Energetyka: mikroelektrownie, wiatraki, solary i krasnale - o robieniu prądu w etatyzmie i w akapie

FatBantha

sprzedawca niszowych etosów
Członek Załogi
8 589
24 498
Nie przez liczniki, tylko pieprzony rząd!

Prosumenci poszkodowani przez liczniki energii
Polska2041 - Energia i surowce
Dzisiaj, 5 marca (09:39)

Od miesięcy zgłaszają się do nas czytelnicy poszkodowani źle rozliczoną energią dostarczaną do sieci. Liczniki dostarczane przez firmy energetyczne zaniżają wielkość dostarczanej energii nawet o 40 proc. System wsparcia prosumentów wciąż ma więcej wad niż zalet.

Liczba prosumentów, czyli odbiorców którzy instalują własne źródła prądu z myślą o sprzedaży części energii do sieci stale rośnie. Zdaniem Filipa Thon, prezesa Innogy, w 2030 roku możemy z samej fotowoltaiki na dachach domów czerpać 12-15 TWh czyli nawet 8,6 proc. obecnego zużycia. Wymaga to jednak dobrej współpracy z operatorami sieci dystrybucyjnych.

W 2016 roku wprowadzono możliwość rozliczania się ze spółką, do której jest się podłączonym na zasadzie tzw. opustów. Prosument ma prawo oddawać do sieci całą wyprodukowaną energię, a następnie 80 proc. z niej pobrać z powrotem bez naliczania żadnych kosztów. Z tej propozycji korzystają m.in. beneficjenci gminnych programów wsparcia dla OZE. Miłośnik fotowoltaiki żeby wyjść na swoje musi bowiem szukać pieniędzy nie tylko z prądu, ale też z dofinansowań.

Najbardziej opłacalnie dla wszystkich byłoby, aby prosument sam zużył wszystko co wyprodukuje. Odpada wtedy problem rozliczeń, a sieć nie musi przesyłać prądu tam i z powrotem. Zazwyczaj jednak profil produkcji nie zgadza się z profilem zużycia. Obie strony muszą wtedy porozumieć się co do sposobu wyliczania sprzedanej energii i opłaty za kilowatogodzinę.

0007YTF02MXWPVAR-C122-F4.png

Powiaty z największą mocą instalacji PV według zestawienia URE / Źródło: WysokieNapięcie.pl /
Nie zawsze jest to proste. Wielu prosumentów jest przyłączonych do trójfazowej sieci dystrybucyjnej, ale produkowana energia trafia tylko do jednej fazy. To oznacza, że jeśli np. czajnik jest przyłączony do innej fazy niż panele słoneczne, to przy jednoczesnej pracy spółka energetyczna rozlicza to jako sprzedaż i zakup energii, od czego bierze 20 proc. prowizji. Coraz więcej jest też mikroinstalacji trójfazowych, jednak ich rozliczanie również budzi wątpliwości. Dystrybutorzy prądu sumując zużycie z różnych obwodów posługują się taką metodą obliczeniową, aby jak najmniej zapłacić prosumentowi.

Przypadek opisany przez jednego z naszych czytelników jest jednak bardziej podejrzany. Właściciel instalacji fotowoltaicznej o mocy ok. 4 kW z lubuskiego po zawarciu pod koniec 2017 roku umowy na odbiór i produkcję prądu z ENEĄ zauważył, że ilość wyprodukowanej energii wskazana przez licznik jest znacznie niższa od wskazań falownika. Pewnego słonecznego dnia nasz czytelnik wyłączył wszystkie odbiorniki prądu w domu, a po sprawdzeniu wieczorem wskazań okazało się, że licznik odebrał tylko 56 proc. podawanej przez falownik energii. Pomiar w długim okresie czasu (kilkaset dni) pokazał stratę na poziomie 41 proc.

0007YTF4VIW1EWFF-C122-F4.png

Źródło: WysokieNapięcie.pl /
Czy licznik może się mylić? Jak można się odwołać? Czy rządowy program energia plus pomoże? O tym w dalszej części artykułu na portalu WysokieNapiecie.pl

Barnard Swoczyna, WysokieNapiecie.pl

~zabcia70- Dzisiaj (18:47)
Niestety w tym kraju panowała i będzie panowała komuna z molochami które tylko z nazwy są konkurentami, a tak na prawdę stanowią jeden wielki monopol. Dlaczego ktoś, kto ma własną eko elektrownię, czy to słoneczną, czy to inną nie może korzystać z energii elektrycznej a sprzedawać tylko nadwyżek prądu jakie wyprodukuje. Przecież można zmierzyć ile prądu zostało wyprodukowane, ile zużyte i ile odprowadzone do sieci, tak więc elektrownia powinna zapłacić mu za tę nadwyżkę tylko, bez zbędnych przesyłów w tę i z powrotem i bez zbędnego sprzedawania producentowi odkupionej od niego energii.

Wydzieliłem wątek energetyczny z dyskusji o rządach PiSu, łącząc z innymi tematami o energetyce. Jeśli ktoś ma pomysły na energię z ziemniaka, cytryny czy przydomowego krasnala albo koła wodnego, to tu może rozpowszechniać know how. Albo po prostu ponarzekać na monopol, gdy dostanie rosnącymi rachunkami za prąd po twarzy.
 

FatBantha

sprzedawca niszowych etosów
Członek Załogi
8 589
24 498
Najlepiej od razu wprowadzić feudalizm energetyczny. Niech każdy odrobi pańszczyznę na rzecz najbliższej elektrowni.

Ubóstwo energetyczne - ile zapłacimy za prąd?

Piątek, 2 sierpnia (10:58)
Koszty i dostępność energii elektrycznej są podstawowym czynnikiem determinującym dynamikę rozwoju gospodarek i poprawę warunków życiowych społeczeństw. Czynnik ten warunkuje bowiem poziom konkurencyjności przemysłu i jakość życia mieszkańców.

Ceny energii elektrycznej w danym państwie kształtują się w zależności od wewnętrznych i zewnętrznych uwarunkowań funkcjonowania jego elektroenergetyki. Wewnętrzne i zewnętrzne uwarunkowania polskiej elektroenergetyki powodują, że utrzymanie cen energii elektrycznej na możliwie niskim poziomie jest zadaniem szczególnie trudnym.

Uwarunkowań wewnętrznych, obejmujących przede wszystkim dominację węgla w strukturze wytwarzania energii elektrycznej, bliską perspektywę wycofania z tej struktury części jednostek ze względu na niskie parametry pracy, niską konkurencję na rynku energii elektrycznej, niski poziom elastyczności systemu elektroenergetycznego oraz niewielkie możliwości wymiany transgranicznej - nie można bowiem uznać za okoliczności ułatwiające realizację tego zadania.

Niekorzystny wpływ na możliwość utrzymania cen energii elektrycznej w Polsce na możliwie niskim poziomie, wywierają także czynniki zewnętrze. Ukierunkowane na spełnienie wymogów środowiskowych, założenia polityki energetycznej UE, rosnące ceny surowców energetycznych oraz uprawnień do emisji CO2 są najbardziej uciążliwymi przykładami tego wpływu.

Jesienią 2019 r. ukaże się książka "Kształtowanie się cen energii elektrycznej w Polsce", która powstała pod wpływem gwałtownych wzrostów cen tej energii jesienią 2018 r. na rynku hurtowym naszego kraju.

