Permanentna inwigilacja w praktyce

kr2y510

konfederata targowicki
12 770
24 576
Chodzi o Żydów? Oni nie są obcy etnicznie dla terenów dzisiejszej Polski.
Nie wiem dokładnie o co chodzi autorowi, bo w jego łbie nie siedzę.
Ale domyślam się, że chodzi mu o nadreprezentację Żydów, Ukraińców oraz o gówno ludzkie ze wschodu nadesłane przez sowietów, by pełniło obowiązki Polaków. Była też w PRL nadreprezentacja Niemców. Np. całe oddziały Gestapo, których zadaniem było zwalczanie Gryfu Pomorskiego, przeszły w zwartych szeregach wpierw do NKWD, a potem do PRL-owskiej bezpieki.
 

noniewiem

Well-Known Member
570
928
Nie wiem dokładnie o co chodzi autorowi, bo w jego łbie nie siedzę.
Ale domyślam się, że chodzi mu o nadreprezentację Żydów, Ukraińców oraz o gówno ludzkie ze wschodu nadesłane przez sowietów, by pełniło obowiązki Polaków. Była też w PRL nadreprezentacja Niemców. Np. całe oddziały Gestapo, których zadaniem było zwalczanie Gryfu Pomorskiego, przeszły w zwartych szeregach wpierw do NKWD, a potem do PRL-owskiej bezpieki.
I w jaki sposób jest to niby obcy etnicznie element?
 

kr2y510

konfederata targowicki
12 770
24 576
Roman Giertych i prokurator Ewa Wrzosek byli inwigilowani przez ABW z wykorzystaniem Pegasusa.

Niestety, na dziś dzień do bezpiecznej komunikacji wideo/głos pozostaje zrootowany i zdegooglowany (a Apple po jailbreaku) tablet WiFi-only i punkt dostępowy do netu (np router + modem), wraz z softem do sieci Tox lub GNUring (Jami). Od biedy można użyć sieci Matrix, a do wyjścia do normalnej sieci telefonicznej użyć SIP.
 

FatBantha

sprzedawca niszowych etosów
Członek Załogi
8 902
25 538
Przynajmniej wyszło to momencie, gdy okaże się bardziej dotkliwe dla samej władzy, niż szpiegowanego Giertycha.

W połączeniu z aferą o praworządność, niewykonywaniem wyroków TSUE, opnią Bidena, że Polska lokuje się gdzieś na poziomie totalitaryzmu Białorusi, inwigilacja przez służby konia może potwierdzić ostatecznie w odbiorze społecznym, że rzeczywiście mamy do czynienia z totalniakami i ich wreszcie obalić.

Pytanie, czy użyli tego systemu za zgodą sądu? Jeśli nie, to łatwo będzie rozkręcić tę aferę dalej.
 

FatBantha

sprzedawca niszowych etosów
Członek Załogi
8 902
25 538
Roman Giertych i prokurator Ewa Wrzosek byli inwigilowani przez ABW z wykorzystaniem Pegasusa.
Już wiadomo, że nie tylko oni. Ta afera może zostać ładną kulą śnieżną.


Telefon obecnego senatora KO Krzysztofa Brejzy miał zostać zhakowany 33 razy w 2019 r. — informuje AP. Doszło do tego w czasie gdy polityk prowadził kampanię przed wyborami parlamentarnymi i był szefem sztabu KO. Jest to trzecia osoba z Polski, u której potwierdzono włamanie za pomocą systemu Pegasus. Wcześniej AP informowało o zhakowaniu telefonów Romana Giertycha oraz prokurator Ewy Wrzosek.
Dzisiaj, 18:20
Ten tekst przeczytasz w 2 minuty
  • Jak przekazali badacze z kanadyjskiego Citizen Lab telefon Brejzy został cyfrowo zhakowany 33 razy od 26 kwietnia 2019 r. do 23 października 2019 r.
  • Krzysztof Brejza w rozmowie z agencją AP powiedział, że nie ma wątpliwości, iż dane skradzione z jego telefonu, gdy był szefem sztabu kampanii parlamentarnej KO, dostarczyły istotnych informacji na temat strategii partii
  • W rozmowie z Onetem obecny senator KO powiedział, że jest "to niebywały skandal"
  • Dostęp do systemu Pegasus nie jest sprzedawany prywatnym firmom, korzystać z niego go mogą jedynie agencje rządowe
Telefon Brejzy został cyfrowo zhakowany 33 razy od 26 kwietnia 2019 r. do 23 października 2019 r., przekazali badacze Citizen Lab, którzy od lat śledzą nadużycia rządu w zakresie złośliwego oprogramowania NSO, który jest właścicielem systemu Pegasus.

Zobacz również

Senator KO inwigilowany pegasusem. Brejza dla Onetu: czułem, że jest coś nie tak​

Brejza skomentował sprawę zhakowanego telefonu. "Trudno się dziwić, że PiS wygrał wybory"​

Jak zwraca uwagę Associated Press wiadomości tekstowe skradzione z telefonu Brejzy — a następnie spreparowane w kampanii oczerniania — zostały wyemitowane przez rządową telewizję.
Krzysztof Brejza w rozmowie z agencją AP powiedział, że nie ma wątpliwości, iż dane skradzione z jego telefonu, gdy był szefem sztabu kampanii parlamentarnej KO, dostarczyły istotnych informacji na temat strategii, które w połączeniu z oszczerstwami przeciwko niemu uniemożliwiły uczciwy proces wyborczy.
Polityk stwierdził, że teraz rozumie, skąd TVP wzięła wiadomości z jego telefonu. — Ta operacja zniszczyła pracę sztabu i zdestabilizowała moją kampanię — powiedział. — Nie wiem, ile głosów odebrała mi i całej koalicji — dodał.
W rozmowie z Onetem obecny senator KO powiedział, że jest "to niebywały skandal". — Byłem inwigilowany jako szef sztabu wyborczego Koalicji Obywatelskiej przed wyborami parlamentarnymi w 2019 r. Już wtedy czułem, że jest coś nie tak. Potem nabrałem pewności, że padłem ofiarą prowokacji służb specjalnych, przy współudziale TVP — zauważył.

Sfałszowane SMS-y Brejzy w TVP

27 października ujawniliśmy w Onecie, że Brejza zebrał dowody na to, iż w 2019 r., gdy kierował sztabem wyborczym Koalicji Obywatelskiej – jak przekonuje – był szpiegowany przez służby specjalne. Według niego zdobyte w ten sposób m.in. SMS-y z telefonu zostały dodatkowo sfałszowane. W takiej formie opublikowała je TVP.
Materiały stacji Jacka Kurskiego miały pokazywać, jak Brejza rzekomo tworzył w inowrocławskim urzędzie miasta grupę internetowych hejterów (ojciec polityka, Ryszard Brejza, jest prezydentem Inowrocławia).
25 sierpnia 2019 r. na portalu tvp.info pojawił się artykuł "»Nie wdawać się w dyskusję, klepać [komentarze]«. Instrukcje Brejzy dla wydziału nienawiści". Autorem materiału był pracownik TVP Samuel Pereira. Tekst miał ujawniać, "jak dokładnie wyglądał osobisty udział posła Brejzy w całym procederze".
W tekście opublikowano SMS-y, które Brejza miał wysyłać do swoich współpracowników. W rzeczywistości jednak pokazane wiadomości były skompilowane z kilku osobnych, wysyłanych w różnym czasie i do różnych osób.
W innym przypadku zamieniono nadawcę z odbiorcą – w swoim tekście Samuel Pereira przekonywał, że polityk Koalicji Obywatelskiej wysłał do kogoś SMS, tymczasem był jego adresatem.
Dalsza część tekstu znajduje się pod wideo

TVP przegrywa z Brejzą w sądzie

Sąd nakazał, by pod tekstem pojawił się następujący komunikat: "W związku z treścią tego artykułu toczy się postępowanie sądowe o naruszenie dóbr osobistych Krzysztofa Brejzy w postaci czci, dobrego imienia, prawa do prywatności i tajemnicy korespondencji".
– Sąd uznał wysokie prawdopodobieństwo zasadności roszczenia. Sprawa przeszła kontrolę instancyjną, a zatem podzielił ten pogląd także sąd odwoławczy. Dla nas istnienie tego postanowienia ma ogromne znaczenie, bowiem każdy, kto natknie się w internecie na pomawiające treści wynikające z artykułu Samuela Pereiry, będzie informowany o tym, że toczy się proces – mówi Onetowi mec. Dorota Brejza, pełnomocniczka senatora Krzysztofa Brejza, prywatnie jego żona.
TVP powinna wykonać postanowienie niezwłocznie.

