Geneza marksizmu kulturowego

tolep

ChNiNK! ChP!
7 773
13 258
Zdaje się że wpadłem w konfuzję. Skoro tak drastycznie zmieniły się środki, to co jest ich celem? Postęp technologiczny sprawił, że micha żarcia i zadaszone pomieszczenie do spania to coś co można mieć bez większeog wysiłku.
 

rawpra

Well-Known Member
2 745
4 851
mam prosty koncept- popularyzator nauki jest dla nauki tym czym ideolog jest dla filozofii, i vice versa

dychotomia nauka-ideologia jest fałszywa gdyby przyjąć wizję postmodernistyczną że polityka i ideologia jest w nauce zawsze

Mimo wszystko ja bym ideologów nie nazywał mało inteligentnymi, bo oni jednak dość inteligentnie upraszczają bardziej skomplikowane prawdy do bardziej strawnych dla mas postaci. Zwłaszcza, jeżeli udaje im się wypromować dany stereotyp, który kupowany jest bez większych zastrzeżeń.
ja bym inteligencję mierzył realizowaniem zamierzonego celu a nie oddziaływaniem
 

Norden

Well-Known Member
719
841
Natknąłem się na ciekawostkę - wywiad z Bini Adamczyk - niemiecką pisarką, lewicową działaczką, badaczką komunizmu oraz "nieheteronormatywnych" seksualności.
W tym wywiadzie na pytanie:
"W swojej pracy bardzo często skupiasz się na Rewolucji Rosyjskiej. Dlaczego rewolucyjna tradycja bolszewików jest tak ważna dla osób LGBT+?"
- chwali rewolucję bolszewicką, która (wg niej) była: "niesamowitym wydarzeniem w historii ludzkości. Była to pierwsza zwycięska próba stworzenia świata bez eksploatacji i dominacji." (...) Drugi powód jest bardziej konkretny: przyznanie kobietom prawa do udziału w wyborach i zniesienie kryminalizacji sodomii. Nowe prawo dotyczące małżeństwa było najbardziej postępowe na świecie. Ale dla rewolucjonistów problem polegał na tym, że wciąż istniała instytucja małżeństwa. Chcieli więc znieść małżeństwo jako takie. Nowe prawo pozwalało na ślub lub rozwód za pomocą zaledwie jednej kartki papieru. To samo dotyczy praw reprodukcyjnych. "
Postuluję likwidację rodziny (w celu przeprowadzenia rewolucji quasi-komunistycznej):
Widzi się ich jako tych, którzy niszczą rodzinę. Dopóki nie stworzymy nowych rodzajów solidarności reprodukcyjnej, społeczności opiekuńczych, ta sprzeczność pozostanie żywa, a wraz z nią pragnienie znalezienia kozłów ofiarnych. W ten sposób praca reprodukcyjna, produktywna praca, rodzina i fabryka są ze sobą powiązane. Dlatego właśnie heteroseksistowski kapitalizm jest podstawą dla homofobii, transfobii, antyfeminizmu.
Oprócz tego postuluje zniesienie płci.
Wskazuje także na potencjał rewolucyjny (oczywiście oprócz LGBT) w ruchach takich jak:
- feminizm,
- ekologia,
- ruchach postulujących wywłaszczenia.
Generalnie wszystkie tematy, wokół, których porusza się dzisiejsza lewica.
Istnieje również wątek libertariański.

Wyciąłem kilka ważniejszych fragmentów nie mniej polecam całość - ważne żeby zrozumieć czym jest kulturowy marksizm u źródła.
http://codziennikfeministyczny.pl/komunizm-dla-dzieci-milosc-rewolucja-rozmowa/
 

FatBantha

sprzedawca niszowych etosów
Członek Załogi
7 509
20 061
Wiśniewski: O różnych sposobach błędnego myślenia o ekonomii
9 sierpnia 2019
Autor: Jakub Bożydar Wiśniewski
Ludwig von Mises słusznie przeciwstawiał sobie ekonomistów i socjalistów. Nie jest to wyłącznie przeciwstawienie pozytywnej nauki i normatywnej doktryny, ale też jednoznaczna sugestia, że pokusom tej konkretnej doktryny, jaką jest socjalizm, nie ulegnie ktoś, kto zgłębił kanon ekonomii. Innymi słowy, jest to sugestia, że o ile do fascynacji socjalizmem wystarczy życzeniowe myślenie przebrane w szaty świętego oburzenia, o tyle fascynacja doktryną przeciwną — kapitalizmem — wymaga zrozumienia funkcjonowania całego szeregu wysoce abstrakcyjnych instytucji społecznych, takich jak pieniądz, system cenowy czy konkurencyjna struktura motywacji, że nie wspomnieć o rynku papierów wartościowych czy instrumentów pochodnych.