Wprawdzie Ustawa o cenach energii elektrycznej z dnia 28 grudnia 2018 r., kosztem ponad 8 mld zł, zablokowała wzrost cen dla 17,5 mln odbiorców finalnych w 2019 roku, niestety nie tylko nie zapobiegła mu w kolejnych latach, lecz także nie uczyniła polskiej elektroenergetyki bardziej odporną na "generowanie wzrostów" cen energii.

Już w przyszłym roku czekają nas podwyżki, którym trudno będzie zapobiec przez rząd. Prezes Urzędu Regulacji Energetyki będzie bowiem musiał uwzględnić w taryfach koszty uzasadnione wytwarzania energii elektrycznej, wynikające chociażby z drożejących pozwoleń na emisje CO2, których cena w lipcu 2019 r. wyniosła niemal 30 euro/t i była o ok. 20% wyższa niż we wrześniu 2018 r.

Prognozuje się, że w 2020 r. ceny energii elektrycznej mogą wzrosnąć nawet o ok. 40% dla przedsiębiorstw i o 20-30% dla gospodarstw domowych.

W książce przedstawiono zależności, dzięki którym czytelnik z łatwością wyobrazi sobie, w jaki sposób ceny te mogą wpłynąć na zakres ubóstwa energetycznego, ceny towarów i usług konsumpcyjnych oraz na koniunkturę gospodarczą w naszym kraju.

Przeprowadzone badania wykazały, że wśród rekomendowanych działań na rzecz utrzymania cen energii elektrycznej w Polsce na możliwie niskim poziomie w okresie "krótkim i średnim" znalazły się: ochrona odbiorców energii elektrycznej, stosowanie zindywidualizowanych form zakupu energii elektrycznej, wzmacnianie konkurencji na rynkach energii elektrycznej i samodzielne wytwarzanie energii elektrycznej.

Rekomendowanymi działaniami na rzecz utrzymania cen energii elektrycznej w Polsce na możliwie niskim poziomie w okresie "średnim i długim" okazały się: współkształtowanie polityki energetycznej Unii Europejskiej, zmiana struktury mocy wytwórczych, poprawa elastyczności systemu elektroenergetycznego, stosowanie innowacyjnych technologii energetycznych, rozwój infrastruktury przesyłowej, poprawa efektywności energetycznej i przebudowa rynku energii elektrycznej.

Rynek energii czeka na ceny CO2

Tomasz Motowidlak, dr hab. inż. prof. nadzw. Uniwersytetu Łódzkiego jest zatrudniony w Katedrze Biznesu i Handlu Międzynarodowego Wydziału Ekonomiczno-Socjologicznego UŁ. Jego głównym obszarem badawczym jest funkcjonowanie rynków energii UE. Badania eksperta inspirowane są w dużym stopniu możliwością ich wykorzystania w praktyce. Autor książki "Kształtowanie się cen energii elektrycznej w Polsce" (Wydawnictwo Uniwersytetu Łódzkiego 2019).

Źródło informacji: Wydawnictwo Uniwersytetu Łódzkiego
 

akapek

Member
31
90
Mnie zastanawia dlaczego fotowoltaika i samochody elektryczne albo wodorowe są jeszcze takie drogie i przychodzi mi do głowy tylko jeden powód
-lobby petrodolarowe, lobbystom po prostu nie opłaca się by każdy szary obywatel miał swoją energię w domu,
samochody elektryczne czy tam wodorowe klimat się zmienia, słońce świeci coraz mocnej i częściej to czemu mamy płacić za benzynę 6 zł za litr??? Bo lobbyści na nas zarobią :)
 

mikioli

Well-Known Member
2 745
5 306
Mnie zastanawia dlaczego fotowoltaika i samochody elektryczne albo wodorowe są jeszcze takie drogie i przychodzi mi do głowy tylko jeden powód
-lobby petrodolarowe, lobbystom po prostu nie opłaca się by każdy szary obywatel miał swoją energię w domu,
samochody elektryczne czy tam wodorowe klimat się zmienia, słońce świeci coraz mocnej i częściej to czemu mamy płacić za benzynę 6 zł za litr??? Bo lobbyści na nas zarobią :)
Zaraz zaraz... przecież koszty produkcji benzyny i marża za nią to jest ze 2.5 zł a kto zabiera resztę? Więc kto ma interes największy w lobbowaniu za paliwem? Chyba szukasz problemu tam gdzie go nie ma.
 

FatBantha

sprzedawca niszowych etosów
Członek Załogi
8 589
24 498
Polak produkuje mniej za więcej - skąd taka energochłonność?
Polska2041 - slider na SG
Piątek, 9 sierpnia (11:11)

Polska gospodarka zużywa nawet dwa razy więcej energii na jednostkę PKB niż inne kraje wysoko rozwinięte. Przyczyn należy szukać w stosunkowo niskich cenach energii i braku analizy kosztów po stronie przedsiębiorców.

00094K2YL1ET0KTG-C122-F4.jpg

Polska zużywa 2 kWh energii pierwotnej na każdego dolara wypracowanego PKB, podczas gdy Niemcy, Francja czy Japonia o połowę mniej. /INTERIA.PL

Energochłonność to wskaźnik, który pokazuje, ile energii jest potrzebne na wyprodukowanie określonej ilości towaru lub jednostki PKB. Jest bardzo ważny dla przedsiębiorców, bo pokazuje jakie są ich koszty produkcji w porównaniu do konkurentów. Jeśli na wyprodukowanie tony benzyny zużywasz o pół baryłki ropy więcej niż konkurencja, to na każdej tonie produktu tracisz względem nich równowartość pół baryłki surowca.

Energochłonność była główną (obok złej organizacji) przyczyną upadku wielkich zakładów w czasie transformacji. Musiały konkurować z fabrykami z zachodniej Europy korzystającymi z bardziej zaawansowanych technologii oraz z konkurencją z Chin korzystającą z tańszych surowców i tańszej siły roboczej. Wiele firm nie przetrwało terapii szokowej, pozostałe dostosowały się do urealnionych cen węgla i prądu. Zmniejszenie zużycia energii pozwoliło osiągnąć nadwyżkę, którą przeznaczyliśmy m.in. na rozwój infrastruktury i podniesienie poziomu płac.

Nawet po transformacji ceny energii pozostawały w Polsce niższe niż na Zachodzie m.in. z powodu jawnego i ukrytego dotowania górnictwa węglowego. Cena gazu jest z kolei niższa gdyż PGNiG miesza gaz importowany tańszym gazem z krajowego wydobycia. Historycznie niskie ceny energii spowodowały, że brakowało motywacji do zmniejszenia energochłonności.

Polska zużywa 2 kWh energii pierwotnej na każdego dolara wypracowanego PKB, podczas gdy Niemcy, Francja czy Japonia o połowę mniej. W Unii Europejskiej najniższą energochłonność ma Irlandia - potentat w bankowości, IT i farmacji. W Stanach Zjednoczonych na 1 dolara przypada 1,32 kWh, a w Chinach 3 kWh. Rzuca się w oczy, że energochłonność jest silnie skorelowana z niskim poziomem rozwoju i niską siłą nabywczą (jak w przypadku Indii czy Nigerii - ponad 4 kWh/dol) lub z oparciem gospodarki o eksport surowców (stąd wysoki wynik Arabii Saudyjskiej - 3,8 kWh/dol). Podobny rezultat do Polski osiągają Kanada i Meksyk. Jednym z rekordzistów jest Rosja - wytworzenie jednego dolara PKB wymaga aż 5,66 kWh energii.

