Absurdy politycznej poprawności

T.M.

antyhumanista, anarchista bez flagi
1 294
4 043
View attachment 7074
Prędzej czy później zaczną się domagać żeby seksualna aktywność ludzi była kontrolowana przez państwo
Jak to ktoś skomentował w Internecie: "W sumie nie ma gwałcicieli, tylko ludzie, którzy dyskryminują ich preferencje seksualne".

Jestem ciekawy, jak to wygląda od środka. Czy montują im tam komisarzy od poprawnego myślenia prowadzących szkolenia i wymuszających zgodę, czy jest to zorganizowane jakoś subtelniej?
Przypomniała mi się taka sytuacja sprzed paru lat. Dołączyłem właśnie do giga-korpo rynku reklamy, rozwiązuję globalny test dla nowych pracowników. Zastanawiam się nad hipotetyczną sytuacją, w której muszę wysłać podwładnego geja na delegację do Arabii Saudyjskiej. Musiałem odpowiadać na takie pytania, żeby dostać się na stanowisko, w ramach którego głównie kserowałem dokumenty i forwardowałem maile. No i rozważam ten problem, a w tle słucham, jak dyrektorka działu (stara raszpla, która zadekowała się w branży jeszcze za czasów ustawy Wilczka) ciśnie kolektywną bekę z homoseksualistów, Ukraińców (nieważne, że jedna z jej podwładnych to Ukrainka i tego słucha), nieurodziwych kobiet (chociaż sama piękna to już nie była) i wszystkiego, co jej przyjdzie do głowy. Papla tak i papla, a ja patrzę na kolejne pytanie z quizu antydyskryminacyjnego na monitorze i nie mogę już z poziomu absurdu. Także ten... polskie oddziały korpo są mentalnie jak Leszek Miller, chociaż na instagramie pozują jak jego wnuczka.
 
D

Deleted member 6905

Guest

Koniec "sosu cygańskiego". Firma zmienia nazwę przez antyrasistowskie protesty
Na fali światowej dyskusji nt. rasizmu, niemiecka firma Knorr postanowiła zmienić nazwę jednego ze swoich produktów. "Sos cygański" znika z półek. Zastąpi go "sos paprykowy po węgiersku" – podaje "Bild am Sonntag".

"Termin »sos cygański« może być interpretowany negatywnie, postanowiliśmy nadać naszemu sosowi Knorr nową nazwę" - zaznaczyła Unilever, spółka-matka firmy produkującej "sos cygański". Decyzje popiera Centralna Rada Niemieckich Sinti i Romów, która już w 2013 roku domagała się zmian w tej sprawie. Społeczność romska groziła wówczas bojkotem producentów.

Dziś już wiadomo, że niebawem "sos cygański" definitywnie zniknie ze sklepowych półek. Receptura produktu pozostaje bez zmian. By uniknąć złych skojarzeń, Unilever postanowiło zmienić nazwę specjału na: "sos paprykowy po węgiersku". Nagła zmiana decyzji producentów tego słynnego wyrobu jest spowodowana ogólnoświatową dyskusją nt. rasistowskich nazw i terminów.
Nie tylko słowa...

W czerwcu podobną decyzję zapowiedziała także firma Uncle Ben's. Słynny producent wyrobów spożywczych ogłosił, że zmienia logo.

Według zapowiedzi z opakowań produktów ma zniknąć wizerunek czarnoskórego mężczyzny. Podobnie jak w przypadku "sosu cygańskiego" była to reakcja na dyskusję nt. rasizmu, która rozbrzmiała w wielu państwach po zabójstwie George'a Floyda w USA i serii protestów pod szyldem "Black Lives Matter".
 
D

Deleted member 6905

Guest

Ciemne staniki były nazwane inaczej niż jasne. Klientka zarzuciła rasizm, sieć sklepów przeprasza
Interwencja klientki sprawiła, że marka Marks & Spencer zmieni nazwę jednego z biustonoszy. Sprawa dotyczyła kolorów staników, które zdaniem kobiety były określane w dyskryminujący i rasistowski sposób.

