Islamizacja Europy

FatBantha

sprzedawca niszowych etosów
Członek Załogi
7 507
20 060
Australia: muzułmanie wywalczyli segregację płciową na basenie
24 października 2019
Publiczny basen w Canberze, stolicy Australii, pod wpływem żądań ze strony społeczności muzułmańskiej wprowadził nowy program – dwa razy w tygodniu na basenie będzie obowiązywała segregacja płciowa.

Jak informuje „Daily Mail”, sesje tylko dla kobiet będą w sobotnie wieczory w godzinach 17.30 – 19.00, a dla mężczyzn w niedziele.

Pomysł spotkał się z krytyką innych obywateli. Jedna z matek powiedziała, że jej córka była zdruzgotana po przyjściu na basen tylko po to, żeby z niego wrócić, ponieważ był otwarty „tylko dla chłopców”. „Podobnie jak wielu rodziców z Canberry, mój mąż i ja staramy się wychowywać nasze dziecko tak, aby wierzyło, że jego płeć nie jest barierą dla niczego i żeby nie wstydziło się swojego ciała – powiedziała kobieta. – Jak mamy to robić, skoro publiczna placówka nie wpuściła córki, ponieważ jest dziewczyną?”. Inni odrzucili pomysł na Facebooku, nazywając go „wstecznym”. „Czy rząd (…) zupełnie oszalał? Od lat walczymy o równość, a władze i religie powoli zaczynają ją naruszać” – napisała jedna osoba.

Pomimo kontrowersji kierowniczka centrum powiedziała dziennikowi „Canberra Times”, że po wprowadzeniu programu odnotowano wzrost liczby korzystających z basenu. „Po dwóch tygodniach mieliśmy wyjątkowo wysoką frekwencję, szczególnie na sesjach kobiecych – stwierdziła. – Ten czas obejmuje również naukę pływania, co zostało bardzo docenione, ponieważ wiele z nich często nie ma dostępu do basenu. Ze względu na ich kulturę, niektóre nie mogą przebywać w otoczeniu mężczyzn, więc naprawdę podobało im się to doświadczenie”.

Decyzję pochwalił też przewodniczący społeczności muzułmańskiej w mieście, między innymi ze względu na dostęp do lekcji pływania, ponieważ, jak stwierdził, „większość tonących na plażach w Canberze stanowią imigranci”.

Po miesiącu trwania programu zostanie podjęta decyzja, czy będzie kontynuowany w dłuższej perspektywie.

JotPe, na podst. https://www.canberratimes.com.au ; https://www.dailymail.co.uk
 

FatBantha

sprzedawca niszowych etosów
Członek Załogi
7 507
20 060
Norwegia: świetlice koraniczne sabotują integrację
4 listopada 2019

Dziennikarze gazety „Aftenposten” napisali o muzułmańskich dzieciach uczęszczających do szkół koranicznych. To, co ujawnili, bardzo źle wróży integracji.

Artykuł pod tytułem „Nazywają to świetlicą. Z noclegiem” dokumentuje, jak w mieście Drammen segregacja i równoległe społeczeństwo realizowane są systematycznie i na co dzień, w dodatku na koszt państwa norweskiego. Państwo dotuje bowiem organizację Det islamske kultursenter i Norge (Islamski Ośrodek Kultury w Norwegii), zarejestrowany związek wyznaniowy wywodzący się ze środowisk tureckich.

Segregacja także wśród dzieci
Jak pisze “Aftenposten”, ruch ten uważany jest za bardzo konserwatywny: „Ta społeczność religijna praktykuje surową segregację płciową, nie tylko wśród dorosłych. Również dzieci pobierają nauki w dwóch osobnych grupach”.

Wspólnota religijna oferuje swoim członkom świetlice z noclegiem. Dziewczynkom i chłopcom utrudnia się kontakt, na przykład organizując im zajęcia w osobnych pomieszczeniach. Chłopcy muszą zaakceptować, że są drapieżnikami pozbawionymi samokontroli. Dziewczynki muszą godzić się z wczesną seksualizacją i odbierającym im podmiotowość poglądem, jakoby nie umiały kontaktować się z płcią przeciwną.

W szkołach norweskich nie praktykuje się dyskryminacji płciowej, chłopcy i dziewczęta spotykają się w nich na równych warunkach. Innymi słowy jest wielki kontrast między tym, co reprezentują wspominane szkoły koraniczne, a wartościami wolnej, demokratycznej szkoły.

