Zapodaj coś ciekawego

ukos

Well-Known Member
505
751

draq

Active Member
155
244
comment_16059633978uSWh2pjqZOHmZepjPQSx2.jpg
 

pawel-l

Ⓐ hultaj
1 883
7 440

Biali przechodzą z aut prosto do domów i restauracji. Czarni siedzą na ulicy. Południe Włoch wygląda jak RPA za apartheidu​

z26315982V,Turysci-opalaja-sie-w-poblizu--zrujnowanego-domu-n.jpg

Castel Volturno od zawsze było poza nawiasem państwa. Camorra decydowała, kto może tu zamieszkać, założyć biznes, zbudować garaż przy domu. Prowadziła przemyt narkotyków, prała pieniądze. Dziś działa jak korporacja, z Monachium, z Hamburga.

Kiedy wyniosły się stąd włoskie pistolety, weszły nigeryjskie strzelby. Według danych spisu powszechnego mieszka tam 25 tys. osób, z czego 3,5 tys. to obcokrajowcy – ok. 1,2 tys. Nigeryjczyków, 800 obywateli Ghany, kilkuset Liberyjczyków. Ale włoskie MSW przyznaje, że realna populacja Castel Volturno jest dwa razy wyższa, a samych Nigeryjczyków mieszka tu co najmniej 20 tys.

Roberto Saviano pisze o tym miejscu jako o eksterytorialnym fragmencie afrykańskich gangów na terenie Unii Europejskiej. Czarny Topór i inne syndykaty z Afryki pojawiły się tu w tym samym momencie co na Sycylii. I były tak samo ambitne – chciały od razu dilować w samym Neapolu. Siłowanie się trwało kilka lat, Nigeryjczycy musieli ustąpić. Podpisali rozejm, uznali wyższość klanu Casalesi, tutejszej wszechpotężnej dynastii. W „prezencie”, jak pisze Saviano, otrzymali Castel Volturno, swoje lenne księstwo. A Casalesi, by przypieczętować swoją kontrolę nad Neapolem i okolicami, we wrześniu 2008 r. odstawili w Castel Volturno pokazówkę: żołnierze klanu wpadli do miasteczka i zamordowali sześciu przypadkowych czarnych mężczyzn. Ale Nigeryjczycy z Castel Volturno już się nie ruszyli.

Dojazdu tam szukam na własną rękę. Bez szans. Recepcjonistka hotelu na dźwięk nazwy miasteczka robi wielkie oczy i odradza podróż. Jeszcze niedawno był autobus, ale został zawieszony „z powodu dużej liczby incydentów przemocowych”, czyli palenia autobusu, gdy kierowca nie chciał wpuścić do przeciążonego pojazdu kolejnych imigrantów.

Najbliżej celu mogę się dostać pociągiem do Villa Literno, miasteczka za Neapolem. Widzę wagon podzielony między czarnych i białych. Ci drudzy szybko wysiadają, pierwsi i ja jedziemy dalej. Ale pociąg się psuje. Konduktor, sędziwy Włoch, wpada do przedziału i mówi mi, że spokojnie, będzie następny pociąg. Do mnie mówi spokojnie, do czarnych krzyczy.

Barman w Villa Literno twierdzi, że zaczęło się 20 lat temu – co jest zgodne z raportami policji.

– Niektórym dzieci przyszły na świat już tutaj, z pierwszymi z tej drugiej generacji chodziłem do szkoły. Na początku trafiali tu tylko Nigeryjczycy i to było, powiem szczerze, łatwiejsze. Mówią po angielsku, można się było jakoś dogadać. Teraz przyjeżdżają ludzie z Senegalu, Wybrzeża Kości Słoniowej, Kamerunu, Gwinei Równikowej. Ci ostatni mówią po hiszpańsku, reszta po francusku. Trudno mi ich zrozumieć.
...
– A jak się dostać stąd do Castel Volturno?

– Taksówką najtaniej.

– Żadnej nie widziałem.

– To nie taka taksówka – śmieje się.

Policja: odpuść sobie​

Po chwili czeka Antonio i jego wysłużony mercedes. Zapłacę tylko 2 euro, bo to taksówka składkowa.