O sprawie poinformował The Mirror. Mieszkająca w Wielkiej Brytanii Kusi Kimani robiła w ostatnim czasie zakupy w internetowym sklepie Marks & Spencer. Jej uwagę przykuł brązowy biustonosz, którego kolor określono jako „tytoń”. Co ciekawe, jasne staniki nazywano inspirując się słodkimi i dobrze kojarzącymi się produktami, takimi jak „krówka”. – Dlaczego nie nazwać tych biustonoszy „kakao”, „karmel” lub „czekolada”? A oni użyli „tytoniu”. Byłam zszokowana, kiedy to zobaczyłam – przyznała klientka.

Kimani określiła wspomniane nazewnictwo jako „bolesne” podkreślając, że jest to „przykład tego, jak uprzedzenia są zakorzenione w społeczeństwie i tylko wspomagają rasizm”. – Jeśli młoda dziewczyna, która nie czuje się dobrze z kolorem swojej skóry zobaczy to, będzie się czuła jeszcze bardziej wyobcowana – dodała. – Dostrzeżenie, że słowo „tytoń” jest używane w kontekście jej koloru skóry sprawi, że poczuje się niechciana przez społeczeństwo. Tytoń jest w społeczeństwie odbierany jako zły, niezdrowy i zdolny zabić – zaznaczyła klientka nawiązując do faktu, że na paczkach papierosów często widnieje hasło „palenie zabija”.

Co na to firma? Sieć Marks & Spencer przypomniała, że w czerwcu zobowiązała się do bycia miejscem niewykluczającym zarówno jeśli chodzi o klientów, jak i pracowników. „Mamy jeszcze wiele do zrobienia i nauczenia się” – dodano. „Wszystkie nazwy kolorów naszych produktów pochodzą z palety kolorów stosowanej w całej branży, ale przyznajemy rację Kusi. Zmienimy nazwę koloru stanika i napiszemy do Kusi, by to potwierdzić i poinformować o naszych przeprosinach” – przekazano w oświadczeniu cytowanym przez portal The Mirror. Nazwa nie została jeszcze zmieniona, co można łatwo sprawdzić na stronie internetowej sklepu.
 

pawel-l

Ⓐ hultaj
1 866
7 240
Ostatnio moim ulubionym blogerem jest Dariusz Matuszak z WEI. Za samo zdjęcie profilowe ma plus ;)

Ostatni wpis:
https://wei.org.pl/article/kupcy-pr...e-sie-sprawiedliwosc-rasowa-juz-po-was-idzie/
O tym jaka skala jest histerii, która ogarnęła Zachód ostatecznie przekonało mnie Amerykańskie Towarzystwo Ornitologiczne, które właśnie przeprowadza lustrację ptaków. 150 ich nazw ma być zmienionych. Są bowiem eponimami, czyli pochodzą od nazwisk ich odkrywców i przyrodników, którzy je opisali, a to byli głównie biali mężczyźni. I taka Townsend’s warbler, czyli jakaś tam lasówka, czy gajówka pochodzi od nazwiska Johna Kirka Townsenda, który jak się okazało kradł szczątki z indiańskich grobów. Był bowiem archeologiem, więc robił mniej więcej to co wszyscy ludzie jego profesji robią. Albo taka wilga, która odkrył niejaki John Audubon. Zlustrowano go i okazało się, że miał w Teksasie zbierać czaszki Meksykanów z pola bitewnego. Tak więc ta wilga, która ma nazwę od niego zostanie na coś tam przemianowana. W Towarzystwie Ornitologicznym działa teraz specjalna grupa, która robi przegląd nazw i kopie w życiorysach. W 150 wykryła różne plamy, więc najbliższy kongres ptasiego towarzystwa zajmie się zmianami.
 

