Etatyzm w II RP

pawel-l

Ⓐ hultaj
1 850
6 884
Kilka zachomikowanych artykułów o II RP.
Tak rozwijała się Polska w ostatnich 100 latach
druga dekada II RP okazała się okresem bezpośredniej interwencji państwa i stagnacji gospodarczej. Jak wskazuje, błędy w polityce pieniężnej sprawiły, że pomimo niskiego poziomu uprzemysłowienia Wielki Kryzys dotknął Polskę równie silnie co USA. - Państwo nieudolnie próbowało zastępować kapitał zagraniczny w roli silnika wzrostu, co ostatecznie przerwał wybuch II wojny światowej - twierdzi.


Piłsudczycy cofnęli nas w rozwoju. To wtedy wyprzedziła nas Japonia
Symptomatyczny dla stosunku sanacji do gospodarki, a szczególnie małego biznesu, jest przypadek łódzkiego przemysłu bawełnianego. Działania państwa doprowadziły do zapaści sektora i zejścia do podziemia. Ale może od początku.

Państwo według sanacji miało po samarytańsku ratować duże firmy prywatne, żeby nie wysyłać na bruk na raz wielu pracowników. Dlatego jedna z największych fabryk włókienniczych w Europie - Zjednoczone Zakłady Włókiennicze K. Schreibera i L. Grohmana SA - gdy Wielki Kryzys zagroził jej istnieniu, mogła liczyć na pomocną rządową dłoń.

Zakłady zatrudniały około 10 tys. pracowników i władza nie chciała pozwolić, żeby trafili na bezrobocie. Banki prywatne nie chciały już kredytować działalności, więc w maju 1930 roku podjęto decyzję, że kredyt da BGK.

Kredyt w wysokości 22,3 mln zł (dzisiejsze - 223 mln zł) trafił do firmy, co jednak na długo nie pomogło i w połowie 1931 roku firma miała deficyt 22,1 mln zł. „Karol Szrajber junior i Henryk Grohman załamują ręce i proszą rząd o pomoc” - opisuje Suchodolski.

Władze udzielają gwarancji, tolerują zaległości podatkowe... i wszystko na nic. W końcu BGK przejmuje za długi 55 proc. akcji firmy w 1933 roku. Tym samym upaństwawia prywatną firmę. Ale w ciągu trzech lat „pomagania” prywatny jeszcze zakład wykończył prawie całą branżę w Łodzi. Jak to zrobił?

Szrajber i Grohman wymyślili sobie, że pomoc państwa wykorzystają do wybicia konkurencji, bo przez nią marże były za niskie. Gdyby się udało, to działaliby na większą skalę i udałoby się zarobić. Korzystając z kredytów państwowych banków i łagodnego podejścia państwa, sprzedawali swój produkt poniżej kosztów wytwarzania. Mniejsi producenci, już bez pomocy państwa, które nie rekompensowało im sztucznie zaniżonych cen, po prostu padali.

Szacuje się, że po fali upadłości pracę w mniejszych firmach straciło łącznie 20 tys. ludzi. Wszystko po to, żeby uratować miejsca pracy dla 10 tys. zatrudnionych w źle zarządzanej firmie. Innymi słowy z 30 tys. pracujących legalnie, zostało 10 tys., choć gdyby sztucznie nie utrzymywano nierentownej firmy, mogłoby nadal pracować dwa razy więcej. Miasto liczyło wówczas ponad 600 tys. mieszkańców.

Przez Łódź przez dwa lata przetaczały się strajki z powodu nacisku fabrykantów na obniżkę pensji. Mniejszy przemysł włókienniczy przeniósł się w dużej mierze do podziemia. Przedsiębiorcy nie płacili podatków, nie inwestowali w maszyny - kupowali od hurtownika bawełnę, oddawali do wyprzędzenia i sprzedawali pokątnie. Wyzyskując przy tym robotnika do maksimum. Skoro straciło pracę 20 tys. osób, to na czarnym rynku można było nimi pomiatać. W ten sposób przyjazna podobnież ludowi władza, wprowadziła ten lud w kłopoty.

Czego nas uczą gospodarcze klęski II RP, czyli niebezpieczeństwa polexitu i mit interwencjonizmu

Dążności etatystyczne w Polsce - ADAM HEYDEL
Etatyzm, jako system nadmiernego wtrącania się władzy w życie gospodarcze w drodze przymusu ma w Polsce stare tradycje.
 