Zhakowane telefony Romana Giertycha i Ewy Wrzosek

Jak informowali 20 grudnia amerykańscy dziennikarze z AP, Roman Giertych i Ewa Wrzosek dołączyli do listy krytyków rządów na całym świecie, których telefony zostały zhakowane przy użyciu systemu Pegasus. To oprogramowanie szpiegujące, które zamienia telefon w urządzenie do podsłuchiwania i pozwala ściągnąć z niego wszelkie dane. Dostęp do niego nie jest sprzedawany prywatnym firmom, korzystać z niego go mogą jedynie agencje rządowe.
Zdaniem AP telefon adwokata miał być kontrolowany 18 razy, m.in. w trakcie ostatnich wyborów parlamentarnych w 2019 r. Natomiast telefon prokurator miał zostać zhakowany dwa lata później, gdy krytykowała rząd Zjednoczonej Prawicy za zmiany realizowane w wymiarze sądowniczym. Na jej urządzenie, według Citizen Lab, w ciągu dwóch miesięcy włamano się sześć razy.
Źródło: Media
 

Blobfish

Active Member
93
184
Ta afera może zostać ładną kulą śnieżną.

Afera niewątpliwie ma potencjał ale wątpię, żeby wiązały się z nią jakieś praktyczne konsekwencje w rodzaju spadku poparcia dla rządu. Elektorat PIS nawet jeśli się o niej dowie to z reżimowych mediów i z odpowiednim komentarzem. W dodatku obawiam się, że wyborcy PIS zasadniczo mogą nie dostrzegać niczego złego w szpiegownaiu opozycji lub dziennikarzy. Wydaje mi się, ze jedyne co może odspawać tych socjalistów od koryta to jakiś potężny kryzys gospodarczy.
 

