Wolnościowi/kapitalistyczni księża

Imperator

Generalissimus
1 559
3 318
Jak w temacie, podajemy przykłady w których bycie kapłanem nie oznacza uwielbienia dla etatyzmu
http://www.biztok.pl/wywiady/ks-jac...-powinien-byc-bogaty-z-rozpiski-gotowe_a19500

"Bogacenie się to przygotowanie do pełnienia odpowiednich ról w Królestwie Niebieskim" - mówi w wywiadzie dla Biztok.pl ksiądz Jacek "Wiosna" Stryczek, duszpasterz ludzi biznesu i organizator akcji"Szlachetna paczka". Jego zdaniem chrześcijanie nie powinni się pieniędzy bać, tylko efektywnie wykorzystywać. Bo takie jest nauczanie Ewangelii.

Jan Bolanowski, Biztok.pl: Zacznę od nieco przewrotnego pytania. Czy chrześcijanin może być bogaty?

Ks. Jacek "Wiosna" Stryczek: Nawet powinien. Jest taka przypowieść otalentach (talent to 34 kilogramy złota), w której ten, który otrzymał ich pięć, po uzyskaniu 100 proc. zwrotu z inwestycji, słyszy: "w drobnej rzeczy byłeś wielki, to cię nad wielkimi postawię". Przesłanie tego jest takie, że skoro poradziłeś sobie z zarządzeniem pieniędzmi i związanymi z tym pokusami, to teraz możesz zarządzać w Kościele.

Ale w Piśmie Świętym jest też inna znana przypowieść, z której wynika, że łatwiej wielbłądowi przejść przez ucho igielne, niż bogatemu dostać się do Nieba.

Przypowieść o uchu igielnym traktuje o tym, że pieniądze stanowią olbrzymią pokusę, by budować swoją tożsamość nie przez to kim się jest, ale przez to co się posiada. Wielu ludzi bogatych ulega tej pokusie. Korzystają z pieniędzy jako wartości zastępczej samych siebie. Dzięki pieniądzom mogą drugich ludzi traktować z góry, lub jak w innym miejscu mówi Pismo, mogą "jeść, pić i używać". Tylko że z punktu widzenia Ewangelii taka próba jest potrzebna, bo ten kto ją przejdzie, będzie sobie lepiej radził w życiu.

Czyli bogacenie się jako droga wypełniania Ewangelii?

Tak. Bogacenie się jako przygotowanie do pełnienia odpowiednich roli w Królestwie Niebieskim. To ma potwierdzenie choćby w Listach św. Pawła, który mówi, że biskup powinien być mężem jednej żony, mieć dom, dorobić się. Właśnie tak interpretowali to pierwsi chrześcijanie.

A jakimi zasadami powinni się w podejściu do pieniędzy kierować współcześni chrześcijanie?

Są dwa istotne wymiary pieniądza. Pierwszy z nich związany jest ze słowami „po owocach ich poznacie”. Jeżeli ktoś zarządza pieniędzmi, to od razu widać, czy ma dobre wyniki. Na pieniądzach można ćwiczyć się ze sprawczością i nauczyć efektywności. To dotyczy również dobroczynności. Często jak ktoś pomaga biednym, to wystarczy mu sam fakt, że pomógł, a nie patrzy na to czy było to efektywne. Jest taka pokusa. Bardzo wiele pomocy w Polsce demoralizuje a nie pomaga. A nauka ewangelii jest taka, że chrześcijanin ma przynosić dobre owoce. Skoro coś robi, powinno mu wychodzić.

Drugi wymiar pieniędzy związany jest z wypowiedzianym przez Jezusa zdaniem „pozyskujcie sobie przyjaciół niegodziwą mamoną”. To się tłumaczy tak, że choć pieniądze stanowią pokusę, to jednocześnie mają charakter międzyludzki i mogą służyć do tego, by wzmacniać i budować relacje z drugim człowiekiem.

Czy są zasady prowadzenia biznesu, które powinny wyróżniać chrześcijańskiego biznesmena?