OP
FatBantha

FatBantha

sprzedawca niszowych etosów
Członek Załogi
7 600
20 575
Jak wyglądała polska energetyka w 1918 roku?
11 listopada 2018
Z czego produkowaliśmy energię elektryczną sto lat temu? Kto mógł sobie pozwolić na elektryczność w domu? Z jakich urządzeń elektrycznych można było skorzystać i ile to kosztowało? Jak polska energetyka wypadała na tle Europy w chwili odzyskana niepodległości?

Gdy na początku 1917 roku czuć było już, że wojna dobiega końca, a Polska odzyska niepodległość, Alfons Kühn, późniejszy minister w kilku rządach II RP i dyrektor Elektrowni Warszawskiej dał się porwać takim marzeniom:

„Wyobraźmy sobie, że cud zamienił Polskę w kraj urządzony na modłę zachodnio-europejską, lub amerykańską. Mamy więc do dyspozycyi w każdej miejscowości energię elektryczną, która umożliwia najskromniejszemu rzemieślnikowi zastosować silnik elektryczny i kilkakrotnie powiększyć wytwórczość jego pracy; mamy wielki przemysł, stosujący urządzenia elektryczne i konkurujący skutecznie z zagranicą; ulice miast i miasteczek są oświetlone, przez co zyskaliśmy bezpieczeństwo i wygodę; mamy oświetlenie pałaców, domów i chat wieśniaczych, przez co ulepszyły się hygienicznie warunki naszego życia domowego i zmniejszyliśmy liczbę pożarów, wypadków z ogniem i t.p.; miasta, miasteczka i wsie połączone są siecią kolei i tramwajów elektrycznych, mamy połączenie telefoniczne wszystkich mieszkań całej Polski.”

„Ale cud, był snem. Obudziliśmy się w Polsce i ujrzeliśmy się skupieni grupkami, dalekiemi od siebie, dowiadującemi się z gazet po kilku lub kilkunastu dniach o tem, że gdzieś w Warszawie życie bije nocnem tętnem, że dobrodziejstwa o których śniliśmy, są dobytkiem garstki wybranych, zamkniętych na terenie miasta. I oto zapragnęliśmy, by cud stał się rzeczywistością, by obywatel Lublina, Przasnysza, Kozienic, Małej Wólki korzystał z dobrodziejstw obywatela Warszawy, by stał się mu blizki, rozmawiał z braćmi z Warszawy, Lwowa, Poznania i Wilna” – pisał jeden z najwybitniejszych polskich energetyków epoki zaborów i dwudziestolecia międzywojennego, cytowany w przygotowywanej przez dziennikarzy WysokieNapiecie.pl książce „Wiek energetyków. Opowieść o ludziach, którzy zmieniali Polskę”, której mecenasem są Polskie Sieci Elektroenergetyczne.

Rzeczpospolita wkraczała w niepodległość wyniszczona wojną, okradziona przez niemieckiego okupanta nawet z przewodów elektrycznych, a przez bolszewików ze zdeponowanych w Rosji majątków przemysłowców. Byliśmy wyraźnie lepiej rozwinięci od Rosji, ale znacznie gorzej od Niemiec.



W kraju istniało kilkadziesiąt większych elektrowni. Po zniszczeniach wojennych i spadku produkcji z pierwszych lat wojny, dzięki poświęceniu pracowników, zdążyły się już na szczęście odbudować. Rok 1918 zamknął się krajową produkcją elektryczności na przedwojennym poziomie 0,6 TWh (w 2018 roku będzie to ok. 167 TWh). Moc działających elektrowni wciąż nie była jeszcze pełna, ale wracała już do przedwojennego poziomu ok. 400 MW (dziś to ponad 44 tys. MW).

Energię niemal w 100% pozyskiwaliśmy ze spalania węgla (dziś w ok. 80%), choć jeszcze w czasach zaborów zrodziły się plany budowy elektrowni wodnych, jak działo się to na Zachodzie.

Choć pierwsze elektrownie przemysłowe powstały w Polsce w latach 80. XIX wieku, a miejskie dekadę później, to w 1918 roku elektryczność wciąż docierała zaledwie do garstki mieszkańców większych miast. Białą plamą na mapie elektryfikacji były Kresy Wschodnie.



