Hong Kong

  • Thread starter Deleted member 427
  • Rozpoczęty
D

Deleted member 427

Guest
Mieszkańcy Hongkongu mieli swobodę czynienia tego, co chcieli. Najwidoczniej ich celem było stworzenie kipiącego pandemonium: zatłoczonego, przedsiębiorczego, brzydkiego miasta, które zarazem jest najwspanialszym miejscem na ziemi. To metropolia niesamowitego bałaganu, miasto bez podziału na strefy, z oszałamiającą ilością krętych uliczek nazbyt wąskich i tak zatłoczonych straganami, że trudno się przez nie przecisnąć; owe uliczki przecinają z kolei arterie tak ruchliwe i szerokie, że strach przez nie przechodzić.

(...)

Jezu, jakież to arcybogate miasto! Są jednak takie miejsca, gdzie bieda aż piszczy. W Hongkongu, na każdym kroku „nędza sąsiaduje z dostatkiem". Jest to ulubiony temat zagranicznych korespondentów, takich jak ja, którzy pisząc artykuł o Hongkongu, najpierw robią wywiady z ludźmi pracującymi przez cały dzień w obskurnych metalowych boksach, a następnie proszą o wypowiedź osoby pożywiające się w luksusowym i niedostępnym dla postronnych Happy Valley's Jockey Club, gdzie doświadczyłem próbki jedynego prawdziwego zbytku Hongkongu, czyli rozsądnej odległości między stolikami.

Biedni jednak chcą stać się bogaci. Sami ich zapytajcie. Możecie np. zadzwonić na komórkę do staruszki sprzedającej suszone ryby. Dzwonki telefonów komórkowych zagłuszają nawet hałas klimatyzatorów. Zawsze, kiedy dzwoni komórka, wszyscy w zasięgu słuchu nerwowo poklepują się w poszukiwaniu aparatu. Komórki są niezbędne, bo inaczej komuś może uciec dobry interes. Biznes można zarobić na wszystkim, bo wszystko jest kwestią umowy. W sklepie pytasz: Za ile mi pan to sprzeda?, a zaraz potem: A jaka jest cena dla Chińczyków? No i dalej się targujesz. Chciałem kupić butelkę koniaku w pewnej małej restauracji. Właściciel sam produkował dwie jego odmiany: pierwszą, o której nigdy nie słyszałem (100$ butelka) i drugą, o której nie słyszał nikt (80$). Wziąłem ze sobą przyjaciółkę Annie, która mówi po kantońsku i za 50$ dostaliśmy butelkę Remy.

(...)

Hongkong był i na razie nadal jest całkowitym socjalizmu przeciwieństwem. W Hongkongu nie ma opłat importowych ani eksportowych, ani żadnych restrykcji wymierzonych w zagraniczne inwestycje. Nie ma też ograniczeń dotyczących zysków wychodzących z Hongkongu. Nie ma podatku od zysków kapitałowych podatku od odsetek bankowych, podatku obrotowego i nie ma ulg podatkowych dla firm, które nie dają sobie samodzielnie rady.

Istnieje jedynie podatek od zysków firm (16,5%) i indywidualny podatek od dochodów brutto (15%). Rząd Hongkongu ma stałą nadwyżkę budżetową, a jego funkcjonowanie kosztuje tylko 6,9% PKB (dla porównania w USA utrzymanie instytucji rządowych pochłania 20,8% PKB). Rząd nie wypłaca mieszkańcom Hongkongu żadnych świadczeń. Ludzie są na własnym garnuszku. Mogą stracić to, co mają, zainwestować na giełdzie, otworzyć fabrykę swetrów, zwalniać, zatrudniać, sprzedawać, pójść na emeryturę albo kupić farmę (Na Nowych Terytoriach rzeczywiście istnieją niewielkie farmy).

W Hongkongu nigdy nie było demokracji, ale te swobody wielkości portfela i prawa człowieka, które można zmieścić w damskiej torebce, są tak istotne dla rozwoju indywidualizmu i własnego rządzenia, że międzynarodowa grupa libertariańskich think-tanków była tym tak poruszona, iż chyba nieco przesadziła w zapale twierdząc, że Hong-kong jest krajem największych swobód wolnościowych na świecie.

Mieszkańcy Hongkongu są wolni, ponieważ mają wybór i równie dobrze mogą wszystko schrzanić. W Hongkongu nie ma płacy minimalnej, nie ma zasiłków dla bezrobotnych, nie ma ustaw o związkach zawodowych, nie ma systemu ubezpieczeń społecznych, nie ma publicznego programu ochrony zdrowia, a wypłacane zasiłki, w przeciwieństwie do amerykańskich, są zbyt małe, aby wystarczyły na zakup anten satelitarnych i marlboro lightów. Tylko 1,2% wydatków administracji idzie na biednych i subsydiowanie beznadziejnie nieproduktywnych.

