562-9031341-image-a-42_1607447713345.jpg
36601566-9031341-image-a-28_1607451270241.jpg
36601564-9031341-image-a-30_1607451270388.jpg
The 1,400 houses are set to be complete by 2023 - a year after the Commonwealth Games are held in Birmingham

The 1,400 houses are set to be complete by 2023 - a year after the Commonwealth Games are held in Birmingham
The 1,400 houses are being built on the former Birmingham City University Campus and are expected to be finished by 2023.
Lendlease, the principal contractor, came up with the idea of a street naming contest.
Project Director Anna Evans said: 'These are wonderful street names for the vibrant new neighbourhood we are creating.
'Congratulations to Louise, who has helped play an important role in the future history of Perry Barr.'
 

ernestbugaj

kresiarz umysłów
848
2 900
Jestem ignorantem i nie chce mi się tego czytać, ale jak będzie wyglądał ruch na tych ulicach? Równość będzie miała pierwszeństwo przed Solidarnością?
 

FatBantha

sprzedawca niszowych etosów
Członek Załogi
8 334
23 520
Jakie pierwszeństwo? Pierwszeństwo to już jakiś burżujski przywilej, towarzyszu... Wyłącznie skrzyżowania komunistyczne, czyli równorzędne albo ronda!

15.01.2021 15:17

Inicjatywy te mają na celu przeciwdziałanie rasizmowi systemowemu oraz zwiększenie równości rasowej w USA. Obejmują one warte 100 mln dolarów inwestycje. Należą do nich m.in.: uruchomienie Apple Developer Academy w Detroit, wsparcie finansowe dla techowych hubów na historycznie czarnych uniwersytetach w Atlancie oraz nowe granty, stypendia i inwestycje dla czarnych studentów i przedsiębiorców.
Jak pisze portal "The Verge", według amerykańskiego giganta Apple Developer Academy w Detroit będzie "pierwszą tego typu akademią w USA".
Akademia skupia się na "młodych czarnych przedsiębiorcach, twórcach i programistach" i będzie oferować szkolenia w zakresie rozwoju aplikacji na iOS.
Firma planuje zaoferowanie 30-dniowego programu, który wprowadza studentów w temat programowania, a następnie "intensywnego", 10-miesięcznego lub rocznego programu, który ma pomóc aspirującym programistom zdobyć odpowiednie umiejętności i w konsekwencji tego pracę w branży technologicznej lub założyć własną działalność gospodarczą.
W Atlancie firma Apple współpracuje przy uruchomieniu Propel Center, technologicznego hubu przy historycznie czarnych uniwersytetach. Centrum będzie oferować osobiste i internetowe kursy poświęcone technologii, rozrywce i biznesowi. Będzie się ono znajdować w centrum uniwersyteckim w Atlancie, które łączy cztery uczelnie – Clark Atlanta University, Spelman College, Morehouse College i Morehouse School of Medicine. Podobne wsparcie w przeszłości zapewniało IBM oraz Michael Bloomberg.
 

FatBantha

sprzedawca niszowych etosów
Członek Załogi
8 334
23 520
Czas na nowe dokręcenia śruby. Corporate Social Resposibility to już za mało - nadchodzi czas Corporate Social Justice.

- Czy my osiągnęliśmy już pełny komunizm?
- O nie, będzie znacznie gorzej.

by
Lily Zheng

June 15, 2020
Summary.

The killing of George Floyd by a white police officer in Minneapolis has driven one of the largest protest movements in recent memory, and the widespread reactions to the standard CSR playbook suggest that old best practices may no longer work. The author describes a new model — Corporate Social Justice — that imagines a healthier and mutually beneficial relationship between companies and the communities they interact with. It is driven by the growing desire of socially aware consumers and employees that companies to do better. For companies to meet this challenge they need to begin with a goal or vision for a more just society. Then they should thoughtfully situate your company within the broader ecosystem surrounding that goal. They also need to build robust and representative working groups that connect the company with its stakeholders. And they can’t be afraid to take a stance.

Research has shown that companies with effective Corporate Social Responsibility (CSR) programs are more profitable than those that aren’t. Over the last 50 years, corporations have relied on these programs, which include social issue marketing, philanthropic efforts, employee volunteer initiatives, and diversity and inclusion work, to build their brands and satisfy customers.
Now, consumers and employees are raising the bar. The killing of George Floyd by a white police officer in Minneapolis has driven one of the largest protest movements in recent memory, and the widespread reactions to the standard CSR playbook suggest that old best practices may no longer work. Consumers and employees are now looking for more than Corporate Social Responsibility — they’re looking for what I call Corporate Social Justice.
Corporate Social Justice is a reframing of CSR that centers the focus of any initiative or program on the measurable, lived experiences of groups harmed and disadvantaged by society. CSR is a self-regulated framework that has no legal or social obligation for corporations to actually create positive impact for the groups they purport to help. Corporate Social Justice is a framework regulated by the trust between a company and its employees, customers, shareholders, and the broader community it touches, with the goal of explicitly doing good by all of them. Where CSR is often realized through a secondary or even vanity program tacked onto a company’s main business, Corporate Social Justice requires deep integration with every aspect of the way a company functions.
The need for this fundamental shift has become more apparent over the last few years. AT&T, which won a perfect score on the Human Rights Campaign’s Corporate Equality Index in 2017, was widely criticized for donating more than $2.5 million to anti-gay politicians that same year. Toms, whose one-for-one giving model won widespread accolades, eventually scrapped its model after it was revealed that its donations had disrupted local economies and producers. Amazon, which recently tweeted a statement expressing solidarity with Black communities, was immediately criticized for its selling of facial-recognition technology to law enforcement agencies and extreme underrepresentation of Black professionals. (Amazon later announced a one-year moratorium on police use of its facial recognition technology.)
Consumers and other stakeholders want companies that see social good as a necessity, not just a marketing strategy. It’s up to companies to respond to this new challenge. Here’s how:

Begin with a goal or vision for a more just society.