Większość z nich wybudowały i zarządzały prywatne koncerny – głównie z Niemiec, Francji i Belgii. Powstawały na podstawie kilkudziesięcioletnich koncesji na elektryfikację miast. W umowach ustalono także ceny.

Ich poziom był na tyle wysoki, że za nauczycielską pensję można było w 2018 roku kupić ok. 300 kWh energii elektrycznej (dziś można ok. 3600 kWh). Jednak dysproporcje w wynagrodzeniach były dużo większe, niż obecnie, więc pracownik fizyczny mógł sobie 100 lat temu pozwolić na zaledwie 50 kWh, a minister niewiele mniej, niż dzisiejszy nauczyciel – 3200 kWh.

Dużo niższe niż obecnie, było oczywiście zużycie. Przeciętna rodzina, o ile była podłączona do elektryczności, korzystała z dwóch żarówek i… tyle. Przeciętne miesięczne zużycie u prywatnego odbiorcy wynosiło w 1918 roku ok. 5 kWh (dziś to ok. 160 kWh).

Całkowite roczne zużycie energii elektrycznej per capita w chwili odzyskania niepodległości wynosiło w Polsce ok. 38 kWh. Dla porównania w Niemczech jeszcze przed wojną przekroczyło 200, a w USA zbliżało się do 400 kWh.


Fasada Elektrowni Powiśle, największej elektrowni miejskiej w listopadzie 1918 roku
Polscy energetycy, wykształceni zwykle na Zachodzie i z doświadczeniem wyniesionym z takich koncernów jak Siemens i AEG, mieli w końcu okazję budować podstawy gospodarcze niepodległej Polski. Do pracy zabrali się wyjątkowo szybko. Pierwszą spółką akcyjną zarejestrowaną w Polsce, zaledwie trzy tygodnie po odzyskaniu niepodległości, była „Siła i Światło”.

Jak wspominał Janusz Regulski, który objął w niej funkcję dyrektora finansowego: „z perspektywy kilku dziesiątków lat, wprost trudno zrozumieć, w jaki sposób zdołano zebrać początkowy kapitał akcyjny w sumie 10 milionów marek [polskich – przyp. aut.]. Złożyło się na to wiele czynników natury bardziej emocjonalnej niż materialnej. A więc przede wszystkim chęć włączenia się do budowy własnego państwa […]. Posiadanie akcji polskich stanowiło w pierwszym okresie swego rodzaju dowód spełnienia obowiązku obywatelskiego i uzasadniony powód do dumy”.

Czytaj także: Ile prądu oszczędzamy na zmianie czasu

Tak zaczynała się budowa polskiej energetyki. O jej dalszych losach będziemy pisać w kolejnych artykułach powstających na kanwie książki „Wiek energetyków. Opowieść o ludziach, którzy zmieniali Polskę”.
 

pawlis

Samotny wilk
2 382
8 871
Poradnik przechodzenia przez ulicę. Czy poradziłbyś sobie z tym sto lat temu?

Z przechodzeniem przez ulicę nie ma żartów – wie o tym nawet przedszkolak. Autorzy poradnika z 1937 roku przenieśli jednak problem bezpieczeństwa ruchu pieszego na zupełnie inny poziom. Interesowało ich nawet to, czy przechodzień ma poplamione ubranie. I decydowali, kogo można, a kogo nie należy trzymać za rękę.

Już sam początek wydanej w 1937 roku w Warszawie broszury Jak przejść ulicę? nie skłaniał do błahego traktowania tematu. „Aby nie narazić się na niebezpieczeństwo lub zapłacenie kary mandatowej, a nawet areszt, zastosuj się do wskazań, zawartych w niniejszej broszurze” – grzmieli autorzy.

Nie przyspieszaj na zakrętach
W okresie międzywojennym wcale nie było jednak łatwo stać się idealnym przechodniem. Czytelników, którzy myśleli, że wystarczy iść po chodniku (a nie po jezdni) i możliwie bezkolizyjnie wymijać innych, czekała nie lada niespodzianka.

Po pierwsze, mogło się okazać, że… w ogóle nie powinni korzystać z chodnika! Autorzy byli bezlitośni: wszystkich tych, którzy nosili ciężary, prowadzili zwierzęta, szli w pochodzie lub po prostu… mieli ubranie na tyle brudne, że mogło poplamić innych, zsyłali na jezdnię. Albo w niebyt.