– Za chwilę przyjedzie pociąg, weźmiemy dwóch czarnych i jedziemy. Ale czekaj, gdzie cię wysadzić? – pyta Antonio.

– W Castel Volturno.

– To w chuj duże miasto.

– W centrum?

– Tam nie ma centrum. Czego tam szukasz?

– Pokręcić się.

– Zły adres sobie wybrałeś. Wyrzucę cię w Pinetamare, parę kilometrów wcześniej. Tam są bary, plaże…

Wtrąca się czarny chłopak z łamanym włoskim: – Tante cose, beautiful sea, Pinetamare ha tutto.

Antonio: – Ty się lepiej zamknij, co ty, kurwa, wiesz, jak ty z Afryki jesteś? Daj mi walizkę, położymy z przodu, żeby ci Murzynki miejsca nie zajęły.

Wjeżdża pociąg, wysypuje się tłum migrantów, dwóch idzie do mercedesa. Jedziemy. Hałas, bo nie ma bocznych szyb.

– Kiedyś mi wybili, to nie wstawiłem. Zobaczysz, w Pinetamare jest pięknie. Tam jeszcze nie trafili, nie zdążyli niczego zniszczyć – mówi Antonio i palcem wskazuje na tych z tyłu.

Ci z tyłu mają przyklejone uśmiechy, na pytania nie odpowiadają. Antonio wysadza mnie na poboczu. Daje mi numer telefonu.

– Będziesz chciał dalej jechać – dasz mi znać. Będziesz miał kłopoty – dasz mi znać.

W Pinetamare po obu stronach ruiny osiedli. Wszędzie imigranci. Jedni w opuszczonych domkach letniskowych, drudzy w porzuconych hotelach albo w obozowiskach pod wiaduktami. Jakby włoskie państwo uciekło. Dalej wille – zadbane, bez śladów zapuszczenia, z samochodami na podjazdach. Na ulicach nie ma śmieci, w knajpach plażowych pojemniki z płynem do dezynfekcji, apele o zachowanie dystansu i noszenie maseczek. Obsługa to ignoruje. Na tarasie kawę popija piątka policjantów w mundurach. Pytam, czy daleko do Castel Volturno.

– Parę kilometrów, ale pieszo nie dojdziesz. Po co tam idziesz? Narkotyków szukasz? – pyta jeden.

– Dużo o tym mieście słyszałem.

– Nie idź tam. My tam nawet nie jeździmy. Odpuść sobie – dopowiada drugi, chyba wyższy rangą.
Idę drogą. Mijam jeszcze zamknięty na cztery spusty internat Akademii Technicznej Marynarki Wojennej i przede mną już tylko ruiny. „Princess”, pewnie dawny hotel, bez szyb, drzwi, gruzy, śmieci, szczury. Mijam kolejne takie budynki, ale na ostatnim wolnym skrawku ziemi stoi budowla z innego świata – ośrodek treningowy SSC Napoli. To tutaj gwiazdy światowego futbolu, w tym Arkadiusz Milik i Piotr Zieliński – przyjeżdżają na treningi drogimi samochodami ze swoich luksusowych posiadłości. Kompleks jest ogrodzony kilkumetrowym murem, są stróżówka ze szlabanem, kamery.

Dalej nie daję rady, bo ruch na ekspresówce, którą idę, się zwiększył. Dzwonię po Antonia, jest po chwili.

– Chcę dalej – mówię. – Za 30 euro?

– Po co ci to?

– Jestem dziennikarzem.

– Stary, lepiej trafić nie mogłeś. Znam tych czarnuchów jak własną kieszeń. Zabiorę cię tam, gdzie nikt cię nie zabierze, do getta Africa Bam Bam.

Tylko nie rób zdjęć​

Po drodze Antonio snuje opowieść.

– Pochodzę stąd, 37 lat wożę ludzi po miasteczkach. Kiedyś był tu raj na ziemi. Czysta woda, piękne domy.

Przejeżdżamy nad rzeką Volturno. Wzdłuż brzegów namioty, szałasy, ognisko.