Rafał Zasuń, Bernard Swoczyna, WysokieNapiecie.pl

Czy Polska faktycznie wciąż przemysłem stoi? Czy polskie rolnictwo i usługi są bardziej zależne od energii? Czy polski przemysł jest szczególnie energochłonny i zagrożony przez wzrost cen prądu? Jak można zmniejszyć zapotrzebowanie na energię? O tym w dalszej części artykułu na portalu WysokieNapiecie.pl
 

tolep

five miles out
8 365
14 893
O tym, jak w Jaworznie coś się popsuło. Fascynująca audycja.

W ostatnich dniach w mediach pojawiły się informacje o dramatycznej sytuacji Rafako, firmy zajmującej się budową elektrowni. W latach 2019-2020 raciborska spółka zanotowała blisko 800 mln zł straty, jej największy akcjonariusz – grupa PBG – jest w stanie upadłości, a żaden zewnętrzny inwestor nie kwapi się, by ją ratować. W obecnej sytuacji Rafako nie jest w stanie naprawić bloku węglowego w Jaworznie, który należy do Tauronu i niedawno miał poważną awarię.

W dzisiejszym odcinku Dominik Brodacki opowiada, co dalej ze spółką i jakie mogą być konsekwencje jej ewentualnego upadku.



View: https://soundcloud.com/pi-klimat-i-energia/7-wrzesnia-2021
 

FatBantha

sprzedawca niszowych etosów
Członek Załogi
8 589
24 498

23 grudnia 2021
Jedna z polskich hut już ogranicza produkcję stali w godzinach, gdy musi kupować prąd po 2 tys. zł/MWh, czyli 10-krotnie drożej niż przed rokiem. We Francji w pierwszym tygodniu stycznia z tego samego powodu stanie huta cynku, a przemysłowcy boją się… ucieczki miejsc pracy do Polski. W Chinach produkcja stali i cementu już spadła poniżej poziomu sprzed pandemii, a dalsze spadki spodziewane są w 2022 roku.
Drugi największy na świecie producent cynku, Nyrstar, w pierwszym tygodniu stycznia wstrzyma produkcję w hucie we Francji z powodu rosnących cen energii elektrycznej. Norweski producent nawozów Yara International, który ograniczał już swoją produkcję na początku tego roku, poinformował, że obserwuje sytuację i może ponownie sięgnąć po to rozwiązanie ze względu na koszty energii. Z kolei rumuńska firma nawozowa Azomures już tymczasowo wstrzymała produkcję z powodu wysokich cen gazu – poinformował Bloomberg.

Prąd po 2,4 tys. zł/MWh zatrzymuje hutę

Ten sam problem dotyka także polskiego przemysłu. − Płacimy za prąd od 600 do 1500 zł/MWh, bo zakontraktowaliśmy się na rynku dynamicznie, czyli w zależności od godzin. To olbrzymia podwyżka, bo w zeszłym roku płaciliśmy po 200 zł/MWh – wylicza w rozmowie z portalem WysokieNapiecie.pl menadżer jednej z hut. − Teraz produkujemy już tylko w godzinach, gdy cena energii elektrycznej zjeżdża do 600 zł/MWh, czyli głównie w nocy – dodaje.
− W pozostałych godzinach produkcja się nie opłaca, ludzie przychodzą do pracy, ale piece chodzą „na pół gwizdka”, zwłaszcza, że sektor budowlany nie akceptuje już tak wysokich cen naszych wyrobów, a jest ich głównym odbiorcą. Mamy pełne magazyny, co dodatkowo zniechęca do produkcji gdy ceny prądu są wysokie – tłumaczy nam hutnik.
Godzin, w których opłaca się produkować w tej polskiej hucie ciągle jednak ubywa. Wczoraj nawet na chwilę ceny prądu w Polsce nie spadły poniżej 887 zł/MWh, za to o godzinie 16 płacono za energię 2416,50 zł/MWh – najwięcej w historii polskiej giełdy.

Kryzys energetyczny zaraża kolejne sektory

Przemysł stalowy cierpi więc potrójnie – ze względu na bardzo wysokie ceny węgla, astronomiczne ceny energii elektrycznej i słabnący popyt na jego wyroby. Za ten ostatni czynnik częściowo odpowiada spadek produkcji samochodowej, wymuszonej brakiem półprzewodników, ale w największym stopniu zadyszka jaką złapał rynek nieruchomości, co najlepiej widać dziś w Chinach (odpowiadających za połowę konsumpcji stali na świecie). Drugi największy deweloper w tym kraju, Evergrande, stał się właśnie niewypłacalny, produkcja stalowa we wrześniu skurczyła się aż o 21% poniżej poziomu sprzed pandemii (września 2019 roku), a produkcja cementu spadła w tym czasie o 13%.
Na ryzyko przeniesienia się tego problemu na polski rynek, ze względu na rosnące w rekordowym tempie ceny energii i materiałów, zwracają uwagę także ekonomiści banku Credit Agricole. „W II poł. 2020 r. i I poł. 2021 r. obserwowaliśmy znaczący wzrost liczby niewypłacalności wśród firm z sektora budowlanego. Ukształtowały się one na najwyższym poziomie od 2013 r. […] Najbardziej dynamicznie zmienia się obecnie sytuacja w zakresie bariery w postaci kosztów materiałów. Na początku br. tylko około jedna trzecia firm ją raportowała, podczas gdy w listopadzie odsetek ten sięgnął już 64%. W efekcie jest to obecnie druga (po wysokich kosztach pracy) najczęściej raportowana bariera działalności w budownictwie, a w horyzoncie kilku następnych miesięcy prawdopodobnie wysunie się na pierwsze miejsce” – czytamy w ostatniej „Makromapie”, tygodniku wydawanym przez bank.
W dodatku końca giełdowego rajdu na cenach surowców i energii wciąż nie widać. Wczorajsze notowania cen prądu z dostawą w całym 2022 roku zamknęły się powyżej 926 zł/MWh, z kolei ceny gazu na przyszły rok przekroczyły 671 zł/MWh. W obu przypadkach były to najwyższe notowania w historii polskiego rynku.

Rosnące ceny energii już generują straty w przemyśle

To już przekłada się na koszty produkcji przemysłowej. − Wielki przemysł zaopatruje się w energię na rynku hurtowym, więc odczuwa drastyczny wzrost kosztów energii elektrycznej już dzisiaj. Przy obecnym poziomie jej cen, przedsiębiorstwa energochłonne będą generować od kilkudziesięciu do kilkuset milionów złotych strat z bieżącej działalności – wylicza w rozmowie z WysokieNapiecie.pl Henryk Kaliś z Zakładów Górniczo-Hutniczych „Bolesław”, przewodniczący Forum Odbiorców Energii Elektrycznej i Gazu.
− Oczywiście część odbiorców przemysłowych już wcześniej zakontraktowała energię z wyprzedzeniem np. 2-3 lat i ich sytuacja w tym roku nie jest jeszcze tragiczna. Jednak jeszcze na początku tego roku odbiorcy przemysłowi (z uwagi na możliwość utraty konkurencyjności), nie akceptowali ceny na poziomie 250 zł/MWh, ponieważ z projekcji ich przychodów i ponoszonych kosztów wynikało, że z uwagi na wysokie koszty zakupu prądu mogą wygenerować stratę. Dlatego część przedsiębiorstw energochłonnych nie zakontraktowała się ani wówczas, ani tym bardziej teraz, gdy giełdowe ceny na przyszły rok sięgają już 926 zł/MWh. Teraz muszą podejmować bardzo trudne decyzje, czy kupować energię na 2022 r. o 300% drożej niż jeszcze w styczniu czy może wystawić się w całości lub części na ryzyko rynkowe licząc, że w przyszłym roku ceny energii elektrycznej na rynkach dnia następnego i bieżącego będą spadać – tłumaczy Kaliś.

