Geneza marksizmu kulturowego

tolep

five miles out
8 097
14 394
Zdaje się że wpadłem w konfuzję. Skoro tak drastycznie zmieniły się środki, to co jest ich celem? Postęp technologiczny sprawił, że micha żarcia i zadaszone pomieszczenie do spania to coś co można mieć bez większeog wysiłku.
 

rawpra

Well-Known Member
2 743
5 118
mam prosty koncept- popularyzator nauki jest dla nauki tym czym ideolog jest dla filozofii, i vice versa

dychotomia nauka-ideologia jest fałszywa gdyby przyjąć wizję postmodernistyczną że polityka i ideologia jest w nauce zawsze

Mimo wszystko ja bym ideologów nie nazywał mało inteligentnymi, bo oni jednak dość inteligentnie upraszczają bardziej skomplikowane prawdy do bardziej strawnych dla mas postaci. Zwłaszcza, jeżeli udaje im się wypromować dany stereotyp, który kupowany jest bez większych zastrzeżeń.
ja bym inteligencję mierzył realizowaniem zamierzonego celu a nie oddziaływaniem
 

Norden

Well-Known Member
722
870
Natknąłem się na ciekawostkę - wywiad z Bini Adamczyk - niemiecką pisarką, lewicową działaczką, badaczką komunizmu oraz "nieheteronormatywnych" seksualności.
W tym wywiadzie na pytanie:
"W swojej pracy bardzo często skupiasz się na Rewolucji Rosyjskiej. Dlaczego rewolucyjna tradycja bolszewików jest tak ważna dla osób LGBT+?"
- chwali rewolucję bolszewicką, która (wg niej) była: "niesamowitym wydarzeniem w historii ludzkości. Była to pierwsza zwycięska próba stworzenia świata bez eksploatacji i dominacji." (...) Drugi powód jest bardziej konkretny: przyznanie kobietom prawa do udziału w wyborach i zniesienie kryminalizacji sodomii. Nowe prawo dotyczące małżeństwa było najbardziej postępowe na świecie. Ale dla rewolucjonistów problem polegał na tym, że wciąż istniała instytucja małżeństwa. Chcieli więc znieść małżeństwo jako takie. Nowe prawo pozwalało na ślub lub rozwód za pomocą zaledwie jednej kartki papieru. To samo dotyczy praw reprodukcyjnych. "
Postuluję likwidację rodziny (w celu przeprowadzenia rewolucji quasi-komunistycznej):
Widzi się ich jako tych, którzy niszczą rodzinę. Dopóki nie stworzymy nowych rodzajów solidarności reprodukcyjnej, społeczności opiekuńczych, ta sprzeczność pozostanie żywa, a wraz z nią pragnienie znalezienia kozłów ofiarnych. W ten sposób praca reprodukcyjna, produktywna praca, rodzina i fabryka są ze sobą powiązane. Dlatego właśnie heteroseksistowski kapitalizm jest podstawą dla homofobii, transfobii, antyfeminizmu.
Oprócz tego postuluje zniesienie płci.
Wskazuje także na potencjał rewolucyjny (oczywiście oprócz LGBT) w ruchach takich jak:
- feminizm,
- ekologia,
- ruchach postulujących wywłaszczenia.
Generalnie wszystkie tematy, wokół, których porusza się dzisiejsza lewica.
Istnieje również wątek libertariański.

Wyciąłem kilka ważniejszych fragmentów nie mniej polecam całość - ważne żeby zrozumieć czym jest kulturowy marksizm u źródła.
http://codziennikfeministyczny.pl/komunizm-dla-dzieci-milosc-rewolucja-rozmowa/
 

FatBantha

sprzedawca niszowych etosów
Członek Załogi
8 227
23 131
Wiśniewski: O różnych sposobach błędnego myślenia o ekonomii
9 sierpnia 2019
Autor: Jakub Bożydar Wiśniewski
Ludwig von Mises słusznie przeciwstawiał sobie ekonomistów i socjalistów. Nie jest to wyłącznie przeciwstawienie pozytywnej nauki i normatywnej doktryny, ale też jednoznaczna sugestia, że pokusom tej konkretnej doktryny, jaką jest socjalizm, nie ulegnie ktoś, kto zgłębił kanon ekonomii. Innymi słowy, jest to sugestia, że o ile do fascynacji socjalizmem wystarczy życzeniowe myślenie przebrane w szaty świętego oburzenia, o tyle fascynacja doktryną przeciwną — kapitalizmem — wymaga zrozumienia funkcjonowania całego szeregu wysoce abstrakcyjnych instytucji społecznych, takich jak pieniądz, system cenowy czy konkurencyjna struktura motywacji, że nie wspomnieć o rynku papierów wartościowych czy instrumentów pochodnych.

O ile więc naturalnym środowiskiem dyskusyjnym dla kapitalizmu jest akademickie seminarium, o tyle dla socjalizmu jest nim partyjny wiec. Sprawia to, że osoba chcąca przybliżyć szerszej publiczności zalety kapitalizmu jest w stosunku do swojego socjalistycznego odpowiednika w sytuacji z definicji nie tyle gorszej, co dużo bardziej wymagającej; bo o ile uwodzenie słuchaczy historiami rodem z krainy pieczonych gołąbków nie wymaga żadnych szczególnych umiejętności intelektualnych ani nawet retorycznych, o tyle uwrażliwienie ich na subtelny urok kosztów alternatywnych, ładów spontanicznych i kapitałowych struktur produkcji wymaga kompetencji, które w stopniu zaawansowanym posiedli naprawdę nieliczni.

Jest to doskonała ilustracja intelektualnego wymiaru zasady noblesse oblige — chcąc czynnie budować ekonomiczną i moralną dojrzałość społeczeństwa, w którym się żyje, należy przynajmniej próbować zawsze zachowywać intelektualną i estetyczną dyscyplinę w kontekście dyskusji nad odnośnymi tematami, jak również w zakresie tworzenia organizacyjnych ram dla tego rodzaju dyskusji. Poważnym ideom nic bowiem nie odbierze ich powagi, ale tylko konsekwentnie poważne podejście do ich rozpowszechniania może zapewnić im szersze zrozumienie i szerszą aprobatę.

W ramach budowania wspomnianej wyżej dyscypliny warto zawsze pamiętać, że do socjalistycznych nawyków w myśleniu można dochodzić różnymi drogami. Inaczej rzecz ujmując, istnieją różne sposoby złego myślenia o ekonomii, oparte na różnego rodzaju błędnych założeniach, zarówno intelektualnych, jak i temperamentalnych. W tym kontekście wystarczy wymienić dwa z nich, być może najpowszechniejsze.

Pierwszy to sposób na tzw. chłopski rozum — bez angażowania logiki, za to z zaangażowaniem instynktów, emocji i odruchowych uprzedzeń. Typowe wnioski płynące z takiego „chłopskorozumowego” podejścia to np.: „wolny rynek nie może służyć wydajności gospodarczej, bo na wolnym rynku panuje konkurencja, a współpraca jest przecież wydajniejsza od konkurencji” albo „w sytuacjach kryzysowych ceny powinny być jak najniższe, bo potrzeby są wtedy największe”. Innymi słowy, jest to myślenie o ekonomii w sposób nieekonomiczny, ignorujący kwestie kosztów alternatywnych, struktur motywacji, niezamierzonych i niebezpośrednich konsekwencji, stanów kontrfaktycznych, ładów spontanicznych itp.

