Polska psiarnia to żenada i śmiech na sali

FatBantha

sprzedawca niszowych etosów
Członek Załogi
8 156
22 911

Nawet mainstream stracił już złudzenia i nie zamierza bawić się w kurtuazję.
Mała podpowiedź: zawsze tak było.

Dzisiaj, 09:22
Łukasz Warzecha Publicysta

W czasach Platformy Obywatelskiej PiS oskarżał rządzących – na ogół słusznie – że angażują policję do realizowania swoich politycznych potrzeb. Przez kilka pierwszych lat chodziłem na Marsz Niepodległości i widziałem na własne oczy, jak to wyglądało. W tym roku PiS nie tylko Platformę pod tym względem dogonił, ale i przegonił.
Policja, która i tak ogromnie straciła wizerunkowo, gdy wysłano ją do egzekwowania absurdalnych regulacji wiosennego lockdownu, po kilku ostatnich tygodniach skompromitowała się doszczętnie, a 11 listopada tej kompromitacji dopełnił. Dziś mam pewność, że jest to – znów – formacja do załatwiania przede wszystkim zapotrzebowań władzy. Funkcjonariusze, którzy chcą po prostu służyć obywatelom – a wierzę, że takich jest wciąż wielu – powinni podziękować kierownictwu MSWiA, komendantowi głównemu i komendantowi stołecznemu.
Nie będę się wdawał w ocenę Marszu Niepodległości. Role są tu od dawna podzielone i rozdane. Lewica i część opozycji będzie wznosić okrzyki o maszerujących „faszystach” czy „naziolach”, całkowicie ignorując fakt, że co roku przytłaczająca większość uczestników to normalni, spokojni ludzie. Z drugiej strony faktem jest, że do marszu przyłączały się niejednokrotnie grupki bandziorków, z którymi Straż Marszu Niepodległości nie zawsze umiała sobie poradzić. Trudno tu ufać nawet filmowym relacjom, bo i prowokacje się zdarzały.
Jedno nie ulega wątpliwości: po wyborach w 2015 r. Marsz Niepodległości odbywał się pięciokrotnie i za każdym razem w znacznie spokojniejszej atmosferze niż wcześniej. Incydenty były marginalne i nie przypominały sytuacji z czasów rządów PO. Panowała dość powszechna opinia, że był to skutek zmiany podejścia policji.
Aż do wczoraj. Nawet zatem nie widząc nagrań z marszu, można by postawić pytanie: co takiego stało się, że pięć razy dało się zorganizować Marsz Niepodległości bez poważniejszych ekscesów, a tym razem doszło do regularnych bitew z policją? Czy to skład uczestników tak się zmienił? Czy może policja wróciła do metod z dawniejszych czasów?

Część materiałów z Marszu Niepodległości wbija w fotel

Wyrabiałem sobie zdanie na podstawie coraz liczniejszych w internecie filmów. I byłem coraz bardziej zszokowany. Pomijam sytuacje, gdy policjanci mieli do czynienia z autentyczną agresją – bo i takie były. Nie rozstrzygam – bo nie wiem – czy agresorzy byli nasłanymi prowokatorami, czy też niestety uczestnikami Marszu Niepodległości, którzy chcieli tylko bijatyki. Przyjmuję, że wówczas funkcjonariusze działali zasadnie.
Jednak duża część materiałów wprost wbija w fotel. Postrzelony z bliska w twarz fotoreporter „Tygodnika Solidarność”, bezzasadne natarcie w zwartej formacji na błoniach Stadionu Narodowego w momencie, gdy tłum się już rozchodził, a potem szturm na stację Warszawa Stadion. Tam bicie dziennikarzy, agresywne odzywki pod ich adresem, gazowanie przypadkowych osób, rzucanie do stojących całkowicie z boku przedstawicieli mediów granatem hukowym – tego policja nie robiła nawet za Platformy. Do tego widoczne na wielu filmach przypadki nieuzasadnionej agresji wobec spokojnych osób w innych miejscach oraz relacje osób twierdzących, że to policja uniemożliwiła marsz w formule przejazdu samochodowego, zatrzymując pojazdy i zmuszając ludzi do masowego spieszenia się.
To wszystko nie daje się ani usprawiedliwić, ani zmieścić w przepisach, określających ramy działania policji w takich sytuacjach. Te nie pozwalają bowiem na przykład strzelać z broni gładkolufowej na wysokość twarzy.