Poprawny ruch pieszy według autorów broszury „Jak przejść ulicę?” (fot. domena publiczna).
Na problemach z samym dołączeniem do uprzywilejowanej grupy użytkowników chodnika kłopoty się nie kończyły. Od przechodniów bez psów, ciężarów czy plam na płaszczach oczekiwano bowiem, by poruszali się w określony sposób. Jak głosił poradnik:

Przechodnia, idącego wolnym krokiem przed wami, należy wyminąć z lewej strony.

Tamowanie ruchu pieszego na chodnikach przez zatrzymywanie się w nieodpowiednich miejscach jest wzbronione.

Na skrzyżowaniach ulic tj. na rogach nie wolno chodzić przyspieszonym krokiem.

Co więcej, istniało również kilka reguł skierowanych do grup, choć zasadniczo autorzy podkreślali, że „chodzenie w grupach, liczących więcej niż trzy osoby, jest wzbronione”. Te większe powinny poruszać się po prostu na jezdni – oczywiście, z przewodnikiem.

Na chodniku nawet na grupy trzyosobowe patrzono podejrzliwie – zbrodnią, równą chyba tylko rzucaniu na ziemię skórek pomarańczy czy pestek wiśni, było zwłaszcza chodzenie w trójkę pod rękę.

Przeczytaj też: Przyczyny śmierci w przedwojennej Polsce. Na co umierali nasi pradziadkowie?
Jeśli już ktoś upierał się, że nie będzie szedł chodnikiem samotnie, mógł chodzić w parze. Powinien tylko pamiętać, by w odpowiednim momencie zawiesić rozmowę. Jak bowiem upominano:

Przechodzenie przez ulice wymaga rozwagi, nie należy wiec rozpraszać uwagi na czynności postronne, jak przecieranie szkieł, prowadzenie dyskusji, czytanie gazety itp.

Wielka próba
Prawdziwym sprawdzianem dla przechodnia było oczywiście przechodzenie przez ulicę. Jak należało to robić poprawnie? Autorzy broszury wyjaśniali:

Przechodzić przez jezdnię należy krokiem przyspieszonym, zwracając uwagę do połowy jezdni na pojazdy, najeżdżające z lewej strony, a od drugiej połowy jezdni, z prawej strony.


Zagrożenia, czyhające na przechodnia przekraczającego skrzyżowanie ukośnie, autorzy przedstawili na ilustracji (fot. domena publiczna).
Jakby tego było mało, trzeba było również pamiętać o zachowaniu odpowiedniego dystansu od przejeżdżającego pojazdu. „Należy trzymać się co najmniej w odległości 2 metrów od pojazdu, zasłaniającego nam widok” – upominano pieszych.

Oprócz tego kazano im obserwować zachowanie woźniców: położenie bicza było bowiem zdaniem twórców broszury doskonałym wskaźnikiem tego, gdzie dany kierowca jedzie. Przechodzić zaś należało, rzecz jasna, tylko pod kątem prostym. Przecinanie ukośne dwukrotnie zwiększało ryzyko kolizji, co autorzy wyjaśnili zresztą na osobnej ilustracji.

Jednego tylko zjawiska autorzy w swojej broszurze nie uwzględnili. Co z przechodniem, który nie potrafi spamiętać wszystkich tych reguł i co chwilę zatrzymuje się, by skonsultować swoje zachowanie z poradnikiem?
 

pawlis

Samotny wilk
2 382
8 871
Jakiś czas temu przeczytałem Sowietów i Pakt Piłsudski-Lenin Zychowicza wypożyczonych z biblioteki. Świetne rzeczy, która w przystępny i dosadny sposób jaką chujnią był komunizm. Jednocześnie pokazuje jaką też chujnią była II RP i dlaczego można ją również oskarżać o to, że mieliśmy PRL:

Sowieci:
* Rozdział o Feliksie Jaworskim - patriota z Kresów, który brawurowo tępił bandy bolszewików mordujące ziemian, a następnie sławiący się w wojnie polsko-bolszewickiej. Aż chciałoby pisać, że idealny model patrioty do uczenia się w szkołach. Jak zareagowali piłsudczycy na jego działania? Pochwalili go? Dali mu medale? Takiego! Wypominali mu, że za carskiej Rosji był w armii, więc zdrajca. I wyzywali go jako "sługusa reakcji" (aż chce się powiedzieć, że PRL był świetnym uczniem!) i mówili, że - uwaga - jego bohaterskie i skuteczne akcje były niepotrzebną i szkodliwą brawurą (!!!). I gdy Jaworski dowiedział o zakończeniu wojny polsko-bolszewickiej i tym, że dawne emanujące polskością terytoria znalazły sie pod butem sowieckiem (bo to latyfundia obszarników), poczuł się oszukany.
* Podobnie II RP obeszła z Stanisławem Bułakiem-Bałachowiczem, który ze swymi wielokulturowymi oddziałami też tępił bolszewików. I żeby nie urazić bolszewików II RP nie przyjęła Bałachaowicza do Wojska Polskiego, nie dała mu stopnia generała oraz odrzuciła wniosek o przyznanie mu ordera Virtuti Militari
* Sprawa Borisa Kowerdy - białorusiński chłopak mieszkający w Polsce i cieszący się nieposzlakowaną opinią zastrzelił Piotra Wojkowa, posła ZSRR będący w Polsce w misji dyplomatycznej. Kowerda, który swego czasu mieszkał w Samarze i doświadczył czerwonego terroru. Powodem było to, ze Wojkow brał udział w zamordowaniu cara Mikołaja II. ZSRR dostał sraczki, wiadomo. Młodego postawiono przed sądem i bronili go najznamienitsi polscy adwokaci i wskazywano na jego uniewinnienie. Ku szoku wszystkich na sali sąd skazał Kowerdę na dożywocie (później zmieniono na 15 lat więzienia), bo polski rząd w żenujący sposób płaszczył się przed cyt. "bandą bolszewickich gangsterów" i robił wszystko, by nie czuli się urażeni. Zychowicz przytacza fragment z Mackiewicza przytaczający analogiczną sprawę Ormianina, który w Berlinie zabił byłego premiera Imperium Osmańskiego, który odpowiedzialny był za ludobójstwo Ormian i sąd niemiecki go uniewinnił.
* Rozdział Wpadki polskich szpiegów - opisuje jak polski wywiad dawał się OGPU i jego nastepcom podchodzić jak dziecko i popełniał głupie szkolne błędy. Na szczególną uwagę zasługuje wręcz karygodny poziom zabezpieczenia kontrwywiadowczego placówek i zatrudnianie nieodpowiedniego personelu pomocniczego, który mógł zostać łatwo przekabacony przez sowieckie służby za dosłownie za butelkę wódki. Zychowicz także podkreślił, że sowiecka bezpieka robiła wszystko, by przejąć polskich szpiegów i podpierając się Wieczorkiewiczem wskazuje, że Tadeusz Kobylański został zwerbowany przez Sowietów i to ten jegomość przekonywał Becka, że "panie! ZSRR jest za słaby i nie ma co się peniać o atak z ich strony". Jak widać historia pokazała co innego...