Drugi ze wspomnianych wyżej sposobów można by z kolei nazwać sposobem „na sofistyczny rozum” — angażujący logikę, ale tylko po to, żeby ją zaraz w swojej arogancji lub w swoim cynizmie zakwestionować i próbować zastąpić „czymś lepszym”. Typowe wnioski płynące z takiego sofistycznego podejścia to np.: „paradoksalnie, kataklizmy służą rozwojowi gospodarczemu, stymulując zagregowany popyt” albo „paradoksalnie, kapitalizm jest tak skuteczny w konkurencyjnym wyłanianiu skutecznych przedsiębiorców, że musi zniszczyć sam siebie, bo najskuteczniejsi przedsiębiorcy w pewnym momencie wezmą wszystko i nie będzie już żadnej konkurencji”. Innymi słowy, jest to myślenie o ekonomii w sposób pseudoekonomiczny, również ignorujący kwestie kosztów alternatywnych, struktur motywacji, niezamierzonych i niebezpośrednich konsekwencji, stanów kontrfaktycznych, ładów spontanicznych itp., ale jednocześnie twierdzący, że ich zignorowanie jest uzasadnione w świetle rozmaitych „paradoksów” rzekomo podważających klasyczną wizję logicznej struktury ludzkiego działania.

Pierwszy z tych sposobów myślenia jest typowy dla wszelkiego rodzaju populistów i trybunów ludowych, drugi dla wszelkiego rodzaju technokratów i „inżynierów społecznych”, zaś ich wspólnym mianownikiem jest dążenie do podporządkowania wolnych wyborów produktywnych jednostek dyktatowi tej czy innej samozwańczej władzy państwowej, roszczącej sobie prawo do „poprawiania” gospodarczej rzeczywistości.

Stąd wniosek, że warunkiem koniecznym wolności od tego rodzaju dyktatu, a tym samym warunkiem koniecznym autentycznego rozwoju gospodarczego, jest powszechność myślenia o ekonomii we właściwy sposób — odnoszący się do logicznej struktury ludzkiego działania i głęboko świadomy jej wewnętrznej spójności, z łatwością demaskującej wszelkiego rodzaju sofistyczne „paradoksy” i populistyczne frazesy. Ludwig von Mises wcale nie przesadzał, twierdząc, że od powszechnego rozumienia dorobku ekonomii zależy przetrwanie cywilizacji — komu więc na nim zależy, temu nie wolno ustawać w wysiłku przyswajania stosownej wiedzy i dzielenia się nią z innymi.

Warto wspomnieć na koniec w tym kontekście, że powyższe dwa sposoby błędnego myślenia o ekonomii nie wykluczają się nawzajem, przynajmniej na poziomie psychologicznym. Wymownym tego przykładem może być choćby wzbierające ostatnio na popularności ideologiczne zjawisko, które można z pełną odpowiedzialnością określić mianem antymarksistowskiego marksizmu.

Słynny marksistowski slogan głosi, że historia lubi się powtarzać — pierwszy raz jako tragedia, drugi jako farsa. Slogan ów został później sparafrazowany przez Roberta Nozicka, który stwierdził, że to marksizm lubi się powtarzać — pierwszy raz jako tragedia, drugi jako farsa. Otóż okazuje się, że to konkretne sformułowanie — w obu swoich wersjach — jest bardzo wnikliwe i nieomal profetyczne.

Marksizm tragiczny zdewastował w XX wieku połowę świata, pod względem zarówno fizycznym i gospodarczym, jak i mentalnym oraz kulturowym. Natomiast dzisiejszy marksizm farsowy jest jednym z istotnych czynników utrudniających odbudowę świata po owej dewastacji, zwłaszcza w zakresie drugiej pary wspomnianych wyżej względów. Przejawia się on np. w istnieniu coraz pokaźniejszej grupy osób, których pojmowanie procesów gospodarczych jest w wielu kluczowych punktach stricte marksistowskie, podczas gdy jednym z głównych elementów ich ideologicznej autoidentyfikacji jest silnie akcentowany deklaratywny antymarksizm.

Innymi słowy, mowa tu o osobach, które implicite w pełni akceptują założenia laborystycznej teorii wartości czy „eksploatacyjnej” teorii zysku, nie widząc w tym żadnej niezgodności ze swoim rzekomo antymarksistowskim światopoglądem, opartym przeważnie na założeniu, że ekonomia jest drugorzędna względem „walki rewolucyjnej” toczonej obecnie na polu kultury czy obyczajowości.

Tymczasem być może jest tak, że jednym z największych osiągnięć neomarksizmu spod znaku Szkoły Frankfurckiej i „teorii krytycznej” jest nie tylko zakażenie ideologią „walki klas” obszaru kultury, ale też całkowite odwiedzenie deklaratywnych obrońców kultury od zdobywania rzetelnej wiedzy ekonomicznej, a tym samym świadomości, że marksizm jest przede wszystkim zbiorem zideologizowanych i zhistoriozofizowanych potocznych gospodarczych przesądów. Rezultatem jest to, że nieroztropne frazesy o „złodziejskiej wymianie czegoś za nic” czy „spekulacyjnym odrywaniu cen od obiektywnej wartości dóbr” słyszy się już nie tylko od jawnych ideologów marksizmu, ale też od płomiennych orędowników rzekomego antymarksizmu.

Nie trzeba dodawać, że w obliczu tego rodzaju mętliku pojęciowego krzewienie rzetelnej wiedzy ekonomicznej — a tym samym budowanie autentycznie antymarksistowskiego systemu globalnej współpracy społecznej opartego o naturalne harmonie ekonomiczne — obarczone jest dodatkowymi trudnościami. Stąd tak istotne jest dziś to, aby w kontekście solidnego nauczania ekonomii — oraz innych nauk społecznych — dbać w sposób szczególny o porządkowanie owego mętliku. Tylko wówczas uda się bowiem skutecznie wyjść naprzeciw nie tylko staroświeckiemu kłamstwu, ale też nowoczesnemu bełkotowi, który z tych dwojga jest być może groźniejszym wrogiem prawdy.
J.B.W. marksizm kulturowy mianuje marksizmem antymarksistowskim (względnie marksizmem farsowym), co dla mnie brzmi jeszcze bardziej bełkotliwie i absurdalnie, ale w zasadzie również się broni. Desygnat jest jednak ten sam, skoro w tekście pojawia się po raz kolejny Szkoła Frankfurcka.

Marksizm przeczący Marksowi, ale jednak marksizm. ;)
 

FatBantha

sprzedawca niszowych etosów
Członek Załogi
8 227
23 131
I świeży Wielomski:

Wielomski: O czterech fazach rewolucji (dwie notatki z FB)
24 sierpnia 2019

Rewolucja miała (dotąd) cztery fazy: 1/ Reformacja – uwolnienie wiernych od autorytetu Tradycji i Kościoła; 2/ Oświecenie – uwolnienie ludzi od wiary, a poddanych od monarchii; 3/ Marksizm – uwolnienie ludzi od własności; 4/ Postmodernizm – uwolnienie ludzi od przyrodzonej im natury (rozumnej i biologicznej). Aż strach pomyśleć od czego emancypować nas może faza nr 5? (notatka z 23.08.2019).

+ + +

Mój wczorajszy wpis o etapach rewolucji wywołał kontrowersję z tej racji, że jako ostatni etap rewolucji podałem postmodernizm, a nie rewolucję 1968, czyli neomarksizm (Szkołę Frankfurcką). Już wyjaśniam: Mam zasadnicze wątpliwości czy frankfurtczycy, neomarksiści czy – jeśli ktoś woli (błędnie) – “marksiści kulturowi” byli jeszcze marksistami. Celem marksizmu jest uspołecznienie własności w efekcie dialektycznych praw rozwoju, wynikłych z materializmu historycznego. Nurty ‘68 nie wysuwają takiego programu. Frankfurtczycy pogodzili się z kapitałem, zaakceptowali instytucję państwa, skonstatowali klęskę rewolucji bolszewickiej i niemożność utworzenia państwa na gruncie filozofii politycznej Marksa, uznając ją de facto za utopię. Odrzucili i uspołecznienie własności i determinizm historyczny oparty na materializmie. Cała ich koncepcja ogranicza się do radykalnej krytyki kultury mieszczańskiej, którą chcą radykalnie zdekonstruować, usuwając kategorię prawdy i odrzucając nowożytny racjonalizm. Ofiarą tej dekonstrukcji padł także marksizm, który został zrelatywizowany (np. przez dodanie freudyzmu), a jego racjonalistyczne ostrze zostało zmienione w “a może tak, a może nie”. Ten systemowy brak prawdy, negacja pojęć, płynność i relatywizowanie wszystkiego (łącznie z biologią w zakresie płci) jest charakterystyczne dla filozofii postmodernistycznej, czyli dla nurtu radykalnie liberalnego, i niemarksistowskiego.