Wzrost kosztów energii o 85% rok do roku

To samo zjawisko obserwuje Wojciech Nowotnik z firmy doradczej Enerace. − Niestety widzimy, że wielu odbiorców, nie chcąc zgodzić się rosnące ceny prądu czy gazu, czeka z zakupami na ostatnią chwilę licząc, że w końcu ten nieszczęsny trend się odwróci i sytuacja przynajmniej się unormuje na sensownym poziomie. Niestety wielu z nich okrutnie się rozczarowało – mówi.
Ile to będzie kosztować? Nowotnik przytacza przykład odbiorcy z grupy taryfowej B (to odbiorcy przyłączeniu do linii średniego napięcia, tacy jak fabryki, galerie handlowe czy duże biurowce). – W przypadku odbiorcy z grupy B23, zużywającego rocznie 30 GWh, koszt zakupu energii elektrycznej w tym roku wynosi ok. 365 zł/MWh (z tego 105 zł za usługę dystrybucji i 260 zł za zakup samej energii). Z kolei koszty w przyszłym roku wyniosą już 675 zł/MWh (z tego 135 zł za usługę dystrybucji i 540 zł za zakup energii). W sumie roczne rachunki za prąd takiego odbiorcy wzrosną o ok. 930 tys. zł – wylicza współzałożyciel Enerace. To oznacza wzrost rachunków za prąd o – bagatela − 85% w ciągu zaledwie roku.
A przykład wyliczony przez Nowotnika i tak za chwilę może uchodzić już za świetną okazję, biorąc pod uwagę przyszłoroczny cennik opublikowany właśnie przez spółkę Enea. Od 1 stycznia 2022 roku odbiorcom z grupy B23 zaoferuje ona energię w cenach od 611 do 768 zł/MWh (w zależności od godzin poboru energii w ciągu dnia). Dla porównania cennik wprowadzony w lutym ubiegłego roku przewidywał stawki na poziomie 354-581 zł/MWh. Sama cena energii poszła więc w górę o 73%, a do tego odbiorca musi doliczyć jeszcze usługę dystrybucji, także istotnie droższą niż przed rokiem.

Projekt ustawy ws. rekompensat utknął w rządzie

Aby zapobiec ucieczce przemysłu energochłonnego z Unii Europejskiej, Bruksela od lat pozwala na rekompensowanie branżom podatnym na takie przeprowadzki pośrednich kosztów uprawnień do emisji dwutlenku węgla. Chodzi o koszty CO2 ponoszone przez elektrownie węglowe i gazowe, które następnie przekładają się na hurtowe ceny energii elektrycznej. Dziś to ok. 350 zł/MWh w cenie energii.
Krajowy przemysł przez lata nie mógł się doprosić wprowadzenia takiego mechanizmu w Polsce, ale rząd w końcu przystał na to w 2019 roku, gdy ceny CO2 mocno poszły w górę. Pierwsze wypłaty trafiły do odbiorców energochłonnych w ramach rekompensaty za koszty ponoszone w 2019 i 2020 roku. Aby wypłacić je za ten rok i kolejne Polska musiałaby dostosować ustawę do zmienionych unijnych reguł. Od października projekt takiej nowelizacji, przygotowany przez Ministerstwo Rozwoju, nie wyszedł jednak z konsultacji międzyresortowych. Jedna z przyczyn może być fakt, że za pierwsze dwa lata rekompensaty wynosiły ok. 1 mld zł rocznie. Teraz, po wzroście cen CO2, chodzi już o 3,5 mld zł do znalezienia w przyszłorocznym budżecie i jeszcze więcej w kolejnych latach. To może być wyzwanie dla Ministerstwa Finansów, które co prawda uzyskuje coraz więcej pieniędzy ze sprzedaży uprawnień do emisji CO2 (w tym roku będzie to już blisko 20 mld zł), ale ma też rosnącą listę potrzeb w innych obszarach.
Sam sposób wyliczania rekompensat odbiega jednak od oczekiwań przemysłu. Po pierwsze, jest wypłacany z dołu – nawet ponad rok od rzeczywiście poniesionych kosztów zakupu energii. Po drugie, uwzględnia ceny CO2 z poprzedniego roku, co oznacza, ze przemysłowcy w połowie 2022 roku otrzymają rekompensaty wyliczone w oparciu o średnie ceny CO2 w 2020 roku. − Tak zaplanowany system, w sytuacji jaką mamy obecnie, będzie w stanie zrekompensować firmom energochłonnym najwyżej 30% tegorocznych i przyszłorocznych podwyżek cen prądu – uważa Henryk Kaliś z FOEEiG.

Przemysł próbuje radzić sobie na własną rękę

Poza liczeniem na wsparcie państwa, odbiorcy przemysłowi szukają też sposobów na poradzenie sobie z bezprecedensowymi wzrostami cen energii na inne sposoby. Huta w Zawierciu należąca do amerykańskiego koncernu CMC Poland, kupuje od tego roku 200 GWh od norweskiego Statkraft, który w Polsce inwestuje w farmy fotowoltaiczne, ale to wciąż zaledwie 25 proc. jej rocznego zużycia. IKEA od lat sama inwestuje w Polsce w elektrownie wiatrowe, które dostarczają tyle energii, ile zużywają nie tylko jej sklepy i centra logistyczne, ale także fabryki pracujące na potrzeby tego giganta.
Koszty produkcji energii w nowych farmach wiatrowych wynoszą dziś ok. 200 zł/MWh – a więc o nawet 2/3 mniej niż rynkowe ceny energii. Dlatego od dawna przemysł chce, aby rząd przywrócił możliwość budowy wiatraków na lądzie. Ten projekt ustawy także nie wyszedł jednak jeszcze z prac rządu.

Francuzi boją się ucieczki przemysłu do… Polski

Podczas gdy polski przemysł liczy już straty spowodowane astronomicznymi cenami energii, francuski przemysł energochłonny obawia się, że produkcja przemysłowa odpłynie do naszego kraju. Tamtejsze stowarzyszenie przedsiębiorstw energochłonnych Uniden, zużywających w sumie 70 TWh energii elektrycznej rocznie (to połowa zużycia w Polsce), wydało niedawno oświadczenie, w którym zwraca uwagę na ogromne różnice w cenach energii elektrycznej na przyszły rok we Francji oraz Niemczech i Polsce, gdzie jest znacznie taniej.
„Biorąc pod uwagę obecną niską dostępność francuskiej floty elektrowni atomowych, cena na 2022 r. jest np. od 25 do 30 euro/MWh niższa w Niemczech i o ponad 60 euro/MWh niższa w Polsce, gdzie energia elektryczna produkowana jest w dużej mierze na bazie węgla! Poza paradoksem ekologicznym, mamy do czynienia z gwałtownym szok w zakresie konkurencyjności tych branż, a decyzje o redukcji lub nawet zaprzestaniu produkcji [we Francji – red.] prawdopodobnie będą się mnożyć” – napisał szef Uniden w oświadczeniu.
Różnice między Polska i Francją na zamknięciu wczorajszych sesji giełdowych jeszcze się pogłębiły. O ile w Polsce energia z dostawą na 2022 roku została wyceniona na 926 zł/MWh, a w Niemczech na równowartość 1504 zł/MWh, to we Francji osiągnęła cenę 1889 zł/MWh. Jednocześnie we wszystkich trzech krajach były to najwyższe poziomy w historii.
− Oczywiście, skutki wysokich cen paliw i energii widać też u naszych konkurentów w Europie i na innych kontynentach, ale liczenie na to, że w dłuższej perspektywie koszty produkcji utrzymają się tam na równie wysokim co u nas poziomie, to stąpanie w pogodny wiosenny dzień po cienkim lodzie – przekonuje jednak Henryk Kaliś z FOEEiG. − Energochłonne branże polskiego przemysłu musza konkurować na rynkach globalnych i jeśli będziemy mieć zbyt wysokie koszty energii, konkurencję tę przegramy – dodaje.
 