When picking a goal or vision, don’t just go with a goal that your CEO likes. Vanity projects aren’t enough. Instead, develop a thoughtful and intentional process that brings together representatives from your various stakeholder groups to determine which issues lie at the intersection of your company’s mission and the unmet needs of its stakeholders.
The objective of this exercise isn’t to arrive at a goal that sounds impressive. It’s to arrive at a vision that your company is best equipped to play a part in creating. The Chicago Community Trust, for example, recently set a goal to close the wealth gap between Latinx, Black, and white households in Chicago.

Thoughtfully situate your company within the broader ecosystem surrounding that goal.

Companies looking to address systemic racism in policing, for example, must work to understand the racial history of policing, the advent of mass incarceration, the militarization of police departments, and the relationship between community resources and the crime rate.
Don’t try to distance your company from these analyses. Most companies play a role in creating and maintaining inequities through their supply chains, hiring strategies, and the customer bases they serve — or don’t serve. At a bare minimum, any company which counts Black consumers among its audience (that should be all of them) needs to understand the historical context that informs their buying, spending, and engagement.

Build robust and representative working groups that connect the company with its stakeholders.

The goal of these groups is to fully explore the impact of the company’s actions on various stakeholders, and to use this knowledge to proactively inform how the company acts on and reacts to society. For example, if a company is looking to release a public statement on anti-Black racism, its process to develop that message should heavily involve Black entry-level employees, managers, and senior leaders, Black customers, and any other Black communities that interact with the company‘s products or services.
This work is challenging, especially in moments of crisis that place an additional burden on those most marginalized. Ensure that all members are compensated for their participation and can opt out at any time. Done right, these working groups can inform your company’s strategic priorities, help leaders make tough decisions in the public eye, and allow them to respond to pressing current events in ways that resonate with your stakeholders. For employees and stakeholders outside of the company, working groups can empower their voice, represent their perspectives in decision-making, and build trust between them and the company.

Take a stance.

Corporate Social Justice is not a feel-good approach that allows everyone to be heard, and by nature it won’t result in initiatives that will make everyone happy. The first step that many companies have taken by publicly supporting Black Lives Matter through public statements and donations is an example of that: a commitment to taking a stance, even if it alienates certain populations of consumers, employees, and corporate partners. The company must decide that it is okay with losing business from certain groups (say, white supremacists or police departments), since taking money from those groups would run counter to its Corporate Social Justice strategy.

Regularly evaluate progress.

Corporate Social Justice is an ongoing commitment to achieve a vision of justice or equity in partnership with stakeholders. To build accountability into the process, goals and metrics should be set by working groups and translated by senior leaders into directives for the entire company. While companies have no legal obligation to meet these metrics, their relationships with stakeholders — especially their employees and external communities — are regulated by trust. Continued failure to meet goals damages this trust and sours the efficacy of working groups. Meeting goals maintains and grows a company’s reputation for good, the trust stakeholders have in it, and the ability of working groups to continue bringing benefit to all parties.
Corporate Social Justice is a new paradigm that imagines a healthier and mutually beneficial relationship between companies and the communities they interact with. It is driven by the growing desire of socially-aware consumers and employees for companies, especially socially-conscious and forward-thinking companies, to do better. Companies have an opportunity to rise to the occasion and leverage their influence to build a better world for all — including themselves.
Read more on Race or related topics Social responsibility and Managing organizations

July 08, 2020
The standard corporate social responsibility (CSR) playbook is no longer working. Consumers, employees, and other stakeholders want companies that see social good as a core mission, not just a marketing strategy. There are several things your organization can do to meet this challenge. First, identify a specific goal or vision for your company. Avoid pursuing pet projects of individual leaders. Instead, use a thoughtful and intentional process to identify which issues your company is currently contributing to and is best equipped to address. Form working groups with representatives from your various stakeholders to fully explore the impact of the company’s actions. Done right, these working groups can inform your strategic priorities, help leaders make tough decisions in the public eye, and allow your company to respond to pressing current events in ways that resonate. And, of course, regularly evaluate progress. Have your working groups identify goals and metrics that are then communicated to your entire workforce. Holding your company accountable will build trust, make your CSR initiatives more efficient, and grow your company’s reputation for doing good.
 

FatBantha

sprzedawca niszowych etosów
Członek Załogi
8 334
23 520
Wisdom and goodness to the vile seem vile:
Filths savour but themselves.