Innymi słowy: stoję na stanowisku, że frankfurtczycy dokonali dekonstrukcji marksizmu, a więc nie są neomarksistami, lecz krytykami racjonalistycznego jądra marksizmu. Dekonstrukcja zaś stoi u źródeł postmodernizmu, który – posługując się już językiem wolnym od wokabularza marksistowskiego – zniszczył cały dorobek i filozofii klasycznej, i chrześcijańskiej, i nowożytnej. Marksizm stanowił utopijne apogeum nowożytnej racjonalności. Postmodernizm był jej grabarzem, a Szkoła Frankfurcka kończy intelektualną historię marksizmu. (notatka z 24.08.2019).

Adam Wielomski
Cóż, dla mnie marksizm zrelatywizowany, zfreudyzowany i zderacjonalizowany wciąż jest jest marksizmem, gdyż ta dekonstrukcja nie dosięga tego co najistotniejsze, czyli: antykapitalistycznych resentymentów, kolektywizmu oraz polilogizmu. Wręcz przeciwnie, w po-mo-marksizmie zwłaszcza ten ostatni ulega wzmocnieniu, bo nie jest ograniczany strukturą jakiejś teorii dziejów czy postępu. U Marksa, żeby można było się uznać za opresjonowanego, trzeba było znaleźć się w odpowiedniej klasie społecznej. Teraz nie trzeba - wystarczą tożsamości oparte na takich czy innych cechach osobniczych czy zbiorowych, więc bariery wejścia do kolejnej emancypacyjnej rewolucji zostały zdecydowanie obniżone.

Trudno również zgodzić się, że postmodernizm jest ruchem radykalnie liberalnym, skoro określa go "systemowy brak prawdy, negacja pojęć, płynność i relatywizowanie wszystkiego", podczas gdy centralnym pojęciem liberalizmu jest wolność. Jeżeli liberalizm miałby negować centralne pojęcie na jakim się opiera, naruszyłby przecież swoją podstawę i zniósł sam siebie.

Szkoła Frankfurcka może sobie kończyć intelektualną historię marksizmu, pozostając jednakże częścią jej tradycji i dokonując rozkładu od środka.

Zresztą, jak widzę - różnice w opiniach na temat marksizmu kulturowego powoli zaczynają się zacierać, zmierzając do jakiegoś konsensusu - przynajmniej w mojej bańce informacyjnej. Wielomscy też już raczej widzą, że tej siły nie powstrzymają i mogą co najwyżej wtrącać, że ich zdaniem to określenie jest błędne, pozostawiają jednak swobodę decyzji czy się nim posługiwać ("jak kto woli").

Jeszcze jedno: chciałbym uczulić i zwrócić Waszą uwagę na próbę podrzucenia tego kukułczego jaja - Szkoły Frankfurckiej - przez postmodernizm do obozu myśli liberalnej, bo właśnie czegoś takiego dopuścił się w powyższym tekście Wielomski. Uważam, że zwyczajnie stara się on akcentować te kwestie róznic między marksizmem a neomarksizmem, aby mieć po prostu argument do uderzenia w stronę liberalną. Gdyby uznać, że neomarksizm jest prostą kontynuacją marksizmu, liberalizm ominęłaby krytyka, bo nie byłby on w żadnym stopniu odpowiedzialny za spuściznę Szkoły Frankfurckiej czy postmodernizmu.

Konserwatyści jednak najwyraźniej chcą mieć bat również na liberalizm, dlatego będą starali się wpychać w jego objęcia nawet idee nieprzynależne do jego tradycji a później wskazywać jako winnego. Dlatego na przykład uznają (klasyczny) marksizm za martwą myśl, wymarłą już pod koniec XIX wieku, nie wydającą żadnych owoców, by neomarksizm uznać za zjawisko zupełnie odrębne, stworzone już w ramach myśl liberalnej. (Sic!)

Już chociażby z takiego powodu warto to nazywać marksizmem kulturowym, na pochybel ludziom pragnącym przypisać nam gębę.
 

FatBantha

sprzedawca niszowych etosów
Członek Załogi
8 227
23 131
No i okazało się, że sam Hoppe, uczeń Habermasa, również uznaje, że marksizm kulturowy jednak istnieje. (45:25) Zaznaczyłem czas w wideo na pytaniu o utratę poparcia przez prawicę, na które HHH odpowiedział o zmianie doktryny przez lewicę.

 
D

Deleted member 6905

Guest

William S. Lind

Jak powstała polityczna poprawność?



Gdzie te wszystkie rzeczy, o których słyszeliście dziś rano, wiktymologiczny feminizm, ruch praw gejów, wymyślone statystyki, poprawianie historii, kłamstwa, żądania, cała ta reszta - skąd to się wywodzi? Po raz pierwszy w naszej historii Amerykanie trwożą się przed tym, co powiedzą, co napiszą i co pomyślą. Boją się, że mogą użyć niewłaściwego słowa, słowa osądzonego jako obraźliwe, lub niewrażliwe, rasistowskie, seksistowskie, czy homofobiczne.

My widzieliśmy takie rzeczy, zwłaszcza w naszym wieku XX, w innych krajach. I zawsze podchodziliśmy do tego z mieszaniną litości i, prawdę mówiąc, rozbawienia, ponieważ uderzało nas to jako bardzo dziwne, że ludzie mogliby pozwolić na rozwinięcie się sytuacji, w której baliby się, jakich używają słów. Ale my mamy teraz taką sytuację w naszym kraju. Mamy ją przede wszystkim na uniwersyteckich kampusach, ale to już się rozprzestrzenia na całe społeczeństwo. Skąd to się bierze? Co to jest?

Nazywamy to "poprawnością polityczną". Nazwa powstała jako swego rodzaju żart, dosłownie dowcip komiksowy, i my ciągle mamy tendencję traktować tę rzecz jako niezupełnie poważną. W rzeczywistości jest ona śmiertelnie poważna. Jest ona wielką chorobą naszego stulecia, chorobą, która kosztowała życie dziesiątków milionów ludzi w Europie, Rosji, Chinach, faktycznie na całym świecie. Jest to choroba ideologii. Polityczna poprawność nie jest śmieszna. Polityczna poprawność jest śmiertelnie poważna.

Jeśli spojrzymy na to analitycznie, jeśli spojrzymy na to historycznie, to szybko odkryjemy co to faktycznie jest. Polityczna poprawność to kulturowy marksizm. To marksizm przełożony z realiów ekonomicznych na realia kulturowe. To jest proces, który sięga nie ruchu lat 60-tych, hippisowskiego ruchu pokoju, ale okresu I Wojny Światowej. Kiedy porównamy główne tezy politycznej poprawności z klasycznym marksizmem, analogie są oczywiste.

Po pierwsze, w obu wypadkach jest to ideologia totalitarna. Totalitarna natura politycznej poprawności nigdzie nie jest tak oczywista, jak na kampusach wyższych uczelni, z których wiele w tej chwili stało się pokrytymi bluszczem małymi Północnymi Koreami. Student czy profesor, który odważył się gdziekolwiek przekroczyć linię wytyczoną przez feministkę, czy aktywistę praw gejów, czy miejscową grupę czarnych czy Latynosów, czy którąkolwiek z innych wyświęconych na "poszkodowane" grup, wokół których obraca się ta sprawa politycznej poprawności, szybko znajdzie się w kolizji z prawem. W małym lokalnym systemie prawnym uczelni przedstawione będą im formalne zarzuty i wymierzona kara, w procesach nierzadko przypominających sądy kapturowe. Tutaj spróbujemy spojrzeć w przyszłość, jaką polityczna poprawność szykuje całemu narodowi.