FatBantha

sprzedawca niszowych etosów
Członek Załogi
8 589
24 498

28 GRUDNIA 2021
Do końca tego roku mają być wyłączone trzy z sześciu ostatnich działających niemieckich reaktorów jądrowych. Pozostałe – do końca 2022. Pogłębiający się kryzys energetyczny nie jest najlepszym momentem na odchodzenie od atomu. Jednocześnie Niemcy są już w większości przeciwni likwidacji elektrowni jądrowych. Nie ma jednak dużej nadziei na zmianę tej decyzji. Co gorsza, niemieccy politycy zabiegają o to, by od atomu odchodziły też inne kraje Unii Europejskiej.
Proces wygaszania niemieckiej energetyki jądrowej jest już prawie zakończony. W tym roku do historii przechodzą elektrownie jądrowe (EJ) Brokdorf, Grohnde i Gundremmingen C. Z niemieckiego i europejskiego systemu energetycznego znikną 4 gigawaty (GW) mocy. Czynne pozostaną tylko: elektrownia Emsland, drugi blok elektrowni Isar oraz EJ Neckarwestheim – ich łączna moc to również ok. 4 GW.
Ale i one nie popracują zbyt długo – zostaną zamknięte do końca 2022. W Niemczech nie będzie wtedy ani jednej działającej elektrowni atomowej. Tych sześć elektrowni jądrowych (a także te, które Niemcy zdążyli już wyłączyć) mogły by pracować jeszcze długo – przynajmniej kilkanaście lat.
Jeszcze w roku 2000 energetyka jądrowa produkowała w Niemczech 29.5% energii elektrycznej. W 2020, już po zamknięciu większości bloków jądrowych – tylko 11.4%.

Niemcy zamykają elektrownie jądrowe w najgorszym momencie

Ceny węgla kamiennego, gazu ziemnego i energii elektrycznej są w całej Europie rekordowo wysokie. Równolegle Rosja szantażuje Niemcy przerwaniem dostaw gazu przez Ukrainę. I ni stąd, ni zowąd zakręca kurek jamalskiego gazociągu. W dodatku zaczęła się zima.
Naprawdę trudno wyobrazić sobie gorszy moment na pozbycie się resztek energetyki jądrowej. Te „resztki” to przecież i tak niemało – 4 GW to z grubsza moc największej niemieckiej elektrowni węglowej. A za rok zniknie drugie tyle mocy w atomie. Wszystko to może bardzo negatywnie wpłynąć na bezpieczeństwo energetyczne RFN, a być może i innych państw.
Tym bardziej że w Niemczech, w porównaniu z rokiem 2020, w 2021 udział atomu w produkcji energii elektrycznej nieco wzrósł – do prawie 12%. Po raz pierwszy od prawie dekady wzrósł też udział węgla kamiennego (który Niemcy w całości importują, odkąd trzy lata temu zamknęli ostatnią kopalnię) i brunatnego.
Troszkę spadł natomiast udział gazu ziemnego (do 15.3%). Również gaz praktycznie w całości pochodzi z importu – Niemcy kupują go przede wszystkim od Rosji i Norwegii.
Większa produkcja energii ze stabilnych, sterowalnych źródeł energii takich jak atom i węgiel wiązała się ze słabymi warunkami pogodowymi, ograniczającymi w 2021 roku produkcję z niesterowalnych źródeł odnawialnych: paneli fotowoltaicznych i wiatraków. A to na nich ma opierać się Energiewende – słynna niemiecka transformacja energetyczna.

Na pogodę wpływu nie mamy

W tym roku, po 3 dekadach nieprzerwanego wzrostu, w Niemczech udział odnawialnych źródeł energii spadł. Po raz pierwszy wyprodukowały one mniej energii elektrycznej niż w roku poprzednim. Co przypomina o oczywistym na pozór fakcie: na pogodę wpływu nie mamy. Ale kiedy nie wieje i nie świeci (a to zdarza się całkiem często, zwłaszcza w w zimie) to prąd dalej skądś trzeba brać, prawda? A magazynować wystarczająco dużych ilości energii wciąż nie umiemy.
Faktem jest, że również uran, z którego Niemcy produkują paliwo do swoich reaktorów, pochodzi obecnie w całości z importu. Jednak ceny uranu nie podlegają ostatnio aż tak dużym wahaniom i wzrostom jak ceny gazu ziemnego czy ceny węgla. Ważniejsze jest jednak to, że Niemcy nie są tu tak uzależnieni od Rosji jak w przypadku gazu. Uran sprowadzają głównie z Kanady i Australii. A co najważniejsze, koszt paliwa jądrowego jest mały w porównaniu z kosztem węgla czy gazu:
„Koszt całego cyklu paliwowego stanowi 10–15% łącznego kosztu wytwarzania energii elektrycznej w EJ. (…) Są to proporcje odwrotne w stosunku do gazu ziemnego, gdzie 70-80% kosztów produkcji energii stanowią koszty paliwa, zatem wszystkie większe wahania cen gazu na rynku światowym wyraźnie odbijają się na kosztach produkcji energii w blokach gazowych.”
(Cytat pochodzi z dokumentu Program polskiej energetyki jądrowej – wersja z 2020 r.)
Relatywnie bardzo niewielka objętość, jaką zajmuje paliwo jądrowe potrzebne do zasilenia elektrowni jądrowej przez, powiedzmy, jeden rok daje też możliwość zgromadzenia zapasów paliwa na dłuższy okres. W przypadku gazu czy węgla byłoby to niezwykle trudne.

Działanie szkodliwe dla klimatu i jakości powietrza

Likwidacja energetyki jądrowej to kompletny absurd nie tylko z punktu widzenia bezpieczeństwa energetycznego i cen energii. Jest to równie działanie nieracjonalne i szkodliwe z punktu widzenia polityki klimatycznej, a także walki ze smogiem.
W trakcie pracy elektrownie atomowe nie emitują szkodliwych dla zdrowia substancji, takich jak pył czy tlenki azotu. A co najważniejsze, nie emitują gazów cieplarnianych. Wpływ energetyki jądrowej na jakość powietrza (smog) jest więc zerowy, a na klimat – minimalny. Mniejszy nawet niż w przypadku energetyki słonecznej czy wiatrowej.
Nie od dziś dobrze wiadomo, że bez energii jądrowej Niemcom o wiele trudniej będzie osiągnąć cele klimatyczne. Warto przytoczyć tu parę liczb.
Szacuje się, że zastąpienie sześciu ostatnich niemieckich elektrowni jądrowych (tych zamykanych w 2021 i 2022) przez bloki opalane węglem (bez udziału gazu) przełożyłoby się na dodatkowe emisje 60 milionów ton dwutlenku węgla rocznie. Uwzględniając fakt, że atom zostanie zastąpiony nie tylko węglem, ale i gazem, przedłużenie czasu eksploatacji tych sześciu reaktorów do roku 2045 pozwoliło by oszczędzić emisji ok. miliarda ton CO2 – to tyle, ile cała Polska emituje przez trzy lata.

