ALBERT JAY NOCK

D

Deleted member 427

Guest
Mój ulubiony libertarianin, że się tak wyrażę - prekursor anarchokapitalizmu. Jak wiadomo, akap jako ideologia to jeszcze świeżynka, w dodatku zaczęła się ona krystalizować w najgorszym dla wolności okresie, bo równocześnie z prusycyzacją amerykańskich elit politycznych, tworzeniem podwalin filozoficznych nowoczesnego protekcjonizmu/interwencjonizmu (trzytomowa ekonomia polityczna Henry'ego C. Careya), tłumieniem ruchów secesyjnych (republikanizm Lincolna) oraz powstawaniem supermocarstw demokratycznych i rozmaitych mutacji marksistowskich totalitarnych dyktatur.

Anarchokapitalistyczna myśl wolnościowa wykiełkowała na gruncie amerykańskim, czyli na wskroś indywidualistycznym. Reprezentowany przez Spoonera i Tuckera "anarchizm bostoński", stojąc w opozycji do anarchizmu komunistycznego, był koncepcją, w której wrogość do instytucji państwa i odebranie władzy państwowej jakiejkolwiek legitymizacji moralnej idzie w parze nie z dążeniem do zniesienia własności prywatnej, lecz przeciwnie - oparcia wszelkich więzi międzyludzkich na swobodnych kontraktach i maksymalnym pomnażaniu konkurencji na wszelkich możliwych szczeblach. Jednakże "właściwym" prekursorem anarchokapitalizmu był dopiero libertariański filozof/socjolog/historyk Albert Jay Nock, przy którym Rothbard to amator i epigon co najwyżej.

Nock był nieprzejednanym przeciwnikiem centralizacji, podatków, regulacji, obowiązku edukacji, a także wszelkich form totalitaryzmu - bolszewizmu, faszyzmu, nazizmu, komunizmu, marksizmu oraz demokracji - zgodnie z arcyliberalnym credo, że w byciu wolnym nie chodzi o to, aby mieć maksymalny wpływ na rządy, ale żeby rządy miały minimalny wpływ na ciebie. Zresztą polska Wiki bardzo przystępnie streszcza poglądy Nocka, więc nie będę się tu wiele rozpisywał:

W latach trzydziestych XX wieku Nock był przeciwnikiem New Dealu, o którym twierdził, że jest wykorzystywany do zwiększenia kontroli państwa nad społeczeństwem. Twierdził, że dzięki temu programowi prezydent Franklin Roosvelt skupił w swoich rękach bezprecedensową władzę i nazywał to autentycznym zamachem stanu. Nie zgadzał się z opiniami, że jest to czasowy program naprawczy, twierdząc, że w konsekwencji spowoduje on trwałą zmianę. Był przekonany, że polityka inflacyjna republikańskiej administracji w latach dwudziestych XX wieku była przyczyną Wielkiego Kryzysu.

Był przeciwnikiem wojny i imperialnej polityki Stanów Zjednoczonych. Wierzył, że wojna przynosi społeczeństwu tylko szkody wyjaśniając, że nieuchronnie prowadzi do kolektywizacji i militaryzacji oraz umacnia wiarę w przemoc, na czym zawsze cierpią niewinne jednostki. W czasie I wojny światowej napisał The Nation, książkę, która ze względu na swój pacyfizm została ocenzurowana przez administrację prezydenta Wilsona. Przed II wojną światową w swoich artykułach potępiał interwencjonizm i politykę Roosvelata zmierzającą do wciągnięcia USA w działania wojenne.

 

Cokeman

Active Member
768
120
Kawador - zaloz ty se bloga pt: "Mieszkaniec Deadwood" i tam pisz wszystko o czym zakladasz dziesiatki nowych postow tu i na frizo. Potem tylko wklejaj linki w jakies sensowne wątki i bedzie git. Ewentualnie olej fora tylko zrob bloga z sensownym systemem komentarzy.

