Upadek Okcydentu

mikioli

Well-Known Member
2 685
5 039
Murzyn w dodatku uderzył się w nogę i to było najśmieszniejsze :) Mnie najbardziej rozwaliła reakcja tej paniusi z jurry, która poganiała swojego białego kolegę oto, żeby nacisnął guzik na "TAK".

P.S.
Z drugiej zaś strony, ta performerka ma fajne białe dupsko w gruszkę w dodatku takie naturalne :D
Bardzo przeciętne. No i jeśli chce pracować dupą to niech to robi, a nie tworzy wątpliwej jakości kontent pseudoartystyczny.
 

Finis

Anarchoindywidualista
431
1 633
Jestem ciekaw, co będzie, kiedy sytuacja się odwróci i Niemcy dostaną przyzwolenie na obronę. Teraz mamy etap, kiedy pies ma założony kaganiec, łańcuch i w dodatku stoi za kratami, a "dziarskie kozaki" drażnią i męczą go ile się da. Mam nadzieję, że pewnego pięknego dnia, ktoś się nad tym psem zlituje i uwolni go. A wtedy to będzie bardzo ciekawie...
 

inho

Well-Known Member
1 634
4 224
Zapadła mi w pamięć jedna z wypowiedzi na tym forum, że przy dalszej degeneracji establishmentu i niewypączkowaniu wolnościowej alternatywy, może się zdarzyć tak, że w przyszłości narodowcy mogą stanowić "najmniejsze zło". Przypomniałem sobie tę uwagę czytając poniższego newsa:

Gay man tells Ed Balls he voted for Germany's far-right AfD which opposes same-sex marriage because they were the only party to offer help when he and his partner were brutally attacked by 'Muslim extremists'

W skrócie:
W Niemczech geje popierają "skrajnie prawicową" AfD, ponieważ jest jedyną partią, która w ogóle zwraca uwagę na problem rosnącej przestępczości wobec homoseksualistów ze strony muzułmanów. Nawet potencjalna utrata możliwości zawarcia homoseksualnego małżeństwa nie przeważa szali na niekorzyść AfD...
 

kr2y510

konfederata targowicki
12 502
23 041
 

FatBantha

sprzedawca niszowych etosów
Członek Załogi
7 904
22 156
Moim zdaniem upadek Okcydentu opiera się przede wszystkim na zjawisku infantylizacji społeczeństw. Wszystko bierze się ze zdziecinnienia, nieumiejętności i niechęci do podejmowania osobistej odpowiedzialności za cokolwiek. Z tego dalej biorą się różne socjale - bo niesamodzielne dzieci trzeba jakoś utrzymać, późne wychodzenie z domu, itp.

A sama infantylizacja to efekt trudno powiedzieć czego - lewaki uznają, że uzależnienia od nadmiaru dóbr (wszystko wina wolnego rynku), ja bym szukał przyczyny w udupieniu umysłowym wywołanym przymusową edukacją i zostawaniem coraz dłużej w środowisku, gdzie jest się prowadzonym za rączkę i kto inny wyznacza zadania, jakie mamy realizować.

3 czerwca 2020
Najlepszym sposobem na pozbawienie społeczeństwa szansy na osiągnięcie stanu moralnej dojrzałości nie jest wybielanie okrucieństwa, podsycanie nienawiści czy promowanie jakichkolwiek innych moralnych przywar, tylko nachalna infantylizacja moralnych przymiotów i odpowiadających im zachowań.
W normalnych okolicznościach rażące przejawy moralnych wad budzą naturalny sprzeciw poparty konkretnymi czynami, który bywa bardzo skutecznym narzędziem autentycznego moralnego rozwoju. Tymczasem w atmosferze permanentnego informacyjnego szumu przybierającego formę niekończącej się kaskady czułostkowych, samozadowolonych, moralistycznych frazesów, przezorne osoby w coraz większym stopniu unikają jakichkolwiek form szerzej zakrojonego moralnego zaangażowania, nie chcąc, żeby również ich wysiłki zostały strywializowane i zdegradowane do roli ilustracji jakiegokolwiek ideologicznego sloganu. Tego rodzaju podejście przyzwyczaja z kolei do moralnej obojętności, w warunkach której moralne przywary rozwijają się w sposób szczególnie plenny.