W istocie wszystkie ideologie są totalitarne, ponieważ esencją ideologii (zwracam uwagę, że właściwie rozumiany konserwatyzm ideologią nie jest) jest podjęcie pewnej filozofii i twierdzenie, że na bazie tej filozofii pewne rzeczy muszą być prawdziwe. Jak na przykład to, że cała historia naszej kultury jest historią opresji kobiet. Ponieważ stoi to w sprzeczności z rzeczywistością, rzeczywistość musi zostać zakazana. Musi być zakazane odnoszenie się do rzeczywistości historycznej. Ludzie muszą być zmuszeni do życia w kłamstwie, a ponieważ ludzie z natury mają opory przed życiem w kłamstwie, to oczywiste, że używają swoich oczu i uszu żeby sprawdzić jak jest i mówią: "Chwileczkę. To nie jest prawda. Przecież widzę, że to nie jest prawda". W związku z tym żądanie życia w kłamstwie musi być poparte przemocą państwa. Stąd ideologia nieodmiennie stwarza państwo totalitarne.

Po drugie, marksizm kulturowy, tak jak marksizm ekonomiczny, posługuje się jednoprzyczynowym wyjaśnieniem historii. Marksizm ekonomiczny mówi, że historię determinuje własność środków produkcji. Marksizm kulturowy, czyli polityczna poprawność, twierdzi, że cała historia jest zdeterminowana przez władzę, za pomocą której jedne grupy, definiowane w kategoriach rasy, płci, itd., podporządkowują sobie inne grupy. Nic innego się nie liczy. Cała literatura, w istocie, jest o tym. Wszystko w przeszłości ma związek z tą jedną rzeczą.

Po trzecie, tak jak w ekonomicznym marksizmie pewne grupy, tj. robotnicy i chłopi, są dobre a priori, a inne grupy, burżuazja i posiadacze kapitału, są złe, tak w kulturowym marksizmie poprawności politycznej pewne grupy są dobre: kobiety-feministki (tylko kobiety-feministki, przyjmuje się, że nie-feministki nie istnieją), czarni, Latynosi, homoseksualiści. Te grupy uznane są za "poszkodowane" i jako takie automatycznie są dobre, bez względu na to co którakolwiek z nich robi. Podobnie biali mężczyźni są automatycznie uznani za złych, w ten sposób stając się odpowiednikiem burżuazji w marksizmie ekonomicznym.
 
Ostatnio edytowane przez moderatora:
D

Deleted member 6905

Guest
częśc 2

Po czwarte, oba, i marksizm ekonomiczny, i marksizm kulturowy, opierają się na wywłaszczeniu. Kiedy klasyczni marksiści, komuniści, przejęli Rosję, wywłaszczyli oni burżuazję, odebrali jej własność. Podobnie kiedy kulturowi marksiści przejmują kampus uniwersytecki, wywłaszczają oni za pośrednictwem środków takich, jak przydziały (quotas) w przyjmowaniu na studia. Kiedy białemu studentowi o wysokich możliwościach odmawia się przyjęcia do college'u na rzecz czarnego czy Latynosa, który nie jest tak zdolny, biały student zostaje wywłaszczony. Akcja afirmatywna (affirmative action) w całym naszym społeczeństwie dzisiaj to system wywłaszczeniowy. Firmy posiadane przez białych nie otrzymują kontraktów, ponieważ te są zarezerwowane dla, powiedzmy, Latynosów, czy kobiet. Zatem wywłaszczenie jest zasadniczym narzędziem obu form marksizmu.



I wreszcie, oba, marksizm ekonomiczny i kulturowy, używają metody analitycznej, która daje im odpowiedzi jakich chcą. W przypadku klasycznego marksizmu tą metodą analityczną jest marksistowska ekonomia. W wypadku kulturowego marksizmu jest nią dekonstrukcjonizm. Dekonstrukcjonizm zasadniczo bierze jakikolwiek tekst, usuwa z niego całe znaczenie i wprowadza na to miejsce znaczenie pożądane. Tak więc otrzymujemy, na przykład, że "cały Szekspir jest o opresji kobiet", czy że "Biblia jest w istocie o rasie i płci". Wszystkie te teksty służą udowadnianiu, że "cała historia jest historią jaka grupa miała władzę nad jakimi innymi grupami". Zatem podobieństwa są ewidentne między klasycznym marksizmem, z jakim zapoznaliśmy się w przypadku Związku Sowieckiego, i kulturowym marksizmem, jaki widzimy dzisiaj w postaci poprawności politycznej.

Ale te podobieństwa nie są przypadkowe. Te podobieństwa nie wzięły się z niczego. Prawda jest taka, że polityczna poprawność ma swoją historię, historię znacznie dłuższą niż wielu ludzi, poza wąską grupą akademików to zjawisko studiujących, zdaje sobie sprawę. Ta historia sięga, jak powiedziałem, I Wojny Światowej, tak jak wiele innych patologii, które przyczyniają się do rozkładu naszego społeczeństwa i, w istocie, naszej kultury.

Teoria marksistowska mówiła, że kiedy przyjdzie europejska wojna powszechna (tak jak przyszła w 1914 r,), klasa robotnicza w całej Europie powstanie i obali rządy - burżuazyjne rządy - ponieważ robotnicy mieli mieć więcej wspólnego ponad narodowymi granicami ze sobą nawzajem, niż z burżuazją i klasą rządzącą w ich własnym kraju. No, ale 1914 r. przyszedł i tak się nie stało. W całej Europie robotnicy zwarli się wokół swoich narodowych sztandarów i zadowoleni wymaszerowali zwalczać jedni drugich. Kaizer wymienił uściski dłoni z przywódcami marksistowskiej Socjaldemokracji w Niemczech i powiedział, że od teraz nie ma partii, są tylko Niemcy. Podobnie stało się w każdym innym kraju Europy. Więc coś tu nie było w porządku.

Dla marksistów z definicji nie mogła być winna teoria. W 1917 r. doprowadzili oni wreszcie do przewrotu marksistowskiego w Rosji i wyglądało na to, że teoria zaczyna się sprawdzać - ale wkrótce znów się nie potwierdziła. Nie rozpowszechniała się, i kiedy zaraz po wojnie czyniono wysiłki w tym kierunku, z powstaniem Spartakistów w Berlinie, rządem Beli Kuna na Węgrzech, Monachijską Republiką Radziecką, okazało się, że robotnicy ich nie poparli.

Więc marksiści mieli problem. I dwóch z nich zaczęło nad nim pracować: Antonio Gramsci we Włoszech i Gyorgy Lukács na Węgrzech. Gramsci stwierdził, że robotnicy nigdy nie rozpoznają swojego rzeczywistego interesu klasowego, jak go zdefiniował marksizm, o ile nie zostaną wyzwoleni od kultury Zachodu, a w szczególności od religii chrześcijańskiej; że kultura i religia czynią ich ślepymi na ich rzeczywisty interes klasowy. Lukács, uważany za najznakomitszego teoretyka marksizmu od czasu samego Marksa, pytał w 1919 roku: "Kto nas uratuje od cywilizacji Zachodu?" On też teoretyzował, że największym kamieniem na drodze do ustanowienia marksistowskiego raju jest kultura: cywilizacja Zachodu jako taka.

Lukács miał szansę sprawdzić swoje idee w praktyce, ponieważ kiedy domowego chowu bolszewicki rząd Beli Kuna zostaje ustanowiony na Węgrzech w 1919 r., zostaje on mianowany zastępcą komisarza kultury i pierwszą rzeczą jaką robi, jest wprowadzenie edukacji seksualnej w szkołach węgierskich. Więcej nie było trzeba, żeby robotnicy nie poparli rządu Beli Kuna, ponieważ Węgrów to normalnie zatkało, robotników jak i wszystkich innych. Ale Lukács już wtedy coś zrozumiał, co wielu z nas dziwi jeszcze dzisiaj i co my przyjmujemy za "nowinkarstwo".