Tysiące zgonów do uniknięcia

Według innych szacunków, gdyby Niemcy w ogóle nie zamykali elektrowni jądrowych aż do roku 2035, a zamiast tego zmniejszyli produkcję energii elektrycznej z węgla o tyle, ile produkowały jej zamykane w rzeczywistości elektrownie jądrowe, to tylko w latach 2011- 2017 można by uniknąć łącznie emisji 300 mln ton CO2.
A także 4600 przedwczesnych zgonów, związanych z gorszą jakością powietrza – elektrownie węglowe poza CO2 emitują też m. in. właśnie pył i dwutlenek azotu. Choć trzeba tu podkreślić, że zanieczyszczenia emitowane przez samochody mają znacznie większy wpływ na zdrowie Niemców niż te emitowane przez elektrownie węglowe.
Planowe wyłączenie wszystkich niemieckich elektrowni atomowych w latach 2011 – 2022 przełoży się w sumie na ponad 20 tys. przedwczesnych zgonów i 1.4 mld ton CO2 dodatkowo wypuszczonych do atmosfery.

Odejście od atomu szybsze niż od węgla i od gazu

Jednak RFN w pierwszej kolejności pozbywa się elektrowni jądrowych, a nie najbardziej destrukcyjnych dla klimatu elektrowni węglowych, ani niewiele pod tym względem lepszych elektrowni gazowych. Bloki energetyczne opalane węglem i gazem ziemnym będą w Niemczech pracować jeszcze wiele lat.
Kiedy Niemcy odejdą już także od węgla, wciąż będą potrzebowali elektrowni gazowych, co przyznają nawet politycy Zielonych. Jak dużej mocy? Według Markusa Krebbera, dyrektora niemieckiego koncernu energetycznego RWE – nawet 20-30 GW. (Dla porównania, wszystkie elektrownie na węgiel kamienny w Polsce pod koniec 2020 roku miały 25 GW, a rekordowe zapotrzebowanie na moc w naszym kraju jest w dalszym ciągu mniejsze niż 30 GW.)
Przebieg gazociągu Nord Stream 2, rys. MurzillA/Shutterstock
„Wciąż nie doceniamy tego, jak wielu nowych elektrowni gazowych będziemy potrzebować w Niemczech” powiedział Krebber w wywiadzie dla tygodnika Wirtschaftswoche.
Zamiast najpierw wyeliminować energetykę węglową, a potem gazową, Niemcy zaczęli od zastąpienia jednego przyjaznego dla klimatu, niskoemisyjnego źródła energii (atomu) innymi przyjaznymi dla klimatu źródłami niskoemisyjnymi – energetyką słoneczną i wiatrową.
Rozwijanie energetyki wiatrowej i słonecznej to oczywiście dobry krok, który powinniśmy w Polsce naśladować (choć nie bezkrytycznie). Tyle że w przeciwieństwie do wiatraków i paneli, elektrownie jądrowe dostarczają prądu w sposób przewidywalny, ciągły i stabilny. I dzieje się to niezależnie od pogody.
Warto też pamiętać, że elektrownie jądrowe o mocy 4 GW są w stanie wyprodukować znacznie więcej energii niż tej samej mocy farmy wiatrowe lub panele fotowoltaiczne.

Dlaczego Niemcy zamykają elektrownie jądrowe?

Kwestia bezpieczeństwa? Wbrew temu, co twierdzą jej przeciwnicy energetyka jądrowa jest jednym z najbezpieczniejszych źródeł energii (według niektórych źródeł – najbezpieczniejszym).
Powtórka z Czarnobyla czy Fukushimy nie jest w Niemczech możliwa. Choćby dlatego że Niemcy mają inne, dużo bezpieczniejsze elektrownie jądrowe niż Japonia, nie mówiąc już o elektrowniach radzieckich.
Najgroźniejsze zdarzenie w niemieckim przemyśle jądrowym miało miejsce w połowie lat siedemdziesiątych i było klasyfikowane jako „poważny incydent”. Była to „trójka” w siedmiostopniowej międzynarodowej skali zdarzeń jądrowych i radiologicznych. Przez kilka dekad działania energetyki jądrowej w RFN jakichkolwiek incydentów było w sumie trzy, ostatnie 2 w latach osiemdziesiątych. Nikt nie stracił życia w wyniku promieniowania.
Odpady jądrowe? Ich ilość jest relatywnie bardzo mała i są składowane w bezpieczny sposób. Zagrożenie z ich strony jest śmiesznie małe, zupełnie pomijalne w porównaniu z zagrożeniem katastrofą klimatyczną. A ona nastąpi tym szybciej, im więcej spalimy węgla, ropy i gazu ziemnego.
Argumenty ekonomiczne? Podobnie jak w przypadku straszenia odpadami, są one zwykle bardzo naciągane. Zarzut że „atom się nie opłaca” można jeszcze potraktować poważnie w przypadku elektrowni, które dopiero są planowane – ale przecież nie w przypadku tych istniejących i działających od lat.
Dlaczego zatem stereotypowo kojarzeni z pragmatyzmem Niemcy postanowili pozbyć się czystego, przyjaznego dla klimatu i bezpiecznego źródła energii? Żeby to zrozumieć, musimy cofnąć się przynajmniej o 2 dekady.

Historia niemieckiego rozwodu z atomem

O odejściu od atomu zadecydowała koalicja SPD-Zieloni rządząca w Niemczech w latach 1998–2005. Kanclerzem Niemiec był wtedy Gerhard Schröder z SPD, o którym więcej za chwilę.
W roku 2000 zawarto porozumienie („Atomkonsens”) z największymi niemieckimi koncernami energetycznymi. Czas życia elektrowni jądrowych został ograniczony do 32 lat – bynajmniej nie z powodów technicznych. Ostatnia elektrownia miała być więc zamknięta w roku 2022.
Porozumienie to – czyli de facto plan likwidacji niemieckiej energetyki jądrowej – stało się prawnie obowiązującym dokumentem w roku 2002. Bardzo istotne jest to, że zabroniono też budowy jakichkolwiek nowych elektrowni jądrowych.
(Bardzo podobne ustalenia w podobnym czasie miały miejsce w Belgii, gdzie belgijscy Zieloni weszli w skład pierwszego gabinetuGuya Verhofstadta. Podobna jest nawet data odejścia od atomu: rok 2025)
Już w roku 2003 w Niemczech została odłączona od sieci elektrownia EJ Stade, a w 2005 EJ Obrigheim. Co ciekawe, proces wygaszania energetyki jądrowej okazał się ponoć zbyt wolny dla niektórych niemieckich Zielonych. Było to źródłem rozczarowania i skłoniło do odejścia wielu działaczy tej partii.