By James Varney - The Washington Times - Monday, February 15, 2021
The crown teachers once put on William Shakespeare now lies uneasy upon his head as the English playwright comes under assault from teachers who fault his unwoke attitudes regarding race, sexuality, gender and class.
For the new breed of teachers, Shakespeare is seen less as an icon of literature and more as a tool of imperial oppression, an author who should be dissected in class or banished from the curriculum entirely.
“This is about white supremacy and colonization,” declared the teachers who founded #DisruptTexts, a group that wants staples of Western literature removed or subjected to withering criticism.
The anti-Shakespeare teachers say fans of the plays ignore the author’s problematic worldview. They say readers of Shakespeare should be required to address the “whiteness” of their thinking.
If Shakespeare must be taught, these educators say, then it should be presented with watered-down versions of the original or supplemental texts focused on equality issues.
Elizabeth Nelson, who teaches English at Twin Cities Academy in St. Paul, Minnesota, told School Library Journal that she gives her students Marxist theory when reading Shakespeare’s tragedy “Coriolanus” about the Roman leader.
Sarah Mulhern Gross told the journal that she delivered “toxic masculinity analysis” to her students reading “Romeo and Juliet” at High Technology High School in Lincroft, New Jersey.
The war against Shakespeare did not begin in 2021 or even 2020. December marked five years since students at the University of Pennsylvania removed a portrait of the Bard from their Ivy League halls.
The organizers behind #DisruptTexts put Shakespeare in the social justice crosshairs in October 2018.
The School Library Journal, which describes itself as “the premier publication for librarians and information specialists who work with children and teens,” joined the fight this year and offered young adult novels as alternatives to Shakespeare.
The librarians also showcased an essay questioning the contemporary value of the playwright responsible for classics such as “Hamlet,” “Macbeth” and “King Lear.”
“A growing number of educators are … coming to the conclusion that it’s time for Shakespeare to be set aside or deemphasized to make room for modern, diverse, and inclusive voices,” said the essay, titled “To Teach or Not to Teach: Is Shakespeare Still Relevant to Today’s Students?”
“Educators grappling with these questions are teaching, critiquing, questioning, and abandoning Shakespeare’s work, and offering alternatives for updating and enhancing curricula,” it said.
Some scholars are dubious that blacklisting Shakespeare would enhance education.
“It’s a new version of cancel culture,” said Peter Wood, president of the conservative National Association of Scholars. “They have little regard for the great books.”
A study last year by the association pinpointed a 1987 march at Stanford University as a turning point in modern education when Democratic activist Jesse Jackson led undergraduates in a chant, “Hey ho, Western civ has got to go.”
Within a year, Stanford had erased Western civilization requirement for undergraduates. At about the same time, classrooms everywhere began adopting a multicultural agenda hostile toward white male authors, according to the report.
It has long been common to modernize Shakespeare (Ian McKellen made a film of “Richard III” set in a fascism-threatened 1930s Britain) and to tiptoe around or rework the themes. “The Merchant of Venice” and “The Taming of the Shrew” have for some time rarely been performed or filmed without some contemporary intervention on matters related to, in those respective cases, anti-Semitism and sexism.
But the current opposition to Shakespeare appears more rooted in his status and rejection of the concept of timeless merit, the modern teachers say, than in arguments about such specific content matters as Iago despising the title character in “Othello” because of the Moor’s race.
“We believe that Shakespeare, like any other playwright, no more and no less, has literary merit,” wrote Lorena German, a teacher who penned #DisruptingShakespeare and is often engaged in Twitter discussions on the subject. “He is not ‘universal’ in a way that other authors are not. He is not more ‘timeless’ than anyone else.”
The organizers of #DisruptTexts, whose work is also featured by the School Library Journal and hosts regular Twitter discussions on various writers and topics, did not respond to emails asking about their approach to Shakespeare and other canonical authors.
Shakespeare is far from the only famous author to be squeezed through the social justice cheesecloth. #DisruptTexts also went after F. Scott Fitzgerald, William Golding and other dead white male writers who long dotted high school syllabuses.
But Shakespeare became the poster boy for a longer anti-White, anti-male trend in education, said Glynn Custred, a retired anthropology professor in the Cal State University system and a co-author of California’s Proposition 209, which banned racial preferences in state agencies.
“The rationale for purging Shakespeare from the curriculum, as formulated in the standard rhetoric of the left, reveals their agenda, which is the conversion of schools and universities from educational institutions to organs of indoctrination,” Mr. Custred told The Washington Times.
“Since Shakespeare’s work has been considered exemplary and universal, these claims must be discredited,” he said. “Shakespeare’s removal from the curriculum and the collective memory is thus mandatory.”
Shakespeare-averse teachers are urged to assign contemporary young adult novels as replacements or supplements. These include “The Hunger Games” and “Poet X,” which details a young Black/Hispanic teenager in Harlem who rebels against her mother’s religious upbringing and finds herself in slam poetry.
In teenage literature reviews this year, the School Library Journal often features books wrapped up in race and “queer” or “lesbian” stories. Shakespeare alternatives celebrated by these liberal teachers and critics offer “something for all teen readers and fans of the Bard,” such as a “retelling of Macbeth for the #MeToo generation,” according to an article in the librarian journal.
Such approaches, narrowly tailored to appeal to slivers of a student body, do college-bound students an injustice, and are chiefly screens for infusing students with radical left-wing political concepts, Mr. Wood said.
“It’s a race to the bottom with bad ideas,” he said. “They present themselves as the all-knowing gurus of wokeness, and on most campuses, they’ve already won.”
 

FatBantha

sprzedawca niszowych etosów
Członek Załogi
8 334
23 520
Nieźle się rozkręcają. Teraz można stracić pracę za posiadanie konta na niewłaściwym serwisie społecznościowym.