– Widzisz, tutaj się zaczyna. Koczują, gdy ich wyrzucą z osiedli mafii. Zrobią coś komuś, źle się zachowają, to nie mają prawa wstępu do miast, które kontroluje Czarny Topór. Żyją nad rzeką, pod autostradą.

Nonszalancko odpala papierosa, kierownicę trzymając jedną ręką. I pędzi. Kiedy mijamy tabliczkę z napisem „Castel Volturno”, mówi powoli, by zaakcentować ten moment.

Wokół budynki jak walące się pustostany. Opustoszałe lokale usługowe, nieczynna stacja benzynowa. Wzdłuż drogi grupki czarnych mężczyzn, śmieci, kable, druty zbrojeniowe, w oknach deski, w drzwiach szmaty, przewrócona lampa drogowa, wraki spalonych aut. I tak przez kilka kilometrów.

– Przyszli tu jakieś 10-15 lat temu. Kozaczyli, chcieli dilować w Neapolu, weszli do centrum królestwa mafii. A na to zgody nie będzie. Castel Volturno to było dobre miejsce, bo dużo wolnych domów i pustych budynków. Mafia nastawiała ich dla ofiar trzęsienia ziemi, ale chodziło o wypranie pieniędzy, a nie pomoc. Nikt się tu nie wprowadził, Nigeryjczycy zrobili sobie dziuple. Mafia się wyniosła, bo Castel Volturno nie było jej już potrzebne. Kokaina idzie przez port w Neapolu, paczki do dilerów są sortowane w mieście, a szefostwo zarządza z Niemiec.

– Ale jak wpisuję w internet populację miasta, to wychodzi mi prawie 20 tys. osób.

– Jasne, z czasem swoje domki zaczęli tu budować zwykli ludzie. Ale tylko lokalni, z Neapolu. Tacy, którzy wiedzą, jak współżyć z mafią.

– A hotele na Pinetamare też mafia stawiała?

– Jasne, tylko nie dla Włochów. Tam akurat mieszkali Amerykanie, gdy marynarka wojenna postawiła obok bazę. A wiesz, jak to działa: jak są amerykańscy żołnierze, to trzeba im infrastrukturę zapewnić.

– Bary? Restauracje?

– Burdele, kurwa. Burdele.

Ale Amerykanie wynieśli się ponad dekadę temu. Mijamy kolejne zabudowania i pojedyncze osoby.

– To stójki. Patrzą, czy nie zbliża się ktoś podejrzany, bo domy za ich plecami to dziuple narkotykowe.

Skręca w osiedle jeszcze bardziej zniszczone. Ta część miasta nazywana jest „Caritas” – od wolontariuszy, którzy przyjeżdżają, próbują uratować kobiety od przymusowej prostytucji albo rozdać środki antykoncepcyjne. Miejscowi mówią: „Bejrut”, bo jak stolica Libanu poharatana, jakby po serii nalotów bombowych. Ku mojemu zdziwieniu jest tu więcej sklepów, straganów niż wcześniej. Nawet drogie samochody.

Antonio: – Wszystkie kradzione albo kupione za dragi.

Wyprzedza nas samochód obklejony napisem „Prywatna agencja ochrony”.

– To Camorra, w ten sposób pokazują, że jest wciąż obecna, że patrzy czarnym na ręce.

– A sklepy?

– Ludzie muszą żyć. Mają sklepy, fryzjera, kosmetyczkę. Wszystko robią czarni dla czarnych. Mafia oddała miejsce, Włosi uciekli, Amerykanie się wynieśli. To Africa Bam Bam.

Zwalnia. Pod każdym sklepem stoi kilku mężczyzn, przynajmniej jeden ma pod ręką karabin albo pistolet. Dalej, przed jedną z ładniejszych willi, dwie białe dziewczyny. Mają może 15, 16 lat.

– Albańskie prostytutki – mówi Antonio, dopala papierosa i wyrzuca przez okno.

Koka​

Nagle zwalnia, toczymy się. Dlaczego?

– Zostaliśmy przejęci – mówi z nonszalancją w głosie, a mnie serce staje.

– Jak to?

– Ich stójki zauważyły mój samochód.

– Skąd wiesz? – patrzę w lusterko, nic nie widzę.