Według „Aftenposten” takie świetlice koraniczne istnieją w Drammen, Mjøndalen i Oslo. Nie ma powodu sądzić, żeby były czymś unikatowym w skali całego kraju. Już w 2016 roku organizacja Human Rights Services pisała o tym, proponując środki zaradcze przeciwko ekstremizmowi i na rzecz rzeczywistej integracji.

Norweskie wartości są tam nieobecne
Ultrakonserwatywne szkoły koraniczne nie pozwalające dzieciom stać się „zbyt norweskimi” są wielką przeszkodą dla udanej integracji – sam lider wspólnoty w Drammen twierdzi, że asymiliacja byłaby zgubna dla ich kultury i religii.

„[Islamiści] wykorzystują wszelkie dobra oferowane przez zachodnie społeczeństwo, równocześnie kurczowo trzymając się fundamentalistycznych zwyczajów”
Taka praktyka jest bez wątpienia sabotażem wszelkich wysiłków na rzecz integracji i powinno się jej jak najszybciej położyć kres. Zaczyna się od podań o finansowanie jakichś szczególnych przywilejów dla wspólnot muzułmańskich, co jest nadużywaniem instytucji państwa opiekuńczego. Dzieci uczęszczające do takich szkół mają kiepskie szanse na stanie się częścią społeczeństwa, w którym żyją.

„Aftenposten” opisuje funkcjonowanie tych „świetlic z noclegiem”. Przeznaczone są dla dzieci z rodzin imigranckich, a naucza się w nich zupełnie innych wartości, niż wyznawane przez większość społeczeństwa. Dla ich rodziców pragnienie wychowania potomstwa w duchu własnej kultury jest ważniejsze niż dobro samych dzieci. Jest to zatem sygnał, że istnieją ludzie, którzy pragną kontynuować swoją kulturę i religię sabotując wszystkie impulsy trafiające do ich dzieci za pośrednictwem zwykłej norweskiej szkoły.

Nauczanie poza kontrolą władz oświatowych
Ten kontrast jest szczególnie zgubny dla dziewczynek, które wychowuje się w przekonaniu, że są obywatelami drugiej kategorii. Odbiera się im prawa i możliwości w wielu istotnych obszarach życia. W ten sposób niszczy się wszelkie postępy na polu integracji. Tym rodzicom ktoś powinien powiedzieć, że bycie Norwegiem jest całkiem w porządku.

Jeśli kobiety traktuje się jak obywateli drugiej kategorii, każąc im siadać na samym końcu meczetu, jest to zarówno demonstracja władzy, jak i przykład nierównego traktowania, które nie powinno mieć miejsca w kraju chlubiącym się równouprawnieniem. Muszą to dostrzec nasi politycy przydzielający dotacje szkołom koranicznym, zwłaszcza tym opisanym tutaj. Partia Postępu już wcześniej tego roku twierdziła, że nauczanie Koranu ma miejsce w zamkniętych środowiskach bez nadzoru i kontroli władz.

W moim przekonaniu nie mamy tu do czynienia z wolnością wyznania, tylko z silnym życzeniem odizolowania się od społeczeństwa, uważanego za zepsute i niemoralne. [Islamiści] wykorzystują tu wszelkie dobra oferowane przez zachodnie społeczeństwo, równocześnie kurczowo trzymając się fundamentalistycznych zwyczajów, czyli braku demokracji, braku równouprawnienia i poszanowania jednakowej wartości wszystkich ludzi.

Shurika Hansen
Była muzułmanka, publicystka portalu Resett, rzecznik prasowy organizacji Sekulær allianse (Sojusz na rzecz świeckości)

Oprac. Rolka na podst. https://resett.no
 

FatBantha

sprzedawca niszowych etosów
Członek Załogi
7 507
20 060
Takie proroctwa opisywała niemiecka prasa w czasach, gdy chodziłem jeszcze do podstawówki.

„Der Spiegel” 1993: „Hordy nędzarzy przekroczą Morze Śródziemne na łódkach”
18 listopada 2019
Jan Wójcik

Obserwując obecną debatę na temat masowej imigracji można odnieść wrażenie, że opinie są podzielone. Lewica domaga się otwarcia granic, przyjmowania imigrantów i ułatwiania migracji, a prawica podnosi kwestie bezpieczeństwa, domaga się ograniczenia migracji i zaostrzenia procedur. Czy zawsze jednak tak było?