BY MEGHAN ROOS ON 1/26/21 AT 6:38 PM EST
The president of a literary agency based in New York City said Monday on Twitter that one of the agency's employees was terminated after her use of conservative social media sites Parler and Gab was discovered.
Colleen Oefelein, who identified herself on Twitter as an associate literary agent with the Jennifer De Chiara Literary Agency, appeared to confirm her termination in a tweet on Monday morning.
"Well thanks Twitter and @JDLitAgency," Oefelein wrote. "I just got fired because I'm a Christian and a conservative."
Jennifer De Chiara serves as the agency's president and senior agent, according to the agency's website. The agency identifies itself on Twitter as a "full-service literary agency representing children's literature for all ages, adult fiction, non-fiction, and more since 2001." Its website says that 12 other literary agents aside from De Chiara work with the agency.
The president of a New York City-based literary agency said Monday on Twitter that one of its agents was fired after the former agent's use of the conservative social networking sites Parler and Gab was discovered. In the photo above, an illustrative image shows a human hand with a mobile device featuring the logo for the social media platform Parler in Lafayette, California, on January
In a series of tweets posted Monday morning, De Chiara wrote that the agency decided to terminate Oefelein after her use of Parler and Gab was brought to the agency's attention. The tweets were initially accessible to the public, but by late Tuesday afternoon they were listed as protected. A notice on Twitter said access to the tweets is granted only to De Chiara's approved followers.
"The Jennifer De Chiara Literary Agency was distressed to discover this morning, January 25th, that one of our agents has been using the social media platforms Gab and Parler. We do not condone this activity, and we apologize to anyone who has been affected or offended by this," De Chiara wrote. "The Jennifer De Chiara Literary Agency has in the past and will continue to ensure a voice of unity, equality, and one that is on the side of social justice."
"As of this morning, Colleen Oefelein is no longer an agent at The Jennifer De Chiara Literary Agency," De Chiara's Twitter thread concluded.
Oefelein is listed as one of the Jennifer De Chiara Literary Agency's associate agents when the agency's website pops up on Google, but her agent page appears to have been removed from the website and triggered an error message when selected from a search engine on Tuesday afternoon.
A search through Oefelein's Twitter feed showed she posted about joining Parler last year. In a November 12 tweet, Oefelein invited followers to join her on the conservative social network, which she described as "a great platform with no censorship." Oefelein suggested earlier this month that she may also use the far-right social networking site Gab.
Another Twitter user appeared to have pointed De Chiara to Oefelein's November 12 tweet on Sunday. "Thank you for bringing this to my attention. I have taken swift action, and as of this morning, January 25, Colleen Oefelein is no longer an agent at this agency," De Chiara responded.
Newsweek reached out to the agency and to Oefelein for comment and will update this article with any response.
 

FatBantha

sprzedawca niszowych etosów
Członek Załogi
8 334
23 520
Aktualnie najbardziej poprawnie politycznie jest dążyć ze wszystkich sił do wojny rasowej, gdyby ktoś pytał.


Rafał Chabasiński
2 dni temu
Coca-Cola promowała w Stanach Zjednoczonych specjalny kurs dla swoich pracowników mający „pomóc w budowie inkluzywnego miejsca pracy”. Pracownicy mogli dzięki temu poznać magiczną receptę na walkę z uprzedzeniami rasowymi: „bądźcie mniej biali”. Jak można nazwać takie dobre rady? Jest na to jedno adekwatne słowo: rasizm.

Coca-Cola w USA chce walczyć z rasizmem? Powinna zacząć od walki z kursami radzącymi pracownikom „bądźcie mniej biali”

Na portalu kanału amerykańskiej telewizji Fox Business możemy znaleźć informacje o poważnej wpadce wizerunkowej Coca-Coli. Firma chciała zachęcić swoich pracowników do walki z uprzedzeniami rasowymi w miejscu pracy. To w końcu od kilku lat bardzo modny temat w Stanach Zjednoczonych. W tym celu korporacja promowała pewien specjalny kurs dla pracowników zamieszczony na platformie LinkedIn Learning.
Twórcą prezentacji jest Robin DiAngelo, autorka książki „White Fragility: Why Is So Hard For White People To Talk About Racism”. W wolnym tłumaczeniu: „Biała kruchość: dlaczego białym ludziom jest tak trudno rozmawiać o rasizmie?”. Jak się łatwo domyślić, pani DiAngelo sama jest biała. Jej poglądy można sprowadzić do założenia, że biali ludzie są rasistami dopóki nie zaczną aktywnie walczyć z rasizmem.
Jak autorka kursu widzi budowę inkluzywnego miejsca pracy, w którym wszyscy członkowie zespołu czuliby się dobrze? Pomóc ma w tym zastosowanie się przez pracowników do jednej, prostej rady: bądźcie mniej biali”. Brzmi jak rasizm w najczystszej formie? Bo dokładnie tym jest.

Postawmy sprawę jasno: radzenie „bądźcie mniej biali” z upoważnienia pracodawcy to po prostu rasizm

Pracownicy Coca-Coli mogli się dowiedzieć między innymi, że „biali ludzie w Stanach Zjednoczonych i krajach zachodnich są socjalizowani w taki sposób, by czuć wrodzoną wyższość z powodu bycia białym”. Co więcej, „badania pokazują, że już w 3-4. roku życia dzieci rozumieją, że lepiej jest być białym”.
Z przynależnością do rasy białej, czy jak to nazywają Amerykanie „kaukaskiej”, wiąże się w końcu wiele bardzo szkodliwych cech charakteru. Bądźcie mniej biali – a więc „aroganccy”, „pewni siebie”, o „defensywnym nastawieniu”. Dzięki temu możemy stać się także bardziej pokornym, słuchać innych, wierzyć im i podchodzić do nich z większą empatią. Przede wszystkim zaś: możemy zerwać z „białą solidarnością”.
Brzmi jak majaki szaleńca w rodzaju doszukiwania się rasizmu w matematyce? Niezupełnie. W samym podejściu „bądźcie mniej biali” kryje się zrównanie przynależności do rasy białej z byciem rasistą. Jeżeli ktoś chciałby zrozumieć, o co chodzi naszej rodzimej prawicy gdy mówi o „pedagogice wstydu”, to ma właśnie idealny przykład. Kurs proponowany pracownikom Coca-Coli służy właśnie „nauczeniu ich”, że z racji takiego a nie innego urodzenia mają powód, żeby się wstydzić.