W 1923 r. w Niemczech zostaje założony think-tank, organizacja intelektualna, która podejmuje się roli przełożenia marksizmu z kategorii ekonomicznych na kategorie kulturowe, i która w końcu lat 30-tych tworzy praktycznie bazę tego, co my nazywamy dziś polityczną poprawnością. Umożliwił to wszystko młody i bardzo bogaty spadkobierca niemieckiego handlowca-milionera, Felix Weil, który stał się marksistą i miał dużo pieniędzy do wydania. Wzburzały go podziały między marksistami, stał się więc sponsorem czegoś, co nazywało się Pierwszy Marksistowski Tydzień Prac, który to Tydzień zgromadził Lukácsa i wielu czołowych niemieckich myślicieli, aby nad tymi podziałami popracowali.

I tam też Lukács powiedział: "Co nam jest potrzebne, to think-tank" - organizacja intelektualna. U nas w Waszyngtonie jest think-tanków zatrzęsienie i my myślimy o nich jako o czymś nowoczesnym. W rzeczywistości, mają one swoją historię. Ten Weil - spadkobierca zakłada w 1923 r. instytut, związany z Uniwersytetem Frankfurckim, który miał początkowo występować pod nazwą "Instytut Marksizmu". Ale ludzie, którzy za tym stali, doszli szybko do wniosku, że nie byłoby dla nich korzystne, takie otwarte identyfikowanie się jako marksiści. Ostatnią rzeczą jakiej poprawność polityczna chce, to żeby ludzie odkryli, że jest ona formą marksizmu. Więc w rezultacie nazywają oni tę organizację Instytutem Badań Społecznych.

Weil wie bardzo dobrze o co mu chodzi. W 1971 r. napisał do Martina Jay'a, autora podstawowego opracowania o Szkole Frankfurckiej (tym mianem Instytut Badań Społecznych będzie wkrótce nieformalnie określany), że "Chciałem żeby Instytut był znany, być może słynny, jako wnoszący wkład do marksizmu". Trzeba powiedzieć, odniósł w tym sukces. Pierwszy dyrektor Instytutu, Carl Grunberg, austriacki ekonomista, zakończył swoje programowe przemówienie - według Martina Jay'a - "otwarcie deklarując swoją lojalność dla marksizmu jako metodologii naukowej". "Marksizm" - powiedział - "będzie rządzącym pryncypium Instytutu" - i to się nigdy nie zmieniło.

Wstępne prace w Instytucie były raczej konwencjonalne, ale w 1930 r. objął go nowy dyrektor, nazwiskiem Max Horkheimer, i poglądy Horkheimera były zdecydowanie inne. Był on w dużym stopniu marksistowskim renegatem. Ludzie, którzy zakładają i formują Szkołę Frankfurcką, to renegaci marksizmu. Oni dalej są bardzo marksistowscy w swoim myśleniu, ale z partii są skutecznie usuwani. Moskwa patrzy na to co oni robią i mówi: "Hej, to nie to o co nam chodzi, i my nie będziemy tego firmować".

Wyjściową herezją Horkheimera jest to, że interesuje się on bardzo Freudem. I kluczem do przełożenia marksizmu z kategorii ekonomicznych na kategorie kulturowe było zasadniczo to, że zastosował on w tym freudyzm. Znowu zacytuję Martina Jay'a: "Można powiedzieć, że w pierwszych latach swojego istnienia Instytut zajmował się głównie analizą socjo-ekonomicznej bazy społeczeństwa burżuazyjnego," - i chciałbym podkreślić, że Jay jest dużym sympatykiem Szkoły Frankfurckiej, ja nie cytuję tutaj krytyka - "ale po roku 1930 głównym przedmiotem zainteresowań Instytutu stała się kulturowa nadbudowa. W istocie, marksistowska formuła dotycząca stosunku między tymi dwoma strukturami została zakwestionowana przez teorię krytyczną".

Te rzeczy, o których tu dzisiaj słyszymy - radykalny feminizm, wydziały studiów kobiecych, wydziały "studiów o czarnych" (black studies), wydziały studiów gejów, wszystkie one są gałęziami teorii krytycznej. Co Szkoła Frankfurcka w zasadzie zrobiła, to oparła się w latach 30-tych na obu, Marksie i Freudzie, żeby stworzyć tę teorię, zwaną teorią krytyczną. Nazwa jest świetnie pomyślana, bo aż kusi, żeby zapytać "Co jest tą teorią?" Teorią jest to, żeby krytykować. Teorią jest to, że sposobem na zniszczenie kultury Zachodu i porządku kapitalistycznego jest to, aby krytykując, nie pokazywać możliwości alternatywy.
 
D

Deleted member 6905

Guest
część 3
Oni absolutnie odmawiają przedstawienia czegoś takiego. Oni mówią, że tego nie da się zrobić, że my nie jesteśmy w stanie sobie wyobrazić, jak wolne społeczeństwo będzie wyglądało (to ich definicja wolnego społeczeństwa). Tak długo, jak żyjemy pod represją - represją wypływającą z kapitalistycznego porządku społecznego, który wytwarza (według ich teorii) uwarunkowanie freudowskie, uwarunkowanie, które Freud opisuje w odniesieniu do represji osobowej - my nie jesteśmy w stanie nawet wyobrazić sobie, jak wolne społeczeństwo będzie wyglądało. Istotą teorii krytycznej jest po prostu krytykowanie. Domaga się ona najbardziej destruktywnego krytycyzmu, jaki jest możliwy, w jakikolwiek możliwy sposób, aby zniszczyć panujący porządek. I, oczywiście, kiedy słyszymy od feministek, że całe społeczeństwo nie ma nic innego na celu jak tylko załatwić kobietę i tak dalej, ten rodzaj krytycyzmu to jest pochodna teorii krytycznej. Wszystko to bierze początek w latach 30-tych, nie w 1960 r.

Inni kluczowi członkowie, którzy dołączają do Instytutu w tym czasie, to Theodore Adorno i, przede wszystkim, Erich Fromm i Herbert Marcuse. Fromm i Marcuse wprowadzają element, który staje się centralnym elementem teorii krytycznej, to jest element seksualny. Zwłaszcza Marcuse, który w swoich tekstach nawołuje do utworzenia społeczeństwa "wielopostaciowej perwersyjności", taka jest jego definicja przyszłości świata, który oni chcą stworzyć.

I choć wyróżnia się tu Marcuse, który latach 30-tych pisze bardzo ekstremalne rzeczy na temat potrzeby wyzwolenia seksualnego, to tym jest przeniknięty cały Instytut. Podobnie jak większość motywów politycznej poprawności, jak można zauważyć. I to już było w latach 30-tych. Według Fromma, na przykład, męskość i kobiecość nie odzwierciedlają zasadniczych różnic płci, jak myśleli Romantycy. Te różnice miałyby być raczej pochodnymi różnic w funkcjach życiowych, które w części zostały społecznie zdeterminowane. Płeć to konstrukcja [kulturowa]. Różnice płci to konstrukcja.

Inny przykład to wiktymologiczne podejście do środowiska naturalnego. "Materializm, idąc wstecz aż do Hobbesa, doprowadził do nastawienia manipulatywnie-dominującego w stosunku do natury". To Horkheimer w 1933 r. w Materialismus und Moral. "W następnych latach, motyw dominacji natury przez człowieka", pisze Jay, "znalazł się w centrum zainteresowania Szkoły Frankfurckiej". "Antagonistyczny stosunek Horkheimera do fetyszyzacji pracy (w tym punkcie w sposób oczywisty odchodzą oni od marksistowskiej ortodoksji), został wyrażony w innym wymiarze jego materializmu, domaganiu się ludzkiego, zmysłowego szczęścia". W jednym z najbardziej wyartykułowanych esejów, Egoizm a ruch wolnościowy, napisanym w 1936 r., Horkheimer "dyskutuje wrogość dla intymnych zadowoleń i przyjemności ściśle związaną z kulturą burzuazyjną". W szczególności odwołuje się on do Markiza de Sade, w sposób przychylny polecając jego "protest (...) przeciwko ascetyzmowi w imię wyższej moralności".