Ja nie wierzę, że istnieje coś takiego jak "chrześcijański biznesmen". Jestem przeciwny takiemu pojęciu. Niestety w naszym kraju wygląda to tak, że ktoś mówi tak: "Jestem katolikiem, więc nie mogę oszukiwać. A wszyscy inni mogą, zatem znajduję się w gorszej sytuacji". To jest zupełna nieprawda – prawo obowiązuje wszystkich. Kiedy służby złapią kogoś na łamaniu prawa, to będzie za to odpowiadał niezależnie od wyznania. Chrześcijanin może być lekarzem, może być ministrem czy biznesmenem, ale nie ma chrześcijańskich lekarzy, ministrów ani biznesmenów.

A co ksiądz powie o chrześcijańskich akcjach konsumenckich, takich jak choćby najgłośniejszy ostatnio bojkot Empiku, który w kampanii świątecznej zatrudnił Nergala i Marię Czubaszek. Czy to jest dobry sposób wykorzystywania sprawczości pieniędzy?

Działanie na rynku konsumenckim, gdy ktoś obraża dobra osobiste, a takim jest religia jest uzasadnione i sensowne. Nie dotyczy to tylko chrześcijan. Najsłynniejsze są przykłady muzułmanów. Ale każdy ma prawo bronić swoich wartości.

Znam taki jeden genialny przykład pisma "Focus". Pasjonowało się ono – z nieznanych mi przyczyn – tematyką antychrześcijańską. Grupa studentów, bodajże z UKSW wysłała maile do reklamodawców zamieszczających ogłoszenia na łamach tego pisma, z pytaniem czy są świadomi, że zwalcza ono chrześcijaństwo. Wiadomo, że reklamodawca, który może wybierać media, nie postawi na to, w którym pojawia się kontrowersja i zamieszanie. Kiedy reklamodawcy się wycofali, pismo zmieniło charakter. Uważam, że to była dobra akcja.

Co księdza denerwuje najbardziej w polskiej rzeczywistości biznesowej igospodarczej?

Od strony biznesowej denerwuje mnie to, że nie wprowadzono w Polsce etosu urzędniczego, polegającego na tym, by wspierać ludzi przedsiębiorczych, biznesmenów. Naturalną cechą człowieka jest to, że sam sobie radzi w życiu i to powinno być wspierane. U nas jest tak, że państwo chce mieć budżet, który potem redystrybuuje, ale osób, które go wytwarzają, w ogóle nie wspiera. Nie rozumiem tego.

Zbliżają się Święta Bożego Narodzenia. W wielu kościołach słyszymy ostrzeżenia przed zagrożeniem ze strony komercjalizacji tych świąt. Czy ksiądz podziela te obawy?

To nie jest zagrożenie, tylko fakt. Na początku XX w. na rynku było mało produktów, a wielu chętnych. Marketing dopiero raczkował. Teraz jest inaczej. Miliony osób kombinują jak zarobić, a dla wielu z nich nie ma żadnych świętości. W przestrzeni medialnej już nie będzie lepiej. Ona się będzie tylko zmieniała w rytm słupków sprzedażowych. Jeśli jakieś działania okażą się skuteczne dla sprzedaży, to ci ludzie będą to robili. Tylko czy ja mam to oceniać moralnie? To jest fakt.

Nie rozumiem, czemu tyle osób narzeka, że w marketach już są choinki. One tam po prostu są, ale można tam nie chodzić. Nie przeszkadza mi, że ludzie robią zakupy przed Świętami lub na nich zarabiają. Ja tak nie robię, świadomie żyję w alternatywnym świecie. Denerwuje mnie tylko monokultura. Dlatego też postawiłem kiedyś przed Galerią Krakowską konfesjonał - nie po to żeby spowiadać – był na nim napis "istnieje inny świat".
 

tolep

ChNiNK! ChP!
7 772
13 238
Wrzuciłbym ze dwa czy trzy przykłady, ale na tut. forum panuje ogólna niechęć do konserwatyzmu obyczajowego. A zauważam silną korelację między katolickim tradycjonalizmem a sympatią do wolności (w szczególności gospodarczej). Tymczasem ksiądz mówiący "za ten czyn pójdziesz chuju do piekła" nie mówi jednocześnie "powinni tego zabronić".
 