Pozbawieni siatki ochronnej, mieszkańcy Hongkongu pewnie stąpają po ostrzu brzytwy. Wskaźnik bezrobocia to mniej niż 3%. W USA, aby utrzymać je na tak niskim poziomie, potrzebna jest wojna. Pięcioprocentowe bezrobocie, które w Stanach uznaje się za „naturalne", w Hongkongu dla wielu oznaczałoby śmierć głodową. Im jednak ani śni się umierać. Mimo że palenie tytoniu jest ulubionym sportem mieszkańców, średnia długość życia to 79 lat. W USA 76 lat. Rzecz ma się podobnie ze śmiertelnością noworodków. Pamiętajmy, że mówimy o ludziach, zdaniem których rozgniecione perły, suszone koniki morskie i rogi nosorożca z Tanzanii są skutecznymi lekami. W Hongkongu nawet niemowlaki są zbyt zajęte, by umierać.

http://www.pafere.org/userfiles/file/Ks ... ngkong.pdf

http://www.pafere.org/artykuly,n997,jak ... gkong.html
 
OP
D

Deleted member 427

Guest
Autor pisał tekst przed wprowadzeniem płacy minimalnej, a co do bezrobocia, to wspomina o jego skoku w latach 2009-10, Po opublikowaniu powyższych danych mieliśmy do czynienia z „azjatyckimi kryzysami". Poważne spadki odnotowano na giełdzie w Hongkongu. Recesja dotknęła Indonezję, Tajlandię, Malezję, Południową Koreę i chyba także Japonię. Mówiono, że cała gospodarka azjatycka legnie w gruzach, ale mało prawdopodobne, aby w jakikolwiek sposób zaniepokoiło to mieszkańców Hongkongu.

W ogóle polecam całą książkę, ma 200 stron, a w pdf jest zaledwie jeden rozdział.
 

Antoni Wiech

paranacjonalista
Członek Załogi
3 667
4 955
Chujnia się tam robi:

http://www.forbes.pl/artykuly/sekcje/wy ... cje,8363,1

Nie mówiąc, że już chyba w 82 roku wprowadzili ograniczenia na auta (z wiki):

In Hong Kong, the license fee is according to the category (passenger cars, goods vehicles, taxis... etc..) of the vehicle first. Then, for passenger cars (known as private cars), it is calculated by the engine size. The lowest tax band is under 1500cc, then the tax band changes at 2500cc, 3500cc and 4500cc. Due to this system of license fee, most of 1600cc to 1800cc passenger cars cannot sell well. Most people prefer 1500cc for compact cars. Due to this reason, some manufacturers provide only the 1500cc version of their compact cars to Hong Kong market, e.g. Toyota Corolla and Nissan Tiida. Both of these two cars only have 1500cc version available.
 

father Tucker

egoista, marzyciel i czciciel chaosu
2 330
5 710
Komuchy z kontynentu próbują zawłaszczyć Hongkong i zdusić całą opozycję
http://wiadomosci.onet.pl/prasa/zamiast-nadziei-strach-i-zwatpienie/d7hwky

Dwa lata po rewolucji parasolek Hongkong się zmienił. Na szczęście panujące tam strach i rezygnacja nie ogarnęły wszystkich.

Mniej niż dwa lata po tamtych wydarzeniach. Wejście do parlamentu. Dwie parasolki oparte o ogrodzenie. Jedna zielona, druga czerwona. Dwie. W miejscu gdzie latem 2014 roku przeciwko władzom stanęły ich tysiące. By chronić młodzież przed gazem łzawiącym i policyjnymi pałkami. By pokazać: jest nas wielu. Setki tysięcy. Nie poddajemy się. To był happening, święto młodości i demokracji: pokojowe, rozsądne, spontaniczne. Zadziwili świat – za to zmrozili Chiny. Dziś obie parasolki są złamane, tak samo, jak jeden jedyny demonstrujący, który ich pilnuje. "Rewolucja parasolek" napisano na czerwonej. "Nie wolno nam zapomnieć!". Milcząca manifestacja. Jednak ostatni protestujący, z dobytkiem popakowanym w plastikowe torby, wygląda bardziej, jak włóczęga.


Czy wolność i rządy prawa nie mają już tu czego szukać? Bzdura, mówi reżyser. – Za późno? Nigdy nie jest za późno. Absurd, wtóruje mu muzealnik. – Nie mówić, działać, już Mao tak powiedział. Wcale nie, dodaje zaprzyjaźniona pisarka. – My mieszkańcy Hongkongu wierzymy w siebie, wierzymy, że sami musimy ocalić Hongkong. - Nawet jeśli w tej chwili czujemy się całkowicie zagubieni – dodaje na koniec nieśmiało.

Hongkong stał się innym miastem. Pełnym zwątpienia i lęku. Po lecie euforii niemal w przeciągu jednej nocy parasolki z powrotem złożono, a nadzieje zarzucono. Ruch na ulicach w centrum w piątkowe popołudnie jest równie przytłaczający i ogłuszający jak zawsze, jednak pod tym fizycznym pędem i szumem miasto popadło jakby w odrętwienie. Wielu mieszkańców, którzy wcześniej walczyli o przyszłość, o bezpośrednie i wolne wybory szefa rządu – obiecywane im dawniej przez Chiny - ogarnęła rezygnacja i frustracja.

Władze Chin ograniczają napływ krajowych turystów do Hongkongu

No future

Jak dziś wygląda sytuacja? Beznadziejnie, odpowiada wielu. Nastroje? No future. Hongkongiem rządzi jak na stosunki miasta groteskowo niekompetentny rząd, odpowiadający nie przed własnymi obywatelami, lecz przed Pekinem. W Pekinie zaś Partia Komunistyczna reaguje twardo i coraz ciaśniej oplata swoimi mackami miasto, któremu przecież obiecano 50 lat autonomii. Gospodarka ma się fatalnie, społeczeństwo się rozwarstwia, wolności obywatelskie odchodzą do lamusa. Mimo to powoli, bardzo powoli, niektórzy budzą się z letargu.