Jak cała ta idea przedostała się tutaj? Jak wlała się w nasze uniwersytety i, faktycznie, w nasze życie dzisiaj? Członkowie Szkoły Frankfurckiej to marksiści. To także, co do jednego, Żydzi. W 1933 r. do władzy w Niemczech doszli naziści i nie można się dziwić, że zamknęli oni Instytut Badań Społecznych. Jego członkowie uciekli. Uciekli do Nowego Jorku i Instytut tu się w 1933 r. odbudował z pomocą Uniwersytetu Columbia. I członkowie Instytutu, stopniowo, przez lata 1930., jakkolwiek wielu z nich pisało w dalszym ciągu w języku niemieckim, zaczęli przenosić centrum zainteresowań z teorii krytycznej nakierowanej na społeczeństwo niemieckie - destruktywnego krytycyzmu wszystkich aspektów tamtego społeczeństwa - na teorię krytyczną nakierowaną na społeczeństwo amerykańskie.

Zachodzi także inna, ważna transformacja z początkiem wojny. Niektórzy z nich przechodzą do pracy w rządzie USA, włącznie z Herbertem Marcuse, który staje się kluczową figurą w OSS (Office of Strategic Services, poprzedniczka CIA), a niektórzy, w tym Horkheimer i Adorno, przenoszą się do Hollywood.

Te źródła politycznej poprawności nie miałyby prawdopodobnie wielkiego znaczenia dla nas dzisiaj, gdyby nie dwa późniejsze zdarzenia. Pierwszym był bunt studencki połowy lat 60-tych, głównie na fali protestu przeciwko poborowi i wojnie w Wietnamie. Ale bunt studencki potrzebował jakiejś teorii. Oni nie mogli po prostu wyjść i wołać "Hell no we won't go", oni potrzebowali mieć do tego jakieś teoretyczne podparcie. Bardzo niewielu z nich było zainteresowanych zmaganiem się z Das Kapital. Klasyczny, ekonomiczny marksizm nie jest lekki, a większość radykałów lat 60-tych nie była zbyt głęboka.

Na szczęście dla nich, a na nieszczęście dla naszego kraju dzisiaj, i nie tylko uniwersytetów, kiedy po wojnie Szkoła Frankfurcka przeniosła się z powrotem do Frankfurtu, Herbert Marcuse pozostał w Ameryce. I podczas kiedy pan Adorno w Niemczech jest przerażony buntem studentów, kiedy ten tam wybucha - kiedy zbuntowani studenci pojawiają się na jego wykładzie, dzwoni on na policję i ci zostają aresztowani - Herbert Marcuse, który został tutaj, zobaczył w buncie studenckim lat 60-tych wielką szansę. Zobaczył możliwość użycia prac Szkoły Frankfurckiej jako teorii Nowej Lewicy w Stanach Zjednoczonych.
 
D

Deleted member 6905

Guest
część 4

Jedna z książek Marcuse'a posłużyła jako narzędzie do osiągnięcia tego celu. Stała się praktycznie biblią SDS (Students for Democratic Society) i studenckich rebeliantów lat 60-tych. Tą książką był Eros i cywilizacja. Marcuse wywodzi w niej, że w porządku kapitalistycznym (w dużym stopniu pomniejsza on tu znaczenie marksizmu, podtytuł książki głosi Filozoficzne badanie Freuda, jednak jej zrąb jest marksistowski), otóż Marcuse wywodzi w tej książce, że represja jest istotą tego porządku kapitalistycznego i to daje nam osobę opisaną przez Freuda - osobę z tymi wszystkimi zahamowaniami, neurozami, ponieważ jej instynkt seksualny podległ represji. Mamy przed sobą przyszłość, jeśli tylko zniszczymy ten istniejący represyjny porządek, przyszłość, w której wyzwolimy erosa, wyzwolimy libido, która będzie światem "wielopostaciowej perwersyjności", w której będziesz "robił swoje". I jeszcze jedno: w tym świecie nie będzie pracy, tylko zabawa. Co za wspaniałe przesłanie dla radykałów połowy lat 60-tych!

Bo to są studenci, to są baby boomers, dzieci powojennego wyżu demograficznego, których jedynym poważnym zmartwieniem przy osiąganiu pełnoletniości było to, że trzeba będzie kiedyś znaleźć pracę. I tu mamy faceta piszącego rzeczy, które łatwo im będzie naśladować. On nie wymaga od nich, by czytali dużo ciężkostrawnego marksizmu i mówi im to wszystko, co oni chcą usłyszeć, czyli "Rób swoje", "Jak przyjemne, to rób" i "Chodzenie do pracy to nie konieczność".

Także Marcuse jest tym, który stworzył hasło Make love, not war ("Rób miłość, nie wojnę"). Wracając do sytuacji, z którą ludzie mają do czynienia na kampusie, Marcuse definiuje "tolerancję wyzwalającą" (liberating tolerance) jako nietolerancję dla wszystkiego co przychodzi z prawicy politycznej i tolerancję dla wszystkiego, co przychodzi z lewicy. Marcuse włączył się do Szkoły Frankfurckiej w 1932 r., o ile dobrze pamiętam. Więc to wszystko ma początki w latach 30-tych.

Podsumowując, Ameryka jest dzisiaj w trakcie największej i najzgubniejszej transformacji w jej dziejach. Stajemy się państwem ideologicznym, krajem z oficjalną, państwową ideologią, narzucaną nam za pomocą władzy państwowej. W efekcie funkcjonowania idei "przestępstw nienawiści" (hate crimes), mamy obecnie ludzi odbywających kary więzienia za posiadanie politycznych przekonań. Kongres szykuje się obecnie tę kategorię jeszcze rozszerzyć. Akcja afirmatywna jest częścią tego procesu. Terror przeciwko komukolwiek, kto wyłamuje się z politycznej poprawności na kampusie, jest częścią tego.

To jest dokładnie to samo, co widzieliśmy, że stało się w Rosji, w Niemczech, w Chinach, i to teraz przychodzi tutaj. I my tego nie rozpoznajemy, bo nazywamy to polityczną poprawnością i obracamy w żart. Moje przesłanie dzisiaj jest takie, że to nie jest zabawne, to jest tutaj, to rozwija się i to w efekcie zniszczy - ponieważ to nastawione jest na niszczenie - wszystko, co my kiedykolwiek definiowaliśmy jako naszą wolność i naszą kulturę.
 

Norden

Well-Known Member
722
870
Tak w kwestii dyskusji, która rozgorzała również w tym wątku:
Niektórzy stygmatyzowali i negowali pojęcie neomarksizmu / kulturowego marksizmu jakoby ten był stosowany tylko przez "prawaków":
I to jest pytanie co to ten marksizm kulturowy i jak się on ma do zwykłego marksizmu.
Mnie już ten temat znudził i miałem więcej się o nim nie wypowiadać ale, że ileś czasu poświęciłem na czytanie lewaków to mimo wszystko napiszę jeszcze raz.
Powtarzam termin „marksizm kulturowy” nie jest fachowym terminem. Jest on stosowany przez prawaków by obrzydzić wszystko co nie prawackie przez wiązanie tego z marksizmem.
O ile wcześniej ktoś jeszcze mógł to kupić to aktualnie sami zainteresowani zaczynają się denuncjować, mianowicie jedna z założycielek ruchu BLM określa ideologów swojego ruchu mianem "wyszkolonych marksistów":

"Patrisse Culors: "W rzeczywistości posiadamy ramy ideologiczne. Ja i co najmniej kilka organizatorów ruchu, jesteśmy wyszkolonymi marksistami. Wyłożono nam wiele ideologicznych teorii i to do czego zmierzamy to wdrożenie ich wśród wielu innych czarnoskórych."