T

Tralalala

Guest
Ksiądz wierzy w to, że jego bóstwo będzie kogoś więziło i pewnie torturowało za ten czyn. Tak samo jak leming wierzy w swoje bóstwo zwane państwem, że będzie więziło za np. posiadanie broni, koksu, seks z 13tka, czy kurwa wycięcie drzewa na swojej posesji.
 

pikol

Od humanitarystów nie biorę.
1 005
1 592
Wrzuciłbym ze dwa czy trzy przykłady, ale na tut. forum panuje ogólna niechęć do konserwatyzmu obyczajowego. A zauważam silną korelację między katolickim tradycjonalizmem a sympatią do wolności (w szczególności gospodarczej). Tymczasem ksiądz mówiący "za ten czyn pójdziesz chuju do piekła" nie mówi jednocześnie "powinni tego zabronić".
Ja czuję niechęć wobec tzw. "konserwatyzmu obyczajowego", bo nie wiem po co taki termin ma istnieć w wolnościowym społeczeństwie. Jak jest wolność to każdy ma prawo być inny. Może sobie żyć świętoszek co postępuje skrupulatnie wobec katechizmu, przeciętniak, który żadnym libertynem nie jest, ale oleje ciepłym moczem jakieś zakazy seksu przedmałżeńskiego czy antykoncepcji, homoś, prostytutka, ćpun, itp. Nie ma jakiś określonych dużych grup konserwatystów i nihilistów. Jak ktoś za dużo gada o konserwatyźmie to znaczy, że chce się wpierdalać w życie innych ludzi. A poza tym dobrze wiemy, że kościół, czy to modernistyczny, czy tradycjonalistyczny nie był i nie jest wolnościowy i optuje za zakazywaniem rzeczy, które uważa za grzech mimo, że nie stanowią one agresji.
 

tolep

ChNiNK! ChP!
7 772
13 238
Uważanie czegos za grzech nie jest ani agresywne ani antywolnosciowe - choćby to było noszenie żółtego beretu.
 
P

Przemysław Pintal

Guest
To są raczej rodzynki. Kiedyś na FB udostępniłem coś takiego:



I w komentarzach padło, że ten ksiądz coś nie bardzo jest katolicki.
Mam na myśli ten wywiad: http://www.biztok.pl/wywiady/ks-jac...ista-chrzescijanin-powinien-byc-bogaty_a19500
Po pierwsze obraża swój własny Kościół, który uznał za świętych grupę ludzi, którzy uznali, że celem chrześcijanina jest "pójść boso za bosym Chrystusem". Pominął fakt, że chrześcijanin ma się wzorować na Chrystusie, a Chrystus jest zaprzeczeniem myśli tego pana - nie wzbogacał się i nie pokazywał, jak można się dorobić majątku. Wręcz przeciwnie - porzucił rodzinną działalność gospodarczą, a do tego stwierdzał:
- "Jeśli chcesz być doskonałym - powiedział Jezus - idź, sprzedaj, co
masz, i rozdaj ubogim, a będziesz miał skarb w niebie. A potem przyjdź i pójdź za Mną" SPRZEDAJ i ROZDAJ. Nie ma dalej nic, że inwestuj, rozwijaj, trochę komuś daj. Jest o pozbyciu się wszystkiego, pozostawieniu wszystkich wartości materialnych. I mało tego, z kontekstu wynika, że Chrystus nie powiedział tego metaforycznie.
- "A On podniósłszy oczy na uczniów swoich powiedział: Błogosławieni ubodzy, albowiem wasze jest Królestwo Boże."
Na dodatek stwierdzając, że Ewangelię wypełnia się poprzez bogacenie się, powołuje się na świętego Pawła, czyli człowieka, którego życie w całości zaprzecza staraniom się o bogactwo i posiadanie. Ten święty Paweł napisał o sobie "Byłem często w podróżach, w niebezpieczeństwach na rzekach, w niebezpieczeństwach od zbójców, w niebezpieczeństwach od rodaków, w niebezpieczeństwach od pogan, w niebezpieczeństwach w mieście, w niebezpieczeństwach na pustyni, w niebezpieczeństwach na morzu, w niebezpieczeństwach między fałszywymi braćmi. W trudzie i znoju, często w niedosypianiu, w głodzie i pragnieniu, często w postach, w zimie i nagości." No patrzcie go, siedział w zimnie, nagości, głodzie i pragnieniu, bo wydawało mu się, że Ewangelię wypełnia się słuchając wezwania Chrystusa: "Idąc na cały świat, głoście ewangelię wszystkiemu stworzeniu", a tak naprawdę Chrystus się pomylił, to ks. Stryczek wie, na czym polega wypełnianie Ewangelii.
Ten sam święty Paweł napisał też: "A ci, którzy chcą być bogaci, wpadają w pokuszenie i w sidła, i w liczne bezsensowne i szkodliwe pożądliwości, które pogrążają ludzi w zgubę i zatracenie" - więc jak? Mają się starać o zdobywanie bogactw, czy unikać wpadania w pożądliwości, pokuszenia i sidła? Ks. Stryczek twierdzi, że powinni próbować i starać się uniknąć tych pokus. Tymczasem Biblia stwierdza: "Od wszelkiego rodzaju zła z dala się trzymajcie", mamy więc słuchać Pisma i unikać pokus, czy słuchać tego pana i szukać pokus, by móc z nich wyjść?
To tak na szybko.
 