Pakt Piłsudski-Lenin:
* Piłsudski i s-ka nie zgadzali się na sojusz z "białymi", nawet tymi najbardziej skłonnymi do kompromisu i ustępstw, bo to "reakcja". Za to wzięli do współpracy Borisa Sawinkowa, którego Zychowicz opisał jako gościa, który mentalnie nie różnił się od bolszewii. Ogólnie Zychowicz podkreślił, że w czasie carskiej Rosji PPS i komuchy trzymały ze sobą sztamę, bo miały wspólny cel ("Precz z carem").
* Obalona zostaje też teza, jakoby władze polskie nie wiedziały czym okażą się rządy komunistyczne.
* Zychowicz zwraca uwagę, że Piłsudski nie był jedynym winnym i chwali go za pomysł z federacją. A tym planom Piłsudskiego przeszkodzili oddelegowani do Rygi idioci z PSL i endencji, którzy byli oczadzeni wizją Polski dla Polaków i pokazaniem środkowego palca Ukraińcom, Białorusinom i zostawieniem ich na pastwę bolszewii.
* Alfred Joffe, reprezentujący w Rydze stanowisko ZSRR, chciał oddać Polsce Białoruś. I jakim szokiem dla niego było to, że strona polska odmówiła tej propozycji. Szczególnie Stanisław Grabski (określany przez autora jako jeden z największych szkodników Polski) grzmiał, że Białoruś to jest pierwsza do bolszewii, a Mińsk jest wyścielany Żydami. A prawda była taka, że Białorusini byli najbardziej przychylni Polsce i najłatwiej się asymilowali z Polakami i podczas II wojny światowej byli najbardziej lojalni z pośród narodów słowiańskich.
* Podobnie Grabski wypiął na się utworzenie rządu sojuszniczego na Ukrainie, bo sojusz polsko-ukraiński był "układem między Piłsudskim a Petlurą nie ratyfikowanym przez Sejm, a więc nie obowiązującym". Nie wpuszczono przedstawicieli ukraińskich na obrady. Gdy Ukraińcy się o tym dowiedzieli, sądzili, że to jakaś prowokacja. Tym samym legły w gruzach marzenia o ukraińskiej państwowości wyrwanej spod wpływów rosyjskich. Skończyło się tym, że wielu Ukraińców porzuciło propolską orientację i wzmogły się wśród nich nacjonalistyczne idee, gdzie to Lachy są ich wrogiem nr 1.
* W ogóle Joffe szedł do Rygi z nastawieniem, że Sowieci już przegrali i był zaskoczony, że strona polska nie robiła mu żadnych komplikacji
* Mniejsze narody - Ukraińcy, Białorusini, Kozacy i Rosjanie - które walczyły u boku II RP, w wyniku traktatu ryskiego zostały przez II RP sprzedane ZSRR jak alianci nas w Jałcie. M.in. złamali porozumienie polsko-ukraińskie i zamiast uznać ukraiński rząd Symona Petlura uznali ten złożony z agentów Czeki, nawet nie Ukraińców. Na wieść o tej zdradzie część polskich ministrów podało się do dymisji, a Piłsudski miał z tego powodu autentyczne wyrzuty. I o ile sprzedanie Polski ZSRR nie zaszkodziło interesom USA i UK, tak Polska w 1921 r., zdradzając swoich sojuszników, szkodziła tymczasem sobie i dała kolejny powód do czkawki jaka się odbiła 17 września 1939.

Ech... jak czytałem te dwie pozycje jakbym widział obecne rządy polskie...
 
Ostatnia edycja:

pawlis

Samotny wilk
2 382
8 871
Czas obalić mit sanacji

Tak się symbolicznie stało, że 12 maja obchodzimy zarówno rocznicę zamachu majowego, jak i śmierci J. Piłsudskiego, który dziewięć lat wcześniej dokonał owego zamachu na demokrację. Nie zrozumiemy tego, dlaczego dzisiaj połowa Polaków ma zamordystyczne i autorytarne poglądy oraz popiera paradyktatorów, bez uświadomienia sobie, że przynajmniej częściowo jest to spowodowane faktem kultu, jakim otoczony jest w naszym kraju dyktator Piłsudski oraz jego sanacyjny i niedemokratyczny reżim.

Najpierw jednak fakty. Zamach majowy to było wojskowe obalenie legalnie wybranej władzy. Przez wojsko i Piłsudskiego. W jego wyniku zginęło w ciągu czterech dni około czterystu osób. To ponad dwa razy więcej, niż w stanie wojennym. Pan marszałek oraz jego umundurowani pałkarze po prostu i zwyczajnie przejęli władzę za pomocą zabijania swoich przeciwników.

W wyniku owego zamachu wprowadzono system, który nie był już demokracją, lecz coraz bardziej brutalną dyktaturą. Wybory brzeskie, represje wobec posłów opozycji, Bereza Kartuska, wreszcie konstytucja kwietniowa – wszystko to sytuowało nas w ówczesnej Europie po stronie Włoch, Portugalii, Węgier czy Hiszpanii, a nie Czechosłowacji czy Francji. To nie kwestia upodobań modowych, że przywódcy tych pierwszych państw chodzili w mundurach, a premierzy tych drugich w garniturach.

W Berezie Kartuskiej, polskim obozie koncentracyjnym dla przeciwników rządu, do którego trafiało się bez wyroku sądu, osadzonych było kilka tysięcy endeków, komunistów, socjalistów, Ukraińców i innych, których dyktatorska władza uznała za groźnych dla siebie. Kilkunastu (być może kilkudziesięciu – w zależności od źródeł historycznych) więźniów zostało tam zamordowanych. Prawie wszyscy byli bici i torturowani. Tylko w latach 1932-1937 z rąk policji zginęło ponad osiemset osób, które brały udział w protestach społecznych. Posłowie na Sejm byli bici przez grasujące bojówki sanacyjnych żołdaków. Żydowscy studenci siedzieli na uniwersytetach w osobnych ławkach.