No future? Oczywiście, że Hongkong ma przyszłość, chyba że zostanie pochłonięty przez podnoszące się wody oceanu. Być może będzie ona burzliwa, a może miasto wyjdzie z obecnego położenia łagodnie i obronną ręką. Jedno tylko nie wchodzi w grę: chowanie głowy w piasek. Wyobraźmy sobie, jak wyglądać będzie Hongkong za 10 lat? Pięciu reżyserów podjęło to wyzwanie.

W rześki kwietniowy wieczór strumień ludzi płynie w kierunku asfaltowego zakątka pod wiaduktem niedaleko Uniwersytetu Hongkongu. W tym mieście możne ujść to za miejsce publiczne. Ludzie siadają między filarami mostu, tłoczą się przed prowizorycznym ekranem. Wielu studentów, ale też osoby starsze, całe rodziny. Prawie nie ma już miejsc, więc setki osób przechodzą na drugą stronę ulicy. Kino pod gołym niebem. Pokaz filmu "10 lat", o którym od miesięcy mówi całe miasto. Gdy na ekranie pojawiają się pierwsze ujęcia, tłum milknie i w skupieniu wpatruje się w obraz. Czy widzą tam swoją przyszłość? Po napisach końcowych długa cisza, potem jeszcze dłuższy aplauz. Wiele osób płacze. Ta scena powtarza się w tym samym czasie w ponad 30 punktach w całym mieście.

- Reakcja ludzi na "10 lat" nas zaszokowała – mówi Ng Ka-Leun, pomysłodawca produkcji. Nie wydali ani grosza na reklamę. Najpierw trailer stał się hitem w sieci. Potem przyszedł czas na festiwal filmowy, wreszcie na pierwsze kino. Pełne sale. Kolejne kina. Kiedy na "10 lat" sprzedano więcej biletów niż na "Gwiezdne wojny", stało się jasne, że autorom udało się coś niezwykłego, coś więcej niż tylko film. – Po zakończeniu rewolucji parasolek wielu z nas odczuwało bezradność. Jednocześnie staraliśmy się żyć normalnie, chodziliśmy do pracy i na zakupy – opowiada Jevos Au, jeden z reżyserów filmu składającego się z pięciu odrębnych epizodów. – Ludzie byli wygłodniali emocjonalnie, nasz film pozwolił im wyzwolić emocje. "10 lat" to kolektywna terapia, a także wezwanie do działania.

Chodzi o strach

Film jest dystopią. Pięć części ukazuje, jak Hongkong może wyglądać w 2025 roku. To częściowo thriller polityczny, częściowo mroczna satyra. Umundurowana "Młoda gwardia" patroluje okolicę, denuncjując wszystko, co wygląda na lokalny patriotyzm Hongkongu (w pewnym momencie w kręgu podejrzanych znajdują się także kury składające "lokalne" jajka z Hongkongu). Pro-pekińscy politycy i gangsterzy planują zamach, by posiać panikę i w tej atmosferze móc przeprowadzić w parlamencie drakońską ustawę o bezpieczeństwie. Kierowcom taksówek nie wolno wjeżdżać do określonych dzielnic, ponieważ znają tylko ojczysty język kantoński, a nie obligatoryjny mandaryński narzucony z Pekinu. Pewna starsza kobieta dokonuje w proteście samospalenia. Gazeta "Global Times" będąca tubą propagandową Pekinu poświęciła filmowi gniewny artykuł wstępny, w którym określa produkcję mianem absurdalnej i oskarża reżyserów o plan "wzbudzenia przerażenia w ludności Hongkongu". Atak przyciągnął tylko więcej ludzi do kin.

- To prawda, w naszym filmie chodzi o strach – mówi Chow Kwun-wai, reżyser epizodu o samospaleniu. – A konkretnie o lęk, jaki zasiał w nas Pekin. Lęk. Filmowiec wie, o czym mówi. Jeden z aktorów zrezygnował z roli po przeczytaniu scenariusza; jego rodzina zbyt się o niego bała. Niektóre kina, mimo pełnych sal, po kilku tygodniach odmówiły wyświetlania filmu, przypuszczalnie z przyczyn politycznych. Reakcją na to była kwietniowa akcja pokazów plenerowych. – Chodzi nam o prostą rzecz – wyjaśnia producent Ng Ka-leung. – Pokazujemy ludziom, że jeśli nie chcą by Hongkong, za 10 lat wyglądał, jak na filmie, muszą zacząć działać i to teraz. Przytakuje mu koproducent Andrew Choi. – Czy to nie zdumiewające, że rzeczywistość od dawna jest bardziej absurdalna niż niektóre z naszych proroctw w filmie? Na przykład, że Pekin porywać będzie naszych księgarzy? Kilka lat temu było to nie do pomyślenia.