O ile więc naturalnym środowiskiem dyskusyjnym dla kapitalizmu jest akademickie seminarium, o tyle dla socjalizmu jest nim partyjny wiec. Sprawia to, że osoba chcąca przybliżyć szerszej publiczności zalety kapitalizmu jest w stosunku do swojego socjalistycznego odpowiednika w sytuacji z definicji nie tyle gorszej, co dużo bardziej wymagającej; bo o ile uwodzenie słuchaczy historiami rodem z krainy pieczonych gołąbków nie wymaga żadnych szczególnych umiejętności intelektualnych ani nawet retorycznych, o tyle uwrażliwienie ich na subtelny urok kosztów alternatywnych, ładów spontanicznych i kapitałowych struktur produkcji wymaga kompetencji, które w stopniu zaawansowanym posiedli naprawdę nieliczni.

Jest to doskonała ilustracja intelektualnego wymiaru zasady noblesse oblige — chcąc czynnie budować ekonomiczną i moralną dojrzałość społeczeństwa, w którym się żyje, należy przynajmniej próbować zawsze zachowywać intelektualną i estetyczną dyscyplinę w kontekście dyskusji nad odnośnymi tematami, jak również w zakresie tworzenia organizacyjnych ram dla tego rodzaju dyskusji. Poważnym ideom nic bowiem nie odbierze ich powagi, ale tylko konsekwentnie poważne podejście do ich rozpowszechniania może zapewnić im szersze zrozumienie i szerszą aprobatę.

W ramach budowania wspomnianej wyżej dyscypliny warto zawsze pamiętać, że do socjalistycznych nawyków w myśleniu można dochodzić różnymi drogami. Inaczej rzecz ujmując, istnieją różne sposoby złego myślenia o ekonomii, oparte na różnego rodzaju błędnych założeniach, zarówno intelektualnych, jak i temperamentalnych. W tym kontekście wystarczy wymienić dwa z nich, być może najpowszechniejsze.

Pierwszy to sposób na tzw. chłopski rozum — bez angażowania logiki, za to z zaangażowaniem instynktów, emocji i odruchowych uprzedzeń. Typowe wnioski płynące z takiego „chłopskorozumowego” podejścia to np.: „wolny rynek nie może służyć wydajności gospodarczej, bo na wolnym rynku panuje konkurencja, a współpraca jest przecież wydajniejsza od konkurencji” albo „w sytuacjach kryzysowych ceny powinny być jak najniższe, bo potrzeby są wtedy największe”. Innymi słowy, jest to myślenie o ekonomii w sposób nieekonomiczny, ignorujący kwestie kosztów alternatywnych, struktur motywacji, niezamierzonych i niebezpośrednich konsekwencji, stanów kontrfaktycznych, ładów spontanicznych itp.

Drugi ze wspomnianych wyżej sposobów można by z kolei nazwać sposobem „na sofistyczny rozum” — angażujący logikę, ale tylko po to, żeby ją zaraz w swojej arogancji lub w swoim cynizmie zakwestionować i próbować zastąpić „czymś lepszym”. Typowe wnioski płynące z takiego sofistycznego podejścia to np.: „paradoksalnie, kataklizmy służą rozwojowi gospodarczemu, stymulując zagregowany popyt” albo „paradoksalnie, kapitalizm jest tak skuteczny w konkurencyjnym wyłanianiu skutecznych przedsiębiorców, że musi zniszczyć sam siebie, bo najskuteczniejsi przedsiębiorcy w pewnym momencie wezmą wszystko i nie będzie już żadnej konkurencji”. Innymi słowy, jest to myślenie o ekonomii w sposób pseudoekonomiczny, również ignorujący kwestie kosztów alternatywnych, struktur motywacji, niezamierzonych i niebezpośrednich konsekwencji, stanów kontrfaktycznych, ładów spontanicznych itp., ale jednocześnie twierdzący, że ich zignorowanie jest uzasadnione w świetle rozmaitych „paradoksów” rzekomo podważających klasyczną wizję logicznej struktury ludzkiego działania.