Nie każdy przytyk naszej rodzimej prawicy wobec zachodnich społeczeństw jest wyssany z palca

Siłą rzeczy, propagowanie tego typu treści wśród pracowników mogło się nie spodobać. Sama Coca-Cola potwierdziła, że rzeczywiście udostępniła kurs na platformie LinkedIn. Korporacja jednocześnie twierdzi, że nie był on obowiązkowy dla każdego jej pracownika. Udostępniła go w ramach przeprowadzanego przez Coca-Colę globalnego szkolenia Better Together. Prezentacja zniknęła z LinkedIn, jednak jej fragmenty wciąż krążą po mediach społecznościowych.
Czemu właściwie powinniśmy w Polsce przejmować się tym, że gdzieś w Stanach Zjednoczonych jakaś aktywistka radzi pracownikom Coca-Coli „bądźcie mniej biali”? Nie da się ukryć, że globalizacja sprzyja wymianie kulturowej. Ta przebiega raczej od krajów zachodnich do Polski a nie na odwrót. To z kolei oznacza, że bardzo często ktoś próbuje przeszczepić na nasz grunt jakieś tamtejsze poglądy czy rozwiązania.
Warto także zauważyć, że próba wmówienia białym Amerykanom, że są rasistami to element szerszego kontekstu. Wpisuje się w niego także chociażby lansowanie zjawiska przywłaszczenia kulturowego, czy wszelkie formy dyskryminacji pozytywnej. Tego typu incydenty mają też pewien dość istotny skutek uboczny. Pokazują, że niektóre przytyki naszej rodzimej prawicy względem „zgniłego zachodu” bywają prawdziwe.
Co więcej, rasizmowi zawsze warto się przeciwstawić. Nawet, jeśli jego piewcy kierują go przeciwko przedstawicielom własnej rasy w trosce o „wyrównywanie szans”.

23 lut, 12:17 Ten tekst przeczytasz w mniej niż minutę
Promowany przez Coca-Colę kurs online dla pracowników firmy na temat dyskryminacji rasowej radził im, by "byli mniej biali" - podała amerykańska telewizja Fox News. W wyniku kontrowersji materiał został zdjęty z platformy LinkedIn.
Kilkuminutowy film, który miał uwrażliwić pracowników na problemy dyskryminacji rasowej, jest oparty na bestsellerowej, lecz kontrowersyjnej książce "White Fragility" ("Biała kruchość") autorstwa Robin DiAngelo.
W skład kursu wchodziły slajdy zachęcające do "bycia mniej białym", co według autorów w praktyce oznacza m.in. bycie mniej "opresyjnym", "aroganckim" i "ignoranckim", a także zerwanie z "białą solidarnością" i apatią. Inny slajd mówi o tym, że biali ludzie w USA i innych zachodnich krajach przechodzą socjalizację, która uczy ich poczucia wyższości wobec innych.
"Badania pokazują, że już w 3-4. roku życia dzieci rozumieją, że lepiej jest być białym" - czytamy na slajdzie.
Jak stwierdza Fox News, opublikowane na Twitterze slajdy z wideo wywołały sprzeczne reakcje - jedne chwalące podejście firmy do rasizmu, inne zarzucające jej dyskryminację.
Jak wyjaśniła w liście do Fox Business Network Coca-Cola, film oznaczony logo firmy "nie jest częścią programu edukacyjnego spółki", lecz "częścią planu, by pomóc w budowie inkluzywnego miejsca pracy". Koncern dodał, że materiał szkoleniowy jest ogólnodostępny na platformie społecznościowej LinkedIn Learning. We wtorek na stronie, na której był dostępny, widniał już komunikat, że kurs został usunięty.
(mt)
Źródło: PAP
 

FatBantha

sprzedawca niszowych etosów
Członek Załogi
8 334
23 520

Silny_Ogor 30.03.2021 19:26
Stallman przez lata był postrzegany jako turbo lewak, komuch i brudny wariat. Nie bardzo rozumiem skąd te oskarżenia i komunizm i brud, ale Linuksowa rzeczywistość zrobiła właśnie niezłego fikołka. Okazuje się, że Rysiek to jednak nie lewak, a prawdziwe hardkorowe turbo lewary chcą usunięcia Stallmana z FSF :-D
image