W ruch poszły pałki, granaty, gaz

Stoi to również w uderzającym kontraście z praktyką tej formacji nie tylko podczas protestów Strajku Kobiet, gdy policjanci wykazywali się bardzo daleko idącą wstrzemięźliwością, ale też wobec postępowania względem antyrządowych protestów począwszy od 2015 r. Wówczas standardem było delikatne wynoszenie protestujących – dziś w ruch poszły pałki, granaty, gaz. Po raz pierwszy skrajnie odmienne zachowanie policji można było zauważyć podczas demonstracji organizowanych wiosną przez kandydata na prezydenta Pawła Tanajnę. Już wtedy policja reagowała z zastanawiającą gwałtownością, używając na przykład gazu łzawiącego wobec nieagresywnych osób.
Jak wyjaśnić wczorajszy największy od lat wybuch policyjnej agresji? Niestety, nie da się tego zrobić inaczej niż poprzez nałożenie na wydarzenia politycznej gry. Jarosław Kaczyński ma z Marszem Niepodległości od lat ogromny problem. Wbrew twierdzeniom niektórych polityków i sympatyków Koalicji Obywatelskiej i Lewicy – w marszu nie idą „jego” ludzie. Przeciwnie – Marsz Niepodległości to dla PiS konkurencja. Wobec gigantycznych problemów politycznych Zjednoczonej Prawicy ostre potraktowanie jego uczestników z nadzieją na wywołanie zamieszek, kompromitujących organizatorów, to całkiem realistyczna hipoteza. W dodatku odrywa uwagę od klęski rządu w walce z epidemią.
Wiemy zarazem, że pomiędzy komendantem głównym generalnym inspektorem Jarosławem Szymczykiem, ministrem Mariuszem Kamińskim, komendantem stołecznym nadinspektorem Pawłem Dobrodziejem a Jarosławem Kaczyńskim toczyła się gra o sposób działania policji i jej zwierzchnictwo. Kaczyński miał domagać się niezmiennie ostrzejszego postępowania. O ile takie zachowanie wobec opozycyjnych demonstracji byłoby bardzo ryzykowne z punktu widzenia wizerunku obecnej władzy poza Polską, to już wobec uczestników MN – nie-koniecznie. Działania policji można interpretować jako element walki o władzę w policyjnych strukturach. Być może nadinspektor Dobrodziej postanowił pokazać władzy, że w przeciwieństwie do inspektora generalnego Szymczyka on skrupułów nie ma. Być może to rodzaj okrzyku „weźcie mnie, weźcie mnie!”. A może to sam inspektor generalny Szymczyk dogadał się ostatecznie z władzą, ratując stołek.