Pierwszy z tych sposobów myślenia jest typowy dla wszelkiego rodzaju populistów i trybunów ludowych, drugi dla wszelkiego rodzaju technokratów i „inżynierów społecznych”, zaś ich wspólnym mianownikiem jest dążenie do podporządkowania wolnych wyborów produktywnych jednostek dyktatowi tej czy innej samozwańczej władzy państwowej, roszczącej sobie prawo do „poprawiania” gospodarczej rzeczywistości.

Stąd wniosek, że warunkiem koniecznym wolności od tego rodzaju dyktatu, a tym samym warunkiem koniecznym autentycznego rozwoju gospodarczego, jest powszechność myślenia o ekonomii we właściwy sposób — odnoszący się do logicznej struktury ludzkiego działania i głęboko świadomy jej wewnętrznej spójności, z łatwością demaskującej wszelkiego rodzaju sofistyczne „paradoksy” i populistyczne frazesy. Ludwig von Mises wcale nie przesadzał, twierdząc, że od powszechnego rozumienia dorobku ekonomii zależy przetrwanie cywilizacji — komu więc na nim zależy, temu nie wolno ustawać w wysiłku przyswajania stosownej wiedzy i dzielenia się nią z innymi.

Warto wspomnieć na koniec w tym kontekście, że powyższe dwa sposoby błędnego myślenia o ekonomii nie wykluczają się nawzajem, przynajmniej na poziomie psychologicznym. Wymownym tego przykładem może być choćby wzbierające ostatnio na popularności ideologiczne zjawisko, które można z pełną odpowiedzialnością określić mianem antymarksistowskiego marksizmu.

Słynny marksistowski slogan głosi, że historia lubi się powtarzać — pierwszy raz jako tragedia, drugi jako farsa. Slogan ów został później sparafrazowany przez Roberta Nozicka, który stwierdził, że to marksizm lubi się powtarzać — pierwszy raz jako tragedia, drugi jako farsa. Otóż okazuje się, że to konkretne sformułowanie — w obu swoich wersjach — jest bardzo wnikliwe i nieomal profetyczne.

Marksizm tragiczny zdewastował w XX wieku połowę świata, pod względem zarówno fizycznym i gospodarczym, jak i mentalnym oraz kulturowym. Natomiast dzisiejszy marksizm farsowy jest jednym z istotnych czynników utrudniających odbudowę świata po owej dewastacji, zwłaszcza w zakresie drugiej pary wspomnianych wyżej względów. Przejawia się on np. w istnieniu coraz pokaźniejszej grupy osób, których pojmowanie procesów gospodarczych jest w wielu kluczowych punktach stricte marksistowskie, podczas gdy jednym z głównych elementów ich ideologicznej autoidentyfikacji jest silnie akcentowany deklaratywny antymarksizm.

Innymi słowy, mowa tu o osobach, które implicite w pełni akceptują założenia laborystycznej teorii wartości czy „eksploatacyjnej” teorii zysku, nie widząc w tym żadnej niezgodności ze swoim rzekomo antymarksistowskim światopoglądem, opartym przeważnie na założeniu, że ekonomia jest drugorzędna względem „walki rewolucyjnej” toczonej obecnie na polu kultury czy obyczajowości.

Tymczasem być może jest tak, że jednym z największych osiągnięć neomarksizmu spod znaku Szkoły Frankfurckiej i „teorii krytycznej” jest nie tylko zakażenie ideologią „walki klas” obszaru kultury, ale też całkowite odwiedzenie deklaratywnych obrońców kultury od zdobywania rzetelnej wiedzy ekonomicznej, a tym samym świadomości, że marksizm jest przede wszystkim zbiorem zideologizowanych i zhistoriozofizowanych potocznych gospodarczych przesądów. Rezultatem jest to, że nieroztropne frazesy o „złodziejskiej wymianie czegoś za nic” czy „spekulacyjnym odrywaniu cen od obiektywnej wartości dóbr” słyszy się już nie tylko od jawnych ideologów marksizmu, ale też od płomiennych orędowników rzekomego antymarksizmu.