Rysiek Faszysta

W sieci pojawiła się petycja sygnowana i inspirowana przez Debianowych oszołomów, oskarżających Stallmana o popularne w dzisiejszych czasach zbrodnie: mizoginię, ableizm, transfobię i coś tam jeszcze :) W luźnym i leniwym tłumaczeniu wygląda to następująco:
"Richard M. Stallman, powszechnie znany jako RMS, przez długi czas był niebezpieczną siłą w społeczności wolnego oprogramowania. Wykazał się mizgonią, ableizmem i transfobią, pośród innych poważnych zarzutów o niestosowność. Tego rodzaju przekonania nie mają miejsca w wolnym oprogramowaniu, prawach cyfrowych i społecznościach technologicznych. Wraz z jego niedawnym powrotem do zarządu fundacji Free Software Foundation, wzywamy cały zarząd FSF do usunięcia RMS ze wszystkich stanowisk kierowniczych.
My, niżej podpisani, wierzymy w konieczność cyfrowej autonomii i ogromną rolę, jaką wolność użytkownika odgrywa w ochronie naszych podstawowych praw człowieka. Aby zrealizować obietnicę wszystkiego, co umożliwia wolność oprogramowania, musi nastąpić radykalna zmiana w społeczności. Wierzymy w teraźniejszość i przyszłość, w której każda technologia wzmacnia - a nie uciska - ludzi. Wiemy, że jest to możliwe tylko w świecie, w którym technologia jest zbudowana, aby szanować nasze prawa na najbardziej fundamentalnym poziomie. Chociaż te idee zostały w jakiejś formie spopularyzowane przez Richarda M. Stallmana, nie mówi on za nas. Nie akceptujemy jego działań i opinii. Nie uznajemy jego przywództwa ani kierownictwa fundacji Free Software Foundation w obecnym stanie.
Wykazano wystarczająco dużo tolerancji wobec odrażających idei i zachowań RMS. Nie możemy dalej pozwalać jednej osobie zrujnować sensu naszej pracy. W naszej społeczności nie ma miejsca dla ludzi takich jak Richard M. Stallman i nie będziemy dalej cierpieć z powodu jego zachowania, powierzając mu rolę przywódcy lub w inny sposób uznając go i jego bolesną i niebezpieczną ideologię za akceptowalne.
Wzywamy do usunięcia całego zarządu fundacji Free Software Foundation. Są to ludzie, którzy od lat zwiększają możliwości RMS. Pokazują to ponownie, zezwalając mu na ponowne dołączenie do zarządu FSF. Nadszedł czas, aby RMS wycofał się z wolnego oprogramowania, etyki technicznej, praw cyfrowych i społeczności technologicznych, ponieważ nie może zapewnić przywództwa, którego potrzebujemy. Wzywamy również do usunięcia Richarda M. Stallmana ze wszystkich stanowisk kierowniczych, w tym Projektu GNU.
Wzywamy tych, którzy są w stanie to zrobić, do zaprzestania wspierania fundacji Free Software Foundation. Odmówcie udziału w projektach związanych z FSF i RMS. Nie zabierajcie głosu ani nie bierzcie udziału w wydarzeniach FSF lub wydarzeniach, które są otwarte dla RMS i jego nietolerancji. Prosimy osoby wnoszące wkład w projekty wolnego oprogramowania aby przeciwstawiły się bigoterii i nienawiści w swoich projektach. Robiąc te rzeczy, powiedzcie społeczności i FSF dlaczego.
Opisaliśmy szczegółowo kilka publicznych incydentów z zachowaniem RMS. Niektórzy z nas mają własne historie na temat RMS i naszych interakcji z nim, rzeczy, które nie są uchwycone w e-mailach ani na plikach wideo. Mamy nadzieję, że przeczytasz, co zostało udostępnione i weźmiesz pod uwagę szkody, jakie wyrządził naszej społeczności i innym."
Jeśli zgadzacie się z powyższym tekstem, możecie złożyć podpis, okazać poparcie i patrzeć jak nazistom śmiga gul.

Rysiek Niefaszysta

Jeśli jednak nie przemawiają do was tęczowe klimaty i używacie Emacsa odsłaniając owłosione klaty, może zainteresuje was petycja, nawołująca do wspierania pana Stallmana:
"Richard M. Stallman, często zwany RMS, był siłą napędową ruchu wolnego oprogramowania od dziesięcioleci i miał wkład między innymi w system operacyjny GNU i Emacs.
Ostatnio w sieci pojawiły się nikczemne ataki zmierzające do usunięcia go z zarządu FSF (Fundacji Wolnego Oprogramowania) za wyrażanie osobistych opinii. Widzieliśmy już wcześniej takie zorganizowane akcje przeciw innym istotnym działaczom na rzecz wolnego oprogramowania i programistom. Tym razem nie będziemy stać bezczynnie, gdy ikona tej społeczności jest atakowana.
FSF jest autonomiczną organizacją, która jest w stanie traktować swoich członków w uczciwy, bezstronny sposób i nie powinna poddawać się zewnętrznym naciskom społecznym. Wzywamy FSF do obiektywnego rozważenia argumentów przeciwko RMS i do prawdziwego zrozumienia znaczenia jego słów i działań.
W przeszłości RMS wyrażał swoje poglądy w sposób, który denerwował wielu ludzi. Zazwyczaj jest on bardziej skupiony na filozoficznych podstawach, dążeniu do obiektywnej prawdy i puryzmu językowego, kładąc mniejszy nacisk na emocje w sprawach, które komentuje. To sprawia, że jego argumenty podatne są na nieporozumienia i przeinaczenia, co naszym zdaniem ma miejsce w “otwartym” liście wzywającym do jego usunięcia. Jego słowa należy interpretować w tym kontekście oraz biorąc pod uwagę, że często nie stara się załatwiać spraw dyplomatycznie.
Niezależnie od tego opinie Stallmana na temat spraw, za które jest prześladowany, nie są istotne dla jego zdolności do przewodzenia społeczności takiej jak FSF. Co więcej, ma on prawo do swoich opinii tak samo jak każdy inny. Członkowie i sympatycy nie muszą się zgadzać z jego opiniami, ale powinni szanować jego prawo do wolności myśli i słowa.
Do FSF:
Usunięcie RMS zaszkodzi wizerunkowi FSF i będzie to znaczący cios dla dynamiki ruchu wolnego oprogramowania. Nalegamy, byście uważnie rozważyli swoje działania, ponieważ to, za czym zadecydujecie, będzie miało poważny wpływ na przyszłość przemysłu programistycznego.
Do zasadzającego się tłumu, który atakuje Richarda Stallmana za rozsądne argumenty w debacie oraz różne opinie i przekonania wyrażane przez dziesięciolecia jako osoba publiczna:
Nie macie udziału w wybieraniu przywództwa żadnej społeczności. Szczególnie nie poprzez kolejny atak tłumu, który w najmniejszym stopniu nie przypomina rzetelnie prowadzonej debaty, jakiej przykład dają lepsi ludzie, tacy jak Richard Stallman."
Jak chcecie usłyszeć wycie lewaka i pianę na tęczy, poprzyjcie tę drugą opcję.
 

kompowiec

Open Source Boy
2 108
1 995
Jeśli zgadzacie się z powyższym tekstem, możecie złożyć podpis, okazać poparcie i patrzeć jak nazistom śmiga gul.
juz dawno podpisalem sie za supportem RMS. Nie dlatego ze jest idealny (bo w sumie nawet gdyby powiedzial jakies rasistowskie gowno to by cokolwiek zmienilo? Tylko wsrod zjebow) ale ze znow, racja jest po jego stronie. Przez to ze stallmanowy autyzm sam uwaza na dobieranie slow nie mieli innego wyjscia jak go falszywie oskarzyc. A takie cos bardzo latwo zdyskretytowac (ma pan dowud?) Czytalem statement LibreOffice czy RedHat i ani razu nawet nie pisneli slowa co stallman zrobil i o co w ogole chodzi xD jedynie ze nie beda popierac harrasment (harrasmantujac stallmana...)

cancel culture to rak i jest niczym innym jak wojna, tylko bez kul, jedynie przy pomocy propagandy.