Kamiński tłumaczył działania policji in blanco

Absolutnie fatalne wrażenie zrobiło wydane błyskawicznie oświadczenie ministra Mariusza Kamińskiego, który ledwo kilkadziesiąt minut po uspokojeniu sytuacji już orzekł, że wszystko było w porządku, a użycie siły było zasadne. To wprost niebywałe, żeby zwierzchnik policji usprawiedliwiał jej działania w zasadzie in blanco, gdy pojawia się wokół niego mnóstwo kontrowersji, a ich wyjaśnienie musi zająć co najmniej dni, jeśli nie tygodnie.
Już po kuriozalnych poczynaniach policji z okresu wiosennego lockdownu pisałem, że ta formacja w ciągu paru tygodni roztrwoniła swój autorytet, który mozolnie próbowała budować po 2015 r., nieco zmieniając swoje podejście do obywateli. Jednak to, co działo się kilka miesięcy temu, to nic w porównaniu z wydarzeniami z ostatnich tygodni. Nie tylko autorytet policji legł w gruzach, nie tylko hasło „Pomagać i chronić” brzmi jak arogancka kpina z ludzi, ale policja wprost jawi się jako upolityczniona gwardia władzy. Wrażenie jest koszmarne.
Symboliczna była dla mnie scena z Krakowskiego Przedmieścia, pokazana przez OKO Press, kiedy to grupa funkcjonariuszy całkowicie bez powodu nie pozwala przejść ulicą starszej kobiecie. Owszem – ta starsza pani jest znana z hałaśliwych demonstracji KOD. Owszem, towarzyszyła jej kamera, a pani miała przypięty mikroport. Owszem, można nawet uznać, że był to rodzaj ustawki, a OKO Press jest medium o jednoznacznie opozycyjnym nastawieniu.
Wszystko to jednak nie zmienia faktu, że postępowania policjantów nic nie uzasadniało. Ulicą przechodzili inni, ale bohaterka filmu przejść nie mogła. Nie wiadomo, dlaczego. Policjanci zastosowali następnie wobec niej ograną metodę: oznajmili, że „prowadzą czynności” (nic to, że bezzasadne), w związku z czym zażądali podania danych. Gdy kobieta odmówiła, została siłą wsadzona do radiowozu i odwieziona na komisariat.
PiS zniszczył już w Polsce wiele instytucji. Najwyraźniej władza uznała, że policja wciąż ma się zbyt dobrze. Jeśli taki był plan, to można tylko pogratulować: udało się zniszczyć i to.
 

Slavic

Wolnorynkowiec
476
1 334

Łódź. Policjanci wezwani w sprawie kradzieży. Niedoszłą złodziejką okazała się być ich koleżanka z jednostki​


Funkcjonariuszka policji w Łodzi została przyłapana na próbie kradzieży w jednym ze sklepów. "Dla takich osób nie ma miejsca w naszych szeregach" - komentuje rzeczniczka KWP.

Do niecodziennej sytuacji doszło w Galerii Łódzkiej. Jak podaje "Wyborcza", w poniedziałek 22 lutego w godzinach popołudniowych policjanci z Komendy Wojewódzkiej Policji w Łodzi otrzymali zgłoszenie o próbie kradzieży kilku drogich rzeczy. Pracownicy jednego ze sklepów przyłapali kobietę, która próbowała wynieść z niego kilka artykułów.

- Sprawa wydawała się dość prosta. Typowa kradzież sklepowa - powiedział dziennikowi informator. Kiedy jednak funkcjonariusze przybyli na miejsce zdarzenia, okazało się, że próby kradzieży miała dopuścić się inna łódzka policjantka.

- Mało tego. To nie była jakaś bardzo młoda dziewczyna z pensją mundurowego z najniższą grupą zaszeregowania. To funkcjonariuszka z samej Komendy Wojewódzkiej Policji w Łodzi, czyli najważniejszej jednostki policyjnej w województwie - mówił dalej informator "Wyborczej". Według dziennika w tej samej jednostce, co oskarżana o kradzież policjantka, pracuje także jej mąż, teściowa a niegdyś i ojciec, który był naczelnikiem wydziału.

Policjantka przyłapana na kradzieży zwolniona​

Okazuje się, że funkcjonariuszka policji służyła w wydziale technik operacyjnych, jednak w trakcie zdarzenia przebywała na zwolnieniu lekarskim z powodu ciąży. Do pracy już nie powróci.

- Oczywiście wobec funkcjonariuszki, która od kilku miesięcy nie pełni służby, została wszczęta procedura wydalenia - zapewniła rzeczniczka Komendanta Wojewódzkiego Policji w Łodzi, mł. insp. Joanna Kącka.

Na razie nie wiadomo, ile warte były przedmioty, a co za tym idzie, czy kobieta odpowie za wykroczenie, czy za przestępstwo.