FatBantha

sprzedawca niszowych etosów
Członek Załogi
8 902
25 538

  • Przyszedł do mnie technik łączności i powiedział: "Panie generale, byli u nas ludzie z firmy [Służby Kontrwywiadu Wojskowego] i grzebali przy drucikach". Wówczas to zbagatelizowałem — mówi w rozmowie z Onetem były szef sztabu
  • Przed szczytem NATO w Warszawie z gen. Gocułem za pomocą szyfrowanej łączności chciał rozmawiać szef Komitetu Wojskowego Sojuszu gen. Petr Pavel. – Dwa dni nasi technicy próbowali uruchomić połączenie. Niestety się nie udało – opowiada gen. Gocuł
  • — Nie mogąc się do mnie dodzwonić, gen. Pavel już otwarcie powiedział: "Słuchaj Mieczysław, coś u ciebie nie gra na telefonie. Ewidentnie macie nieszczelność na telefonach" – opowiada były szef sztabu
  • "Mówimy o szyfrowanym telefonie. O jawnych nic nie wiem. Nawet jeśli był założony na nich podsłuch, to nikt tego nie sprawdził. A tajny telefon, okazało się, że jest nieszczelny"
  • Kiedy szef Sztabu Generalnego upewnił się, że jego telefon jest na podsłuchu, zaczął być ostrożny. – Musiałem prawie do zera ograniczyć moją działalność ściśle tajną i niejawną. Przez attaché obrony rozmawiałem z Niemcami, Amerykanami czy dowództwem NATO – mówi
Edyta Żemła: Panie generale, był pan podsłuchiwany pełniąc funkcję szefa Sztabu Generalnego Wojska Polskiego?
Gen. Mieczysław Gocuł: Tak. To się zdarzyło na początku 2016 r., przed szczytem NATO w Warszawie. Było wówczas kilka zdarzeń, które następowały po sobie, a wskazywały na to, że mój telefon może być na podsłuchu.
Jakie to sytuacje?
Zacznę od tego, że na terenie Sztabu Generalnego jest element łączności. Tam codziennie powstaje poufne sprawozdanie dobowe na temat tego, co się działo w siłach zbrojnych. Ma ono szeroki rozdzielnik – jest kierowane do prezydenta, premiera, ministrów, dowódców rodzajów sił zbrojnych. W okresie, o którym mówię, przyszedł do mnie technik łączności i wręczając mi takie właśnie sprawozdanie, mimochodem powiedział: "Panie generale, byli u nas ludzie z firmy [Służby Kontrwywiadu Wojskowego SKW] i grzebali przy drucikach".
Zbagatelizowałem to wówczas, przyjmując, że w węźle łączności zjawili się ludzie z SKW, ponieważ być może coś naprawiali lub sprawdzali. Ale był to pierwszy sygnał, że coś niedobrego wokół mnie może się dziać. Potem były kolejne.
Jakie?
Tuż przed samym szczytem NATO w Warszawie pojawiły się problemy z uzgodnieniem wysuniętej obecności wojsk Sojuszu w naszym kraju. Wyjaśnię, że chodzi o to, iż na poziomie Komitetu Wojskowego NATO [najważniejszej struktury wojskowej w Kwaterze Głównej NATO] do 20 maja 2016 r., przed szczytem zaplanowanym na lipiec, nie było zgody członków Sojuszu na wysuniętą obecność wojskową w Polsce.
Znaczyło to, że jeżeli nie ma takiej rekomendacji wojskowej, to politycy, uznając, że nie ma zagrożenia, również rekomendują, iż wzmocniona, sojusznicza obecność wojskowa w naszym kraju nie jest konieczna. Powszechna zgoda NATO na taką obecność była tylko w państwach bałtyckich.
Pan w tym zakresie prowadził z wojskowymi negocjacje, które tuż przed szczytem NATO w Warszawie zakończyły się jednak sukcesem.
Tak, ale to nie było proste. Szefem Komitetu Wojskowego NATO był wówczas czeski generał Petr Pavel. Wiedział, że walczymy o wysuniętą obecność wojskową Sojuszu w naszym kraju. Gen. Pavel zaproponował własne rozwiązanie, które chciał ze mną uzgodnić. W skrócie chodziło o to, że nie byłaby to ciągła czy rotacyjna obecność wojskowa, lecz doraźna, pojawiająca się co pewien czas (ang. semi-presence).
Uzgadniał to rozwiązanie z państwami bałtyckimi. Chciał też w tej sprawie zadzwonić do mnie. Dwa dni nasi technicy próbowali uruchomić połączenie. Niestety się nie udało. To tajne, szyfrowane łącze. Jeden klucz do szyfrowania jest u mnie, a drugi w Brukseli. W ten sposób gen. Pavel rozmawiał zresztą z Bałtami.
Nie mogąc się do mnie dodzwonić, już otwarcie powiedział: "Słuchaj Mieczysław, coś u ciebie nie gra na telefonie. Wczoraj dzwoniłem do Bałtów i była dobra łączność, a wy ewidentnie macie nieszczelność na telefonach. Postaraj się przyjechać na Komitet Wojskowy wcześniej. Spotkamy się w cztery oczy i porozmawiamy".
Wówczas, podczas rozmów z gen. Pavlem, przypominałem sobie słowa technika, który już wcześniej mówił mi, że "byli ludzie z firmy i grzebali przy drucikach".
Tak "grzebali", że popsuli tajne łącze w Sztabie Generalnym?
Prawdopodobnie panowie z SKW założyli, że z telefonu, którego używam, można korzystać jak z każdego innego i niekoniecznie moja rozmowa musi być szyfrowana. Gdyby nie była, to nikt nigdy by się nie dowiedział, że ten telefon był na podsłuchu. Dopiero, jak się włączy szyfrowanie i nie ma szczelności połączenia, to to wszystko wychodzi.
Były jeszcze jakieś inne sygnały, że był pan na podsłuchu?
Następna taka sytuacja była, kiedy rozmawiałem z szefem niemieckiego Sztabu Generalnego gen. Volkerem Wiekerem. Niemcy mieli bardzo pragmatyczne podejście do szczytu NATO w Warszawie. Jeszcze przed jego rozpoczęciem Wieker w rozmowie ze mną przyznał, że ma wytyczne polityczne, ale od razu dodał: — Jeżeli nie będę cię mógł wspierać, to na pewno nie będę przeszkadzał. Będę neutralny i nie zabiorę głosu.
Niemcy mieli również własną inicjatywę w tym zakresie. Chodziło o stworzenie większych, międzynarodowych formacji wojskowych w naszym regionie. Razem z Wiekerem tę inicjatywę przerabialiśmy, długo o niej dyskutowaliśmy.
Pewnego razu wezwał mnie do siebie ówczesny minister obrony Antoni Macierewicz. Chciał porozmawiać przed posiedzeniem Komitetu Wojskowego NATO. W trakcie rozmowy okazało się, że ma do mnie pretensje, ponieważ przed wyznaczeniem na drugą kadencję na stanowisko szefa sztabu, będąc w Pałacu Prezydenckim, rozmawiałem z prezydentem Andrzejem Dudą i ówczesną premier Beatą Szydło. Ministra obrony tam wówczas nie było.
Prezydent zapytał, jak się sprawy mają przed szczytem NATO. Powiedziałem, że nadal nie ma zgody Komitetu Wojskowego na wysuniętą obecność wojsk Sojuszu w Polsce, ale nie wszystko jeszcze stracone, ponieważ niebawem komitet zbiera się na poziomie szefów sztabów, na którym będę.
Były duże szanse na sukces?
Tak, spore. W tym czasie zmieniał się amerykański dowódca sił NATO w Europie. Został nim Curtis M. Scaparrotti, który przyszedł z dowódcy armii w Korei. Załapaliśmy dobry kontakt, ponieważ kiedyś byłem szefem komisji rozjemczej państw neutralnych w Korei, gościłem w Seulu i spotykałem się z generałami amerykańskimi.
Miałem też bardzo dobre, przyjacielskie relacje z Josephem F. Dunfordem, szefem połączonych sztabów USA. Spędziliśmy kiedyś razem trzy miesiące w bazie Babilon w Iraku. Zapewniłem więc pana prezydenta, że jeszcze nic straconego. Zresztą finalnie udało mi się przekonać moich amerykańskich i NATO-wskich kolegów do poparcia naszego stanowiska. Efektem czego jest wysunięta obecność wojsk NATO w Polsce.
O co minister Macierewicz miał do pana pretensje?
Chodziło o to, że o stanie negocjacji przed szczytem NATO poinformowałem premier Szydło i prezydenta Dudę. Przy okazji tej rozmowy minister powiedział jeszcze, iż wie, że mam dobre kontakty z Niemcami. Problem w tym, że nigdy z nim na ten temat nie rozmawiałem. W głowie znowu zaświeciła mi się czerwona lampka ostrzegawcza.
Dlaczego?
Minister Macierewicz powiedział wówczas, że gdyby był telefon z Niemiec, to mam natychmiast, niezależnie od godziny i pory dnia lub nocy, do niego zadzwonić. To było dziwne. Rozumiem, że gdyby w Rosji coś się działo, to taka prośba byłaby uzasadniona, ale w Niemczech?
Najbardziej jednak zastanowiło mnie, że minister Macierewicz wie, gdzie dzwonię. Skontaktowałem się więc z attaché wojskowym Niemiec i poprosiłem go do siebie. Poinformowałem, że mam podstawy, by sądzić, iż nie do końca mój telefon jest bezpieczny. Krótko mówiąc — że może być na podsłuchu.
Rozumiem, że przez attaché wojskowego przekazał pan tę informację swojemu niemieckiemu odpowiednikowi?
Żeby była sprawa jasna, nic nie knuję z Niemcami. Jednak jeśli Volker jest moim przyjacielem, a jest, to chcę, żeby wiedział, że mój telefon może być na podsłuchu. Jeżeli nie chciałby rozmawiać, to ja to rozumiem. Wówczas zresztą rozmawialiśmy przez attaché. Nie wyobrażam sobie sytuacji, że wiedząc, iż mój telefon jest na podsłuchu, nie poinformuję o tym przyjaciela i narażę go na szwank.
Mówimy cały czas o telefonie szyfrowanym?
Tak, cały czas mówimy o szyfrowanym telefonie szefa Sztabu Generalnego. O jawnych telefonach nie wiem nic. Nawet jeśli był założony na nich podsłuch, to nikt tego nie sprawdził. A tajny telefon, okazało się, że jest nieszczelny i to po mojej stronie. Od tego momentu moje rozmowy były prowadzone przez attaché wojskowych.
W jakiś inny sposób pan się jeszcze zabezpieczał przed podsłuchem?
Siłą rzeczy musiałem prawie do zera ograniczyć moją działalność ściśle tajną i niejawną. Przez attaché obrony rozmawiałem nie tylko z Niemcami, lecz również z Amerykanami, czy dowództwem NATO. Nie mogąc dzwonić do Brukseli przed szczytem NATO, po prostu tam pojechałem.
Spotkałem się ze wszystkimi generałami z Naczelnego Dowództwa Sił NATO w Europie. Powiedziałem im jaką mam koncepcję na wysuniętą obecność NATO w Polsce. Musiałem te rozmowy powadzić osobiście, ponieważ miały one ogromną wagę dla bezpieczeństwa państwa, a nie miałem pojęcia, kto może inwigilować moją niejawną sieć.
Ktoś powinien to sprawdzić?
Oczywiście, SKW. Jednak trudno było do nich zadzwonić, kiedy technik z węzła łączności powiedział mi, że to oni "grzebali przy drucikach". Sytuacja była więc patowa.
Funkcjonowaliśmy tak przez kilka miesięcy. Nie dałoby się jednak działać w ten sposób na dłuższą metę. Minister Macierewicz, który postawił mi zadanie wynegocjowanie obecności wojsk NATO w Polsce, jednocześnie rzucał mi kłody pod nogi. Dlatego po szczycie NATO w Warszawie zaniosłem mu wniosek o odejście do cywila i powiedziałem, że formuła naszej współpracy się wyczerpała.
Podsłuch na telefonie szefa Sztabu Generalnego jednego z państw NATO — jak to można skomentować?
To się nie mieści w żadnych kanonach ani standardach. NATO jest poważną instytucją, opartą na zaufaniu. Gdyby podobna sytuacja zdarzyła się jednemu z moich kolegów z Sojuszu, to po prostu bym w nią nie uwierzył. To wszystko wymknęło się spod jakiejkolwiek kontroli nie tylko tej wynikającej z zasad funkcjonowania demokratycznego państwa i cywilnej kontroli nad armią.
 