Wolta Merkel

Dwadzieścia lat temu Angela Merkel (wówczas szefowa opozycyjnej CDU) sprzeciwiała się likwidacji energetyki jądrowej, którą określiła jako błąd. Zapowiedziała, że po dojściu CDU do władzy decyzja poprzedników zostanie cofnięta.
W 2005 koalicja CDU/CSU wygrała wybory, a Merkel została kanclerz Niemiec, ale do rządu weszło też SPD. W 2009 CDU i CSU uzyskały lepszy wynik, i partie te nie musiały już wchodzić w koalicję z SPD. Wtedy też Angela Merkel spełniła swoją obietnicę. Ogłoszono wówczas, że czas eksploatacji elektrowni jądrowych zostanie wydłużony – dla jednych obiektów o 8, dla innych o 14 lat.
Merkel, z wykształcenia fizykochemiczka (pracowała w Centralnym Instytucie Chemii Fizycznej Akademii Nauk NRD) nie ugięła się w obliczu antyatomowych demonstracji, jakie miały miejsce w 2010, kiedy na ulicę wyszło nawet 40 tysięcy osób.
Jednak po awarii w Fukushimie (marzec 2011), w obliczu dużo większych, masowych protestów, Pani Kanclerz uległa presji społecznej i politycznej i zmieniła zdanie o 180 stopni. Już w sierpniu 2011 roku wyłączono 8 reaktorów o łącznej mocy ok. 8.5 GW. Ogromna większość Niemców chciała wtedy zamknięcia elektrowni jądrowych.
O nastawieniu dużej części niemieckiego społeczeństwa do energetyki jądrowej w tamtym czasie wiele mówi chyba to, że po katastrofie w Fukushimie wielu ludzi kupowało liczniki Geigera. Masowo wykupywano w aptek preparaty zawierające jod, bo obawiano się się skażenia promieniotwórczym jodem-131 z odległej o tysiące kilometrów Japonii!
Niechęć do energetyki jądrowej i ruch antyatomowy mają zresztą w Niemczech długą historię. Nie zaczęły się bynajmniej w reakcji na awarię w Fukushimie ani nawet na katastrofę w Czarnobylu. Pierwsze masowe protesty przeciwko budowie elektrowni jądrowej miały miejsce jeszcze w latach 70-tych.

Schröder i Rosjanie

Dalej jednak nie jest pewnie dla Państwa całkiem jasne, dlaczego dwie dekady temu w RFN postanowiono „zaorać” atom. Przyjrzymy się więc przez chwilę dalszym losom Gerharda Schrödera, w czasach kiedy polityk ten przestał już być kanclerzem Niemiec. Być może rzuci to trochę światła na niektóre pozornie? irracjonalne decyzje i wypowiedzi części niemieckich polityków – te dawne i te dzisiejsze.
Nawet z Wikipedii bez trudu dowiemy się, że w ostatnich tygodniach sprawowania urzędu kanclerza, Schröder podpisał z Rosją umowę o budowie Gazociągu Północnego (Nord Stream), a niedługo po opuszczeniu urzędu objął stanowisko w radzie nadzorczej kontrolowanego przez Rosjan konsorcjum Nord Stream, które budowało ten gazociąg.
Nie zdziwi też Państwa zapewne, że po uruchomieniu Gazociągu północnego import gazu do Niemiec mocno wzrósł.
Schröder jest również znany z serdecznych relacji z Władimirem Putinem. Pod koniec kwietnia 2014 w Petersburgu zorganizowano imprezę z okazji 70-tych urodzin byłego kanclerza Niemiec. Zdjęcia Putina i Schrödera, obejmujących się i obściskujących przed pałacem, w którym odbywało się party, obiegły wtedy świat, budząc w wielu osobach bardzo negatywne odczucia. Nic dziwnego, było to już po „hybrydowym” ataku Rosji na Ukrainę i aneksji Krymu.
Od 2017 Schröder jest też szefem rady dyrektorów w rosyjskim koncernie naftowym „Rosnieft”.

Niemcy nie chcą atomu nie tylko u siebie

Wróćmy do bieżącej polityki energetycznej. Niemieccy politycy nie chcą atomu nie tylko w Niemczech, ale też w pozostałych krajach Unii. Zdarza im się wypowiadać w ostry sposób o polityce energetycznej innych państw.
Rok temu plany budowy nowych reaktorów jądrowych w Holandii wywołały gwałtowną reakcję ministra środowiska niemieckiego landu Dolna Saksonia, Olafa Liesa. Lies zapowiedział wtedy że „zrobi wszystko, co w jego mocy” by powstrzymać Holandię przed rozwojem energetyki jądrowej.
Lies oświadczył też, że został zaskoczony decyzją Holendrów i nazwał ją „wielkim krokiem wstecz”. Być może uważał, że Holandia powinna skonsultować z jego resortem swoje plany rozwoju energetyki. Także członkowie partii Zielonych zasiadający w parlamencie Dolnej Saksonii zapowiedzieli że będą działać razem holenderską Zieloną Lewicą, by powstrzymać „ekonomiczny i ekologiczny obłęd”, jakim według nich jest budowa nowych elektrowni atomowych. (Na szczęście Holendrzy nie przejęli się groźbami niemieckich polityków i wciąż planują budowę nowych reaktorów).

„Obciążenie dla przyszłych pokoleń”

We wspomnianym dokumencie znajdziemy też taki fragment (cytuję za artykułem Jakuba Wiecha):
„Federalne Ministerstwo Środowiska będzie aktywnie promować – wraz z podobnie myślącymi państwami w Europie – włączenie się do procesu wygaszania energetyki jądrowej przez inne europejskie kraje (…). Finansowane przez państwo nowe elektrownie jądrowe w UE nie leżą w interesie Niemiec, ani w interesie ochrony klimatu i transformacji energetycznej.”
Dalej mamy standardowy zestaw zarzutów wobec atomu: energetyka jądrowa nie jest już ekonomicznie opłacalna, i co prawda emituje mało CO2, (dlaczego więc finansowanie jej nie leży w interesie ochronie klimatu?) ale nie jest czysta. A nie jest czysta, bo generuje odpady, które „obciążają przyszłe pokolenia” a ich utylizacja „jest złożona, długotrwała i droga.”
A dlaczego „finansowane przez państwo nowe elektrownie jądrowe w UE nie leżą w interesie Niemiec”? Tego możecie dowiedzieć się Państwo z tekstu redaktora Wiecha.
Zwracam Państwa uwagę na fakt, że zarówno Olaf Lies, jak Svenja Schulze są politykami SPD. Tej samej partii, której niegdyś najważniejszym politykiem był Gerhard Schröder.

Ministerstwo dziwnej nazwy

W tym miejscu warto też zwrócić uwagę na inny drobny, acz znaczący szczegół. Pełna nazwa ministerstwa, którym do 8 grudnia 2021 roku kierowała Schulze to obecnie „Ministerstwo Środowiska, Ochrony Przyrody, Bezpieczeństwa Jądrowego i Ochrony Konsumentów” (Bundesministerium für Umwelt, Naturschutz, nukleare Sicherheit und Verbraucherschutz, czasem trzecia część nazwy tłumaczona jest jako „bezpieczeństwa reaktorów”).
Co chyba sporo mówi o nastawieniu państwa niemieckiego do energetyki jądrowej.
Dla porównania – we Francji, gdzie ogromna większość energii elektrycznej pochodzi z elektrowni atomowych, odpowiednik polskiego Ministerstwa Klimatu i Środowiska nazywa się Ministère de la Transition écologique.
W Belgii, która niebawem tak jak Niemcy pozbędzie się całej swojej energetyki jądrowej, szefowa ministerstwa środowiska (obecnie jest nią Zakia Khattabi) to „ministre du Climat, de l’Environnement, du Développement durable et du Green Deal”. W jej tytule jak widać nie ma ani słowa o „bezpieczeństwie jądrowym”.