Prekursorem akapu byl chyba Moliniari. :)
 

FatBantha

sprzedawca niszowych etosów
Członek Załogi
7 858
22 003
Kawador jest na wiecznym spidzie, stąd ta ilość tematów. Napędza go mnogość dyskursów. ;) Ale to i dobrze, bo od czasu do czasu wrzuci coś, co przegapiłem. Tak jak było z Ganem-Ganowiczem.
 

Cokeman

Active Member
768
120
Za cienki na was jestem. Juz kiedys tu komuchowalem to o malo mnie nie wywalili. Trigger i reszta ekipy czuwa. Wracajmy do sprawy Nocka bo admini wrzuca temat do smieci i chuj wyjdzie.
Czy jest jakas ksiazka Nocka wydana w Polsce czy trzeba zasysac z mises.org?
 
OP
D

Deleted member 427

Guest
Jedna wyszła - "Państwo - nasz wróg". Nock opisał w niej tworzenie się USA (zaczyna od samego początku, czyli od korporacji królewskich), purytańskie korzenie Stanów Zjednoczonych, coraz większe totalitarne dążenia rządu amerykańskiego i coraz większą popularność idei socjalistycznych w USA, nie pozostawia też suchej nitki na kościele, zarzucając mu popieranie państwowego totalitaryzmu. Opisując szczegółowo różne teorie państwa i władzy, stwierdza że państwo jest albo złem koniecznym, albo złem nie do zniesienia, zarzuca państwu, że jest instrumentem wyzysku jednej klasy społecznej przez drugą, monopolizowanie prawa do walki z przestępczością zamiast zwalczania przestępczości, zachowania identyczne z zachowaniami organizacji przestępczych, stwierdza, że ład społeczny może opierać się na innych instytucjach niż państwo.
 

RiGhT_WiNg

Schizoid
233
42
Wyświetl wszystkie posty użytkownika Cokeman -> szukaj w postach i tytułach -> "komuchowanie"?

Nawet nie wiem czego mam szukać.
 
OP
D

Deleted member 427

Guest
Próbka pisarstwa Nocka (pochodzi z książki "Państwo - nasz wróg"):

Każdy uczciwy historyk, analizujący początkowy okres rozwoju państwa amerykańskiego, powinien odnotować podstawowy fakt, którego znaczenie jako pierwszy podkreślił Charles Beard, a mianowicie to, że kompania handlowa - The Massachusetts Bay Company - czyli korporacja handlowa utworzona z woli monarchy brytyjskiego w celu dokonywania kolonizacji kontynentu - stanowiła w rzeczywistości autonomiczne państwo. "Podobnie jak państwo - pisze Beard - miała swoją konstytucję, przywilej wydany przez Koronę, jak państwo, miała własną bazę terytorialną, nadział ziemi, której obszar był większy niż kilkanaście europejskich księstw, mogła wymierzać i pobierać podatki od wszystkich bez wyjątku, bić monetę, regulować handel, dysponować własnością korporacji, zarządzać skarbcem i dostarczać środków na cele obronne. Ta więc - i tu jest właśnie ta ważna uwaga, tak ważna, że ośmielam się wyróżnić ją - wszystkie zasadnicze elementy, które wiele lat później znalazły się w rządzie państwa amerykańskiego, wystąpiły już w działającej na podstawie przywileju królewskiego korporacji, która rozpoczęła rozwój cywilizacji angielskiej w Ameryce."

Nie ulega żadnej wątpliwości, że ustrój porządku cywilnego ustalony w Ameryce, tuż po przybyciu pierwszych osadników europejskich, był państwowym systemem "krajów macierzystych". Jedyną rzeczą, która go wyróżniała, było to, że klasa wyzyskiwana i uzależniona znajdowała się niezwykle daleko od klasy wyzyskującej i posiadającej. Kwatera główna autonomicznego państwa była po jednej stronie Atlantyku, zaś jej poddani - po drugiej stronie.