Zupełnie "przypadkowo" Patrisse Culors identyfikuje się również jako aktywistka "queer":
 
Ostatnia edycja:
D

Deleted member 6564

Guest
O ile wcześniej ktoś jeszcze mógł to kupić to aktualnie sami zainteresowani zaczynają się denuncjować, mianowicie jedna z założycielek ruchu BLM określa ideologów swojego ruchu mianem "wyszkolonych marksistów":

Z Conservapedii
"The “White Skin Privilege” idea was created in 1967 by Noel Ignatiev, an acolyte of Derrick Bell and professor at Harvard’s W.E.B. Du Bois Institute. Ignatiev was a member of the Communist Party USA’s most radical wing, the Provisional Organizing Committee to Reconstitute the Marxist-Leninist Communist Party from 1958–66. The Provisional Organizing Committee was the intellectual forerunner to the Freedom Road Socialist Organization, a vanguard group. Writing under the alias Noel Ignatin, Ignatiev co-authored a Students for a Democratic Society (SDS) pamphlet with fellow radical Ted Allen titled, White Blindspot. In 1992 he co-founded Race Traitor: Journal of the New Abolitionism. Its first issue coined the slogan “Treason to whiteness is loyalty to humanity.” Its stated objective was to “abolish the white race.” More specifically, the New Abolitionist newsletter declared:

The way to abolish the white race is to challenge, disrupt and eventually overturn the institutions and behavior patterns that reproduce the privileges of whiteness, including the schools, job and housing markets, and the criminal justice system. The abolitionists do not limit themselves to socially acceptable means of protest, but reject in advance no means of attaining their goal.

Z Wikipedii
Ignatiev also wrote that "[t]he editors meant it when they replied to a reader, 'Make no mistake about it: we intend to keep bashing the dead white males, and the live ones, and the females too, until the social construct known as "the white race" is destroyed—not "deconstructed" but destroyed".
 

FatBantha

sprzedawca niszowych etosów
Członek Załogi
8 227
23 131
Łukasz Lubański
Francuski bunt to kryzys cywilizacyjny, wynikający z podminowania fundamentów kultury europejskiej. Studenci uważali, że celem życia nie jest realizacja żadnych zadań, lecz po prostu korzystanie z niego. To zresztą podłoże kryzysu cywilizacji europejskiej – mówi Łukaszowi Lubańskiemu historyk z PAN, prof. Wojciech Roszkowski.

Rzeczpospolita: Dokładnie 50 lat temu w Paryżu i innych francuskich miastach trwała studencka rewolta. Jak doszło do Maja '68?

Prof. Wojciech Roszkowski: Do wybuchu zamieszek doszło z różnorakich przyczyn ekonomiczno-kulturowych. Po pierwsze, w latach 50. i 60. XX w., w Europie Zachodniej, zwłaszcza we Francji, prężnie rozwijał się sektor nauki: dofinansowywano uczelnie wyższe, przez co powstała swego rodzaju nadprodukcja kadr z wyższym wykształceniem – w stosunku do potrzeb gospodarki. Stąd część studentów i absolwentów, zwłaszcza wydziałów humanistycznych, miała problemy ze znalezieniem pracy. Młodzi niepokoili się o własną przyszłość.
Po drugie, w latach powojennych mieliśmy boom gospodarczy, który wywoływał nie tylko poczucie bezpieczeństwa finansowego, ale także poczucie nudy i łatwego zaspokajania potrzeb. Wśród młodych Francuzów – podobnie było zresztą w Stanach Zjednoczonych – zrodziło to specyficzny nastrój, albowiem uważali oni, że wszystko im się należy.
Trzeba też wspomnieć o trendach kulturowych, choćby o tzw. sytuacjonizmie. Sytuacjonizm to dość dziwne pojęcie, stworzone w kręgach artystycznych, w rzeczywistości tożsame z marksizmem kulturowym. Sytuacjoniści głosili kult twórczości, tzn. uważali, że współczesny człowiek jest zniewolony przez produkcję, i że każdy powinien być wolnym twórcą. Ale to, co z tego wyniknie, było już dla nich nieważne.
A wpływ popkultury?
Był bardzo istotny. Muzyka młodzieżowa, pojawienie się pigułki antykoncepcyjnej czy minispódniczek – to wszystko tworzyło atmosferę, w której na porządku dziennym było słowo „rewolucja". W 1965 r. miałem 18 lat. Pamiętam, że w muzyce lat 60. hasło „rewolucja" pojawiało się nieustannie. Dla kogoś, kto żył w PRL, brzmiało to kuriozalnie, bo jak można – zastanawiałem się wówczas – mówić o rewolucji w krajach dostatniego, bezpiecznego Zachodu? A tamto pokolenie buntowało się przeciwko nudzie, czasem niedobrym stosunkom w rodzinie, zapracowaniu rodziców. To był bunt pokoleniowy przeciwko zastanemu światu, który był względnie bezpieczny i dostatni. Rewolucja wybuchła w okresie gospodarczej prosperity.
Czy można tu mówić o kryzysie uniwersytetu? Na początku maja w rozmowie z portalem Polonia Christiana prof. Jacek Bartyzel powiedział, że we Francji skok dobrobytu i rozrost klasy średniej doprowadziły do tego, że uniwersytet stał się instytucją masową. Ale wielu studentów na uczelni wyższej w ogólnie nie powinno się znaleźć, jako że nie chciało im się uczyć, nie miało żadnych intelektualnych zainteresowań.
Zgadzam się z profesorem Bartyzelem. To także istotne przyczyny wybuchu buntu, do którego... na zdrowy rozum w ogóle nie powinno dojść. A jednak doszło.
Podczas jednego ze spotkań w Przystanku Historia IPN powiedział pan, że był to bunt leni.
Jest to uzasadnione, jako że część postulatów strajkujących studentów sprowadzała się do ograniczenia wymagań uniwersyteckich, obniżenia warunków zaliczenia przedmiotów itd. Być może było to związane z tym, że część studentów po prostu nie była w stanie zaliczyć egzaminów. Ale jeszcze jedno: otóż na to wszystko, o czym wspomniałem, nałożyła się ideologia skrajnie lewicowa. Poza rewolucją seksualną, hasłami anarchistycznymi, pojawiały się symbole i hasła maoistowskie czy trockistowskie. Z perspektywy lat wygląda to zupełnie kuriozalnie. Bo co młodzież żyjąca w dostatniej Francji – z rozbuchanymi nadziejami i pretensjami wobec świata – mogła wiedzieć o tym, co w tym samym czasie działo się w Chinach? Co wiedział o tym Daniel Cohn-Bendit, jeden z liderów buntu, który rewolucję seksualną nie tylko propagował, ale i uprawiał w sposób sądownie karany, bo zakrawający na pedofilię... A jeżeli rzeczywiście wiedział, co dzieje się w Chinach, to tym gorzej o nim świadczy.
Przecież w Państwie Środka trwała rewolucja kulturalna, która całkowicie wywróciła ład społeczny, niszczyła autorytety, pamiątki historyczne. Dochodziło do potwornych zdarzeń. Zamordowano wówczas kilka milionów ludzi. Nawiązywanie do maoizmu przez francuską młodzież było więc kompletnie oderwane od rzeczywistości.
Wspomniał pan o trockizmie.
Tak, to ciekawe, bo buntująca się młodzież w gruncie rzeczy nie wielbiła Sowietów. Raczej było w niej przekonanie, że państwo sowieckie to biurokracja i supermocarstwo zagrażające światu. Wierzyła natomiast, że prawdziwy komunizm wprowadzono w Chinach. I że prawdziwego komunizmu chciał Lew Trocki, który stał się bohaterem wyobraźni strajkujących młodych Francuzów.
Komunizm w wydaniu Trockiego wprawdzie nie został zrealizowany, ale podejrzewam, że gdyby tak się stało, to nie różniłby się on od stalinizmu. Ale strajkujący studenci uważali, że Trocki zrobiłby to lepiej. Co więcej, ich wizja była komunistyczna, ale konkurencyjna wobec Związku Sowieckiego. Stąd francuska partia komunistyczna patrzyła na ten ruch z dystansem. Przypomnę, że doszło wtedy również do demonstracji robotniczych, do których przywódców studenckich i intelektualistów raczej niechętnie dopuszczano. Do jednej z fabryk, w której odbywał się strajk, udał się Jean-Paul Sartre, ale strajkujący robotnicy go przegonili.
Jakie w ogóle były zarzuty wysuwane przez studentów wobec rządzących Francją gaullistów?
To były oskarżenia, które dziś nieco pachną totalną opozycją. Jedynym racjonalnym powodem do demonstrowania był niepokój o zatrudnienie. Do gaullistów zaliczało się starsze pokolenie, które organizowało życie publiczne w sposób tradycyjny, studenci zaś rozsadzali te ramy; wywracali w anarchistyczny sposób tradycyjne wartości, moralność, a nawet rozumienie nauki. Jeżeli ktoś chce mieć dobrą pracę, to powinien się uczyć. A oni chcieli ograniczać wymagania wobec studentów. Przecież to pełny anarchizm. Zresztą kwintesencją ich sposobu życia było hasło: „Sex, drugs and rock'n'roll".
Czy Maj '68 nie był zatem kryzysem cywilizacyjnym, a nie tylko władzy politycznej?
Tak, był to kryzys cywilizacyjny, wynikający z podminowania fundamentów kultury europejskiej. Było w tym ateistyczne podejście do życia. Strajkujący uważali, że celem życia nie jest realizacja żadnych zadań, lecz po prostu korzystanie z niego. Ogólnie rzecz biorąc, takie jest podłoże kryzysu cywilizacji europejskiej.
Czy te wydarzenia mogły być inspirowane przez Związek Sowiecki?
Raczej nie, choć z pewnością Sowieci, zacierając ręce, przyglądali się demonstracjom. Był to ruch samoistny. To też paradoks, że ruch w gruncie rzeczy anarchistyczno-komunistyczny rozkładał państwa Europy Zachodniej, w tym Francję, bez większej inspiracji sowieckiej. Niewątpliwie agenci sowieccy obserwowali, co się dzieje, być może mieli w wydarzeniach z maja 1968 r. swój udział, ale absolutnie nie był on decydujący.
Jakie były skutki Maja?
Wydarzenia te miały dalekosiężne konsekwencje, również w kontekście dzisiejszej polityki. Tamto pokolenie, czyli obecnie sześćdziesięcio-, siedemdziesięciolatków, ukształtowało współczesną politykę europejską. Ówcześni maoiści, trockiści i ludzie, którzy wyrośli z korzeni Maja '68, kształtują dziś Unię Europejską, narzucają Europie prawa reprodukcyjne, rozwiązania w sprawie uchodźców. Na przykład Daniel Cohn-Bendit, który nadal jest czynny w polityce. Obecnie jest posłem do Parlamentu Europejskiego z ramienia frakcji liberalnej. Można powiedzieć, że dziewiętnastowieczni liberałowie w grobie się przewracają. Klasyczny liberalizm sprowadza się bowiem do wolności ograniczanej przez wolność innych, a nie do wolności anarchicznej. A Cohn-Bendit jest anarchistą.
Rewolucja sprzed 50 lat ma zatem wpływ na współczesną politykę, kulturę, obyczajowość. Na rozkład rodziny, a co za tym idzie – kryzys demograficzny.
 