NoahWatson

Well-Known Member
1 288
3 172
Najpierw PO zostało odsunięte po udostępnieniu nagrań podsłuchów. Teraz znów ktoś podsłuchuje ludzi z KO i prawdopodobnie PiS dostaje stosowne reporty z podsłuchów... W pewien sposób ciekawe, że tylko PiS wygląda na beneficjenta podsłuchów (oczywiście pomijając aferę ich ujawnienia).
 

FatBantha

sprzedawca niszowych etosów
Członek Załogi
8 902
25 538

Oprac.: Norbert Amlicki
Polska
Dzisiaj, 30 grudnia (16:02) Aktualizacja: 1 godz. 22 minuty temu
Prezes Najwyższej Izby Kontroli Marian Banaś wypowiedział się na temat inwigilacji polityków i obywateli. - To jeden z najpoważniejszych kryzysów demokracji - stwierdził. Przypomniał, że NIK już w 2019 roku, przy okazji kontroli budżetowej, znalazła fakturę dotyczącą zakupu systemu Pegasus.

- Afera związana z Pegasusem stanowi poważne zagrożenie dla demokracji i wymaga szczegółowego wyjaśnienia, bo dotyczy podejrzenia nielegalnej inwigilacji polityków i obywateli - powiedział Polsat News Banaś.
- Najwyższa Izba Kontroli już w 2019 roku, przy okazji kontroli budżetowej, zwracała na to uwagę, kiedy znaleziono fakturę dotyczącą zakupu systemu Pegasus - dodał szef NIK.
- W tej chwili do NIK wpłynęło kilka wniosków o podjęcie kontroli w tym temacie. Analizujemy wnikliwie każdy wniosek i po ich przeanalizowaniu podejmiemy decyzje, co do podjęcia kontroli doraźnej - wyjaśnił Banaś.

Pegasus. "Najpoważniejszy kryzys demokracji"

Szef NIK do sprawy odniósł się również na Twitterze.
"Podejrzenia dotyczące inwigilacji polityków i obywateli to jeden z najpoważniejszych kryzysów demokracji. NIK już po kontroli wykonania budżetu za 2019 rok sygnalizowała poważne wątpliwości w tej kwestii. Czas wrócić do tej sprawy" - napisał.



Amerykańska agencja prasowa Associated Press podała w ubiegłym tygodniu, powołując się na ustalenia działającej przy Uniwersytecie w Toronto grupy Citizen Lab, że za pomocą opracowanego przez izraelską spółkę NSO Group oprogramowania Pegasus inwigilowany był senator KO Krzysztof Brejza, adwokat Roman Giertych i prokurator Ewa Wrzosek.

Brejza skierował do NIK wniosek o kontrolę w CBA

Wniosek o kontrolę NIK w sprawie wykorzystywania oprogramowania Pegasus skierowała w środę do Izby Lewica. Posłowie Lewicy w tej sprawie spotkali się z prezesem NIK Marianem Banasiem. Poseł tej formacji Wiesław Szczepański po tym spotkaniu przekazał, że prezes NIK zapewnił parlamentarzystów o tym, że Izba będzie analizowała możliwość kontroli, szczególnie, że nie jest to pierwszy skierowany do niej wniosek w sprawie wykorzystania Pegasusa.
W poniedziałek senator Brejza skierował do NIK wniosek o przeprowadzenie pilnej kontroli w Centralnym Biurze Antykorupcyjnym.

Żaryn: kontrola operacyjna jest prowadzona w uzasadnionych przypadkach

Według Citizen Lab do telefonu Krzysztofa Brejzy włamano się 33 razy w okresie od 26 kwietnia 2019 r. do 23 października 2019 r. Polityk był wówczas szefem sztabu KO przed wyborami parlamentarnymi. Kanadyjscy badacze nie byli jednak w stanie wskazać, kto dokładnie stoi za szpiegowaniem, ale podkreślono, że jedynymi klientami izraelskiej firmy są rządowe agencje.
Rzecznik prasowy ministra koordynatora służb specjalnych Stanisław Żaryn, odnosząc się do doniesień w sprawie Pegasusa, przypomniał, że "w Polsce kontrola operacyjna jest prowadzona w uzasadnionych i opisanych prawem przypadkach, po uzyskaniu zgody prokuratora generalnego i wydaniu postanowienia przez sąd". Jak dodał, "sugestie, że polskie służby wykorzystują metody pracy operacyjnej do walki politycznej, są nieuprawnione".
Lider PO Donald Tusk zapowiedział, że jego ugrupowanie będzie wnosić o powołanie sejmowej komisji śledczej, która zbada wykorzystywanie systemu Pegasus przeciwko opozycji, a także zapowiedział powołanie analogicznej nadzwyczajnej komisji w Senacie.
 

ckl78

Well-Known Member
1 576
1 753
"Dobrze, że są takie narzędzia". Poseł Kowalski chwali system Pegasus.

– Nie ma zgody na to, żeby politycy byli bezkarni. Za czasów Zjednoczonej Prawicy nie ma na to zgody, czy ktoś ma metkę PiS-u, Platformy, czy PSL-u – podsumował polityk Solidarnej Polski.


- System, który powinien być wykorzystywany do walki z terroryzmem, jest wykorzystywany przeciwko obywatelom tego kraju. (…) Bardzo możliwe, że Pegasusa używają wasi koledzy do podsłuchiwania rządu, do podsłuchiwania siebie nawzajem. (…) I teraz, drodzy panowie, zastanówcie się, czy ten system nie będzie bronią użytą przeciwko wam - zaznaczała posłanka PSL-u.

Więcej: https://wiadomosci.radiozet.pl/Pols...i-System-Pegasus-Dobrze-ze-sa-takie-narzedzia

A mógł siedzieć cicho.
 

FatBantha

sprzedawca niszowych etosów
Członek Załogi
8 902
25 538

Oprac.: Wiktor Kazanecki
POLSKA
Dzisiaj, 3 stycznia (07:15) Aktualizacja: Dzisiaj, 3 stycznia (09:57)
O tym, w jaki sposób polskie władze weszły w posiadanie licencji na Pegasusa pisze poniedziałkowa "Gazeta Wyborcza". Według dziennikarzy "PiS oszukało posłów" z komisji finansów publicznych, bo ci mieli nie wiedzieć, że zmiana w budżecie Funduszu Sprawiedliwości pozwoli CBA na zakup izraelskiego systemu do inwigilacji za 25 mln zł. Jak dodali, główne role w tym planie odgrywali Zbigniew Ziobro oraz jego współpracownicy. - Zachowuję dalece idącą wstrzemięźliwość wobec rewelacji "Gazety Wyborczej" - skomentował doniesienia Radosław Fogiel.
Zdaniem "GW", zakup systemu Pegasus zrealizowano ze środków Funduszu Sprawiedliwości, nad którym pieczę sprawują Zbigniew Ziobro i jego ludzie. W ocenie gazety, CBA i resort sprawiedliwości przeprowadziły "precyzyjnie zaplanowaną operację", a na jej każdym etapie "zadbano o kamuflaż".
Dziennikarze "Wyborczej" przypomnieli o posiedzeniu sejmowej komisji finansów z 15 września 2017 roku. Zaakceptowała ona wtedy wniosek ministra sprawiedliwości ws. "zmian w planie finansowym Funduszu Pomocy Pokrzywdzonym oraz Pomocy Postpenitencjarnej". Przedstawił go współpracownik Ziobry Michał Woś.