FatBantha

sprzedawca niszowych etosów
Członek Załogi
8 023
22 611
30.08.2020 16:07
Twitter zadecydował o wprowadzeniu algorytmu, który zajmie się sprawą obrażania kobiet. Jeśli okaże się skuteczny, to wkrótce mizoginia może zniknąć z serwisu.
Od dłuższego czasu Twitter rozwija nowe narzędzia, których zadaniem jest sprowadzenie twitterowej dyskusji do poziomu godnego inteligentnej rasy. Stosowanie przekleństw jest wykrywane już podczas tworzenia wpisu. Jeśli odpowiadasz na czyjś wpis w sposób niezgodny z regulaminem, często zdarza się tak, że Twitter poprosi cię o zmianę treści. Nie jest to jednak przymus.
Nowy algorytm dla Twittera opracowali naukowcy z australijskiego Uniwersytetu Technologicznego w Queensland. Jak zaobserwowali badacze, obrażanie kobiet, groźby, nawoływanie do molestowania, gwałtów i tym podobne, znacznie rozpowszechniły się w sieci w ciągu ostatnich kilku lat. Szczególnie widać to w mediach społecznościowych, gdzie do głosu dochodzą miliony użytkowników, którzy często kryją się pod anonimowym imieniem i nazwiskiem.
Dzięki zastosowaniu "wyrafinowanego i dokładnego" algorytmu do wykrywania takich postów na Twitterze będzie ich znacznie mniej. Naukowcy mówią nawet o milionach mizoginistycznych tweetów. I również na podstawie miliona znalezionych przez nich wpisów "nakarmiono" algorytm, którego zadaniem będzie ich wykrycie.
Nowy algorytm będzie stale rozwijać się na podstawie wykrywanych przez niego tweetów. Kluczowe hasła, którymi dotąd się kierował to przede wszystkim: Whore (dziwka), slut (szmata) i rape (gwałt). Możemy być pewni, że wpisy zawierające jedno z tych słów, będą weryfikowane przez algorytm.
Największym wyzwaniem naukowców, będzie nauczenie algorytmu, aby rozumiał kontekst każdego wpisu. Przykładowo wyrażenie "wracaj do kuchni" rozumiane dosłownie, może nie wydawać mu się złośliwe. Badacze twierdzą, że ich algorytm będzie w stanie rozpoznawać tego typu obrazy i również je zgłaszać. Jak dotąd, jego skuteczność w wykrywaniu mizoginii wyniosła 75 proc.

Z dnia na dzień w internetach robi się coraz bardziej głupio. A cenzura i tak wychowania z prawdziwego zdarzenia nie jest w stanie zastąpić.
 

FatBantha

sprzedawca niszowych etosów
Członek Załogi
8 023
22 611

Pamiętam, że jeszcze niedawno słyszałem, że gdzie jak gdzie, ale w branży IT poprawność polityczna nie ma żadnych szans na zakorzenienie, bo nerdy z kucem są niereformowalne.

Corporate social responsibility jedzie jednak jak walec i niczym się nie przejmuje.

Jeszcze jak wymaga!

Uniwersytet Harvarda
19 października 2020
W demokracji chodzi o to, że jeśli coś wpływa na nasze życie, mamy prawo o tym współdecydować. Jeśli więc chcemy, by przedsiębiorstwa rzeczywiście działały w interesie publicznym, one też muszą się poddać publicznej kontroli.