Ćwierć wieku temu, w 1993 roku, w niemieckim „Der Spiegel”, od lat kojarzonym z lewicą, ukazał się artykuł pod tytułem „W każdej sekundzie przybywa pięć osób”. Tekst traktuje generalnie o demografii i imigracji, a zaczyna się tak: „Hordy nędzarzy będą przekraczać Morze Śródziemne w łódkach, ciągnąc dalej na północ wzdłuż Cieśniny Gibraltarskiej lub Bosforu. Nienawiść i strach wybuchnie przeciwko nim – od tych, którzy już tam żyją: Hiszpanów, Francuzów, Włochów i Niemców”.

Ponure prognozy specjalistów
Dalej artykuł rozwija katastrofalne wizje dotyczące innych regionów świata, wszystko w kontekście potencjalnych 12 miliardów mieszkańców naszej planety. W 1993 było na świecie 5,5 miliarda ludzi, dzisiaj mamy 7,5, a za trzy dekady mamy osiągnąć stan prawie 10 mld.

Ponure prognozy zebrane w artykule „Spiegla” nie były rozwijane przez jakichś wizjonerów, ale przez demografów i specjalistów nauk społecznych. Ostrzegali, że będzie to prowadzić to do niespotykanej biedy, przemocy, niszczenia środowiska naturalnego i upadku społecznego. Co prawda nie mamy jeszcze 10 miliardów ludzi, z biedą radzimy sobie globalnie lepiej, ale co do innych przewidywań, trendy już dzisiaj się ujawniają.

Już wtedy profesor Jean-Claude Chesnais z Narodowego Instytutu Studiów Demograficznych twierdził, że najwyższy czas zająć się poważnie tymi niepokojącymi perspektywami. Wtedy Fundusz Populacji ONZ twierdził, że ten skok demograficzny jest głównym zagrożeniem dla środowiska w wymiarze lokalnym i globalnym. Dzisiaj więcej słyszymy o problemach związanych z emisją, niż o demografii, chyba że dotyczy to społeczeństw, które i tak mają ujemny przyrost naturalny.

Nie „uratuje” nas AIDS ani bomba atomowa
Klub Rzymski także twierdził, że „nasze potomstwo prawdopodobnie doświadczy masowej imigracji o niespotykanej dotąd skali”. Joshka Fisher, wtedy polityk Zielonych, narzekał na bezradność w tej sytuacji do tego stopnia, że nikt nie chce dyskutować nad problemem. A „Spiegel” przytaczał dla porównania najbardziej cyniczne rozwiązania, które także nie zatrzymają wzrostu demograficznego, takie jak skutki AIDS w Afryce, czy makabryczne porównanie z brytyjskiego czasopisma medycznego „The Lancet”, że spuszczenie bomby atomowej, codziennie zabijającej 90 tysięcy osób nie zniweluje przyrostu 250 tysięcy osób dziennie.

Tamtejsze prognozy nie do końca się sprawdziły. Iran miał w 2000 roku liczyć 74 miliony mieszkańców, miał 66 milionów, ale dzisiaj już ma prawie 82 mln. Za kilka lat od dziś Ameryka Południowa miała osiągnąć 740 milionów. Dzisiaj wiemy, że będzie to raczej 670 mln – to jednak nadal duży wzrost, od 470 milionów przed ćwierćwieczem.

„Już dwadzieścia pięć lat temu problem imigracji i rosnącej populacji wydawał się nierozwiązywalny, a demografowie wydawali się być sfrustrowani. Po 25 latach jesteśmy w tym samym miejscu.”

Wskazywano już wtedy na nieporównywalną konsumpcję energii i emisję zanieczyszczeń przez państwa rozwinięte, ale informowano też, że uwalnianie się dwutlenku węgla z pastwisk, które rozrosną się wraz z populacją ludzi, będzie coraz większym problemem i zmieni proporcje w zanieczyszczeniu. Podobnie wylesienia – także w 80% są skutkiem wzrostu populacji.