Albert

Active Member
135
69
Być może ks. Stryczek ma dość oryginalne poglądy - może trochę zbyt odważne - ale ten komentarz z kolei przesadza w drugą stronę. Wystarczy jeden cytat na potwierdzenie tego:
Łk 19 4-10 napisał:
Potem wszedł do Jerycha i przechodził przez miasto. A [był tam] pewien człowiek, imieniem Zacheusz, zwierzchnik celników i bardzo bogaty. Chciał on koniecznie zobaczyć Jezusa, kto to jest, ale nie mógł z powodu tłumu, gdyż był niskiego wzrostu. Pobiegł więc naprzód i wspiął się na sykomorę, aby móc Go ujrzeć, tamtędy bowiem miał przechodzić. Gdy Jezus przyszedł na to miejsce, spojrzał w górę i rzekł do niego: «Zacheuszu, zejdź prędko, albowiem dziś muszę się zatrzymać w twoim domu». Zeszedł więc z pośpiechem i przyjął Go rozradowany. A wszyscy, widząc to, szemrali: «Do grzesznika poszedł w gościnę». Lecz Zacheusz stanął i rzekł do Pana: «Panie, oto połowę mego majątku daję ubogim, a jeśli kogo w czym skrzywdziłem, zwracam poczwórnie». Na to Jezus rzekł do niego: «Dziś zbawienie stało się udziałem tego domu, gdyż i on jest synem Abrahama. Albowiem Syn Człowieczy przyszedł szukać i zbawić to, co zginęło».
Oto bardzo bogaty człowiek oddaje połowę swojego majątku i Pan Jezus stwierdza, że zbawienie stało się udziałem jego domu. Połowę, nie całość. Łatwo domyśleć się, że nadal sporo mu zostało. W świetle Ewangelii trzeba więc pamiętać, że bogactwo przysparza pokus, ale niekonieczne uniemożliwia życie chrześcijańskie.
 

libertarianin.tom

akapowy dogmatyk
2 623
5 904
ks. Jacek Gniadek - misjonarz, werbista, teolog i jednocześnie sympatyk Misesa i ogólnie austriackiej szkoły ekonomii.

Tu jego strona:
http://www.jacekgniadek.com/
A tu jest z nim wywiad:

http://libertarianin.org/wywiad-z-ksiedzem-jackiem-gniadkiem/

Noi po raz kolejny przypominam kumpla Rothbarda - Ks. James Sadowsky:

http://www.quebecoislibre.org/030607-2.htm

Noi oczywiscie Robert Sirico, zalozyciel Insytutu Actona:

http://en.wikipedia.org/wiki/Robert_Sirico
 
T

Tralalala

Guest
Kurwa, ten ksiądz gada z sensem, prosto. Łatwo zrozumieć co ma do przekazania, podaje przykład USA. Co robi gówno wyborcze? Wpierdala kolorkiem "American Dream nie działa..." i odnośnik do wypocin jakiejś zlewaczałej pizdy, więcej niż kilka zdań nie wytrzymałem.
 

simek

Well-Known Member
1 372
1 958
Wrzuciłby ktoś całość? Bo mi nijak się nie chce załadować, podobno wyczerpałem limit.
 

pawel-l

Ⓐ hultaj
1 847
6 763
Warto wkleić cały:

Pieniądze są dobre
Tomasz Kwaśniewski 2015-05-27

Z umowami śmieciowymi nie mam żadnego problemu. Im bardziej elastyczne są formy zatrudniania, tym lepiej. Rozmowa z księdzem Jackiem Stryczkiem.

Ksiądz jest bogaty?