Wywalić atom z unijnej taksonomii

Podczas niedawnego szczytu klimatycznego COP26 w Glasgow, Schulze stwierdziła, że włączenie atomu do „zielonej taksonomii” podważy jej wiarygodność, spójność i użyteczność. Taksonomia określa, jakie inwestycje i rodzaje działalności gospodarczej można uznać za zgodne z celami polityki klimatycznej, a szerzej: zgodne z zasadą „nie wyrządzania znaczącej szkody” środowisku.
Nie powinno nas to dziwić: Niemcy, wraz z Austrią, Portugalią, Danią i Luksemburgiem już od jakiegoś czasu zabiegają o to, by atom „wyleciał” z taksonomii.
Jednocześnie politycy niemieckiej SPD chcą, by w ramach taksonomii finansowano inwestycje w gaz ziemny! (Niemieccy Zieloni byli temu przeciwni, ale obawiam się że raczej nie będą już mocno protestować i „umierać za gaz” – a raczej jego brak w taksonomii.)
Tego samego co SPD niestety chce także polski rząd, i wiele innych krajów unijnych. Jednak większość z tych państw, w tym Polska, chce również włączenia to taksonomii atomu. Można powiedzieć, że jest to postawa w pełni pragmatyczna, choć z punktu widzenia ochrony klimatu także cyniczna. Natomiast to, czego chce SPD – tak dla gazu, nie dla atomu – nawet trudno jest komentować.
Losy zarówno gazu, jak i atomu w taksonomii wciąż się ważą, a decyzja o tym, czy zostaną uznane za przyjazne dla klimatu nastąpi zapewne na początku przyszłego roku.

Poparcie dla energetyki jądrowej jest w Niemczech coraz wyższe i przekroczyło 50% …

Pomimo tak wrogiego nastawienia do atomu sporej części niemieckiej sceny politycznej, obecnie już ponad połowa (53%) obywateli RFN popiera pozostawienie energetyki jądrowej. Pokazują to niedawne badania brytyjskiej sondażowni Yougov, a także wcześniejszy sondaż przeprowadzony na zlecenie niemieckiej gazety „Welt am Sonntag”. W tym drugim dokładnie połowa obywateli Niemiec opowiedziała się za zmianą decyzji dotyczącej planowanego zamknięcia elektrowni jądrowych, 36% pytanych było przeciwko odroczeniu, a 14% badanych odmówiło rozmowy.
Co więcej, poparcie dla atomu rośnie. Jeszcze we wrześniu 2019 roku 60% badanych opowiedziało się za rezygnacją z elektrowni jądrowych w Niemczech nie później niż do końca 2022 roku.
Głównymi przyczynami zmiany podejścia do energetyki jądrowej są wysokie ceny energii elektrycznej oraz ambitne cele klimatyczne Niemiec. Wynika stąd, że w tym temacie większość Niemców jest już znacznie rozsądniejsza niż rządzący nimi politycy.

… pomimo lat straszenia atomem

Poparcie dla atomu przekraczające w Niemczech 50% to naprawdę bardzo dobry wynik, jeśli weźmiemy pod uwagę że obywatele tego kraju od lat byli straszeni energetyką jądrową. Z setek przykładów niemieckiej antyatomowej propagandy warto wspomnieć tu dwa.
Pierwszy to książka „Die Wolke” („Chmura”), która opowiada o fikcyjnej, tragicznej w skutkach katastrofie elektrowni jądrowej w Niemczech, podobnej do katastrofy elektrowni w Czarnobylu. To że taka awaria raczej nie byłaby w Niemczech możliwa, to drobny szczegół. Gorzej, że książka ta (napisana w roku 1987, tuż po katastrofie czarnobylskiej) jest w Niemczech lekturą szkolną, a na jej podstawie w roku 2006 powstał film o tym samym tytule. Co ciekawe, film ten oglądają też polskie nastolatki w ramach nauki języka niemieckiego – proszę poczytać komentarze pod linkiem na YouTube.
Film działa na emocje – umierające i cierpiące na chorobę popromienną dzieci to nie jest coś, obok czego można łatwo przejść obojętnie. No chyba że wie się, jak bardzo mało prawdopodobne jest tego typu zdarzenie. Wtedy można oglądać ten film dokładnie tak samo jak „Dzień Niepodległości”, „Obcego” albo „Wojnę Światów”.

Factchecking bez faktów

Drugi przykład jest całkiem świeży. To artykuł „Fact check: Is nuclear energy good for the climate?”, który ukazał się na stronie tak wydawało by się poważnego i wiarygodnego medium, jakim jest Deutsche Welle (Deutsche Welle reklamuje się jako „najlepsze źródło wiedzy o Niemczech i Europie”).
Teza artykułu jest prosta: atom nie jest przyjazny dla klimatu, nie mówiąc o tym że jest zbyt drogi. Emisyjność energetyki jądrowej została bardzo zawyżona, ale nie powinno nas to dziwić, jeśli wiemy że autor tekstu jako źródeł użył danych i opracowań działaczy i organizacji antyatomowych. Ich wiarygodność i bezstronność jest jednak, delikatnie mówiąc, mocno wątpliwa.
Krytyczną analizę tego tekstu na portalu energetyka24.com przeprowadził Jakub Wiech. Wiech stwierdza: „Niestety, materiał zawiera głównie manipulacje – zgodne z antyatomową linią propagandową RFN”. Niestety, to prawda – Jakub Wiech ani trochę nie przesadza.

Dla niemieckiego atomu praktycznie nie ma już nadziei

Mimo ostatniej zmiany nastawienia społeczeństwa, wyroku wydanego na niemiecką energetykę jądrową nie da się już raczej cofnąć.
Choćby dlatego, że po niedawnych wyborach w Niemczech znowu rządzą SPD i Zieloni (trzecim koalicjantem jest tym razem Wolna Partia Demokratyczna).
Wygląda też na to, że zarówno dla SPD jak i dla niemieckich Zielonych atom jest dalej wrogiem numer jeden (być może z nieco różnych powodów dla każdej z tych partii). I że ten stan rzeczy się niestety prędko nie zmieni. Gorzej, że zapatrzeni w swoje niemieckie koleżanki i kolegów polscy Zieloni od lat bezrefleksyjnie powtarzają antyatomową narrację zza Odry:
A szkoda, bo wiele postulatów i pomysłów zielonych polityków – tak w Polsce, jak w Niemczech – jest jak najbardziej słusznych i wartych wprowadzenia w życie.
Zostawmy jednak w spokoju Zielonych. Warto popatrzyć na opisane tu zjawiska i procesy w nieco szerszej perspektywie. Historia niemieckiego odejścia od atomu, jego polityczno – ideologiczne podłoże i negatywne konsekwencje mogą być nauczką i przestrogą dla innych państw. Także, a może przede wszystkim – dla Polski. Obyśmy byli w stanie na niemieckich błędach czegoś się nauczyć.
 
Do góry Bottom