Trafnie diagnozowano też kierunki migracji z Ameryki Łacińskiej do Ameryki Północnej i z Afryki do Europy. Wiedziano już wtedy także, że w drogę ruszą nie najbiedniejsi, ale ci najbardziej aktywni, przedsiębiorczy, co pozostawi też w gorszej sytuacji państwa opuszczane przez nich, a przy masowej migracji przysporzy kłopotów krajom docelowym. Dyrektor Instytutu na rzecz Biznesu i Społeczeństwa z Bonn, Meinhard Miegel, twierdził, że kiedy imigracja będzie wielokrotnie wyższa, „zdolności absorpcyjne zachodnich krajów szybko ulegną wyczerpaniu”. W latach 1986-1989 Niemcy przyjmowali średnio około 100 tys. uchodźców rocznie z Libanu i Iranu, w latach 1990-92 około trzystu tysięcy z byłej Jugosławii. W roku 2015 kanclerz Merkel otworzyła swój kraj na prawie dwa miliony imigrantów i uchodźców.

Nie byliśmy gotowi i nie jesteśmy
Wtedy już uważano też, że Zachód (wtedy Unia Europejska nie otworzyła się jeszcze na wschód) nie jest przygotowany na migrację. Tworzenie Schengen, zaostrzanie przepisów dla uchodźców w Szwecji, wprowadzenie w Austrii wiz dla Polaków, to były tylko działania doraźne. Problemy te, uważano, nie są tylko instytucjonalne, lecz także społeczeństwo nie jest mentalnie gotowe na taką imigrację.

W latach 90. rosło gwałtownie poparcie dla procesów migracyjnych, a zdaniem profesora historii Hagena Schultza miało to zostać poddane egzaminowi przez większe fale imigracyjne. Tymczasem profesor demografii Josef Schmid twierdził, że Niemcy nie są gotowe na taki problem z uwagi na obciążenie narodowym socjalizmem. „Niemcy zachowują się jak chirurg, który boi się krwi – a operacja się zbliża”, cytował go lewicowy tygodnik.

Słuchając debaty, która miała miejsce wtedy, odnosi się wrażenie jej powtórki obecnie. Wtedy też dominowały argumenty moralne, ale naukowcy twierdzili, że takie myślenie to „produkt bezpiecznego środowiska”, które zniknie, gdy dojdzie do kryzysu. Wskazywano na ryzyko wzrostu „defensywnego rasizmu” w krajach docelowych migracji. Przewidywano też utratę „małych wolności”, którą to utratę widzimy dzisiaj w związku z zagrożeniem terroryzmem. Mówiono o wzroście kontroli społecznej oraz zastanawiano się, czy otwierać granice dla potrzebujących, czy dla użytecznych i czy imigrantów zmuszać do integracji, czy raczej prowadzić politykę wielokulturową?

Rozważano też dylematy: czy trzeba, kierując się nakazami moralnymi, wpuszczać wszystkich potrzebujących, czy też w sytuacji masowej migracji zamknąć drzwi i pomagać zmieniać świat na zewnątrz, bo kiedy nasz upadnie, to nie będzie już można pomóc innym. Dyskutowano o pomocy rozwojowej w krajach pochodzenia migrantów i o roli kobiet w ograniczaniu dzietności. Na przeszkodzie miały i tak stać ograniczenia religijne – papież i islam, którzy zachęcają do tworzenia coraz liczniejszej populacji ludzkości. Dzisiaj kolejny papież twierdzi, że imigrację, napędzoną między innymi przez przekonania religijne, powinniśmy powitać z otwartymi ramionami.

„Jakoś” to nie będzie
Już dwadzieścia pięć lat temu problem imigracji i rosnącej populacji wydawał się nierozwiązywalny, a demografowie wydawali się być sfrustrowani. Po 25 latach jesteśmy w tym samym miejscu. Rządy wybierały krótkotrwałą perspektywę, nieprzekraczającą najbliższej kadencji. Straciliśmy czas na eksperyment z wielokulturowością. Nie przygotowaliśmy żadnych działań i społeczeństw na trudne decyzje. Dalej słyszymy natomiast głosy, które podpierają się wskazaniami moralnymi nie proponując rozwiązań – poza tym, że jakoś to będzie. Te głosy jednak powoli, jak przewidywano, giną, bo uruchamiają się procesy społeczne, które doprowadzą do ograniczenia zarówno imigracji, jak i wolności. Jednego można być pewnym z lektury artykułu „Der Spiegel”: jako społeczeństwo, system polityczny i polityczni reprezentanci, nie zdaliśmy egzaminu, marnotrawiąc te 25 lat bez żadnych przygotowań.
 