"Wyborcza": 25 mln zł miało trafić na "inne działania" zapobiegające przestępczości

Woś wyjaśniał wówczas, że miesiąc wcześniej zmieniono zasady wypłacania pieniędzy z Funduszu, dodając "katalog instytucji z sektora finansów publicznych". Według dziennika, ten ruch mógł pozwolić CBA na zakup Pegasusa, chociaż na zebraniu komisji "nie pada o tym ani jedno słowo". Tymczasem CBA może być finansowane tylko bezpośrednio z budżetu państwa.
"Posłowie nie wiedzą, że dzień wcześniej Woś wystąpił do Ministerstwa Finansów o zgodę na przeznaczenie 25 mln zł z Funduszu na 'inne działania", które mają 'służyć zapobieganiu przestępczości" - dodała "GW".
W artykule czytamy też m.in. że ówczesna premier Beata Szydło spotkała się w lipcu 2017 r. ze swoimi odpowiednikami z krajów Grupy Wyszehradzkiej i premierem Izraela Beniaminem Netanjahu. To wówczas miała zapaść decyzja o sprzedaży licencji na Pegasusa rządom Polski i Węgier.
"Wyborcza" przekazała, iż CBA otrzymało 25 mln zł z Ministerstwa Sprawiedliwości w dwóch transzach. Resort finansów, który badał legalność zakupu, potwierdził, że "dyscyplinę finansów" naruszono wtedy "w stopniu nie wyższym niż znikomy", dzięki czemu - jak pisze dziennik - nikt nie poniesie konsekwencji.

Fogiel: Nie ma afery wokół Pegasusa

Wicerzecznik PiS Radosław Fogiel pytany w Radiu Zet o te doniesienia podkreślił, że PiS nikogo nie oszukiwał w tej sprawie. - Zachowuję dalece idącą wstrzemięźliwość wobec rewelacji "Gazety Wyborczej". To jest gazeta, która kilka tygodni temu pomyliła ministra (nauki, Przemysława) Czarnka z Leszkiem Czarneckim. Napisali artykuł o tym drugim, a używali nazwiska tego pierwszego - przypomniał wicerzecznik PiS. - Wiarygodność żadna. Skąd ja mogę mieć pewność, że któryś z autorów (artykułu - red.) nie odnalazł gdzieś na strychu starej konsoli Pegasus z komunii i mu się nie pomyliło - ironizował polityk.
Zwracał też uwagę, że na wskazanym posiedzeniu komisji finansów nic nie mówiono o zakupie systemu Pegasus. Na uwagę prowadzącej, że posłowie nie wiedzieli co akceptują, Fogiel podkreślił, że posłowie - jak zawsze - dostali informację na komisji, był obecny przedstawiciel resortu i mogli zadawać pytania.
- Nie chcę wdawać się w spekulacje na temat tego czym dysponują, jakimi działaniami się posługują polskie służby, bo nie jest to moją rolą, nie mam takiej wiedzy, nie jestem członkiem komisji służb specjalnych; nawet gdybym mógł i miał, to nie byłbym upoważniony do dzielenia się tym na antenie - zaznaczył polityk PiS. - Wszystkie działania operacyjne jakiekolwiek, jeśli mają miejsce w Polsce - niezależnie od tego wobec kogo są podejmowane - muszą być podejmowane za zgodą sądu - podkreślił.
Fogiel był też pytany dlaczego jego ugrupowanie jest przeciwne powołaniu komisji śledczej ws. Pegasusa zaznaczył, że "nie ma afery wokół Pegasusa".
Dopytywany, że skoro PiS nie ma sobie nic do zarzucenia, to dlaczego nie chce powołania komisji, Fogiel żartował, że "nie ma też dowodów na to, że Reptilianie rządzą światem. Czy to jest powód do tego żeby powoływać komisję śledczą".
Zwrócił też uwagę, że komisje śledcze powołuje się w sytuacji, kiedy standardowe działania organów państwa nie przynoszą efektu. - Tutaj nic takiego nie mamy - zapewnił.
- Równocześnie chce się by opinia publiczna uwierzyła, że polskie służby dysponują super, hiper tajnym, wyrafinowanym sprzętem szpiegowskim najwyższej klasy. Kupionym po tajniacku za grube miliony. Z drugiej strony chce się nas przekonać, że jakiś NGO-s z Kanady odkrył, że to supertajne, wyrafinowane oprogramowanie było w telefonie Romana Giertycha, czy pani prokurator - powiedział Fogiel.

AP pisała o inwigilacji Giertycha, Brejzy i Wrzosek

Przypomnijmy, że według amerykańskiej agencji AP za pomocą oprogramowania Pegasus inwigilowani w Polsce byli: mecenas Roman Giertych, prokurator Ewa Wrzosek i senator Krzysztof Brejza w czasie, gdy był szefem sztabu wyborczego KO. Podkreśla się przy tym, że klientami stojącej za Pegasusem izraelskiej NSO Group są jednostki rządowe.
W poniedziałek Bogdan Rymanowski zapytał prezydenta Andrzeja Dudę w internetowej dogrywce "Gościa Wydarzeń" w Interii o doniesienia w sprawie użycia systemu Pegasus w Polsce. - Od tego są parlamentarzyści, żeby te sprawy były wyjaśnione w parlamencie - powiedział prezydent.
Na pytanie, czy należy powołać komisję śledczą, odpowiedział: Nie wykluczam, jeśli będzie taka decyzja posłów.
- Uważam, że jeżeli takie pojawiają się twierdzenia, to sprawa wymaga wyjaśnienia. Zwłaszcza, jeżeli tego typu twierdzenia dotyczą prokuratora, który prowadził jakąś sprawę. Zdumiewające były te informacje dla mnie, bo tak jak mówię, ja nigdy o tym nie słyszałem i nigdy też nie miałem żadnych dokumentów, które o czymś takim mogłyby stanowić, w związku z powyższym uważam, że sprawę trzeba wyjaśnić, skoro takie twierdzenia są - zaznaczył Andrzej Duda.
- Powtarzam jeszcze raz. Jest chociażby w Sejmie komisja do spraw służb specjalnych, która - jeżeli są wątpliwości - w pierwszej kolejności mogłaby się tym zająć - dodał.

Jarosław Kaczyński: Nie mam w tej sprawie dowodu

- Nie wiem, co z tym Pegasusem. Dostałem pismo od dziekana Okręgowej Rady Adwokackiej, by wyjaśnić wątpliwości wokół rzekomego podsłuchu wobec Romana Giertycha. To się miało dziać w roku 2019, nie byłem wówczas wicepremierem do spraw bezpieczeństwa, nie mam o tym większego pojęcia - mówił prezes PiS.
Dodał: - Nie mam w tej sprawie dowodu. Będzie posiedzenie komitetu do spraw bezpieczeństwa, to ta sprawa wtedy stanie i poproszę o wyjaśnienia.