To rozdzielenie od samego początku sprawiało wiele trudności administracyjnych i aby im zaradzić, jedna z angielskich kompanii, wspomniana wyżej The Massachusetts Bay Company, przeniosła się w całości za ocean w 1630 roku, zabierając ze sobą wszystkie królewskie przywileje i większość akcjonariuszy i w ten sposób ustanawiając faktyczne autonomiczne państwo w Ameryce. Kompania Zatoki Massachusetts przywiozła za ocean swój królewski przywilej, aby posłużył jako konstytucja nowej kolonii i zgodnie z jego postanowieniami formą państwa była niezwykle mała i zamknięta oligarchia, co tylko potwierdza fundamentalną doktrynę każdego państwa, że funkcją rządu nie jest utrzymanie wolności i bezpieczeństwa, ale "wspomaganie biznesu". W ramach tej oligarchii, składającej się z urzędników królewskich i akcjonariuszy korporacji, prawo głosu przysługiwało jedynie członkom posiadającym akcje, czyli "ludziom wolnym" w rozumieniu państwa-korporacji, w oparciu o absolutną zasadę państwa wyłożoną wiele lat później przez Johna Jaya, a mianowicie, że "krajem tym powinni rządzić tylko ci, którzy są jego właścicielami". Po upływie roku kolonia Massachusetts liczyła sobie - być może, pewności nie mam - około dwóch tysięcy ludzi, z czego raptem dwadzieścia osób (może mniej) miało cokolwiek do powiedzenia o swym rządzie.

(...)

Historycy słusznie dostrzegli i odnotowali wielkie znaczenie teologii kalwińskiej w procesie wzmacniania antywolnościowej postawy Kompanii Massachusetts. Zasada działania kompanii była pod tym względem regułą, która od stuleci niezmiennie motywowała państwo. Marksistowska maksyma, że religia jest opium narodów stanowi albo niemądre, albo partackie pomieszanie terminów, jakże dla Marksa charakterystyczne, które zasługuje na najsurowszą naganę. Religia nigdy nie była opium dla mas i nigdy nie będzie. Jednak zorganizowane na wzór państwa chrześcijaństwo, które wcale nie jest tym samym, co religia chrześcijańska, stanowiło właśnie "opium" dla ludzi od samego początku czwartego stulecia i nigdy to "opium" nie zostało wykorzystane w celach politycznych sprytniej niż właśnie przez oligarchię kompanii Zatoki Massachusetts.

W roku 311 cesarz rzymski Konstantyn wydał edykt o tolerancji korzystny dla zorganizowanego chrześcijaństwa. Popierał on wówczas mocno ten nowy kult, obdarowując go bogatymi prezentami, a nawet zmienił swój sztandar - labarum, włączając do niego chrześcijańskie symbole (krzyż i inicjały Chrystusa w wieńcu oraz napis in hoc signo vinces), co było niezwykłym wyróżnieniem i w zasadzie nic go nie kosztowało. Historię o niebiańskim znaku, jaki miał się ukazać przed jego decydująca bitwą z wojskami Maksymina i Maksencjusza, można spokojnie odłożyć na półkę z bajkami o zjawach widzianych przed bitwą nad Marną. Jednakże Konstantyn sam nigdy nie stał się członkiem Kościoła, zaś tradycyjne przekazy, utrzymujące, że nawrócił się na chrześcijaństwo są więcej niż mocno wątpliwe. Ale to wystarczyło. Konstantyn doskonale wiedział, że z Kościoła można uczynić niezwykle skuteczna narzędzie władzy państwowej i potrzeba było doprawdy bardzo niewiele dyplomacji, by dostrzec ku temu właściwa drogę.

Porozumienie opierało się na prostym quid pro quo: w zamian za cesarskie uznanie i patronat oraz zapisy gwarantujące utrzymanie wysokiego oficjalnego dostojeństwa, Kościół powinien zaprzestać swojego przykrego i jakże dokuczliwego nawyku krytykowania realizacji polityki. W szczególności zaś powinien powstrzymać się od niekorzystnych komentarzy na temat administrowania środkami politycznymi przez państwo.