FatBantha

sprzedawca niszowych etosów
Członek Załogi
7 507
20 060
Norwegia: rząd dopłaci do przekształcania kościołów w meczety
3 grudnia 2019

Rząd norweski przyznał właśnie kontrowersyjnej wspólnocie wyznaniowej Det Islamske Kultursenter (Islamski Ośrodek Kultury) ponad 700 tysięcy koron norweskich na zakup ponad stuletniego kościoła baptystów w Stavanger i na przekształcenie go w meczet.
Przyznano też dotację rządową 200 tysięcy koron na przekształcenie w meczet chrześcijańskiego domu modlitwy w Skien.
Dotacja jest największą z piętnastu, przyznanych różnym wspólnotom wyznaniowym, pisze gazeta „Aftenposten”. To właśnie konserwatywny, wywodzący się ze środowisk tureckich Islamski Ośrodek Kultury prowadzi świetlice koraniczne z noclegiem dla dzieci i młodzieży w Drammen, Oslo i Mjøndalen.

Paradoksalnie więc, politycy przyznają jednej wspólnocie religijnej prawie milion koron na przekształcanie budynków w meczety, postulując równocześnie zbadanie jej niezwykle kontrowersyjnej działalności związanej z prowadzeniem świetlic koranicznych.

Od czasu rozpoczęcia działalności w Norwegii Islamski Ośrodek Kultury zakupił już w tym kraju nieruchomości za łączną sumę 101 milionów koron: trzy w Oslo, trzy w Drammen, trzy w Nedre Eiker, jedną na Grenlandii i jedną w Stavanger. Zwłaszcza przez ostatnich osiem lat organizacja aktywnie działała, dokonując zakupu nowych budynków za łączną sumę około 56 milionów koron (dane „Aftenposten” z rejestru nieruchomości).
Minister ds. dzieci i rodziny Ingolf Ropstad (Kristelig Folkeparti, Chrześcijańska Partia Ludowa) przyznał dodatkowo tej samej organizacji ponad 200 tysięcy koron na przebudowę chrześcijańskiego domu modlitwy „The Way” w Skien i przekształcenie go w meczet.

Z tej samej puli („Dotacje do prywatnych budynków kościelnych”) przyznano 320 tysięcy koron Ośrodkowi Muzułmańskiemu w Søndre Nordstrand. Cała pula przyznanych dotacji wynosi pięć milionów koron.

Tymczasem przewodniczący rady miasta w Oslo Raymond Johansen zarządził śledztwo w sprawie wszystkich środków publicznych dotychczas otrzymanych przez Islamski Ośrodek Kultury, a rzeczniczka ds. równego traktowania i przeciwdziałania dyskryminacji Hanne Bjurstrøm postuluje skontrolowanie działalności tej wspólnoty. Również minister edukacji i integracji Jan Tore Sanner jest bardzo krytyczny wobec faktu, że Islamski Ośrodek Kultury organizuje noclegi dla dzieci w lokalach meczetu.

Niedawno portal Rights.no donosił, że w mieście Bergen niedługo ma powstać pierwszy magameczet. Licząca ponad 3000 członków i mająca powiązania z ekstremizmem islamska wspólnota w tym mieście planuje wybudowanie meczetu o powierzchni 1400 metrów kwadratowych, z salą modlitw liczącą 400 metrów.

Prowadząca portal Rights.no pisarka Hege Storhaug tak komentuje budowę meczetu w Bergen oraz doniesienia „Afteposten” na temat Islamskiego Ośrodka Kultury: „Nadal wiele osób zaprzecza, jakoby islamizacja Norwegii miała miejsce, choćby potajemna islamizacja. Ale przecież, jak kiedyś pisaliśmy na łamach „Aftenposten”, islamizacja przebiega całkowicie jawnie i to z ochoczą pomocą samych Norwegów. Jak głupim, ślepym i głuchym trzeba być, żeby tego nie rozumieć? Islamizacja wydarza się za wiedzą i przyzwoleniem rządu, przy pomocy pieniędzy pochodzących od nas, podatników. Zmusza się nas po prostu do sponsorowania ekstremizmu, który niszczy nasze kulturowe dziedzictwo i nasze wartości”.

