Własność intelektualna

FatBantha

sprzedawca niszowych etosów
Członek Załogi
7 663
21 096
autor: Sławomir Wikariak08.01.2020, 07:23; Aktualizacja: 09.01.2020, 12:50
W praktyce wyrok TSUE oznacza, że prawa autorskie do dokładnie tych samych treści zaczynają się rozjeżdżać w zależności od tego, jak są one wydane
W przeciwieństwie do papierowych książek handel wtórny ich cyfrowymi wersjami wymaga uzyskania zgody wydawcy – uznał Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej.
W Polsce e-booki nie są zbyt popularne (choć ich sprzedaż z roku na rok rośnie), ale w krajach takich jak Niemcy czy Wielka Brytania w tej formie kupowana jest nawet co czwarta książka. Prawo, także europejskie, niekoniecznie nadąża za zmianami rynkowymi. Niedawny wyrok Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej daje odpowiedź na jedno z pytań dotyczących e-booków – nie można ich odsprzedawać, tak jak papierowych książek. Nie dochodzi bowiem do tzw. wyczerpania prawa.
– Wyczerpanie prawa odgrywa istotną rolę w obrocie fizycznymi nośnikami (drukowanymi książkami, muzyką zapisaną na płytach CD, filmami na DVD itp.), pozwalając na swobodny obrót nośnikami, które zostały sprzedane przez uprawnionego lub za jego zezwoleniem. Dlatego odsprzedaż drukowanej książki w serwisie aukcyjnym nie wymaga niczyjego zezwolenia – wyjaśnia dr Zbigniew Okoń, radca prawny i partner w kancelarii Maruta Wachta.
zobacz także:
– W tej sprawie TSUE uznał, że prawo dystrybucji utworów, które ulega wyczerpaniu w wyniku pierwszej sprzedaży, dotyczy utworów zapisanych na fizycznym (materialnym) nośniku. Do wyczerpania nie dochodzi zaś w przypadku usług, w szczególności świadczonych przez internet. Po drugie, jeżeli udostępnienie plików do pobrania w internecie nie stanowi ich dystrybucji, musi być kwalifikowane jako ich publiczne udostępnianie, co wyraźnie wyklucza wyczerpanie prawa – dodaje prawnik.
Klub czytelniczy
Wyrok dotyczy niderlandzkiej spółki Tom Kabinet, która za pośrednictwem swej strony internetowej zorganizowała klub czytelniczy, umożliwiający odsprzedaż i kupno przeczytanych już e-booków. Sposób jego funkcjonowania zmieniał się, ale w ostatnim okresie sprowadzał się do tego, że firma nabywała elektroniczne wydania książek, oznaczała je znakiem wodnym, a następnie odsprzedawała członkom klubu. Po przeczytaniu książki mogli oni znów odsprzedać e-booka.
Działalność tę zakwestionowały dwa stowarzyszenia działające na rzecz interesów niderlandzkich wydawców: Nederlands Uitgeversverbond i Groep Algemene Uitgevers. Zwróciły się one do sądu w Hadze o zakazanie funkcjonowania klubu czytelniczego, uznając, że wielokrotna odsprzedaż książek jest niczym innym jak piractwem. Sąd rozpoznający ten spór nabrał wątpliwości, czy pierwsza sprzedaż e-booka oznacza rozpowszechnianie utworu zgodnie z art. 4 ust. 1 dyrektywy 2001/29/WE w sprawie harmonizacji niektórych aspektów praw autorskich i pokrewnych w społeczeństwie informacyjnym, a jeśli tak, to czy prawo do rozpowszechnienia zostaje wyczerpane w rozumieniu art. 4 ust. 2 tej dyrektywy.