Ta umowa - w tej bądź innej formie - przewija się przez całą historię Europy. Są to warunki niezmienne - przy czym nigdy niewyrażane otwartym tekstem, gdyż rzadko zachodzi konieczność wprowadzania zastrzeżeń o niekąsaniu ręki, która karmi - każdego porozumienia, jakie zawarto od czasów Konstantyna między zinstytucjonalizowanym chrześcijaństwem i państwem, tj. władzą świecką. Takie były warunki porozumienia zawartego w Niemczech i Francji w czasach Reformacji, taką umowę spisali również przedstawiciele królewskiej korporacji w Massachusetts. V.L. Parrington w pierwszym tomie swojego monumentalnego dzieła o historii Ameryki przywołuje kolejne ustawy, które doprowadziły do ustanowienia kościoła jako instytucji zależnej od państwa i ściśle z nim współpracującej:

- rok 1631 przyniósł ustawę ograniczająca prawa wyborcze tylko do członków Kościoła;
- ustawa z 1635 roku zobowiązywała wszystkie osoby zamieszkujące terytorium kolonii do uczestnictwa w nabożeństwach kościelnych;
- ustawa z roku 1636 ustanowiła monopol państwa, na którego mocy do utworzenia nowego kościoła wymagana był zgoda zarówno władz kościelnych, jak i świeckich.
 

Cokeman

Active Member
768
120
Marksistowska maksyma, że religia jest opium narodów stanowi albo niemądre, albo partackie pomieszanie terminów, jakże dla Marksa charakterystyczne, które zasługuje na najsurowszą naganę. Religia nigdy nie była opium dla mas i nigdy nie będzie.
Nock nie czytał Rand chyba
Jednak zorganizowane na wzór państwa chrześcijaństwo, które wcale nie jest tym samym, co religia chrześcijańska, stanowiło właśnie "opium" dla ludzi od samego początku czwartego stulecia

A jak niby kosciol mial utrzymywac wyzyskiwanych poddanych krola w bezradnosci, poczuciu winy, stagnacji i depresji jak nie przez religie chrzescijanska ktora jest na wskros nihilistyczna w stosunku do tego swiata? Czy Nock byl chrzescijaninem? Jesli tak to kolejny pajac co gada - religia tak, wypaczenia nie. Chrzescijanstwo ze swoim nakazem altruizmu jest wielkim wypaczeniem.

Ayn Rand napisał:
Jeżeli na­uczysz się, jak rządzić duszą jednego człowieka, możesz zawładnąć resztą ludzkości. Dusza, Peter, dusza. Nie bicz, miecz, ogień ani ar­maty. To dlatego Cezarowie, Attyle i Napoleonowie byli głupcami i nie przetrwali długo. My przetrwamy. Dusza, Peter, to coś, czym nie można rządzić. Trzeba to złamać. Wbić klin, wepchnąć tam swo­je palce — i człowiek jest twój. Nie potrzebujesz bicza — przyniesie ci go i poprosi o biczowanie. Przeprogramuj go — i jego własny me­chanizm będzie pracował dla ciebie. Użyj go przeciwko niemu same­mu. Chcesz wiedzieć, jak to się robi? Pomyśl, czy kiedykolwiek cię okłamałem. Pomyśl, czy nie słyszałeś tego wszystkiego od lat, ale nie chciałeś zrozumieć, a zatem to ty jesteś sobie winien, a nie ja. Jest wiele sposobów. Oto jeden. Spraw, aby człowiek czuł się mały. Spraw, aby czuł się winny. Zabij w nim ambicję i uczciwość. To trud­ne. Nawet najgorsi z was na swój pokrętny sposób dążą do ideału. Zabij uczciwość, psując od wewnątrz. Wykorzystaj ją przeciwko niej samej. Nakieruj ją na cel niszczący wszelką uczciwość. Głoś bezinte­resowność. Mów mu, że musi żyć dla innych. Mów mu, że altruizm jest ideałem. Żaden z nich nigdy go nie osiągnął i żaden nigdy nie osiągnie. Żywy instynkt obecny w nim z krzykiem buntuje się przeciw niemu. Nie rozumiesz jednak, co uzyskasz? Człowiek zdaje sobie sprawę, że jest niezdolny do tego, co uznał za największą cnotę — i rodzi to w nim poczucie winy, grzechu, własnej bezwartościowości. Skoro najwyższy ideał jest nieosiągalny, stopniowo porzuca wszyst­kie inne ideały, ambicje, traci poczucie własnej wartości. Czuje się zobowiązany głosić to, czego nie potrafi czynić. Ale nie można być dobrym w połowie ani uczciwym mniej więcej. Zachowanie własnej uczciwości to ciężka praca. Po co zachowywać coś, o czym się wie, że już jest zepsute? Jego dusza porzuca szacunek dla siebie. I tu go masz. Będzie posłuszny. Będzie szczęśliwy, mogąc być posłuszny — bo nie może zaufać samemu sobie, czuje się niepewny, nieczysty.
 