Wskazuje na lewą stronę. Równolegle do mercedesa jedzie skuter, na nim dwóch czarnych chłopaków. Pasażer zerka na nas, ma w ręku pistolet.

– Nie bój się, tak długo, jak tylko tędy jeździmy, nic nam nie zrobią. Tylko zdjęć nie rób, bo się wkurwią, a wtedy i ja nie pomogę.

Jadą równo z nami, a ludzi na ulicy coraz mniej. Przed niektórymi domami mężczyźni śpią na plastikowych krzesłach albo betonowej posadzce. Zza rogu zniszczonej willi wyłania się kobieta, w wózku dziecięcym pcha butle z gazem. Kiedy dojeżdżamy do ekspresówki, patrol nas opuszcza.

– Tu obowiązuje ścisły podział obowiązków. Nigeryjczycy dostają tak naprawdę ochłapy, ale i tak dobrze żyją. Dragi trafiają do portu, który kontroluje klan. Potem rozdziela się je w Quartieri Spagnoli, na neapolitańskim Starym Mieście. Najlepszy towar zostawiają dla siebie, resztę oddają Nigeryjczykom. Camorra zaopatruje ekskluzywne rynki na północy Włoch, ale też reszty Europy. Mediolan, Paryż, Monachium. Czarni mogą dilować tylko między sobą, ale ostatnio Camorra pozwoliła im wejść do obozów dla uchodźców.

– A co tu się przemyca?

– Głównie meksykańska kokainę, ale też ecstasy, czasem heroinę. Wszystko.

– Camorra nie ma rywali, skoro kierownictwo wyniosło się do Niemiec?

– Zaraz po wybuchu pandemii była tu mała jazda. Chińczycy sobie wymyślili, że jak jest koronawirus, to Camorra będzie słabsza. W marcu próbowali przejąć port w Neapolu. I co? Casalesi wyszli na ulice, zajebali czterech czy pięciu żółtych i się skończyła zabawa.

Antonio nagle zjeżdża na prawy pas, zwalnia. Po lewej pojawia się czarny samochód z syreną na dachu, za nim drugi.

– Widzisz to czarne bmw za radiowozami? To Catello Maresca, prokurator z Neapolu. Jeden z niewielu, którzy stawiają się mafii. Jest na pierwszej linii wojny z Casalesimi. To na bank on, bo jego ekipa właśnie tu, w okolicy, bierze ludzi na bęben.

Wjeżdżamy na przedmieścia Neapolu. Antonio obwozi mnie po dzielnicach biedy, potem dojeżdżamy do Quartieri Spagnoli. Nad ciasnymi uliczkami, pomiędzy balkonami rozwieszone są prześcieradła i ręczniki, stali klienci przesiadują w gęsto rozsianych barach.

– Patrzysz w złe miejsce – szturcha mnie. – To, czego szukasz, toczy się na drugim piętrze. Sortowanie koksu, dilowanie. Zawsze drugie piętro.

– Dlaczego?

– Bo nie widać tego z ulicy. Te budynki są tak pobudowane, że trudno się do nich włamać albo wbiec znienacka. Masz podwójne dziedzińce, ciasne klatki schodowe, jakieś dodatkowe furtki. Drugie piętro zupełnie wystarcza. Zawsze tak było.

Słuchaj, musisz zrozumieć jedną rzecz. Tutaj państwo nie działa. Nawet go nie ma. Nigdy nie było i nigdy nie będzie, bo nikt tego nie chce.
Mój dziadek mówił, że z Camorrą nikt nie wygra, i tę wiedzę przekazał mojemu ojcu, on mnie, a ja swojemu synowi. Żeby z nimi nie zadzierał. Oni tu mogą wszystko. I tak już zostanie, dopóki człowiek będzie mieszkał na tych ziemiach.

 

ukos

Well-Known Member
505
751
Fioletowy kolor laguny Cerro w Limpio to efekt sąsiedztwa z garbarnią Waltrading SA, gdzie podczas garbowania wykorzystuje się metale ciężkie, m.in. chrom. Paragwaj, 5 sierpnia 2020 r.

1610224841201.png
 
Do góry Bottom