CAMBRIDGE – Pięćdziesiąt lat temu Milton Friedman sformułował na łamach „New York Timesa” tezę nazwaną później doktryną Friedmana: „Społeczna odpowiedzialność biznesu polega na zwiększaniu zysków” – napisał ekonomista. Była to idea, którą rozwinął w książce Kapitalizm i wolność z 1962 roku, gdzie przekonywał, że „jednym jedynym” obowiązkiem przedsiębiorstw wobec społeczeństwa jest pogoń za zyskami w prawnych ramach zasad rynkowej gry.
Doktryna Friedmana odcisnęła piętno na naszej epoce. Zalegitymizowała beztroski kapitalizm, któremu dziś zawdzięczamy niepewność ekonomiczną, wzrost nierówności, pogłębiające się podziały regionalne, a także nasilenie zmiany klimatycznej oraz innych problemów dotyczących środowiska naturalnego. Koniec końców ten rodzaj kapitalizmu doprowadził do politycznej i społecznej reakcji zwrotnej. Próbując jakoś na to odpowiedzieć, wiele firm zaczęło się angażować – przynajmniej na poziomie deklaracji – w tak zwaną „społeczną odpowiedzialność biznesu”.
Ta idea też ma w tym roku pewną rocznicę. Dwadzieścia lat temu Organizacja Narodów Zjednoczonych uruchomiła inicjatywę Global Compact, wymierzoną bezpośrednio przeciwko doktrynie Friedmana, której celem jest nakłonienie przedsiębiorstw, by stały się czynnikami zmiany dla szerzej pojmowanego społecznego dobra. Do programu dołączyło ponad 11 tysięcy firm działających w 156 krajach świata. Podjęły zobowiązania w obszarach takich jak prawa człowieka, prawa pracownicze, standardy ochrony środowiska i walka z korupcją.
John Ruggie, naukowiec, który odegrał kluczową rolę w opracowaniu i uruchomieniu oenzetowskiego przedsięwzięcia, nazywa Global Compact i inne tego rodzaju inicjatywy ponadnarodową próbą wsparcia firm w wykształceniu swojej społecznej tożsamości. Dzięki promowaniu norm zachowania pomagają one firmom w samoregulacji. W tym sensie – przekonuje Ruggie – takie inicjatywy zapełniają pustkę, która powstała na skutek osłabienia tradycyjnych form regulacji wyznaczanych przez rządy państw i organizacje międzynarodowe, co czyni z nich ważne narzędzie dla przywrócenia niezbędnej równowagi między rynkiem a społeczeństwem.
Czołowi profesorowie zarządzania, jak na przykład Rebecca Henderson z Harvardu i Zeynep Ton z MIT, od dłuższego czasu dowodzą, że troska o pracowników i o środowisko leży w długoterminowym interesie liderów biznesu. Rok temu po ich stronie stanęła amerykańska organizacja zrzeszająca szefów największych firm, czyli US Business Roundtable, która ogłosiła redefinicję misji korporacyjnej i stwierdziła w nowym dokumencie, że przedsiębiorstwa muszą poświęcić się nie tylko generowaniu wartości dla akcjonariuszy, ale także dla „wszystkich interesariuszy”, w tym pracowników, klientów, dostawców i całych społeczności, gdzie dany biznes funkcjonuje. Oświadczenie podpisali prezesi prawie dwustu potężnych spółek z łączną kapitalizacją (wartością giełdową) przekraczającą 13 bilionów dolarów.
Jednak mimo narastającej w sektorze publicznym fali poparcia dla społecznej odpowiedzialności biznesu wciąż nie można jednoznacznie stwierdzić, czy opieranie się na oświeconym interesie własnym firm aby na pewno przynosi pożądane skutki. Opublikowana niedawno analiza, którą przeprowadzili Lucian Bebchuk i Roberto Tallarita z Harvard Law School, daje trzeźwiącą przeciwwagę.