W epoce umożliwiającej natychmiastowe i permanentne wyrażanie moralnych opinii, sprzeciwów, apeli i manifestów – zwłaszcza w tzw. tematach na czasie – warto zatem skorzystać z każdej możliwej okazji do zachowania ich dla siebie. Poza tym w epoce tej należałoby zwrócić szczególną uwagę na wartość autentycznego organizacyjnego samostanowienia – tzn. na wartość prawdziwie swobodnego, jednomyślnego i zaangażowanego, a tym samym maksymalnie skutecznego działania w skali tak niedużej, żeby powoływanie się na jego pozytywne rezultaty nie było atrakcyjne w kontekście jakiejkolwiek ideologicznej, frakcyjnej przepychanki.

Innymi słowy, w epoce permanentnego moralistycznego trajkotu o globalnym zasięgu, warto by szczególnie zadbać o możliwość w pełni wolnego (a więc i w pełni zobowiązującego) moralnego działania o zasięgu jak najbardziej lokalnym. Wydaje się, że tego rodzaju podejście daje największą szansę na skupienie się na moralnych konkretach, a tym samym największą szansę na konkretny moralny rozwój, w dłuższej zaś perspektywie – na autentyczną dojrzałość charakteru.

Jakub Bożydar Wiśniewski
 

FatBantha

sprzedawca niszowych etosów
Członek Załogi
7 904
22 156
Éric ZEMMOUR

Francuski pisarz i dziennikarz polityczny, absolwent Instytutu Nauk Politycznych w Paryżu. Od 2010 roku jest prowadzącym programu „Z comme Zemmour” w stacji RTL, gdzie analizuje aktualne wydarzenia. Z kolei od 2011 roku jest współgospodarzem programu „Zemmour et Naulleau” na kanale Paris Première.
To, co na Zachodzie nazywa się demokracją liberalną, jest tak naprawdę oksymoronem – w imię państwa prawa władzę sprawuje tam sędzia, a w imię praw człowieka etniczne, seksualne lub rasowe mniejszości tyranizują większość – pisze Eric ZEMMOUR
Gdy byłem dzieckiem, o tych krajach mówiło się „kraje Wschodu”. Ci bardziej rozpolitykowani mówili „kraje komunistyczne”. Generał de Gaulle nawoływał do „odprężenia, porozumienia i współpracy”. Dzięki Milanowi Kunderze dowiedzieliśmy się, że kraje te nie są krajami „Wschodu”, ale „Europy Wschodniej”.
Ta subtelność znaczeniowa, choć zasadnicza, długo jeszcze pozostawała dla nas niezrozumiała. Gdy „Solidarność” zbuntowała się przeciwko władzy komunistycznej, nie rozumieliśmy, jak żarliwi katolicy – symbol konserwatyzmu i reakcji – mogą robić rewolucję przeciwko komunistom, będącym ucieleśnieniem postępu. Kompletnie nie mieściło nam się to w głowach. Lech Wałęsa wyglądał, jak przystało na związkowca, a generał Jaruzelski nosił czarne okulary, atrybut południowoamerykańskich dyktatorów, popieranych zwyczajowo przez Stany Zjednoczone!
Upadek muru berlińskiego w 1989 roku u wielu Francuzów wywołał wielką radość – w imię wolności oraz jedności Europy. Przyznam szczerze, że ja się wtedy nie cieszyłem. Szybko bowiem zrozumiałem, podobnie jak prezydent Mitterrand, że zjednoczone Niemcy na nowo staną się hegemoniczne na naszym kontynencie. Krótko mówiąc, szykowały się kłopoty dla Francji.
Los „krajów Wschodu” wydawał nam się dziwny. Przywykliśmy do wspólnego rynku sześciu państw, tego swoistego zachodniego kokonu, którego granice odpowiadały granicom cesarstwa napoleońskiego. Na wczasy jeździliśmy do Włoch lub Hiszpanii, słuchaliśmy angielskiej lub amerykańskiej muzyki. Ponieważ wschód Europy był poza naszym mentalnym pojęciem, nie mogliśmy uwierzyć, że w naszych podręcznikach do historii jest mowa o wielkim sporze kardynała Richelieu z cesarstwem Habsburgów, że Napoleon miał polską kochankę Marię Walewską, że hitlerowskie Niemcy najpierw napadły na Polskę. Najbardziej oczytani spośród nas z oczarowaniem i podziwem odkrywali wielką literaturę wiedeńską początków XX wieku, tych wszystkich Musilów, Zweigów, Rothów, Perutzów, autorów równie dla nas egzotycznych, jak pisarze południowoamerykańscy, którymi wówczas się zaczytywaliśmy (Márquez, Llosa).