Najgorsze w tym wszystkim jest to gdy zmusili go do wyjscia z FSF a teraz chuj wie czy przez te 19 miesiecy nie zainstalowali miedzyczasie tam jakiegos kreta ktory nie pozwoli mu wejsc z powrotem.
 
Ostatnia edycja:

FatBantha

sprzedawca niszowych etosów
Członek Załogi
8 334
23 520
Publikacja: 03.04.2021

Usunięcie fragmentu o Mahomecie z nowego tłumaczenia “Piekła” Dantego na holenderski ujawniło istnienie redakcyjnych cenzorów w wydawnictwach. Nazywani są oficjalnie “czytelnikami od wrażliwości” (sensitivity readers).
Redakcyjni cenzorzy to domena głównie Stanów Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii, ale pojawili się również w Holandii – i być może w innych krajach, ale wydawcy się tym nie chwalą. Zadaniem “czytelników od wrażliwości” jest “sprawdzanie rękopisu pod kątem błędów dotyczących innych kultur lub mniejszości. Czy w tekście występuje obraźliwy język? Czy postacie są stereotypowe? Czy rzeczywistość jest wiernie opisana?”.
Autorzy na ogół sami troszczą się o to, by ich opis świata był zgodny z rzeczywistością – chyba, że specjalnie chcą ten świat przedstawić inaczej. Autorzy, pisząc o rzeczach, o których wiedzą mało, starali się o nich wcześniej czegoś dowiedzieć. Czasem autor wkłada w poznanie sytuacji czy epoki lata pracy – co widzi każdy, kto na przykład przeczytał “Księgi Jakubowe” Olgi Tokarczuk. Poważni autorzy nie lubią się kompromitować pisząc bzdury. Poważni redaktorzy w poważnych wydawnictwach tradycyjnie szukali błędów, żeby autor się nie skompromitował. Podobnie dobre czasopisma miały kiedyś “fact checkers” – redaktorów, sprawdzających fakty, o których pisali dziennikarze.
Ale w zatrudnianiu “redaktorów od wrażliwości” nie chodzi wcale o błędną wiedzę faktograficzną autorów, lecz o możliwość urażenia przez nich jakichś grup czytelników, chociaż próbuje się oczywiście udawać, że chodzi głównie o wiedzę. Rebecca Wilson z wydawnictwa De Geus mówi tak: “Wolę ich nazywać czytelnikami od tematów. Na przykład, jeden ma wiedzę w zakresie genetyki a inny o pewnej szczególnej tożsamości kulturowej”. Tyle, że specjalista od genetyki ma rzeczywiście wiedzę naukową, a specjalista od “tożsamości” ma co najwyżej doświadczenie w byciu osobą o określonej tożsamości. Jeden specjalista od genetyki wie mniej więcej to samo co inny, ale “specjalista” od “tożsamości kulturowej” może mieć z nią kompletnie inne doświadczenia niż inny “specjalista”.
Jeśli jego zadaniem jest pomoc autorowi w lepszym zrozumieniu ludzi, o których autor pisze – to świetnie, autor nie musi już sam szukać takich osób. Ale tak naprawdę chodzi tu o to, żeby nie urażać. Urażanie może być groźne nie tylko dla autora, ale i wydawców, jak przekonał się Salman Rushdie, jego tłumacze i wydawcy “Szatańskich wersetów”, którym groziła śmierć (tłumacz japoński został zamordowany) po fatwie ajatollaha Chomeiniego, a także rysownicy i redaktorzy z satyrycznego pisma “Charlie Hebdo”, zamordowani w 2015 przez islamistów.
Jednak urażanie grozi dzisiaj na ogół nie śmiercią, tylko problemami finansowymi wydawnictwu. W 2016 wydawnictwo poczuło się zmuszone do wycofania z księgarń książki fantasy “The Continent” Keiry Drake, ponieważ była gwałtownie krytykowana za “obraźliwe stereotypy Indian i Azjatów”. Autorka przerobiła książkę, która trafiła do księgarń.
Geje będą pisać wyłącznie o gejach, czarni wyłącznie o czarnych, stare lesbijki o starych lesbijkach, a grafomani o grafomanach. Ale kto będzie chciał to czytać?
Co uraża jakichś czytelników, jest oczywiście do uznania przez redakcyjnego cenzora, który woli dmuchać na zimne. Znakomicie proces “cenzurowania dla nieurażania” ilustruje przypadek tłumaczonej na 22 języki holenderskiej autorki książek dla dzieci Anny Woltz. Jej książka “Alaska” mówi o chłopcu, który ma epilepsję. Autorka miała przy pisaniu książki fachową pomoc w postaci 17-latki, cierpiącej na epilepsję. Ale angielskie tłumaczenie wymagało, jak się okazało, zmiany, której zażądał wydawniczy “czytelnik od wrażliwości”. Na początku książki bohater mówi o sobie “dziwadło” – i to musiało zostać usunięte. Taki był warunek wydania książki w ośmiotysięcznym nakładzie, który miał trafić do bibliotek szkolnych.