Rebel

komunizm warstwowy
679
791
Odkopuję temat ponieważ uważam że Nock cieszy się zbyt małą sławą biorąc pod uwagę jak łebski to był gość. Jakiś czas temu czytałem Państwo nasz wróg (łatwo dostępna książka, kosztuje zaledwie kilkanaście zł). Gośc świetnie rozkminił w niej zasadę działania państwa i demokracji odzierając z całego propagandowego pierdolenia.Wszystko zilustrował masą historycznych przykładów, odbrązawiając przy tym amerykańską historię (nawet wojna o niepodległość nie była tak wolnościowa jak się wydaję). Na nie wielu stronach udało mu się zmieścić mnóstwo treści. Każdy kto choć trochę interesuję się polityką, wydarzeniami na świecie czy historią powinien przeczytać, niezależnie od swoich poglądów politycznych. Minusem jest jedynie zbyt wielki pesymizm autora bo z wielu miejsc wyłazi poczucia że "jest chujowo i nie da się nic z tym zrobić" i jest to lekko przesadzone.
I takie pytanie na koniec: jak sądzicie jest sens robienia audiobooka z tej książki i powrzócać na jakieś jutuby itp? Ktokolwiek będzie chciał tego słuchać, czy tylko włoży się w chuj pracy i czasu a i tak nikt tego nie przesłucha?
 

pampalini

krzewiciel słuszności, Rousseaufob
Członek Załogi
3 576
6 445
Niezły zbieg okoliczności - akurat wczoraj słuchałem przedwczorajszej rozmowy Molyneuxa i Tuckera o Nocku:

 

NapewnoNie

New Member
1
5
Skończyłam właśnie czytać Nocka Our enemy - the state w tłumaczeniu L. Koleka
//Dzięki TosiaBunio za eksemplarz

Traktat podzielony jest na 6 części, które pokazują w widzeniu Nocke kolejno zasadę państwa, jego genezę, historie na przykładzie usa, sposób działania, głęboką degeneracje u samych podstaw, którą państwo jest przesiąknięte i która jest konieczna przez nie i dla jego istnienia, kategorie w których powtarzalnie zachodzi regres dla każdej cywilizacji opartej na przemocy i grabieży.

Nie chce tu robić jakiegoś streszczenia, wiec skupie się na najciekawszych elementach:


Przedstawienie władzy społeczeństwa i władzy państwowej jako dwie strony tej samej klepsydry, gdzie poziom jednej z nich może wzrosnąć tylko kosztem tej drugiej.

Nocke bezlitośnie odziera państwo z całego jego statolatrycznego mistycyzmu, sprowadzając je s powrotem na ziemie do poziomu organizacji, która wszystko co jest w stanie, może robić tylko dzięki ludziom, którzy w nim partycypują. Cała władza państwa jest mu niejako dana przez społeczeństwo, jednak nie jest ono bytem samoistnym. Zawsze wiec stoją za nim ludzie, a ci mają swoje partykularne interesy, państwo zatem kompletnie nie odzwierciedla patriotycznego etosu strażnika dobra, prawdy, sprawiedliwości i uśmiechów bombelków. I choć można sobie wyobrazić różnych idealistów na stanowiskach, to jednak samo trzymanie w swoich rękach władzy wystarcza by większość ludzi uległa jej. Zresztą czym nie jest ideał w który wierzy idealista jak nie w jego rozumieniu jego własnym najlepszym interesem? Państwo zatem jest li brutalna machiną wymuszania woli jednych nad drugimi a słuszność czy nie słuszność tej woli staje sie sprawą drugorzędną. (chociaż pod koniec traktatu Nocke zdaje się puszczać oko do minarchii wyłączając ochronę wolności jednostek przez nie do innej kategorii jakby na przekór całej osnowy tekstu)​