Chiny kontynentalne rzucają na Hongkong długi cień. Przykładowo, do niedawna niezależne uniwersytety: dziś to przyjaciele Pekinu zatwierdzają wszystkie mianowania. Kastruje się prasę. Najnowszy przykład to gazeta "Ming Pao", która w 2013 roku należała do globalnego konsorcjum niezależnych gazet prowadzących śledztwo dziennikarskie w sprawie "Offshore leaks". W zeszłym tygodniu na jej łamach ujawniono powiązania członków gabinetu i bogaczy z aferą Panama Papers (wśród nich znalazł się też gwiazdor kung fu Jackie Chan). Zaledwie kilka godzin później redaktor odpowiedzialny za ten temat, dusza całej gazety, został zwolniony. Oficjalnie z powodu "oszczędności".
 

father Tucker

egoista, marzyciel i czciciel chaosu
2 330
5 710
cz.2
Porwani księgarze

Nic jednak nie przeraziło mieszkańców Hongkongu bardziej, niż historia pięciu wydawców i księgarzy, którzy pod koniec zeszłego roku zniknęli z miasta (jeden ze swojego domu w Tajlandii), by odnaleźć się w pekińskim areszcie. Chodziło o osoby z wydawnictw Mighty Current oraz Causeway Bay, które od lat zarabiały na szybko i tanio wydawanych książkach demaskujących partyjną wierchuszkę ChRL. Dramat, który przerodził się w farsę, kiedy wydawca Lee Bo - zresztą obywatel brytyjski – pojawił się potem w Hongkongu i z uśmiechem obwieścił, że potajemnie przemknął się przez granicę z Chinami, by dobrowolnie pomóc chińskiemu wymiarowi sprawiedliwości w dochodzeniu. Nie ma mowy o żadnym porwaniu, a przy okazji tylko lepiej poznał Chiny kontynentalne, i jako Chińczyk odczuwa dumę, że tak wspaniale się rozwijają. Dlatego też zamierza oddać swój brytyjski paszport, ponadto nie będzie już więcej wydawał "zmyślonych książek" i prosi wszystkie inne wydawnictwa, krytyczne w stosunku do ChRL by poszły w jego ślady. Powiedziawszy to, "przemknął się" z powrotem do Chin, by dalej "pomagać" policji, pozostawiając społeczność Hongkongu niemą ze zdumienia i szoku.

Hongkong nigdy nie był demokracją, także pod rządami Brytyjczyków, niemniej podarowali oni Hongkongowi coś innego: funkcjonujące państwo prawa. Z dnia na dzień mieszkańcy miasta stracili też tę świadomość: że w przeciwieństwie do ChRL, w ich małej ojczyźnie rządzą ustawy, że są przynajmniej chronieni przed partyjną samowolą. – Chińczycy będą coraz bardziej bez skrupułów kontrolować Hongkong – uważa Claudia Mo, posłanka Civic Party. – Ich przesłanie jest jasne: jeśli nie chcesz być następny na naszej liście, tańcz, jak ci zagramy.

By jednak przesłanie zadziałało, musi najpierw trafić do wszystkich. I być może Hongkong ma to szczęście, że niektórzy postanowili go zwyczajnie nie usłyszeć. – Przesłanie? Jakie przesłanie? – pyta niewinnie Paul Tang w wydawnictwie Causeway Bay. – Nie widzę żadnego jasnego przesłania, w każdym razie nie od Szefa. Chodzi mu o Xi Jinpinga, przewodniczącego ChRL, będącego bohaterem niektórych książek sprzedawanych przez Tanga, przykładowo: "2017 – rok, w którym upadł Xi Jinping", albo "Tajne zamorskie skarbce Komunistycznej Partii Chin".

O nic nie pytać tylko działać

Klientami Paula Tanga są też od dawna turyści z kontynentu, chcący poznać sensacyjne sekrety swoich przywódców. Zakazane książki należą w ChRL do popularnych podarków. Nie, przekonuje Paul Tang, nie boi się, w końcu jest tylko prostym sprzedawcą. Fakt, właściciel lokalu z niepokojem zapytał go, kto uiści czynsz, kiedy porwą go do Pekinu. Tang śmieje się. – Dla mnie największym zagrożeniem dla Hongkongu jest autocenzura. Pekin od dawna siedzi nam w głowach. Każdy, zanim coś zrobi, pyta najpierw sam siebie: co powiedziałby na to Pekin?

Dlatego najlepiej o nic nie pytać, tylko działać. Jak zrobili to filmowcy. Jak robi to Paul Tang. Jak ludzie z M+, śmiałego projektu muzealnego, za sprawą którego mogą trafić do tej samej światowej ligi co nowojorskie MoMa czy londyńskie Tate Modern.

M+ ma zostać oficjalnie otwarte dopiero w 2019 roku, a jego sercem jest tyleż cenny co drażliwy skarb: kolekcja Uli Sigga. Szwajcar przez dziesięciolecia zbierał współczesną sztukę chińską i do jego zbiorów trafiło wiele dzieł politycznie zaangażowanych, przepełnionych gniewem, wiele z obrazów nigdy nie zostało pokazanych w Chinach. Przed czterema laty Sigg postanowił podarować swe zbiory Hongkongowi - najbardziej wolnemu skrawkowi Chin. Tak było wówczas. Ale tak pozostaje i dziś, nawet jeśli tej wolności zostaje stopniowo coraz mniej. Oczekiwanie na pierwszą wystawę zbiorów Sigga w galerii Artistree przepełniało napięcie: na ile poważą się organizatorzy?

Odważyli się na sporo. Ikoniczne fotografie masakry z Placu Niebiańskiego Spokoju stały obok obrazów olejnych przestawiających tamte wydarzenia. "Hongkong musi sam zdecydować, jak wolny chce być" – mówił podczas otwarcia wystawy Lars Nittve, dyrektor założycielski M+. Nieco później sam Nittve trafił na czołówki gazet, kiedy niespodziewanie zrezygnował ze stanowiska, uzasadniając to powodami osobistymi. "New York Times" pisał wówczas o strachu w środowisku sztuki w Hongkongu. – Kłamałbym, gdybym powiedział, że nie niepokoi mnie rozwój wypadków – mówi obecny dyrektor M+, Doryun Chong z Korei Południowej. – Nie można jednak pozwolić, by to nas paraliżowało. Pracujemy dalej.