Nie trzeba dodawać, że w obliczu tego rodzaju mętliku pojęciowego krzewienie rzetelnej wiedzy ekonomicznej — a tym samym budowanie autentycznie antymarksistowskiego systemu globalnej współpracy społecznej opartego o naturalne harmonie ekonomiczne — obarczone jest dodatkowymi trudnościami. Stąd tak istotne jest dziś to, aby w kontekście solidnego nauczania ekonomii — oraz innych nauk społecznych — dbać w sposób szczególny o porządkowanie owego mętliku. Tylko wówczas uda się bowiem skutecznie wyjść naprzeciw nie tylko staroświeckiemu kłamstwu, ale też nowoczesnemu bełkotowi, który z tych dwojga jest być może groźniejszym wrogiem prawdy.
J.B.W. marksizm kulturowy mianuje marksizmem antymarksistowskim (względnie marksizmem farsowym), co dla mnie brzmi jeszcze bardziej bełkotliwie i absurdalnie, ale w zasadzie również się broni. Desygnat jest jednak ten sam, skoro w tekście pojawia się po raz kolejny Szkoła Frankfurcka.

Marksizm przeczący Marksowi, ale jednak marksizm. ;)
 

FatBantha

sprzedawca niszowych etosów
Członek Załogi
7 509
20 061
I świeży Wielomski:

Wielomski: O czterech fazach rewolucji (dwie notatki z FB)
24 sierpnia 2019

Rewolucja miała (dotąd) cztery fazy: 1/ Reformacja – uwolnienie wiernych od autorytetu Tradycji i Kościoła; 2/ Oświecenie – uwolnienie ludzi od wiary, a poddanych od monarchii; 3/ Marksizm – uwolnienie ludzi od własności; 4/ Postmodernizm – uwolnienie ludzi od przyrodzonej im natury (rozumnej i biologicznej). Aż strach pomyśleć od czego emancypować nas może faza nr 5? (notatka z 23.08.2019).

+ + +

Mój wczorajszy wpis o etapach rewolucji wywołał kontrowersję z tej racji, że jako ostatni etap rewolucji podałem postmodernizm, a nie rewolucję 1968, czyli neomarksizm (Szkołę Frankfurcką). Już wyjaśniam: Mam zasadnicze wątpliwości czy frankfurtczycy, neomarksiści czy – jeśli ktoś woli (błędnie) – “marksiści kulturowi” byli jeszcze marksistami. Celem marksizmu jest uspołecznienie własności w efekcie dialektycznych praw rozwoju, wynikłych z materializmu historycznego. Nurty ‘68 nie wysuwają takiego programu. Frankfurtczycy pogodzili się z kapitałem, zaakceptowali instytucję państwa, skonstatowali klęskę rewolucji bolszewickiej i niemożność utworzenia państwa na gruncie filozofii politycznej Marksa, uznając ją de facto za utopię. Odrzucili i uspołecznienie własności i determinizm historyczny oparty na materializmie. Cała ich koncepcja ogranicza się do radykalnej krytyki kultury mieszczańskiej, którą chcą radykalnie zdekonstruować, usuwając kategorię prawdy i odrzucając nowożytny racjonalizm. Ofiarą tej dekonstrukcji padł także marksizm, który został zrelatywizowany (np. przez dodanie freudyzmu), a jego racjonalistyczne ostrze zostało zmienione w “a może tak, a może nie”. Ten systemowy brak prawdy, negacja pojęć, płynność i relatywizowanie wszystkiego (łącznie z biologią w zakresie płci) jest charakterystyczne dla filozofii postmodernistycznej, czyli dla nurtu radykalnie liberalnego, i niemarksistowskiego.