Przedstawienie rewolucji, czy raczej w jego rozumieniu coup d'etat amerykańskiego nie jako szlachetnej walki o wolność jednostek, a wręcz przeciwnie zwyczajnej walki o władze, która siłą rzeczy z racji okoliczności historycznych chwilowo zwiększyła też wolność jednostek, poprzez zmniejszenie władzy państwa

Zwykło się zwłaszcza wśród liberalnych i libertariańskich środowisk myśleć o rewolucji amerykańskiej jako o wielkim wolnościowym zrywie, który przeistoczył się z czasem w bardziej klasyczne państwo europejskie. Nocke jednak argumentuje, że nowo powołana federacja była tylko wydłużeniem tego samego państwa kupieckiego, które miało 13 kolonii, z tą różnicą może, że na skutek partykularnych interesów części z posiadaczy nastąpiło ich scalenie w jeden państwowy byt raczej, niż 13 osobnych podporządkowanych innemu - brytyjskiemu państwu kupieckiemu. Implikacje zdają się być oczywiste, budując na fundamencie przemocy, państwie gdzie laissez-faire traciło swój sens i stawało się tylko kolejnym pustym hasłem służącym kolejnemu zwiększaniu władzy państwa. Tu w mojej opinii kryje się wielka przestroga, którą można wyciągnąć z Nocke, którą również widać w jego krytyce w stosunku do deklaracji niepodległości, czy konstytucji usa. Choć rzekomo miały gwarantować wolność/ ograniczać państwo z czasem albo odchodziły z poważania bez wiekszego trudu, albo wręcz przeciwnie, stawały się przeciwieństwem tego, czego rzekomo miały bronić. Każdy tekst, idee, nazwe dało sie i będzie się dało interpretować w odpowiedni pokrętny sposób, by zamiast służyć wolności stanowiła argument za zwiększeniem państwa. Tak jak liberalizm potrafi poprzez równość wobec prawa iść w równość szans dla dzieci (edukacje publiczna) by ostatecznie wyewoluować na poziomie dzisiejszej socjaldemokracji, albo wręcz socjalizmu pokroju xix wiecznego Proudhona. W końcu jak można mówić o sprawiedliwości czy równości podmiotów, które to idee stoją u podstaw państwowości w liberalnym wydaniu, jeśli nieubłagane prawa rzeczywistości obdarzają każdego człowieka innymi warunkami rozwoju, innym potencjałem, kolorem skóry, klasą rodziców czy poziomem majątkowego dobrobytu w okresie dorastania.​

Związanie wolności z własnością, konkretniej posiadaniem ziemi.

Choć jest to swoisty topos w rozważaniach na temat natury własności, jak i natury państwa. Nocke pokazuje, że najbardziej podstawową formą władzy państwa jest własnie prawo własności, które to wykorzystuje roszcząc je sobie wobec podporządkowanych mu jednostek.​
Jest też ukryta w tym pewna groteska, gdy samo istnienie instytucji własności prowadzi w konsekwencji do powstania i wzrostu potężnego jej wroga - państwa. Można odnieść wrażenie, że Nocke mruga tu okiem w stronę anarchistów pokroju B.Tuckera, niemniej jednak jest to głównie krytyka tego co robi państwo poprzez prawo pierwokupu, ograniczanie własności społeczeństwa na rzecz własnej. Widzę w tym jednak pewien fatalizm -> Człowiek nie jest wolny póki nie ma własności, jednak nikt nie rodzi się z własnością. Nawet gdyby nie istniało państwo, sam fakt rodzenia się dzieci tworzyć będzie potężną relacje w społeczeństwie stałego dopływu ludzi bez możliwości do pełnej wolności, a to będzie skoleji działało wśród nich na rzecz chęci wymuszenia swojej emancypacji z ówczesnych zasad społecznych za pomocą przemocy, grabieży, podboju i w końcu państwa.​