Zdaniem TSUE sprzedaż książki elektronicznej nie oznacza jej publicznego rozpowszechniania, lecz publiczne jej udostępnianie. Na gruncie wspomnianej dyrektywy różnica jest zasadnicza, bo w tym drugim wypadku, zgodnie z art. 3 ust. 3 dyrektywy, nie może dojść do wyczerpania prawa. Jak argumentowały organizacje reprezentujące wydawców, stosowane przez nich licencje uprawniają użytkowników pobierających e-booka do jego odczytania, a nie odsprzedaży.
Różne nośniki
W praktyce wyrok TSUE oznacza, że prawa autorskie do dokładnie tych samych treści zaczynają się rozjeżdżać w zależności od tego, jak są one wydane. Kupując egzemplarz papierowy, możemy go odsprzedać, kupując cyfrowy – już nie.
– Z meritum rozstrzygnięcia muszę się zgodzić. Dyrektywa jaka jest, każdy widzi i nie znajduję raczej podstaw do polemiki z poglądami TSUE. Prawo rzeczywiście rozróżnia uprawnienia klienta, który kupił książkę wydrukowaną na papierze od tego, który zapłacił za plik zawierający tę samą treść – komentuje Olgierd Rudak, prawnik oraz redaktor naczelny czasopisma „Lege Artis”. Nie podziela on natomiast wszystkich argumentów wskazanych w uzasadnieniu. TSUE uznał w nim, że różne podejście do książek w zależności od nośnika wynika z różnic ekonomicznych i funkcjonalnych. Wydania papierowe niszczą się, zaś te cyfrowe pozostają w stanie pierwotnym. Wymiana plików z takimi książkami nie generuje też w zasadzie żadnych dodatkowych kosztów, zatem równoległy rynek wtórny mógłby godzić w interesy wydawców.
– Nie zgadzam się, że skoro egzemplarze ulegają zużyciu, to interes wydawcy polega na tym, by ograniczyć możliwość dalszej odsprzedaży plików. Może i jest to prawdą, ale wzmianki o takiej podstawie zróżnicowania w dyrektywie nie znalazłem. Skoro zaś mówimy o racjonalnej działalności biznesowej, kwestię „niezniszczalności” e-utworów każdy wydawca powinien brać pod uwagę w momencie podejmowania decyzji o wejściu na rynek – mówi Olgierd Rudak.
– Prawo powinno nadążać za zmieniającym się światem. Trudno zrozumieć, dlaczego kupując egzemplarz w księgarni, staję się jego właścicielem, ale kupując egzemplarz cyfrowy, jestem tylko licencjobiorcą, zaś zakres moich uprawnień reguluje umowa zawarta z wydawcą, której zwykle zresztą na oczy nie widzę – dodaje prawnik.
Warto też pamiętać, że wyrok dotyczy specyficznej działalności klubu czytelniczego.
– Jego uzasadnienie wskazuje jednak, że znajduje on zastosowanie do wszystkich przypadków odsprzedaży e-booków. Niedopuszczalna będzie więc np. odsprzedaż e-booka kupionego w księgarni internetowej na serwisie aukcyjnym. Nie ma tu znaczenia, czy byłaby ona dokonywana przez osobę prywatną, czy przez przedsiębiorcę – zauważa dr Zbigniew Okoń.
– Kwestią nierozstrzygniętą pozostaje natomiast problem odsprzedaży urządzeń, np. czytnika książek albo smartfona z zapisanymi na nim e-bookami. Mimo wyroku TSUE w sprawie Tom Kabinet, nadal istnieją argumenty pozwalające uznać taką odsprzedaż za dopuszczalną – zaznacza prawnik.
W praktyce wyrok TSUE oznacza, że prawa autorskie do dokładnie tych samych treści zaczynają się rozjeżdżać w zależności od tego, jak są one wydane
orzecznictwo
Wyrok Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej z 19 grudnia 2019 r. w sprawie C-263/18
 