Prawie 40 tys. zwiedzających w sześć tygodni. – Chińska sztuka była zawsze polityczna – mówi kurator wystawy Pi Li. – Z kolei Hongkong był zawsze chronionym portem. Chcemy to wykorzystać. Pi Li pochodzi z Chin, wcześniej prowadził galerię w Pekinie. Przeżył niejedno. – W Pekinie nigdy nie wiedzieliśmy, czy następnego dnia na naszą galerię nie przypuści szturmu policja. Owszem, dostrzega w Hongkongu narastającą autocenzurę, ale też widzi szanse, jakie oferuje to miasto. I, śmiejąc się, cytuje Mao: "Nie mówić, działać!".

"Najgorsze jeszcze przed nami"

Claudia Mo, 59-letnia posłanka, z podziwem mówi, że młodzi się nie wahają. Faktycznie, nawet teraz zbierają się kolejne grupy, tym razem by przemaszerować pod instytucjami. Joshua Wong miał podczas rewolucji parasolek 18 lat i stał się jej twarzą. Kilka dni temu wraz z innymi młodymi działaczami założył nową partę, Demosisto. Po chińsku jej nazwa brzmi: Wola ludu. Chcą, by za 10 lat przeprowadzono referendum, w którym Hongkong sam wybierze swoją formę rządów. Z punktu widzenia ChRL to koszmar, ale jeszcze większe niebezpieczeństwo dla Pekinu tkwi w dzielnicy robotniczej To Kwa Wan, w pewnej starej fabryce przerobionej na biurowiec. Tam Edward Leung (lat 25) i Ray Wong (lat 22) także założyli nową partię, "Hongkong Indigenous" – rodowici mieszkańcy Hongkongu. Jak mówią, wolność, państwo prawa, kulturalna tożsamość Hongkongu nie powinny dłużej podlegać wpływom Pekinu i być przezeń niszczone. – Chcą, byśmy stali się w 100 proc. chińskim państwem.

By do tego nie dopuścić, Wong i Leung są gotowi pójść kawałek dalej, niż pozostałe ugrupowania. – Pragniemy niepodległości Hongkongu – mówi Edward Leung. Niepodległości! Również to jest skutkiem stłumionych protestów sprzed dwóch lat. W Hongkongu myśli się o rzeczach, o jakich niedawno jeszcze nikt nie odważył się mówić. Wong i Leung – architekt wnętrz o miękkim głosie i grzecznie ostrzyżony student filozofii – oto dzisiejsi radykałowie. Dla samoobrony posunęliby się także do przemocy. Od dziesięcioleci panowała w Hongkongu niepisana umowa, że dla zachowania spokoju i stabilności unika się wszelkich radykalizmów, zamieszek i chaosu. Tymczasem Edward Leung, student filozofii, wystartował w wyborach lokalnych i choć przegrał, to ku zaskoczeniu wszystkich zebrał solidne 60 tys. głosów. Od tego czasu jest swojego rodzaju - wrogiem numer jeden Pekinu w Hongkongu. Prominentni propekińscy politycy w mieście wnioskowali nawet o jego areszt. Ale na poważnie panie Leung, niepodległy Hongkong? – Wiem, że to obecnie nierealne – przyznaje. – Lecz to my, pokolenie urodzone w latach 90. jesteśmy przyszłością i czas jest po naszej stronie. W Pekinie myślą dokładnie to samo o sobie…

Dwa badania opinii publicznej z ubiegłego miesiąca. Najbardziej popularnym szefem rządu z okresu ostatniego ćwierćwiecza jest dla obywateli Hongkongu Chris Patten, ostatni brytyjski gubernator Hongkongu. Ponadto 84 proc. mieszkańców podało w dorocznym badaniu zadowolenia, że czują się nieszczęśliwi. To odsetek tak wysoki, jak jeszcze nigdy wcześniej. Ale są też dobre wiadomości: obraz "10 lat" wygrał festiwal filmowy w ojczyźnie. Producent i reżyser Ng Ka-leung też ma przesłanie: nigdzie się nie wybieramy. Nie wyemigrujemy. Trzymamy się razem. Jednak na koniec mówi: - Najgorsze jeszcze przed nami.
 

tomky

Well-Known Member
790
1 948
Ciekawy art, ale pochodzi z Sueddeutsche Zeitung, tak więc możliwe, że jest w cholerę nadmuchany i stronniczy. Co na to ekspert od spraw chińskich?

edit.
trochę za bardzo mi to przypomina relacje niemieckiej prasy o walce władz z demokracją w Polsce i o faszystowskich pochodach Pegidy.
 

FatBantha

sprzedawca niszowych etosów
Członek Załogi
7 599
20 553
PLAC TIANANMEN MOŻE SIĘ POWTÓRZYĆ W HONGKONGU
MINXIN PEI
Politolog
20 sierpnia 2019
Chińscy urzędnicy nazywają demonstrantów „przestępcami” i ostrzegają, by „nie mylili opanowania ze słabością”. Frakcja opowiadająca się za utrzymaniem pełnej kontroli nad Hongkongiem jest coraz liczniejsza.