Bebchuck i Tallarita dochodzą do wniosku, że inicjatywy takie jak deklaracja Business Roundtable są „głównie działaniem retorycznym z dziedziny public relations”: nie znajdują odzwierciedlenia w prawdziwych praktykach zarządzania i nie wdają się w trudne dylematy, z którymi trzeba by się zmierzyć, gdyby korporacje rzetelnie podjęły się działania w imieniu interesariuszy. Co więcej, inicjatywy te mogą się jeszcze zemścić, bo tworzą „iluzoryczne nadzieje na pozytywne skutki dla interesariuszy”. Dlatego fundamentalne znaczenie wciąż ma polityka państwa, która reguluje podejście biznesu do pracowników, lokalnych społeczności i do środowiska.
Zwolennicy kapitalizmu interesariuszy nie muszą koniecznie bagatelizować roli państwa. Niektórzy, tak jak Henderson, przekonują, że społecznie odpowiedzialny biznes ułatwia władzy dobre rządzenie. Innymi słowy, kapitalizm interesariuszy nie zastępuje państwowych regulacji, wbrew temu, co piszą Bebchuck i Tallarita, tylko obie te sfery wzajemnie się uzupełniają.
Co jednak, jeśli spółki są tak potężne, że same projektują regulacje? Komentator „Financial Times” Martin Wolf napisał niedawno: „Kiedyś sądziłem, że Milton Friedman miał rację. Ale zmieniłem zdanie”. Błąd w doktrynie Friedmana, ciągnął Wolf, polega na tym, że zasady gry, w której korporacje gonią za zyskami, nie są kształtowane w sposób demokratyczny, tylko pod „dominującym wpływem” pieniędzy. Reguły tej gry są wypaczane, gdy biznesowe dotacje dla partii i polityków zaburzają proces polityczny.
Niestety, pójście za radą Wolfa i odcięcie polityki od pieniędzy nie rozwiązałoby całkowicie problemu, a to dlatego, że tak zwane „zawłaszczenie” (ang. capture) poznawcze jest równie ważne co finansowe. Formułowanie polityk i tworzenie regulacji wymagają szczegółowej wiedzy na temat sytuacji, z jaką mierzą się firmy, dostępnych możliwości oraz najbardziej prawdopodobnych scenariuszy ich rozwoju w czasie. W obszarze przepisów dotyczących ochrony środowiska, finansów, bezpieczeństwa konsumentów i regulacji antymonopolowych lub zasad handlowych przedstawiciele władz scedowali kontrolę na korporacje, ponieważ to korporacje określają sposób wytwarzania i rozprzestrzeniania się wiedzy. To daje im władzę określania, jak zdefiniowane zostaną problemy, które rozwiązania zostaną wzięte pod uwagę i jak będą wyglądać ich ramy technologiczne.
W takich warunkach państwu trudno jest wprowadzać potrzebne z punktu widzenia społeczeństwa wytyczne bez głębokich konsultacji z firmami, co pozwala tym ostatnim wywierać wpływ na kształt przepisów. Sytuacja wymaga zatem innego trybu zarządzania systemem regulacji, gdzie władze publiczne wyznaczają ogóle cele gospodarcze, społeczne i środowiskowe, ale konkretne przepisy są dopracowywane (i czasem podlegają rewizji) w ciągłym procesie iteracyjnej współpracy z firmami. Chociaż znalezienie właściwej równowagi między tym, co publiczne, a co prywatne, jest trudne, to mamy przykłady sukcesów takiej współpracy w obszarach promocji technologii, bezpieczeństwa żywności i jakości wody.
Ostatecznie jedynym prawdziwym rozwiązaniem tego problemu jest większa demokratyzacja samego biznesu. To oznacza danie pracownikom i lokalnym społecznościom, w których funkcjonują firmy, możliwości wywierania bezpośredniego wpływu na sposób zarządzania przedsiębiorstwami. Firmy będą solidnym partnerem w dążeniu do osiągnięcia dobra społecznego tylko wtedy, kiedy będą przemawiać głosem tych ludzi, których życie jest przez nie kształtowane.
**
Copyright: Project Syndicate, 2020. www.project-syndicate.org. Z angielskiego przełożył Maciej Domagała.
Widzicie już, jakim koniem trojańskim jest CSR?
 
Do góry Bottom