pawel-l

Ⓐ hultaj
1 855
6 959
Kolesie wygenerowali komputerowo wszystkie możliwe melodie, i udostępnili je nieodpłatnie. To w teorii powinno uniemożliwić składanie pozwów o plagiat. W zasadzie w ten sposób można strollować każdą dziedzinę z prawami autorskimi?

Two programmer-musicians wrote every possible MIDI melody in existence to a hard drive, copyrighted the whole thing, and then released it all to the public in an attempt to stop musicians from getting sued.

Programmer, musician, and copyright attorney Damien Riehl, along with fellow musician/programmer Noah Rubin, sought to stop copyright lawsuits that they believe stifle the creative freedom of artists.

In a recent talk about the project, Riehl explained that to get their melody database, they algorithmically determined every melody contained within a single octave.

To determine the finite nature of melodies, Riehl and Rubin developed an algorithm that recorded every possible 8-note, 12-beat melody combo. This used the same basic tactic some hackers use to guess passwords: Churning through every possible combination of notes until none remained. Riehl says this algorithm works at a rate of 300,000 melodies per second.

 

T.M.

antyhumanista, anarchista bez flagi
1 269
3 890
W zasadzie w ten sposób można strollować każdą dziedzinę z prawami autorskimi?
Tylko, że Ci goście generowali melodie MIDI z prędkością 300 000 melodii na sekundę przy założeniu 8-note, 12-beat melody. W tym wideo poniżej, masz w 4:47 zestawienie wszystkich możliwych kombinacji nuty, półnuty, ćwierćnuty, 1/8, 1/16 i 1/32 w porównaniu do liczby sekund, które upłynęły od początku Wszechświata.


A jeszcze trudniej robi się w przypadku sztuk wizualnych, bo o ile nie jest to siatka pikseli, tylko np. tradycyjna rzeźba, to lecimy ostro w uznaniowość, co jest plagiatem, a co nie. Na pohybel IP oczywiście.
 

tosiabunio

Grand Master Architect
Członek Załogi
6 693
13 640
Tylko jest jeden problem - prawo autorskie (przynajmniej polskie) nie uznaje za utwory rzeczy wygenerowanych maszynowo. Więc wygenerowanie wszystkich melodii nie daje im do nich praw autorskich.
 

FatBantha

sprzedawca niszowych etosów
Członek Załogi
7 663
21 096
Rosyjscy naukowcy opatentowali łopatę
dzisiaj 14:55

Historia łopaty z Omska krąży dziś w rosyjskich mediach. Łopata jest pierwszą łopatą opatentowaną w Rosji i jest supernowoczesna.
Łopatę opatentowali w lokalnym oddziale Federalnej Służby Własności Intelektualnej (czyli rosyjskiego odpowiednika Urzędu Patentowego RP) dwaj naukowcy z Instytutu Inżynierii Narzędziowej z Omska na Syberii: główny naukowiec Instytutu Jakow Percel (zatrudniony w omskim instytucie od 1960 r.) oraz Michaił Agarkow. Serwis internetowy Superomsk.ru opisał szczegółowo zalety ich wynalazku:
"Zadanie [kopania] jest realizowane dzięki temu, że łopata zawiera łyżkę z usztywniającą krawędzią w postaci wyciskanego elementu oraz ostrze z krawędzią tnącą składającą się z dwóch półpierścieni. Krawędzie ostrza posiadają także w górnej części kołnierz z podwyższeniem od 0 mm do 10-12 mm, co zapewnia zatrzymanie gruntu i zwiększa wytrzymałość ostrza, a także wklęsłe 20-25 mm ostrza, zmniejszające potrzebę siły fizycznej podczas kopania gruntu."

Federalna Służba Własności Intelektualnej podkreśla, że "proponowana konstrukcja umożliwia zarówno kopanie ziemi, jak i jej przemieszczanie, tzn. połączenie funkcji kopania i szuflowania."

Syberyjscy naukowcy w opisie patentu wyjaśniają również jak działa ich wynalazek: "Dzięki naciskowi rąk na stylisko i nóg na elementy nośne oraz dzięki kątowi nachylenia szyjki do ostrza o spiczastej części tnącej, typowej dla łopat, zredukowanemu o 10-12°, łatwo wbija się [łopatę] w ziemię, pozwalając jednocześnie na wgłębienie i przytrzymanie gleby na łopacie dzięki bocznym kołnierzom i elementom nośnym, a także dzięki wklęsłości łyżki oraz przeniesienie gleby na wymaganą odległość przy niewielkim wysiłku".

(BW)
 
Do góry Bottom