WASZYNGTON. Wszystko wskazuje, że kryzys w Hongkongu nieuchronnie zmierza do dramatycznej kulminacji. W sytuacji, gdy rząd chiński stosuje retorykę przypominającą tę, która poprzedzała masakrę na placu Tiananmen w czerwcu 1989 roku, prodemokratyczni demonstranci w Hongkongu – i tamtejsza demokracja – mogą się znaleźć w poważnym niebezpieczeństwie.

Od ponad dwóch miesięcy Hongkongiem wstrząsają serie protestów. Zaczęło się od propozycji ustawy, która zezwalałaby na ekstradycję podejrzanych o popełnienie przestępstwa do Chin kontynentalnych. Wywołane tym projektem manifestacje przekształciły się od tego czasu w apele o ochronę – a właściwie o przywrócenie – demokracji w półautonomicznym terytorium, także poprzez wzmocnienie odpowiedzialności państwa, a zwłaszcza policji.

Zamieszki trwają, a cierpliwość chińskiego rządu się wyczerpuje, o czym świadczą coraz bardziej złowieszcze sygnały, jakie wysyła. Oddziały Chińskiej Armii Ludowo-Wyzwoleńczej (PLA) w Hongkongu są, jak powiedział dowódca Chen Daoxiang, „zdeterminowane, by chronić narodową suwerenność, bezpieczeństwo, stabilność i dobrobyt Hongkongu”. Dla podkreślenia tych słów oświadczenie zilustrowano filmem promocyjnym, który ukazywał działania chińskich wojskowych.

Daoxiangowi wtórował Yang Guang, rzecznik chińskiego rządowego biura ds. Hongkongu i Makau, który nazwał protestujących „przestępcami” i ostrzegł, by „nie mylili opanowania ze słabością”. Następnie powtórzył wcześniejsze zapewnienia, że rząd „z całą stanowczością” będzie dążył do tego, by „zabezpieczyć dobrobyt i stabilność Hongkongu”.

Dyrektor tego samego biura Zhang Xiaoming poszedł o krok dalej, deklarując, że rząd Chin „ma wystarczające sposoby i środki, by stłumić wszelkie możliwe niepokoje (dongluan)”. Oświadczenie to wygłosił zaledwie dwa miesiące po tym, jak chiński minister obrony przekonywał, że stabilizacja Chin od czasu wydarzeń na placu Tiananmen dowodzi, iż rząd dokonał wówczas „właściwego” wyboru.
Coraz ostrzejszy ton ostrzeżeń kierowanych do protestujących z Hongkongu wskazuje nie tylko na utwardzenie stanowiska, ale również na to, że w chińskim rządzie frakcja opowiadająca się za utrzymaniem pełnej kontroli nad terytorium jest coraz liczniejsza. Odzwierciedlają to reakcje policji, która coraz częściej używa wobec demonstrujących gumowej amunicji i gazu łzawiącego. Aresztowano setki osób, a czterdziestu czterem postawiono zarzuty „udziału w zamieszkach”.

Jednak protestujących to bynajmniej nie zniechęca – z rosnącą determinacją rzucają chińskiemu rządowi wyzwanie. W lipcu zdewastowali biuro łącznikowego chińskiego rządu w centrum miasta. W zeszłym tygodniu zorganizowali strajk generalny, który niemal sparaliżowałmiasto stanowiące jedno z najważniejszych ośrodków handlu w Azji. Co ciekawe, ta radykalizacja zbiegła się ze wzrostem poparcia dla ruchu, a członkowie klasy średniej, w tym na przykład prawnicy i urzędnicy państwowi, otwarcie przyłączyli się do sprawy.

Skoro ostrzeżenia nie przynoszą spodziewanych rezultatów, chińscy przywódcy mogą mieć wrażenie, że najlepszym – lub nawet jedynym – sposobem na opanowanie sytuacji w Hongkongu jest użycie siły. Prezydent Xi Jinping może się wstrzymać z taką decyzją do czasu, aż dobiegną końca odbywające się 1 października obchody 70. rocznicy powstania Chińskiej Republiki Ludowej, niemniej rozprawa w stylu Tiananmen nie jest wykluczona. Nie byłaby jednak rozwiązaniem – ani teraz, ani za dwa miesiące.

Po pierwsze, siły policyjne Hongkongu w liczbie 31 tysięcy funkcjonariuszy nie byłyby w stanie przeprowadzić takiej akcji. Nie tylko ze względu na brak ludzi – funkcjonariusze mogą po prostu odmówić użycia śmiercionośnych środków. W końcu strzelanie z gumowych kul do tłumu to nie to samo co mordowanie cywilów. Chiny musiałyby więc wysłać do Hongkongu garnizon PLA albo przerzucić z kontynentu dziesiątki tysięcy mundurowych z organizacji paramilitarnej znanej jako Ludowa Policja Zbrojna.

Jest właściwie pewne, że mieszkańcy Hongkongu potraktowaliby chińskie siły rządowe jak najeźdźców i stawiliby silny opór. Takie starcie prawdopodobnie spowodowałoby dużą liczbę ofiar wśród ludności cywilnej i oznaczałoby oficjalny koniec porozumienia „jeden kraj, dwa systemy”, a rząd chiński musiałby przejąć bezpośrednią i pełną kontrolę nad administracją Hongkongu.

Mieszkańcy Hongkongu potraktowaliby chińskie siły rządowe jak najeźdźców i stawiliby silny opór.