Mówi Anna Woltz: “W krajach anglosaskich często utożsamiają to, co mówi bohater, ze stanowiskiem autora. A to były myśli gniewnego trzynastolatka na swój temat, konieczne dla historii, która mówi o jego rozwoju i o tym, jak w końcu odnajduje spokój. Usunięcia sformułowania zażądał zresztą nie czytelnik od wrażliwości, który miałby epilepsję, ale człowiek zatrudniony przez wydawcę, który zwraca uwagę na wszelkie możliwe miejsca wrażliwe. Jego praca polega na tym, żeby książka nie uraziła nikogo w jakikolwiek sposób. To szkodliwe i bezsensowne. Ciekawe, że jedna osoba decyduje, co odczuwają wszystkie osoby z jakiejś grupy. Efektem będzie traktowanie osób należących do mniejszości w inny sposób niż pozostałych i traktowanie ich w jedwabnych rękawiczkach”.
O tym, że chodzi o sprawdzanie, czy ktoś nie został urażony, a nie o poprawianie błędów rzeczowych, mówi Lynn Brown z agencji Salt and Sage z Nowego Jorku, zawodowa “czytelniczka od wrażliwości”, pochodząca z rodziny indiańsko-murzyńskiej, w dodatku biseksualna i specjalistka od “związków międzyrasowych” i “niewidocznych niesprawności, takich jak przewlekły ból”. Inni zatrudniani przez agencję “czytelnicy od wrażliwości” specjalizują się w tygrysich rodzinach, schizofrenii, “przemocowych romantycznych związkach” i “gwałtach na mężczyznach”. “Pisarze na ogół chcą poprawiać świat. Oczywiście, pisarz może zignorować moje porady. Jeśli chcesz obrażać i gotów jesteś cierpieć tego skutki, to proszę bardzo”, mówi Brown. Jak wskazuje przykład Anny Woltz, pisarz niekoniecznie może zignorować dobre rady wydawniczego cenzora.
Rozmowy “czytelników od wrażliwości” z autorami odbywają się za zamkniętymi drzwiami. Będziemy widzieli coraz więcej ich efektów w książkach przyszłości, w których osoby z grup tzw. mniejszościowych będą przedstawiane wyłącznie w pozytywnym świetle. Nie będzie w nich miejsca na przestępców gejów, bijących żony czarnych ani osoby transpłciowe mobbingujące pracowników. Kolejnym krokiem będzie przedstawianie kobiet (które wprawdzie nie są mniejszością, ale są zdominowane przez mężczyzn) też wyłącznie w rolach pozytywnych (“Makbet” będzie musiał zostać z lektur usunięty). Czarnymi charakterami pozostaną wyłącznie biali mężczyźni.
Ideologia “obrony mniejszości” przed złym samopoczuciem jest znana od wielu lat ze swojej wersji stosowanej przez organizacje i działaczy muzułmańskich, oskarżających krytyków islamu i muzułmanów o “islamofobię”. Nieistotne jest, czy krytykowana jest religia czy zachowania jej wyznawców – każda krytyka uraża i obraża. Teraz ta ideologia rozszerza się na rozmaite inne grupy “mniejszości”, których nie tylko krytykować nie wolno, ale o których pisać wolno wyłącznie w sposób pozytywny. Czy prawdziwy – to już “czytelników od wrażliwości” ani zwolenników “obrony mniejszości” nie interesuje.
Cenzurowanie autorów ma dwa oblicza – jednym jest wprowadzanie zmian do ich utworów, od sugerowania przerobienia sformułowań do usunięcia fragmentów. Ale drugim obliczem jest zabranianie pisania na określony temat autorom, którzy nie mają z nim bezpośredniego własnego doświadczenia. Parę tygodni temu również doświadczyła tego Holandia – znana młoda autorka i poetka Marieke Lucas Rijneveld została zmuszona do rezygnacji z tłumaczenia poematu młodej amerykańskiej poetki Amandy Gorman, wygłoszonego na inauguracji prezydenta Joe Bidena.
Amanda Gorman jest bowiem czarna, natomiast Rijneveld, chociaż też należy do mniejszości (jest transseksualna), jest biała. Dlatego mnóstwo osób w mediach społecznościowych – i tradycyjnych – uważało, że nie będzie ona mieć odpowiedniej wrażliwości, żeby poemat odpowiednio przetłumaczyć. To, że wcześniej znakomicie tłumaczone były na holenderski przez białych książki o rasizmie autorstwa czarnych amerykańskich pisarzy, nikogo nie obchodziło. Nieistotne było również to, że Rijneveld słabo zna angielski i nie ma żadnego doświadczenia w tłumaczeniach. Ważne było tylko to, że ma białą skórę.
Taka ideologia, dopuszczająca pisanie i tłumaczenie tylko osobom, które mają własne określone doświadczenia, jest całkowicie sprzeczna z tradycją literatury światowej, w której autorzy starają się, lepiej lub gorzej, przedstawiać przeżycia osób bardzo od siebie różnych. Przyszłość literatury wygląda przypuszczalnie tak, jak opisuje ją David Orión Pena, inny “czytelnik od wrażliwości”: “Za dwadzieścia lat wszystkie wydawnictwa będą miały pisarzy i redaktorów różnego pochodzenia i wtedy “czytelnicy od wrażliwości” nie będą potrzebni”.
Geje będą pisać wyłącznie o gejach, czarni wyłącznie o czarnych, stare lesbijki o starych lesbijkach, a grafomani o grafomanach. Ale kto będzie chciał to czytać?
O ocenzurowaniu “Piekła” w artykule “Holandia: “Piekło” Dantego bez Mahometa”.
 
Do góry Bottom