Po poniedziałkowym artykule "Operacja Pegasus. Jak PiS oszukał posłów", który ukazał się w "Gazecie Wyborczej", politycy Prawa i Sprawiedliwości dostali na swoje skrzynki mailowe partyjny przekaz dnia, czyli wytyczne, jak powinni odpowiadać na wszystkie pytania związane ze sprawą zakupu systemu Pegasus. Takie wiadomości regularnie trafiają do parlamentarzystów, kiedy partie chcą ujednolicić medialny przekaz i uniknąć kłopotliwych wypowiedzi swoich przedstawicieli. To rodzaj ściągi, która sprawia, że dziesiątki polityków w różnych mediach powtarzają bardzo podobne zdania.
Partyjne wytyczne są szczególnie ważne przy okazji niewygodnych i budzących kontrowersje tematów. Wówczas władze partii oczekują, że wypowiedzi polityków nie będą zbytnio wychodziły poza zawarte sugestie. Jednym z takich trudnych tematów dla Prawa i Sprawiedliwości jest sprawa zakupu systemu do inwigilacji Pegasus oraz – jak poinformowali kanadyjscy naukowcy – jego użycia wobec polityka PO Krzysztofa Brejzy, adwokata Romana Giertycha oraz prokurator Ewy Wrzosek.
Wirtualna Polska dotarła do najnowszego przekazu dla polityków Prawa i Sprawiedliwości. Przed politykami PiS postawiono trzy zadania. Mają uderzać w wiarygodność "Gazety Wyborczej" i podważać ustalenia dziennika, powinni odsyłać dziennikarzy do oświadczenia rzecznika prasowego ministra koordynatora służb specjalnych, przy okazji mogą też dodać, że nie będą wpisywali się w linię obrony Romana Giertycha. Dla partyjnej centrali to jedyne pożądane odpowiedzi polityków PiS w sprawie kulisów zakupu Pegasusa i przekazania na ten cel środków z Funduszu Sprawiedliwości, którym zarządza minister sprawiedliwości.

"Starannie zaplanowana operacja"

Według "Gazety Wyborczej" zakup systemu Pegasus z Funduszu Sprawiedliwości miał być "precyzyjnie zaplanowaną operacją resortu sprawiedliwości i CBA". Przekazanie środków miało być możliwe dzięki inicjatywie wiceministra sprawiedliwości. Michał Woś 15 września 2017 r. podczas posiedzenia sejmowej komisji finansów publicznych złożył wniosek o zmianę planu finansowego Funduszu Sprawiedliwości. Posłowie zatwierdzili tę zmianę, ale - czytamy w dzienniku - nie mieli pojęcia, że chodzi o zakupy dla CBA, bo "w czasie posiedzenia komisji nie padło o tym ani jedno słowo".
Gazeta jednocześnie informuje, że to Michał Woś wystąpił do Ministerstwa Finansów o zgodę na przekazanie 25 milionów złotych z Funduszu na "inne działania", mające "służyć zapobieganiu przestępczości". Wiceminister był też podpisany pod przelewami z Funduszu Sprawiedliwości do CBA. Według autorów zakup systemu Pegasus z Funduszu Sprawiedliwości był precyzyjnie zaplanowaną operacją resortu sprawiedliwości i CBA, i "na każdym kroku zadbano o kamuflaż".
W publikacji podkreślono, że zakup oprogramowania z pieniędzy Funduszu Sprawiedliwości był niezgodny z prawem, ponieważ CBA może być finansowane wyłącznie z budżetu państwa. Gazeta powołuje się również na dokument, do którego dotarł poseł PO Michał Szczerba. Chodzi o postanowienie Głównego Rzecznika Dyscypliny Finansów Publicznych, który w Ministerstwie Finansów badał zażalenie Najwyższej Izby Kontroli. Dotyczyło ono odmowy wszczęcia postępowania w sprawie złamania przepisów o dyscyplinie finansów publicznych przy kupnie systemu. "Ministerstwo Finansów uznało, że choć doszło do złamania przepisów, to stopień szkodliwości czynu był znikomy", co w efekcie kończy możliwość szczegółowego wyjaśnienia sprawy. Pod pismem w tej sprawie podpisał się wiceminister finansów Piotr Patkowski.

Woś: "Odgrzewany kotlet"

Wiceminister sprawiedliwości Michał Woś do czasu publikacji artykułu wyłącznie zdawkowo odniósł się do sprawy. "Odgrzewany kotlet. Opisana dotacja była omawiana w Sejmie i mediach 4 lata temu. Fundusz Sprawiedliwości ma ustawowy obowiązek finansować zwalczanie przestępczości - by łamiący prawo nie spali spokojnie" – napisał na Twitterze. Polityk Solidarnej Polski nie odebrał od nas telefonu i nie odpowiedział na prośbę o kontakt.


W swoim oświadczeniu poseł nie odniósł się ani do kwestii podpisu pod przelewem, który miał umożliwić zakup Pegasusa, ani tego, w jakim celu złożył wniosek o zmiany w planie finansowym Funduszu Sprawiedliwości. Co ciekawe Michał Woś 29 grudnia, w rozmowie z TVN24, pytany, czy ma wiedzę o wykorzystywaniu systemu Pegasus w Polsce, stwierdził, że "nie wie, co to jest". Do zarzutów nie odniósł się także minister sprawiedliwości. Zbigniew Ziobro jedynie podał dalej wpis swojego zastępcy.
O szczegółach nie mówi też Michał Wójcik, minister w Kancelarii Premiera, który reprezentuje Solidarną Polską. "'Rewelacje' opozycji dotyczące przekazania środków z Funduszu Sprawiedliwości do CBA, okazały się niewypałem. Temat był omawiany w świetle kamer w parlamencie przed czterema laty. Nie ma nic nowego" – stwierdził w swoim wpisie na Twitterze.
Z kolei wicerzecznik PiS Radosław Fogiel w Radiu Zet stwierdził, że "nie ma afery wokół Pegasusa". Polityk – zgodnie z ujawnionymi przez nas wytycznymi partii – podważał wiarygodność autorów poniedziałkowej publikacji. - Ja zachowuję dalece idącą wstrzemięźliwość wobec rewelacji "Gazety Wyborczej". To jest gazeta, która kilka tygodni temu pomyliła ministra [Przemysława – red.] Czarnka z Leszkiem Czarneckim. Napisali artykuł o tym drugim, a używali nazwiska tego pierwszego – mówił. - Wiarygodność jest żadna. Skąd ja mam mieć pewność, że któryś z autorów nie znalazł na strychu starej konsoli Pegasus z komunii i mu się nie pomyliło? - pytał Fogiel.
 
Ostatnia edycja:

kr2y510

konfederata targowicki
12 770
24 576
A tu ADAC sprawdziło co zbierają komputery pokładowe 4 wybranych modeli samochodów i co wysyłają. Oczywiście w artykule to nie jest Pegasus (jest on tam w cudzysłowie), ale skutki użycia Pegasusa lub podobnego softu tailor-made przeciwko autom mogą skończyć się tragicznie. Ktoś rzuci, że dopóki się nie włoży karty SIM, to wszystko to nie dotyczy ale zapomina, że z telefonu bez karty SIM można dzwonić na 112 i telefon bez kart SIM może odbierać SMS-y skierowane na numer IMEI. Do tego niektóre samochody mają BT i WiFi.
IMO wypadek Jörga Haidera w 2008r. był najprawdopodobniej zaaranżowany w ten sposób. Jego VW miało już modem z miejscem na kartę SIM, choć nie wiem czy była ona włożona.
 