W wyniku upadku rządu w Hongkongu zarządzanie miastem stałoby się z dnia na dzień niemożliwe. Urzędnicy służby cywilnej masowo odeszliby z pracy, a obywatele nadal stawialiby opór. Złożone systemy tranzytowe, komunikacyjne i logistyczne w Hongkongu stanowiłyby łatwy cel dla zbuntowanych mieszkańców, którzy mogliby spowodować poważne zakłócenia.

Po wydarzeniach na Tiananmen Komunistyczna Partia Chin zdołała odzyskać kontrolę nie tylko dzięki obecności dziesiątek tysięcy żołnierzy Chińskiej Armii Ludowo-Wyzwoleńczej, ale także mobilizacji członków partii. W Hongkongu, gdzie KPCh jest obecna w ograniczonym stopniu (oficjalnie twierdzi, że nie ma jej wcale), byłoby to niemożliwe. A ponieważ zdecydowana większość mieszkańców Hongkongu jest zatrudniona w prywatnych przedsiębiorstwach, Chiny nie mogą kontrolować ich tak łatwo jak mieszkańców Chin kontynentalnych, których utrzymanie zależy od państwa.

Konsekwencje gospodarcze takiego podejścia byłyby tragiczne. Niektórzy przywódcy KPCh mogą uważać, że Hongkong, który wytwarza obecnie jedynie 3% chińskiego PKB, nie ma znaczenia dla gospodarki. Jednak światowej klasy usługi prawne i logistyczne oraz wyrafinowane rynki finansowe, które kierują kapitał zagraniczny do Chin, sprawiają, że prawdziwa wartość Hongkongu znacznie przewyższa jego produkcję.

Jeśli chińscy żołnierze zaatakują miasto, nastąpi natychmiastowy exodus emigrantów i elit z zagranicznymi paszportami i zielonymi kartami, a zachodnie firmy masowo przeniosą się do innych azjatyckich centrów handlu. Gospodarka Hongkongu – stanowiąca kluczowy pomost między Chinami a resztą świata – niemal natychmiast by się załamała.

W sytuacji, kiedy żadne wyjście nie jest dobre, przywódcy muszą wybrać mniejsze zło. Rząd chiński może się wzdragać na samą myśl o ustępstwach wobec protestujących w Hongkongu, ale biorąc pod uwagę katastrofalne konsekwencje interwencji wojskowej, właśnie tak musi postąpić.

**
Minxin Pei – przewodniczący komisji Biblioteki Kongresu ds. relacji USA–Chiny. Jest wykładowcą politologii na Claremont McKenna College i autorem książki China’s Crony Capitalism.
 

FatBantha

sprzedawca niszowych etosów
Członek Załogi
7 599
20 553
Szefowa władz Hongkongu zdecydowała o wycofaniu kontrowersyjnego projektu
Świat
Dzisiaj, 4 września (12:09) Aktualizacja: 1 godz. 37 minut temu
Szefowa władz Hongkongu - Carrie Lam ogłosiła w środę, że wycofa budzący olbrzymie niezadowolenie społeczne projekt nowelizacji przepisów ekstradycyjnych. Nie przychyliła się jednak do pozostałych czterech postulatów z protestów, trwających tam od trzech miesięcy.

"Rząd formalnie wycofa ustawę, by w pełni rozwiać obawy społeczeństwa" - powiedziała Lam w wystąpieniu telewizyjnym. Ma to według niej nastąpić po zakończeniu letniej przerwy hongkońskiego parlamentu, a więc w październiku.

Obiecała również, że władze będą "w pełni popierały" pracę Niezależnej Policyjnej Komisji Skarg (IPCC) - cywilnego organu, odpowiadającego bezpośrednio przed szefową administracji regionu, który bada doniesienia o nieprawidłowościach w działaniu hongkońskiej policji. Rząd poważnie potraktuje zalecenia jej ekspertów, których skład rozszerzony będzie o dodatkowe dwie osoby - zapewniła Lam.

We wrześniu ona i jej najważniejsi urzędnicy mają też "rozpocząć bezpośredni dialog" z mieszkańcami miasta. "Przedstawiciele wszystkich grup społecznych zostaną zaproszeni do udziału w tym dialogu, aby "znaleźć sposób na zmierzenie się z niezadowoleniem społecznym i poszukać rozwiązań" - powiedziała szefowa władz Hongkongu.

Ostatnim z zapowiedzianych przez nią kroków ma być zaproszenie liderów społeczności, naukowców i innych osób, by dokonały oceny drzemiących głęboko problemów społeczeństwa i doradziły rządowi, jak je rozwiązać. "Niezadowolenie wykracza daleko poza ten projekt zmiany przepisów ekstradycyjnych. Dotyczy spraw politycznych, ekonomicznych i społecznych. Możemy dyskutować o tych wszystkich sprawach na naszej nowej platformie dialogu" - powiedziała Lam.

Czego domagają się protestujący?
Oprócz całkowitego wycofania projektu, uczestnicy trwających od blisko trzech miesięcy demonstracji domagają się również powołania niezależnej komisji śledczej w sprawie działań rządu i policji, uwolnienia wszystkich osób zatrzymanych w związku z protestami, wycofania wobec nich określenia "zamieszki" oraz demokratycznych wyborów władz Hongkongu.