Wejście Polski i Węgier do Unii Europejskiej zmroziło mnie, gdyż w tym słynnym „rozszerzeniu” widziałem sprytny zabieg Brytyjczyków i Niemców, aby obniżyć pozycję Francji. Tym pierwszym na rękę był większy rynek towarów i kapitałów, a ci drudzy mogli odtąd przenosić swoje fabryki samochodów do krajów, w których nie brakowało tanich, ale wykwalifikowanych pracowników. Krótko mówiąc, spodziewane kłopoty dla Francji znajdowały swoje potwierdzenie. W 2005 roku straszenie polskim hydraulikiem poskutkowało odrzuceniem w referendum konstytucji europejskiej. Odnosiliśmy wrażenie, że z Polską i jej sąsiadami wracamy do czasów dziewiętnastowiecznej walki klas. Jak zobaczymy za chwilę, cofaliśmy się de facto jeszcze bardziej.
Dopiero kryzys migracyjny z 2015 roku sprawił, że „kraje wschodnie” znalazły się w centrum europejskiej problematyki. Jako najmłodsze rodzeństwo były dotąd chronione przez nierzadko powodowanych litością starszych braci z Zachodu. Odpychając od siebie fale migrantów – w większości mężczyzn wyznania muzułmańskiego – budując mury, sprzeciwiając się kwotom narzuconym autorytarnie przez Brukselę (a tak naprawdę przez Berlin) i uzasadniając swoją postawę chrześcijańską tożsamością kontynentu, Węgry, Polska, ale również Czechy i Słowacja nagle zmieniły swój status: z peryferii Europy stały się jej centrum. Dotąd postrzegane jako zaplecze przemysłowe Niemiec i strategiczne Stanów Zjednoczonych stały się nagle ostatnim przedmurzem odwiecznej Europy wobec grożącej kontynentowi islamskiej inwazji.
Oświecony Zachód nie wierzył własnym oczom – jego protegowani nie tylko wypowiadali mu posłuszeństwo, ale również przejmowali europejski sztandar.
Nagle naszym oczom objawiła się pewna zapomniana i przemilczana historia Europy. Europy, która uświadomiła sobie swoje istnienie właśnie wobec zagrożenia islamską inwazją (słowo „Europa” zostało po raz pierwszy użyte w oficjalnym dokumencie w 732 roku, w okresie bitwy pod Poitiers). Karol Wielki zrozumiał – jak to doskonale wykazał belgijski historyk Henri Pirenne – że nie może być mowy o kontynuacji Cesarstwa Rzymskiego, gdy żołnierze Mahometa okupują południowe wybrzeże Morza Śródziemnego. Mare nostrum stało się melodią przeszłości. Przemilczana historia to również dwukrotne oblężenie Wiednia, w 1529 i 1683 roku. To cudowne wyzwolenie austriackiej stolicy przez europejską armię pod dowództwem polskiego króla Sobieskiego w 1683 roku. To trzy wieki okupacji osmańskiej na Węgrzech.
Gdy w 2018 roku „populiści” wygrywają wybory również we Włoszech, dochodzi do zadziwiającej rekonstrukcji cesarstwa austro-węgierskiego. Kraje te doświadczyły tego, czego nie zaznali sąsiedzi z Europy Zachodniej – ich wieloetniczne i wielokulturowe imperium eksplodowało, a państwom, które wyłoniły się po 1918 roku, trudno było znaleźć równowagę i pokój, gdyż same stanowiły wieloetniczne i wielokulturowe miniimperia.
Do wszystkich tragicznych doświadczeń „krajów Wschodu” musimy oczywiście dopisać jeszcze komunizm. Moskwa, „centrum” tego imperium, w myśl teorii o „suwerenności ograniczonej” wysyłała czołgi wszędzie tam, gdzie należało bronić wyższych celów ruchu komunistycznego. Stąd kraje, które zaznały imperium moskiewskiego, nie mogą ścierpieć nowego imperium brukselskiego, nawet jeśli nie opiera się ono na czołgach, a jedynie na normach prawnych i arsenale finansowym.