NoahWatson

Well-Known Member
1 288
3 172
Prezentacja pokazuje ewentualne szeroki zastosowania rozpoznawania twarzy, chodu, odcisków palców, tła zdjęć itp by wszystkich ludzi śledzić i klasyfikować.
Facial recognition firm Clearview AI tells investors it’s seeking massive expansion beyond law enforcement
The facial recognition company Clearview AI is telling investors it is on track to have 100 billion facial photos in its database within a year, enough to ensure “almost everyone in the world will be identifiable,” according to a financial presentation from December obtained by The Washington Post.
Those images — equivalent to 14 photos for each of the 7 billion people on Earth — would help power a surveillance system that has been used for arrests and criminal investigations by thousands of law enforcement and government agencies around the world.
And the company wants to expand beyond scanning faces for the police, saying in the presentation that it could monitor “gig economy” workers and is researching a number of new technologies that could identify someone based on how they walk, detect their location from a photo or scan their fingerprints from afar.
The 55-page “pitch deck,” the contents of which have not been reported previously, reveals surprising details about how the company, whose work already is controversial, is positioning itself for a major expansion, funded in large part by government contracts and the taxpayers the system would be used to monitor.
The document was made for fundraising purposes, and it is unclear how realistic its goals might be. The company said that its “index of faces” has grown from 3 billion images to more than 10 billion since early 2020 and that its data collection system now ingests 1.5 billion images a month.
With $50 million from investors, the company said, it could bulk up its data collection powers to 100 billion photos, build new products, expand its international sales team and pay more toward lobbying government policymakers to “develop favorable regulation.”
No federal law regulates how facial recognition should be used, though some cities and states have passed bans or restrictions. The biggest tech giants, including Amazon, Google, IBM and Microsoft, have limited or ended sales of the technology, saying they are worried about its risks or do not want to sell it to the public before Congress has established rules.
In the presentation, Clearview argues that the industry-wide caution is a huge business opportunity. The company included its rivals’ logos to note that it has little domestic competition — and that its product is even more comprehensive than systems in use in China, because its “facial database” is connected to “public source metadata” and “social linkage” information.
ID.me gathers lots of data besides face scans, including locations. Scammers still have found a way around it.
The presentation, which a recipient shared with The Post, throws a spotlight on the company’s ambitions to become one of the world’s leading merchants of surveillance technology, even as some lawmakers worry the company poses a dangerous threat to civil liberties and privacy rights.
Clearview has built its database by taking images from social networks and other online sources without the consent of the websites or the people who were photographed. Facebook, Google, Twitter and YouTube have demanded the company stop taking photos from their sites and delete any that were previously taken. Clearview has argued its data collection is protected by the First Amendment.
Facebook, which forbids the automated copying, or “scraping,” of data from its platform and has an External Data Misuse team, has banned Clearview’s founder, Hoan Ton-That, from its site and has sent the company a cease-and-desist order, but Clearview has refused to provide any information about the extent to which Facebook and Instagram users’ photos remain in Clearview’s database, an official with Facebook’s parent company, Meta, told The Post. The official declined to comment on any steps Meta may be considering in response.
Clearview’s cavalier approach to data harvesting has alarmed privacy advocates, its peers in the facial recognition industry and some members of Congress, who this month urged federal agencies to stop working with the company, because its “technology could eliminate public anonymity in the United States.” Sens. Ron Wyden (D-Ore.) and Rand Paul (R-Ky.) last year introduced a bill that would block public money from going to Clearview on the basis that its data was “illegitimately obtained.”
Clearview is battling a wave of legal action in state and federal courts, including lawsuits in California, Illinois, New York, Vermont and Virginia. New Jersey’s attorney general has ordered police not to use it. In Sweden, authorities fined a local police agency for using it last year. The company is also facing a class-action suit in a Canadian federal court, government investigations in Canada, Sweden and the United Kingdom and complaints from privacy groups alleging data protection violations in France, Greece, Italy and the U.K.
The governments of Australia and France have ordered Clearview to delete their citizens’ data, saying the company had covertly monetized people’s faces for a purpose “outside reasonable expectations.” “The indiscriminate scraping of people’s facial images, only a fraction of whom would ever be connected with law enforcement investigations, may adversely impact the personal freedoms of all Australians who perceive themselves to be under surveillance,” Australia’s information and privacy commissioner, Angelene Falk, said in November.

Ton-That told The Post the document was shared with a “small group of individuals who expressed interest in the company.” It included proposals, he said, not just for its main facial-search engine but also for other business lines in which facial recognition could be useful, such as identity verification or secure-building access.
He said Clearview’s photos have “been collected in a lawful manner” from “millions of different websites” on the public Internet. A person’s “public source metadata” and “social linkage information,” he added, can be found on the websites that Clearview has linked to their facial photos.
Facial recognition companies have traditionally built algorithms that can be used to search through their clients’ photo databases, such as driver’s license images or jail mug shots. But Ton-That has argued in testimony to public officials that swiping photos from the Internet has allowed the company to create a powerful crime-fighting tool. “Every photo in the data set is a potential clue that could save a life, provide justice to an innocent victim, prevent a wrongful identification, or exonerate an innocent person,” he said Wednesday in a statement to The Post, an echo of similar assertions he has made in public forums.
Clearview, he told The Post, does not intend to “launch a consumer-grade version” of the facial-search engine now used by police, adding that company officials “have not decided” whether to sell the service to commercial buyers.
If Clearview did decide to sell any technology to a nongovernmental buyer, Ton-That said, the company would first tell a federal court in Illinois, where Clearview is defending itself against class-action claims that it violated a state law requiring companies to obtain people’s consent before collecting their facial data.
In a court filing Monday, U.S. District Judge Sharon Johnson Coleman, who is presiding over the case, upheld most of the plaintiffs’ arguments challenging Clearview’s work.
Clearview has dismissed criticism of its data collection and surveillance work by saying it is built exclusively for law enforcement and the public good. In an online “principles” pledge, the company said that it works only with government agencies and that it limits its technology to “lawful investigative processes directed at criminal conduct, or at preventing specific, substantial, and imminent threats to people’s lives or physical safety.”
But the presentation shows the company has based its “product expansion plan” on boosting corporate sales, from financial services and the gig economy to commercial real estate. On a slide devoted to its “total addressable market,” government and defense contracts are shown as a small fraction of potential revenue, with other possible sources including in banking, retail and e-commerce.
Is there anything “they wouldn’t sell this mass surveillance for?” asked Jack Poulson, a former Google research scientist who now runs the research advocacy group Tech Inquiry. “If they’re selling it for just regular commercial uses, that’s just mass surveillance writ large. It’s not targeted toward the most extreme cases, as they’ve pledged in the past.”
Clearview said in 2020 that it would stop working with private businesses after a BuzzFeed News report that found the company had offered its tool to stores, banks and other companies, including through 30-day free trials.
In his statement to The Post, Ton-That said: “Our principles reflect the current uses of our technology. If those uses change, the principles will be updated, as needed.”
Clearview clients can upload a photo to look for matches in the company’s face database, with the results often linking to the person’s other accounts across the Web. The company said its “index of faces” is now 11 times larger than the facial databases of “any government or nongovernment entity today.” (Many of the company’s claims in the document, including that one, could not be independently verified.)