Lam odniosła się do wszystkich tych postulatów w swoim wystąpieniu. Oceniła, że niezależna komisja śledcza nie jest potrzebna, ponieważ IPCC może skutecznie zbadać skargi na działania policji. Nazywanie protestów "zamieszkami" nie wpływa - jej zdaniem - na kategoryzację prawną poszczególnych przypadków, ponieważ prokuratura rozpatruje je na podstawie zebranych dowodów. Wykluczyła też amnestię dla zatrzymanych demonstrantów, ponieważ byłoby to niepraworządne.

W sprawie demokracji Lam potwierdziła, że powszechne wybory faktycznie są celem określonym w hongkońskiej minikonstytucji, ale zaznaczyła, że dyskusje na ten temat "muszą być prowadzone w ramach prawnych i w atmosferze sprzyjającej wzajemnemu zaufaniu i zrozumieniu oraz bez dalszego polaryzowania społeczeństwa".

Pozytywne reakcje giełdy
Na wieść o wycofaniu projektu zmian prawa ekstradycyjnego pozytywnie zareagowała hongkońska giełda. W środę po południu, po nieoficjalnych doniesieniach o decyzji Lam, główny wskaźnik giełdowy Hang Seng skoczył w górę o ok. 4 proc. Ceny akcji linii lotniczych Cathay Pacific, które były uwikłane w spór pomiędzy protestującymi a Pekinem, wzrosły o ponad 7 proc.

Kontrowersyjny projekt
Zaproponowana, a później zawieszona przez rząd nowelizacja umożliwiłaby ekstradycję z Hongkongu do krajów i regionów, z którymi nie ma on obecnie umowy ekstradycyjnej, w tym do Chin kontynentalnych. Dotyczyłoby to rezydentów Hongkongu, jak również obywateli Chin i obcokrajowców.

Hongkoński rząd argumentował, że zmiana przepisów jest konieczna, by załatać luki prawne umożliwiające zbiegłym kryminalistom ukrywanie się w Hongkongu. Wielu Hongkończyków obawiało się jednak, że możliwość ekstradycji do Chin kontynentalnych podważy praworządność Hongkongu, na której opiera się pozycja tego miasta jako międzynarodowego centrum finansowego.

Kontrowersje wśród Hongkończyków związane są z brakiem zaufania do wymiaru sprawiedliwości w Chinach kontynentalnych. Wielu obawia się również, że Pekin może wykorzystywać przepisy, by ścigać w Hongkongu dysydentów i krytyków absolutnej władzy Komunistycznej Partii Chin (KPCh).

Z Kantonu Andrzej Borowiak
 
  • Like
Reactions: wah

kr2y510

konfederata targowicki
12 386
21 938
Ja na miejscu tych Chińczyków dałbym tej durnej amerykańskiej cipie w mordę. Kobiet się nie bije, ale durnej cipie należy dać czasem plaskacza. Trzeba czasem strzelić w lampę, by ta się oświeciła.

Ja bym tej durnocie zacytował Franklina:
They who can give up essential liberty to obtain a little temporary safety deserve neither liberty nor safety.
 
Ostatnia edycja:

FatBantha

sprzedawca niszowych etosów
Członek Załogi
7 599
20 553
iOS 13 dostał aktualizację: Hongkong stracił emoji z flagą Tajwanu

09.10.2019 13:45
Anna Rymsza
@Xyrcon
Hongkong i Makau – jeśli w ustawieniach systemu iOS wskażesz któryś z tych regionów jako swój domyślny, stracisz dostęp do emoji z flagą Tajwanu. Co je łączy? Hongkong i Makau to autonomiczne regiony Chińskiej Republiki Ludowej.

Zmiana została wprowadzona przy okazji aktualizacji 13.1.2 dla systemu iOS, instalowanego na iPhone'ach. Dla zewnętrznych obserwatorów to kolejny przykład skomplikowanej relacji między firmą Apple i Chińską Republiką Ludową. Z jednej strony to bardzo chłonny rynek, gdzie iPhone'y sprzedają się jak ciepłe bułeczki, z drugiej ogromny problem dla wielu amerykańskich firm.

Zmiana została wprowadzona w najgorszym możliwym momencie. W Hongkongu miliony osób protestują przeciwko zmianom prawa i umożliwieniu ekstradycji z autonomicznego regionu do Chińskiej Republiki Ludowej.

Usunięcie emoji to znak, że Apple uznaje wyższość władzy ChRL nad antonimią Hongkongu i Makau. Posunę się nawet do stwierdzenia, że wywyższa reżim i politykę „Jedynych Chin” nad demokrację. Tajwan, a w zasadzie Republika Chińska, jest siedzibą demokratycznego rządu Chin sprzed rewolucji komunistycznej. Kraj ten nie jest uznawany przez wiele rządów, na czele z ChRL.Flagi Tajwanu brak w emoji

Flagi Tajwanu nie da się użyć w systemie iOS także na terenie Chin kontynentalnych. Tam nie jest nawet wyświetlana, jeśli pojawi się w rozmowie czy na stronie. Mieszkańcy Hongkongu i Makau nie znajdą flagi na klawiaturze Apple, ale mogą ją kopiować ze stron.

Można też zmienić klawiaturę. Gboard, czyli klawiatura Google, jeszcze pozwala używać emoji z flagą Tajwanu, gdy Hongkong jest domyślnym regionem.

Apple nie jest sam
Niestety nie tylko Apple wyraźnie popiera Chińską Republikę Ludową w tym konflikcie. Blizzard zbanował profesjonalnego zawodnika Hearthstone za publiczne poparcie protestujących w Hongkongu.
 
Ostatnia edycja:
Do góry Bottom