Innymi słowy: stoję na stanowisku, że frankfurtczycy dokonali dekonstrukcji marksizmu, a więc nie są neomarksistami, lecz krytykami racjonalistycznego jądra marksizmu. Dekonstrukcja zaś stoi u źródeł postmodernizmu, który – posługując się już językiem wolnym od wokabularza marksistowskiego – zniszczył cały dorobek i filozofii klasycznej, i chrześcijańskiej, i nowożytnej. Marksizm stanowił utopijne apogeum nowożytnej racjonalności. Postmodernizm był jej grabarzem, a Szkoła Frankfurcka kończy intelektualną historię marksizmu. (notatka z 24.08.2019).

Adam Wielomski
Cóż, dla mnie marksizm zrelatywizowany, zfreudyzowany i zderacjonalizowany wciąż jest jest marksizmem, gdyż ta dekonstrukcja nie dosięga tego co najistotniejsze, czyli: antykapitalistycznych resentymentów, kolektywizmu oraz polilogizmu. Wręcz przeciwnie, w po-mo-marksizmie zwłaszcza ten ostatni ulega wzmocnieniu, bo nie jest ograniczany strukturą jakiejś teorii dziejów czy postępu. U Marksa, żeby można było się uznać za opresjonowanego, trzeba było znaleźć się w odpowiedniej klasie społecznej. Teraz nie trzeba - wystarczą tożsamości oparte na takich czy innych cechach osobniczych czy zbiorowych, więc bariery wejścia do kolejnej emancypacyjnej rewolucji zostały zdecydowanie obniżone.

Trudno również zgodzić się, że postmodernizm jest ruchem radykalnie liberalnym, skoro określa go "systemowy brak prawdy, negacja pojęć, płynność i relatywizowanie wszystkiego", podczas gdy centralnym pojęciem liberalizmu jest wolność. Jeżeli liberalizm miałby negować centralne pojęcie na jakim się opiera, naruszyłby przecież swoją podstawę i zniósł sam siebie.

Szkoła Frankfurcka może sobie kończyć intelektualną historię marksizmu, pozostając jednakże częścią jej tradycji i dokonując rozkładu od środka.

Zresztą, jak widzę - różnice w opiniach na temat marksizmu kulturowego powoli zaczynają się zacierać, zmierzając do jakiegoś konsensusu - przynajmniej w mojej bańce informacyjnej. Wielomscy też już raczej widzą, że tej siły nie powstrzymają i mogą co najwyżej wtrącać, że ich zdaniem to określenie jest błędne, pozostawiają jednak swobodę decyzji czy się nim posługiwać ("jak kto woli").

Jeszcze jedno: chciałbym uczulić i zwrócić Waszą uwagę na próbę podrzucenia tego kukułczego jaja - Szkoły Frankfurckiej - przez postmodernizm do obozu myśli liberalnej, bo właśnie czegoś takiego dopuścił się w powyższym tekście Wielomski. Uważam, że zwyczajnie stara się on akcentować te kwestie róznic między marksizmem a neomarksizmem, aby mieć po prostu argument do uderzenia w stronę liberalną. Gdyby uznać, że neomarksizm jest prostą kontynuacją marksizmu, liberalizm ominęłaby krytyka, bo nie byłby on w żadnym stopniu odpowiedzialny za spuściznę Szkoły Frankfurckiej czy postmodernizmu.

Konserwatyści jednak najwyraźniej chcą mieć bat również na liberalizm, dlatego będą starali się wpychać w jego objęcia nawet idee nieprzynależne do jego tradycji a później wskazywać jako winnego. Dlatego na przykład uznają (klasyczny) marksizm za martwą myśl, wymarłą już pod koniec XIX wieku, nie wydającą żadnych owoców, by neomarksizm uznać za zjawisko zupełnie odrębne, stworzone już w ramach myśl liberalnej. (Sic!)

Już chociażby z takiego powodu warto to nazywać marksizmem kulturowym, na pochybel ludziom pragnącym przypisać nam gębę.
 

FatBantha

sprzedawca niszowych etosów
Członek Załogi
7 509
20 061
No i okazało się, że sam Hoppe, uczeń Habermasa, również uznaje, że marksizm kulturowy jednak istnieje. (45:25) Zaznaczyłem czas w wideo na pytaniu o utratę poparcia przez prawicę, na które HHH odpowiedział o zmianie doktryny przez lewicę.

 
Do góry Bottom