Clearview was a little-known start-up until a New York Times report in early 2020, based on internal emails and public records uncovered by researchers, revealed the extent to which local police departments had begun using it to find potential suspects.
The company said it has since grown its client list to more than 3,100 law enforcement agencies in the United States. It has contracts with the Department of Homeland Security, the FBI and the Army.
Clearview has in the past year built up its executive ranks and advisory board with former high-ranking police and government officials. The company also has championed its work in helping to identify wanted criminals, including alleged rioters at the U.S. Capitol on Jan. 6, 2021.
But much of its new pitch to investors centers on its pursuit of the “limitless future applications” of nongovernment work, including in banking, health care, insurance and retail. “Everything in the future, digitally and in real life, will be accessible through your face,” the presentation says.
The company says in the presentation that it is hoping to raise $50 million in a third round of investment, known as a “Series C.” The company raised $30 million in a similar funding round last summer that valued the company at $130 million.
Its relatively modest valuation, tech experts suggest, could be a reflection of the saturated market for facial recognition algorithms, the company’s precarious legal situation or the fact that its biggest selling point, its vast facial-data cache, has been called “illegitimately obtained.”
The company says in the presentation that it could “revolutionize” how workers in the gig economy are screened and that its technology could be used to evaluate people on apps used for dating or finding babysitters, house cleaners or repair contractors.
The presentation includes the logos for a number of companies, including Airbnb, Lyft and Uber. Ton-That said they were “examples of the types of firms that have expressed interest in Clearview’s facial recognition technology for the purposes of consent-based identity verification, since there are a lot of issues with crimes that happen on their platforms.”
Spokespeople at those three companies told The Post they had no plans to work with Clearview and had never expressed interest in a partnership.
Several other companies whose logos Clearview used as examples of potential business partners, including the babysitter service Sittercity, also said they had no plans to pursue any relationship with the company.
Justine Sacco, a spokeswoman with Tinder and OkCupid parent company Match Group, said that the companies have “never worked with Clearview AI and are not in any discussions with them” and that “Clearview is misusing our logo and does not have permission to use it in their materials.” An official at another company expressed anger over it being included in Clearview’s presentation and said it was considering legal options.

Clearview also says in the presentation that its systems could be used to solve “tough physical security problems” in retail and commercial real estate markets, and it included the logos of retail superstore companies such as Target and Walmart. Those companies did not immediately respond to requests for comment.
The company says in the presentation that it has developed other systems beyond facial recognition, including for recognizing license plates and “movement tracking,” and that it is developing or researching a number of other surveillance techniques: camera software to detect guns and drugs; “gait recognition” systems to identify a person based on how they walk; “image to location” systems to pinpoint a person’s whereabouts based on a photo’s background; and “contactless fingerprint” recognitions systems to scan a person’s identity from afar.
The document offers no details on how those systems work, if at all. Ton-That said the technologies “are all for the purpose of public safety, are in various stages of research and development, and have not been commercialized or deployed in any way.”
In an open letter last month, Ton-That said the company could “set an example of using the technology, not in a real-time way, but in a way that protects human rights, due process, and our freedoms.”
But the presentation directly contradicts him by saying the company is building systems for real-time surveillance. Officials are working toward a “real-time alerts” system that companies could use to notify security agents if it spotted “high-risk individuals,” one slide notes.

The company is also continuing work on augmented-reality glasses that the U.S. military could use in “dangerous situations,” one slide reads. The Air Force in November awarded the company $50,000 to research the technology, federal spending records show. An official with the Air Force Research Laboratory has said the work is a short-term contract to test how well such technology would work.
In a September letter to the U.K. Surveillance Camera Commissioner office, Ton-That defended the use of real-time facial recognition watch lists for “people of interest, missing people, those with outstanding warrants for serious offenses, or for a specific security-related purpose known in advance.”
Clearview says in the presentation that its expansion plans would include spending millions of dollars more on data purchases and engineers specializing in data acquisition and that it would build out its teams specializing in commercial, federal and international sales. It says it also wants to create a “developer ecosystem” that would allow other companies to create applications using its data.
The company said that it expects to increase its annual federal revenue to $6 million this year, thanks to active expansions with DHS and the FBI and an “imminent” expansion from the Drug Enforcement Administration, and that it hopes to “increase overall usage” by state and local police agencies by 300 percent.
U.S. Immigration and Customs Enforcement, a DHS agency, signed a one-year contract with Clearview in September that could extend to three years, totaling $1.5 million, federal records show. The FBI signed an $18,000 one-year contract in December; the presentation says it will grow to $2.4 million this year. The DEA declined to comment, and the FBI and ICE did not respond to requests for comment.

The presentation also says Clearview is “achieving rapid international expansion,” including signing deals in Panama and Costa Rica and pursuing other business in Mexico, Colombia and Brazil. The company declined to offer further details, and those deals could not be confirmed.
The Clearview document includes overt appeals to American patriotism, and the company has, as is common among some tech companies, argued that its success is imperative to stopping foreign powers from gaining the lead in surveillance technology development. The company calls itself “Made in the USA” and, in several slides, compares itself with companies from China, Russia and Israel by affixing its logo next to an American flag.
But those arguments, Poulson said, should not distract from the company’s expanded ambitions — or its appetite for business far beyond the U.S. government’s interests.
“They’re explicitly trying to leverage the controversy about their company as a way to argue they’re prominent,” Poulson said. “And they’re combining that with a nationalist rhetoric — that the U.S. has to out-surveil China to protect civil liberties. It makes no sense.”
 
Ostatnia edycja:

Claude mOnet

Well-Known Member
1 028
2 315

Udawał dziennikarza, twierdził, że Pegasus nie jest wykorzystywany do walki politycznej. Piotr Konieczny brał pieniądze od służb!

Piotr Konieczny, właściciel portalu niebezpiecznik.pl przedstawia się jako najlepszy polski specjalista od cyberbezpieczeństwa. Człowiek, który pomaga zarówno firmom, jak i osobom prywatnym w zabezpieczeniu ich danych. Uczy, jak obronić się przed atakiem hakerskim. Chwaląc się dyplomem zagranicznego uniwersytetu Konieczny, pomija bardzo istotny fakt dla oceny jego zawodowych kompetencji, czyli współpracy z polskimi służbami – Agencją Bezpieczeństwa Wewnętrznego i Agencją Wywiadu – ustalił portal sluzbyspecjalne.com.​

Więcej: Wiesci24.pl

Ps. Ta "parówa" wygląda tak:
piotr-konieczny-1100x700-1-1100x585.jpg
 

NoahWatson

Well-Known Member
1 288
3 172
Komunikatory mają ten sam kodek dźwiękowy, który służył do wprowadzenia Pegasusa.
Czy Niebezpiecznik polecił jednak rezygnację z korzystania z aplikacji? Pseudoeksperci od bezpieczeństwa zaproponowali tylko… zaktualizowanie aplikacji. Lub wybranie Signal, który de facto opiera się na tej samej architekturze co WhatsApp.
Ten sam kodek dźwiękowy, lol. To trochę jakby odradzać używania Linuksa, bo w stosie TCP/IP Windowsa znaleziono lukę, a przecież Linux też obsługuje TCP/IP. To nie ma sensu.

Podobnie z tym "braniem pieniędzy od służb". Pewnie po prostu zamówili u niego szkolenie i poprowadził jak u każdego innego klienta. Nie przypominam, by kreował siebie na libertarianina. Wiem, że to nie do końca to samo, bo szkolenia za tę cenę mogą być personalizowane itp, jednak coś w pewien sposób podobnego: czy ten sam dziennikarz pisał o ekspedientkach w sklepie, które sprzedawały w dyskontach jedzenie służbom? W sensie obsługiwały jak każdego innego klienta.

Niebezpiecznik zrobił przez lata kilka kontrowersyjnych rzeczy, ale jeśli ktoś czyta powyższe artykuły i nie widzi nieobiektywności niektórych z tych artykułów oraz bezsensowności zarzutów w innych to jednak powinien jeszcze trochę zainwestować w edukację.
 
Do góry Bottom