Oprac. Rolka na podst. https://www.document.no ; https://www.rights.no
 

pawlis

Samotny wilk
2 332
8 507
37-letni więzień nawrócił na islam 40-strażniczkę więzienną i kontrolował ją do tego stopnia, że nosiła w uchu słuchawkę, przez którą wydawał jej polecenia 24 h na dobę:
 

FatBantha

sprzedawca niszowych etosów
Członek Załogi
7 507
20 060
Spory wśród Tatarów ujawniają przemiany islamu w Polsce

Petycja o odwołanie muftiego Muzułmańskiego Związku Religijnego Tomasza Miśkiewicza wpłynęła do kluczowych instytucji, informuje „Rzeczpospolita”.

Jak podaje gazeta, odwołać muftiego chcieliby przedstawiciele środowiska polskich Tatarów. Autorzy petycji zarzucają mu wiele nadużyć jak m.in. powoływanie sztucznych organizacji, żeby zwiększać swoje poparcie, przejęcie gminy warszawskiej, przejęcie dotacji dla Centrum Kultury Islamu oraz nepotyzm. Przypominają, że w 2012 roku mufti został odwołany z funkcji przez Wszechpolski Kongres Muzułmanów, ale interwencja rządu utrzymała go na stanowisku. Teraz domagają się cofnięcia tej decyzji.

Wśród autorów pisma skierowanego do władz są przewodniczący Gminy Wyznaniowej w Kruszynianach Bronisław Talkowski, imam tej gminy Janusz Aleksandrowicz, imam Bohoników Aleksander Ali Bazarewicz oraz prezeska Tatarskiego Towarzystwa Kulturalnego Róża Chazbijewicz. Jest wśród nich także Nezar Charif imam Centrum Kultury Islamu znajdującym się w Warszawie przy ul. Wiertniczej. „Rzeczpospolita” mylnie zalicza go do środowiska tatarskiego, bo ani nie jest Tatarem, ani na Wiertniczej nie pojawia się wielu Tatarów, a także islam reprezentowany przez niego jest daleki od formy wyznawanej przez Tatarów.

Spór między MZR a Charifem
O ile dyskusje w środowisku tatarskim powinny być sprawą wewnętrzną związku, to kontrowersje wokół meczetu w Warszawie już nie. W trakcie sporu o kontrolę nad meczetem, rzecznik MZR Musa Czachorowski przekonywał, że „Nezar Charif, będąc wcześniej imamem warszawskiej gminy wyznaniowej MZR, nie realizował założeń działalności, którą prowadzi MZR w RP i nie podporządkowywał się zaleceniom zarówno Muftiego RP Tomasza Miśkiewicz”. Nezar został więc usunięty z MZR, a prowadzone przez niego centrum zostało poza strukturami związku. Meczet jednak należał zawsze jednak formalnie do MZR.

Islam związany z Tatarami coraz bardziej odchodzi w przeszłość, a zastępowany jest przez islam przynoszony przez imigrantów głównie z Bliskiego Wschodu i Czeczenii.

Spory te, jakkolwiek wewnętrzne, wchodzą w obszar interesu publicznego, ponieważ meczet po zarządem Charifa obiera niebezpieczny kierunek. Poczynając od głoszonych przez niego poglądów, gdzie przedstawia się jako zwolennik prawa szariatu, przez pojawienie się tam środowiska osób o poglądach fundamentalistycznych, zapraszanie salafitów z Wielkiej Brytanii, a nawet odwiedzanie go przez osoby związane z dżihadyzmem. Spór pomiędzy częścią MZR związaną z muftim Miśkiewiczem, a Nezarem Charifem urósł do tego stopnia, że w 2017 roku doszło do awantury i interwencji policji, gdy osoby związane z Miśkiewiczem próbowały wyłamać i wymienić zamki w meczecie.

Prawdopodobnie jednak istotą problemu jest to, że islam związany z Tatarami coraz bardziej odchodzi w przeszłość, a zastępowany jest przez islam przynoszony przez imigrantów głównie z Bliskiego Wschodu i Czeczenii. Świadczy o tym chociażby kolejny spór wewnątrz Tatarów o meczet w Białymstoku, który miał być finansowany przez Saudyjczyków. Część środowiska tatarskiego była przeciwna budowie dużego budynku, bo „nie będzie służył Tatarom zamieszkałym w Polsce tylko muzułmanom z całego świata”, jak oświadczył przewodniczący Związku Tatarów w RP Jan Adamowicz.