Błędne samo-nakręcające się koło pozytywnych interwencji państwa

Nie dość, że każda pozytywna interwencja jest przesiąknięta partykularnymi interesami wprowadzających ją jednostek, tak też zawsze będzie w pewien sposób oderwana od rzeczywistości, nie będzie się z nią w pełni pokrywać. Będzie za to tworzyć nowe koncepty, które bez istnienia pierwotnej interwencji nie mają sensu, ale w obrębie istniejącej już państwowości zdają sie być sensowne. Tak też nawet pro wolnościowe siły działające w państwie i na obrębie jego zasad mogą ostatecznie mimowolnie przyczynić się do jego wzrostu i dobrostanu.​
Jak istnienie podatków implikuje rozliczenia podatkowe, tworzy nowe zawody - jak doradca podatkowy. Zwolnienie doradcy podatkowego z części opodatkowania jego pracy choć może sprzyjać jego osobistej swobodzie, bo więcej w kieszeni mu zostaje. Tak działanie to samo w sobie nie prowadzi w najmniejszym stopniu do zwiększenia wolności powszechnie na terenie okupowanym przez dane państwo, ale może też pośrednio prowadzić do wzmocnienia państwa - zwiększenia jego zdolności do uciskania jednostek. (coś jak słynna krzywa laffera neoliberałów, gdzie obniżenie podatku na dana rzecz ma rzekomo zwiększać na tyle konsumpcje, ze całość wydatków ludzi przez zmianę jej struktury finalnie jest bardziej nominalnie opodatkowana jak dotychczas, czy jak próby ujednolicenia podatkowego, która choć zmniejsza wysiłku i niewolniczej pracy wszystkim płacącym podatki to zmniejsza tez ciężar i koszta dla samego państwa, które jak z keynesowskim mitem rozbitej szyby, teraz może nie mając tej szyby zbitej jeszcze więcej energii i środków poświecić gnojeniu ludzi w kolejnych sferach czyli znowu im gorzej tym lepiej :))))) )​
Dodatkowo w pesymistycznym świetle pokazuje to historie jak i przyszłość, bo wychodzi na to, że kiedy istnieje państwo i działa, to każda jego interwencja implikuje kolejne i kolejne. nieustający i nieodwracalny postęp wzrostu władzy państwa tak naprawdę możliwy jest tylko, gdy to ugnie się samo pod własnym ciężarem. Gdy koszta narzucania władzy przerosną potencjalne jej zyski - jak było w usa z ogromnymi połatami pustej ziemi a stosunkowo niewielka populacja i niskimi pobudkami kolektywistycznymi w społeczeństwie, za pomocą których można by uzbierać wystarczająco silny aparat egzekucji przemocy państwowej​
Chociaż jest jakaś nadzieja w odległym dla nas ale zapewne możliwym dla przyszłych pokoleń podboju kosmosu, gdzie bezkres pustki wypełnionej okruchami materii jest znacznie przekraczający moce przerobowe jakiegokolwiek państwa a tym bardziej wątpliwe są zyski jakie państwo mogłoby sobie z tej racji rościć

Nie wiem czy nazwałabym Nocka libertarianinem w tym post-rothbardiańskim znaczeniu, może prekursorem... po jednej lekturze trudno mi w ogóle uznać go za sympatyka kapitalizmu. Bardziej po prostu przeciwnika państwa, jego władzy i opresji. Który w wolności widzi naturalny stan rzeczy, więc wolny rynek między ludzki nie zdaje się dla niego czymś podlegającym w ogóle dyskusji, ani gloryfikacji ani potępienia - po prostu jak jest to jest i tyle. Nie wiem jednak również, gdzie według Nocka miałaby leżeć granica władzy społecznej, więc trudno mi go uznać za zwolennika wolności jednostki po przeczytaniu tylko traktatu krytycznego. Pod koniec zostają jednak pewne niedopowiedzenia, które sprawiają uczucie niedosytu, przede wszystkim problem granic pierwotnego zawłaszczenia. Które u Nocke występuje już w formie dokonanej. Własność jest i tyle (a raczej jest monopolizowana przez państwo) tak zresztą jak jest obecnie, czy te 85 lat temu na świecie
 
Do góry Bottom