Poprzez swoją długą walkę z komunizmem Polacy zrozumieli coś bardzo ważnego, coś, co było już dla nich jasne w momencie zaborów, gdy ich kraj został podzielony między Prusy, Austrię i Rosję – jeśli naród jest pozbawiony suwerenności, musi dbać o zachowanie tożsamości. Węgrzy są bardziej wyczuleni na zamęt okresu postkomunistycznego, gdy w imię rozszalałego liberalizmu niszczono wszystkie fundamenty narodu – podstawy jego gospodarki, ale również kultury, rodziny, tożsamości. To wyjaśnia zresztą różnice strategiczne między tymi dwoma krajami. Polacy wierzą, że Stany Zjednoczone obronią ich przed Rosjanami, Węgrom zaś, w imię europejskiej cywilizacji, z tymi samymi Rosjanami jest po drodze. Szef węgierskiego rządu Viktor Orbán, kroczący triumfalnie od zwycięstwa do zwycięstwa w kolejnych wyborach, doskonale scharakteryzował ten konflikt filozoficzny z Zachodem. Jego koncepcja „demokracji nieliberalnej” nie jest zaprzeczeniem demokracji, ale raczej powrotem do niegdysiejszej demokracji, tej, w której to naród sprawuje władzę, i w której rządzi prawo większości. To, co na Zachodzie nazywa się demokracją liberalną, jest tak naprawdę oksymoronem – w imię państwa prawa władzę sprawuje tam sędzia, a w imię praw człowieka etniczne, seksualne lub rasowe mniejszości tyranizują większość. W demokracji liberalnej nikt się nie liczy z wolą ludu. Odwrotnie niż w demokracji nieliberalnej.
Te różnice są głębokie i nienaruszalne. Europa podzielona jest na cztery części – z jednej strony mamy podział ekonomiczny wewnątrz strefy euro, między Północą i Południem, a z drugiej podział kulturowy i tożsamościowy, niemal filozoficzny, między Zachodem i Wschodem. Albo jeden z tych modeli pogodzi wszystkie pozostałe, albo europejskie imperium rozpadnie się na kawałki.
Eric Zemmour
Tekst ukazał się w wyd. 14 miesięcznika “Wszystko Co Najważniejsze” [LINK]. Autor był gościem debaty w 5-lecie “Wszystko Co Najważniejsze” w Warszawie w czerwcu 2019 r.
 

Staszek Alcatraz

Tak jak Pan Janusz powiedział
2 727
7 924
David Engels: "Miłe złego początki". Widziałem to na Zachodzie. Nie chcę zobaczyć w Polsce