Jan Wójcik
 

FatBantha

sprzedawca niszowych etosów
Członek Załogi
7 507
20 060

FatBantha

sprzedawca niszowych etosów
Członek Załogi
7 507
20 060
Zwiększona izolacja społeczna z powodu kwarantanny daje również rekruterom ekstremistycznym większy dostęp do młodzieży – pisze Shireen Qudosi z Clarion Project.
Dwa elementy są potrzebne osobom werbującym, żeby zwabić młodych ludzi do ekstremizmu – izolacja jest pierwszym z nich. Drugim jest podatność, bezbronność.
Dla millenialsów i pokolenia Z – dwóch grup najbardziej narażonych na radykalizację – globalna epidemia jest pierwszym prawdziwym kryzysem, jakiego doświadczyło wielu z nich. Wymagana zmiana stylu życia będzie znaczącym doświadczeniem dla takich osób; może być ono wystarczająco silne, żeby uczynić je podatnymi na namowy rekruterów ekstremistycznych.
Oczywistym jest, że z powodu nakazanej izolacji społecznej – a w niektórych przypadkach całkowitego odcięcia – młodzież będzie spędzać więcej czasu w internecie. Chociaż rekrutujący ekstremiści stosują już pośrednictwo internetu, to bardziej prawdopodobną przyczyną radykalizowania się podczas kwarantanny będzie samoradykalizacja, w związku z poniższymi czynnikami:
– Krążące teorie konspiracyjne na temat przyczyny epidemii, które napędzają paranoję oraz wyobcowanie kosztem racjonalności i współpracy.
– Narody (szczególnie europejskie), zwracające się w stronę nacjonalizmu, który był kiedyś piętnowany jako znak firmowy skrajnej prawicy.
– Ideologie ekstremistyczne, wykorzystujące kryzys do nagłośnienia ich przesłania otwartej wojny, zmierzającej w stronę katastrofalnego załamania się społeczeństwa
Niedawno dziennikarze Time podjęli temat tych obaw w artykule: „Right Now, People Are Pretty Fragile.’ How Coronavirus Creates the Perfect Breeding Ground for Online Extremism”. W kontekście około 12-15 % wzrostu korzystania z internetu, autorzy artykułu przeprowadzili wywiad z grupą wsparcia Life After Hate (Życie po Nienawiści). Jej członkowie potwierdzali, że ekstremiści wykorzystują każdy rodzaj podziałów społecznych.
Kiedy rozmawia się z osobami uznanymi za ekstremistów wewnątrz ideologii islamistycznych, szczególnie oszałamiające jest słuchanie charyzmatycznych przywódców, wplatających teorie konspiracyjne w opowieść opartą na faktach. To samo można powiedzieć o antysemitach i neonazistach.
Gdy dowiadujemy się o aktualnych wydarzeniach w czasie rzeczywistym i bez wiarygodnej weryfikacji faktów, staje się to szansą dla rekruterów. Mogą oni wkroczyć do akcji, zapewniając fałszywe poczucie bezpieczeństwa oraz sensu, szczególnie młodym ludziom, którzy chcą zrozumieć to, co dzieje się w tych chaotycznych czasach.
Shireen Qudosi
Oprac. Veronica Franco, na podstawie: https://clarionproject.org

Hmm.

A co jeżeli z libertarianizmem jest taki problem, że z jednej strony podobnie jak w teoriach konspiracyjnych wpędza w wyobcowanie, a z drugiej strony zachęca do racjonalności, co na dłuższą metę okazuje się być niemożliwe do pogodzenia?

Czy można uznać go za "ideologię ekstremistyczną, służącą do nagłaśniania przesłania otwartej wojny" z państwem "i załamania się społeczeństwa" w jego obecnym kształcie a jednocześnie zalecającą zachowanie wyższego poziomu moralnego i cywilizacyjnego, co też jest niemożliwe do pogodzenia?

Może my nie potrafimy robić jajecznicy, bo do tego trzeba byłoby zbić jajka, a na to nie jesteśmy gotowi i zdania na temat konieczności ich tłuczenia są podzielone?

:rolleyes:
 
Do góry Bottom