FatBantha

sprzedawca niszowych etosów
Członek Załogi
8 227
23 131
W końcu tekst na SLibie, z którym mogę się w pełni zgodzić.
Amen.

Stworzony 4 marca 2021 Wysłane przez: Przemek Hankus
Jeśli poszukuje się obecnie niezawodnego drogowskazu w zakresie ideologicznych wymysłów i związanych z nimi społecznych procesów, którym należy stawiać kategoryczny opór, to trudno o bardziej sztandarowy ich amalgamat, niż agenda podejrzanej rządowo-„pozarządowo”-korporacyjnej koterii perorującej od ostatnich kilku miesięcy o rzekomej potrzebie „zresetowania świata”. Agenda ta łączy bowiem w krystalicznie przejrzysty sposób cały szereg (notabene już mocno zwietrzałych) uzupełniających się wzajemnie totalitarnych i paratotalitarnych ideologii, zakładających nie tylko maksymalne zniszczenie ludzkiej wolności osobistej, ale też maksymalne zagłuszenie w człowieku jego specyficznie ludzkiej godności i duchowej tożsamości. Składają się na nią m.in. następujące elementy:
1. Maltuzjański „ekologizm”, zakładający centralne sterowanie globalną gospodarką w celu rozmyślnego zahamowania jej potencjału rozwojowego, w czym już na poziomie deklaratywnym jest on bardziej jawnie niszczycielski od klasycznego komunizmu. Jako że ów światopogląd zakłada przy tym uwłaczające płaszczenie się człowieka przed ontologicznie podrzędnym wobec niego światem natury, zawiera on jednocześnie podteksty o charakterze pseudopogańskiego, festynowo-terapeutycznego ersatzu dojrzałej religijności.
2. Socjoinżynieryjny technokratyzm, zakładający powstanie globalnego systemu inwigilacyjnej kontroli, cenzury informacyjnej, obostrzeń „sanitarnych” i algorytmicznej manipulacji na wzór chiński. Ów element zakłada z kolei uwłaczające zrównanie człowieka z maszyną (czy nawet sugerowanie wyższości tej drugiej), a więc absurdalne zacieranie granic między podmiotem a przedmiotem oraz między jaźnią a narzędziem.
3. „Kapitalizm interesariuszy”, czyli pseudomoralizatorska, oligarchiczna atrapa systemu wolnej przedsiębiorczości, w ramach której sojusz „wielkiego rządu”, „wielkiego pozarządu” i „wielkiego biznesu” może neutralizować niewygodne, konkurencyjne wobec siebie podmioty poprzez zarzucanie im niewywiązywania się z ich rzekomych obowiązków wobec wydumanych, arbitralnie zdefiniowanych „grup interesariuszy”.
4. Neomarksizm alias „polityczna poprawność” alias „polityka tożsamości” alias „teoria krytyczna” alias „inkluzywność i różnorodność”. Ten z kolei element, idealnie dopełniający się zwłaszcza z punktem poprzednim, polega na rozszerzaniu marksistowskiej idei walki klas z obszaru ekonomicznego na obszar szeroko rozumianej tożsamości i kultury, gdzie może się ona toczyć na nieograniczonej liczbie frontów, trwając w postaci permanentnej ideologicznej awantury. W ramach owej awantury można następnie dowolnie mnożyć rzekome „wykluczone grupy interesariuszy”, których domniemane „uzasadnione roszczenia” mogą służyć jako narzędzie dowolnie szeroko zakrojonej gospodarczej reglamentacji i ideologicznej cenzury.
5. Permanentna katastroficzna propaganda strachu i normalizacja stanu „zarządzania kryzysowego”, wynikająca w sposób naturalny ze wszystkich poprzednich punktów.
Pełna, globalna realizacja wszystkich elementów powyższej agendy doprowadziłaby, rzecz jasna, do powstania społeczeństwa tak zdemoralizowanego, ogłupionego, marnotrawczego i dysfunkcjonalnego, że implodowałoby ono jeszcze szybciej, niż sowiecki komunizm wojenny – i to być może w sposób nieodwracalny. Nie jest to jednak wystarczająca pociecha biorąc pod uwagę fakt, że samobójczość podobnych wymysłów nigdy nie przeszkadzała zblazowanym, aroganckim ideologom używać wszystkich swoich wpływów politycznych i środków finansowych, aby próbować je urzeczywistniać, szkodząc w nieporównanie większym stopniu innym, niż sobie samym.

Większą pociechą może być tu zatem to, że im bardziej przerośnięta, kosztowna i wydumana jest dana wieża Babel, tym trudniej nawet rozpocząć na dobre jej budowę, mając zaś z wyprzedzeniem świadomość jej docelowego kształtu, tym łatwiej jest ową budowę sabotować – nawet jedynie na poziomie budzenia wspomnianej świadomości wśród jak największej liczby ludzi dobrej woli. Wszystkie wieże Babel są w ostatecznym rachunku skazane na upadek, ale warto wyprzedzająco zadbać o to, żeby nie skończyć pod ich gruzami – zwłaszcza jeśli wykazując podobną dbałość nie ma się nic do stracenia. Być może zaś nigdy dotąd nie było łatwiej jej wykazywać – i być może nigdy dotąd nie była ona pilniejsza.

Jakub Bożydar Wiśniewski
 
Do góry Bottom