To, co dzieje się w Europie Zachodniej, może wydawać się zaskakujące i spektakularne, było jednak do przewidzenia od dłuższego czasu. Masowa imigracja, nienawiść do Europy, brak szacunku dla autorytetów, antychrześcijańskie resentymenty, niesmaczne fantazje LGBTQ, klęska systemu edukacji oraz zaniedbania w dziedzinie budowania społeczeństwa dobrobytu - to wszystko składa się na przedziwną miksturę, która bulgoce w kotle, pozostawiając już ślady zniszczenia i szaleństwa wszędzie gdzie to tylko możliwe. Na gruncie pozornie uzasadnionych, słusznych co do zasady dążeń do równych praw i równego traktowania, pojawił się oto ruch, który po prostu pluje w twarz wszystkim tym wartościom, których miał jakoby bronić. Nie tylko w wielkich metropoliach, takich jak Paryż, Londyn czy Berlin, ale także w mniejszych miastach, jak Dijon, Stuttgart, Reading czy Brugia, wszędzie mamy dziś do czynienia z erupcją długo tłumionej nienawiści, dewastowaniem sklepów, prowokacjami wobec policji, obalaniem pomników wielkich osobistości, bezczeszczeniem symboli chrześcijańskich, zmuszaniem białych ludzi do klękania przed kolorowymi i wyznawania swej zbiorowej winy, na ulicy w biały dzień można paść ofiarą nożownika, Antifa i islamizm idą ręka w rękę w swym dziele niszczenia prawa i porządku - a wszystko przy wtórze oklasków tych polityków, którzy zaangażowali się w kampanię na rzecz „zrozumienia” dla „uzasadnionych żądań” owych rzekomo uciskanych grup społecznych; także przy udziale mediów, które całkiem na serio obarczają policję odpowiedzialnością za jakoby „prowokowanie” rebeliantów i domagają się rozwiązania służb porządkowych


A zaczęło się to wszystko od genderowych gwiazdek, od językowych zakazów, od „przepracowywania przeszłości”, następnie zaś przyszła kolej na ustawy o „mowie nienawiści i na konkretne przepisy kwotowe dla płci i ras w instytucjach publicznych, w szkołach i na uniwersytetach, a kończy się na codziennym terrorze „antyrasistowskich” milicji, na cenzurze w mediach, na systematycznym przepisywaniu na nowo historii, na bezkarnej grabieży naszych miast, na redystrybucji dochodów oraz stygmatyzacji zawodowej i społecznej wszystkich tych, którzy nie są otwarcie zaangażowani w nowe wyznania wielokulturowości, białej winy i LGBTQ.

Taka perspektywa jeszcze 20 lat temu wydawałaby się czymś absurdalnym; dziś jednak stało się to już rzeczywistością w dużej części Stanów Zjednoczonych i rozprzestrzenia się także na Europę Zachodnią - a kiedy dotrze do Polski? Niestety, widzimy już pierwsze oznaki tego zagrożenia. Pracownik Ikei traci pracę z powodu krytyki z pozycji religijnych ideologii LGBTQ; całe miasta chcą się uwolnić od ustawodawstwa państwowego, gdyż nie jest ono dla nich wystarczająco „postępowe”; sędziowie odmawiają uznania decyzji konserwatywnej, demokratycznie wybranej większości parlamentarnej; wiara i kościół są systematycznie wdeptywane w ziemię; coraz więcej polskich matek decyduje się na aborcję za granicą; w niektórych miastach dzieci już w wieku szkolnym mają zapoznawać się z chorym wyobrażeniem seksualności i rodziny suflowanym przez polit-poprawne kręgi europejskie; a co gorsza, instytucje europejskie z całej mocy podważają legitymację obecnego rządu: Polska i w ogóle kraje Grupy Wyszehradzkiej wydają się być dzisiaj obleganą ze wszystkich stron fortecą zagrożoną również od wewnątrz przez tych, którzy kapitulują - po części dlatego, że obiecują sobie jakieś korzyści, a po części z powodu niezdolności do rozpoznania prawdziwej skali zagrożenia.

W rzeczy samej, bo czyż nie brzmią „rozsądnie” i „umiarkowanie” owe głosy, które w imię humanizmu i postępu promują „tolerancję”, „autonomię” i „samorealizację” - czy to w sferze religijnej, kulturowej czy seksualnej? Niestety, również, a może nawet zwłaszcza, w kraju takim jak Polska - gdzie wciąż jeszcze żywa jest jej tradycyjna substancja - istnieje wielkie niebezpieczeństwo, że w imię tak pojętej filantropii stopniowo czynić się będzie coraz więcej ustępstw na rzecz wyjątków i mniejszości, które co prawda na razie występują jeszcze z sympatyczną twarzą niewinności mówiąc: „cóż może wam zaszkodzić takie czy inne ustępstwo zgodne z duchem czasu, skoro Polska wciąż jeszcze posiada tak zdrowe podstawy”.