Taka była Polska kierowana przez Piłsudskiego. Już po jego śmierci, na kilkanaście miesięcy przed swoim upadkiem, dokonała rozbioru Czechosłowacji, w porozumieniu i we współpracy z Hitlerem. Tak, tak – nasza najjaśniejsza RP rzuciła się na kawałek mordowanego przez III Rzeszę sąsiada i ogłosiła to jako dowód swej wzrastającej potęgi. Na kilkanaście miesięcy przed swym upadkiem.

Wojciech Korfanty, przywódca Ślązaków, któremu ostatnio nasza dobrotliwa władza ufundowała pomnik w Warszawie, nie dożył owego upadku. W 1935 roku musiał uciekać do Czechosłowacji bojąc się więzienia. Po jej zajęciu udał się do Francji. Wrócił w kwietniu 1939 roku. Został osadzony na Pawiaku. Jego zdrowie pogarszało się z każdym dniem, więc wreszcie został wypuszczony z więzienia w lipcu, z obawy, że umrze za kratami. Miesiąc później już nie żył. Podobnie smutne były losy Wincentego Witosa, którego także każda obecna władza celebruje. Ten trzykrotny premier RP musiał uciekać z Polski Piłsudskiego już w 1933 roku. Wrócił na krótko przed wojną. Też był aresztowany, ale nieco szybciej wypuszczony. Powtarzam – trzykrotny premier Polski.

Taka była wasza wyśniona II RP. Jej dyktator w pogardzie miał demokrację, upokarzał sejm i posłów, wyzywał ich najgorszymi słowami. Gdy umierał, Polska była dyktaturą, niewiele różniącą się od parafaszystowskich reżimów Franco czy Salazara. Biedną, zacofaną, autorytarną, stosującą getto ławkowe dla Żydów, utrzymującą obóz koncentracyjny dla swoich przeciwników, łamiącą większość zasad demokratycznych.

Po wojnie komuniści, co oczywiste, potępiali sanację. A wszyscy ci, którzy potępiali komunistów, równie oczywiście gloryfikowali sanację. W ten oto bezmyślny sposób weszliśmy w 1989 roku w niepodległość i z rozpędu, bez żadnej refleksji, nastąpił renesans miłości do marszałka i II RP. Zaczęto nazywać jego imieniem szkoły, place, ulice. Stawiano mu pomniki – oczywiście najczęściej w mundurze.

Dlatego nie dziwmy się dziś, że połowa Polaków ma tendencje autorytarne. Jeśli bohaterem narodowym, o którym dzieci uczą się w szkole, którego portrety wieszają sobie w domach politycy i liderzy opinii, jest były dyktator, to dlaczego niby oni mieliby mieć w poważaniu demokrację? Wszak ich idol i symbol polskiej niepodległości pogardzał demokracją, a o konstytucji mówił tak: „ja tego, proszę pana, nie nazywam Konstytucją, ja to nazywam konstytutą. I wymyśliłem to słowo, bo ono najbliższe jest do prostituty. Pierdel, serdel, burdel”.

Inklinacje milionów naszych rodaków do zamordyzmu, autorytaryzmu, rządów twardej ręki, dyktatorskich zapędów władzy, lekceważenia demokracji i wolności nie wzięły się znikąd. One są wytłumaczalne socjologicznie, politologicznie i historycznie. Jednym z powodów tego, że część z nas jest po prostu parafaszystami, jest stosunek państwa polskiego do dziedzictwa sanacji, a mówiąc bardziej konkretnie – włączenie jej myśli i praktyki do dziedzictwa politycznego państwa polskiego oraz uczynienie z jej twórcy i patrona bohatera narodowego.

Jeśli chcemy zwalczyć zamordyzm obecny w głowach dużej części Polaków, musimy zacząć obalać mit sanacji. Od akceptacji (a przynajmniej milczącego przyzwolenia) jej niedemokratycznych założeń przejść do ich jawnej krytyki, a zakończyć obaleniem jej mitu. Z realnymi pomnikami owego mitu włącznie. Nie będzie wolnym i demokratycznym to społeczeństwo, którego bohaterem jest dyktator.
 
Do góry Bottom