Psiarni obniżyli fundusze, że na zwolnieniu lekarskim muszą kraść?
 

myname

Active Member
182
137

FatBantha

sprzedawca niszowych etosów
Członek Załogi
8 156
22 911

POLSKA
Policjanci od lat nie potrafią zatrzymać sprawcy śmiertelnego wypadku, mimo że "ukrywa się" on 300 metrów od komendy i codziennie przechodził obok niej, odprowadzając córkę do przedszkola. Rodzina ofiary od lat nie może zaznać spokoju. Więcej o 19:30 w programie "Państwo w Państwie" w Telewizji Polsat i Polsat News.
Ponad 110 km/h w terenie zabudowanym, samochodem niedopuszczonym do ruchu, bez uprawnień do prowadzenia pojazdów - w ten sposób 22 września 2017 roku szalał po ulicach Wrocławia Jarosław Wytrwał. Skończyło się tragicznie... Prowadzony przez niego Saab dosłownie wbił się w jadący prawidłowo samochód kurierski. Jego kierowca, pan Dominik nie miał szans, po kilku tygodniach walki o życie, zmarł w szpitalu.
- Nie doszłoby do tego, gdyby ten mężczyzna jechał z dozwoloną prędkością. A po wszystkim jeszcze Dominika zostawili bez pomocy, wiszącego na szybie samochodu - opowiada Katarzyna Kondrat, żona ofiary wypadku.
Zaraz po wypadku sprawca uciekł z miejsca zdarzenia. Wrócił po godzinie, jednak nie sam... Przywiózł ze sobą kobietę, która mimo że była nienagannie uczesana i umalowana, zaczęła opowiadać, że to ona prowadziła samochód. Dodatkowo na miejsce wypadku podjechał czarny SUV, wysiadło z niego kilku postawnych mężczyzn, którzy zaczęli terroryzować świadków i nakłaniać do potwierdzenia, że widzieli kobietę za kółkiem.
- W tym samochodzie było pełno krwi, przecież to uderzenie było bardzo mocne. To od początku było wiadomo, że nie mogła prowadzić ta kobieta, bo ona nie miała na sobie żadnych śladów - mówi pani Katarzyna.

Co zrobiła policja?

Policja na miejscu nie zatrzymała nikogo, nie zabezpieczyła również auta sprawcy. Przez kilka tygodni, mimo pobranej próbki DNA, policjanci nie byli w stanie ustalić, kto prowadził samochód i spowodował wypadek. Wtedy zgłosiła się do nich osoba, która wskazała Jarosława Wytrwała jako sprawcę zdarzenia - chciała jednak zachować anonimowość ze strachu przez zemstą. Policjanci zignorowali to zgłoszenie.
- Chciałabym, żeby osoby odpowiedzialne za te wszystkie niedopatrzenia poniosły konsekwencje, bo póki ta sprawa będzie tak rozgrzebana, to ja nie zaznam spokoju - mówi pani Katarzyna
Dopiero po blisko półtora roku pojawiają się wyniki badań DNA. Potwierdzają one, że sprawcą wypadku jest Jarosław Wytrwał. Prokuratura decyduje się na wystawienie wniosku o areszt. W międzyczasie okazało się również, że sprawca wypadku jest podejrzewany o udział w zorganizowanej grupie przestępczej.

Policjanci "prowadzą poszukiwania", jednak nie udaje im się złapać Jarosława Wytrwała. Problem w tym, że jak się okazało, mężczyzna mieszka niecałe 300 metrów od komendy i codziennie przechodzi obok, odprowadzając córkę do przedszkola.
- Raz pod przedszkolem został zauważony przez policjantów, ale jak podeszli do niego to od razu uciekł, zamknął się w swoim mieszkaniu. Policjanci tam nie weszli i odstąpili od czynności - opowiada Bogusława Demska, teściowa ofiary wypadku.
Do momentu skazania sprawcy wypadku syn tragicznie zmarłego kuriera nie może dostać renty po ojcu. Za Jarosławem Wytrwałem jest wystawiony list gończy, jednak policja opublikowała go dopiero po interwencji dziennikarzy "Państwa w Państwie". Więcej już o 19:30 w materiale Agnieszki Zalewskiej.
 
Do góry Bottom