Niestety, tak się zwykle zaczyna - zawsze i wszędzie - do momentu aż wyjątek zaczyna być traktowany na równi z regułą, ta zaś tłumiona jest jako „opresyjna”. Bo jeśli nawet ów pierwszy krok w kierunku liberalizacji zwyczajów, wiary i przyzwoitości wydawać się może mały, to w istocie jest on tym zasadniczym, tym decydującym, ponieważ od niego bierze początek cała seria wydarzeń i decyzji, których cofnąć się już zwykle nie da lub może to być niezwykle trudne. Również w moim rodzinnym kraju, w Belgii, upadek zaczynał się stopniowo kilka dekad temu w duchu hojności i tolerancji: któż bowiem chciałby zawracać sobie głowę jakimiś Marokańczykami czy Algierczykami, u których można kupić świeżą miętę lub döner kebab? Kto miałby sprzeciwiać się łagodzeniu prawa karnego, jeśli sprawca stał się owym przestępcą z powodu swojej trudnej młodości i zdaje się raczej potrzebować terapii, a nie kary? Któż chciałby traktować mieszkającą po sąsiedzku drobnomieszczańską homoseksualną parę jako jakieś poważne zagrożenie moralne, skoro tacy oni uprzejmi i powściągliwi? Wreszcie, kto chciałby z całą powagą nie chcieć zrozumieć cierpienia młodziutkiej matki, która zaszła w ciążę mimo woli i zabronić jej pozbycia się tego, co jest jej „własnym ciałem”? A biorąc pod uwagę korzyści płynące z oświecenia, z nowoczesności i postępu, któż miałby nie popierać stopniowego wypychania Kościoła z dyskursu politycznego? A na koniec, któż miałby na serio uwierzyć w to, że życzliwi i nieco nudni urzędnicy brukselscy mogliby pewnego dnia zechcieć zniszczyć demokrację narodową? Dziś jednak, kilkadziesiąt lat później, Belgia stała się krajem, gdzie całe dzielnice ulegają islamizacji; gdzie bez reakcji ze strony policji regularnie plądrowane są ulice i sklepy, podpalane są samochody; gdzie tradycyjna rodzina jest już wyraźnie w mniejszości, zaś kultura LGBTQ weszła już nawet do szkół; gdzie liczba autochtonicznych Belgów spada z roku na rok, a krytyka prawa do aborcji może prowadzić do utraty pracy; zaś przy aplauzie wolnych myślicieli systematycznie burzone są kościoły, a budowane meczety; państwo natomiast to niewiele dziś więcej, niż dysfunkcyjna i skorumpowana marionetka kontrolowana przez Komisję Europejską.

Kiedy dwa lata temu wyemigrowałem z Belgii do Polski, cieszyłem się, że moje dzieci będą mogły dorastać w środowisku, które w dużej mierze - z wyjątkiem nielicznych obszarów wiejskich - przestało już istnieć w mym rodzinnym kraju: było to coś jak podróż w czasie do mojego dzieciństwa. Nie chcę zatem ponownie przeżywać utraty tych wartości, zwłaszcza że te uwodzicielskie głosy odwołujące się do tej tak typowo polskiej tęsknoty za naśladowaniem Zachodu słychać dziś bardzo wyraźnie i - wciąż jeszcze - posługują się tą samą fałszywą maską człowieczeństwa. Z osobistego doświadczenia chciałbym więc zaapelować - również w kontekście nadchodzących wyborów: "Principiis obsta!" (niszcz zło w zarodku!), bowiem - jak mówi polskie przysłowie - miłe złego początki, lecz koniec żałosny...
 

workingclass

Well-Known Member
1 879
3 686
całe miasta chcą się uwolnić od ustawodawstwa państwowego, gdyż nie jest ono dla nich wystarczająco „postępowe”; sędziowie odmawiają uznania decyzji konserwatywnej, demokratycznie wybranej większości parlamentarnej; wiara i kościół są systematycznie wdeptywane w ziemię; coraz więcej polskich matek decyduje się na aborcję za granicą;

Tutaj to już się wzruszyłem i płakałem.
 

FatBantha

sprzedawca niszowych etosów
Członek Załogi
7 904
22 156
Świat
Francuska prokuratura uważa, że pożar Katedry św. Piotra i Pawła w Nantes prawdopodobnie został wywołany celowo - informuje BBC.

Katedra w Nantes /Sebastien SALOM-GOMIS / AFP /AFP

Katedra w Nantes /Sebastien SALOM-GOMIS / AFP /AFP

Prokurator z Nantes Pierre Sennes poinformował, że śledztwo prowadzone jest w kierunku podpalenia. W budynku ogień wybuchł w trzech miejscach - informuje BBC.
Jak donosi Euronews, Sennes podkreśla, że śledczy mają jeszcze wiele do zrobienia i dochodzenie może przynieść nowe ważne informacje. Do Nantes ma zostać oddelegowany ekspert w zakresie pożarnictwa z policyjnego laboratorium w Paryżu, który będzie pomagać w śledztwie.

Burmistrz Nantes Johanna Rolland pochwaliła straż pożarną za jej reakcję i profesjonalizm. Swoje wsparcie dla strażaków ratujących "gotycki klejnot" wyraził też prezydent Emanuel Macron.
Pożar, który zniszczył zabytkowe organy, wybuchł w sobotę przed godz. 8 rano i został opanowany ok. godz. 10. W akcji gaśniczej brało udział ok. 100 strażaków.
Strażacy, który przybyli na miejsce, odkryli "poważny pożar na poziomie organów znajdujących się za rozetą i na tym skupiła się akcja gaśnicza" - poinformował szef straży pożarnej w departamencie Loara Atlantycka, generał Laurent Ferlay. Służby dokonały również "rekonesansu budowli i ochroniły dzieła sztuki w porozumieniu z władzami katedry".
"Organy wydają się być całkowicie zniszczone. Platforma (empora), na której się znajdują, jest bardzo niestabilna i grozi zawaleniem" - mówił wcześniej dziennikarzom gen. Ferlay. Wskazał jednak, że wyrządzonych szkód nie można porównać z pożarem tej katedry z 1972 r., katastrofalnym pożarem paryskiej Notre Dame z 2019 r., czy bazyliki Saint Donatien w Nantes z 2015 roku.Katedra św. Piotra i Pawła w Nantes to gotycki kościół, którego budowa rozpoczęła się w 1434 roku i trwała ponad 400 lat.
To nie pierwszy raz, kiedy dochodzi do pożaru katedry, której budowa trwała ponad 400 lat, między XV a XIX w. 28 stycznia 1972 r. ogień strawił dach świątyni. Do wypadku doszło w wyniku prac dekarskich. Dopiero po ponad 13 latach prac rekonstrukcyjnych w maju 1985 r. katedra została ponownie otwarta - podaje AFP.
Główna nawa kościoła ma 103 metry długości i 38 metrów szerokości. Witraż w południowym transepcie jest największym witrażem we Francji.
 

FatBantha

sprzedawca niszowych etosów
Członek Załogi
7 904
22 156


Macie tu w zasadzie wszystkich jeźdźców barbarzyńskiej apokalipsy.

W dobie wtórnego analfabetyzmu warto przyjrzeć się zwłaszcza temu:
 
Ostatnia edycja:

T.M.

antyhumanista, anarchista bez flagi
1 292
4 008
Tytuł:
Agresja wśród młodych wywołana pandemią. „Dzieci biją i krzyczą, gdy są bezradne”

Treść:
Przyczyny narastania problemu to m.in. rozpad autorytetów: rodziców, szkoły, polityków, kościoła, jak również zmiana modelu rodziny.
Zmiana systemu wartości we współczesnym świecie spowodowało totalne zagubienie dzieci. Z pozoru niewinna rzecz doprowadza do eskalacji w nich agresji. Dodatkowo emocjonalne napięcia wśród dorosłych, powoduje więcej napięcia w dzieciach.
Tak, to na pewno kwestia pandemii, nie narastającego od lat spierdolenia, braku porządnej etyki i rosnącej infantylizacji, hodowanej pod czułymi objęciami państwa opiekuńczego.
 
Do góry Bottom