- Nie wiem, jak odpowiedzieć na to pytanie. Kiedyś byłem w telewizji, ponieważ skandalem było to, jakie samochody mają księża. Naprzeciwko mnie był Andrzej Rozenek, którego zapytałem, czy jest katolikiem, bo jeśli nie, to co go interesują samochody księży? Żyjemy w wolnym kraju, każdy ma taki samochód, jaki chce.

Tak więc ja, proszę pana, mam audi z 2000 roku. Jestem więc bogaty czy nie jestem?

Coś jeszcze ksiądz posiada?

- Sprzęt do wspinaczki i trzy rowery. Miejski, o który nie muszę się martwić, że mi ukradną, szosowy i do jeżdżenia po lesie. No bo jako że już nie mogę tak dużo chodzić po górach, to na rowerze sobie jeżdżę.

Mieszkanie?

- Mieszkam na plebanii, czyli, jak ja to mówię, w hotelu robotniczym. No bo jak pracujesz, to masz mieszkanie, a jak nie pracujesz, to nie masz.

Jeden duży pokój, w którym mam łóżko, biurko, i przyrządy do ćwiczeń. Do tego niewielka kuchnia i łazienka.

Pralka? Pytam, bo księża często są opierani przez inne istoty.

- Nie, no sam sobie piorę.

A jak jest z gotowaniem?

- Na plebanii są osoby, które nam gotują, i ja tak w połowie z tego korzystam.

Musi ksiądz za to płacić?

- Jedzenie i mieszkanie mam w barterze, ponieważ pracuję na rzecz parafii. Prowadzę duszpasterstwo akademickie i odprawiam msze, jak ja to mówię, dla milionerów.

Posiada ksiądz konto w banku?

- Oczywiście.

I mam na nim pieniądze (śmiech). Bo ja generalnie jestem sprawczy. Umiem zarabiać.

W jaki sposób ksiądz zarabia?

- W taki, że piszę i szkolę.

Jest ksiądz też prezesem stowarzyszenia Wiosna, ogromnej organizacji, która stara się łączyć biednych i bogatych.

- Ale za to akurat nie pobieram wynagrodzenia. Choć mógłbym, bo moja odpowiedzialność jako prezesa jest bardzo duża.

A są tacy, co są wynagradzani za pracę w Wiośnie?

- Jasne, zatrudniamy ponad sto osób.

Na umowę o pracę?

- Sporą część.

A ci drudzy?

- Pracują na innych zasadach.

To jest w porządku?

- Wydaje mi się, że tak.

Może ksiądz to jakoś wytłumaczyć?

- Co mam tu tłumaczyć?

Jak to co? Przecież to jest ważne, żeby ludzie pracowali na zasadzie umowy o pracę. A co za tym idzie, mieli zagwarantowane prawo do urlopu, wynagrodzenia w czasie choroby, określonego trybu wypowiedzenia. Jednym słowem, żeby w pracy czuli się bezpiecznie.

- A ja uważam, że bezpieczeństwo nie jest najważniejszym warunkiem pracy. Ponieważ jak ktoś zatrudnia pracownika, to nie po to, żeby on się czuł bezpieczny, tylko żeby realizował cele organizacji, do której został przyjęty. I ile razy ta zasada zostaje przekroczona, tyle razy są problemy.

Jeśli więc chodzi o "umowy śmieciowe"?

- Nie mam z nimi żadnego problemu. To znaczy ja rozumiem, że każda sytuacja może być wykorzystana i nadużywana, ale uważam, że im bardziej elastyczne są formy zatrudniania, tym lepiej.

Dla kogo?

- Dla wszystkich!

W Stanach ludzie nie boją się stracić pracę, bo wiedzą, że zaraz ktoś ich przyjmie. A przyjmie ich dlatego, że wie, że nie będzie miał problemów z późniejszym ich zwolnieniem. Natomiast jeśli zatrudniam kogoś na umowę, która powoduje, że będzie mi trudno tego kogoś zwolnić, to się 50 razy zastanowię, nim to zrobię. No bo jak moja firma wpadnie w tarapaty, nie będę miał zleceń, kontraktów, to wtedy oprócz kłopotów, które ma firma, będę miał też problem z długoterminowym zobowiązaniem wobec pracownika. Zresztą ja nie uważam, że umowa o pracę jest bardziej bezpieczna niż jakaś inna. Ponieważ wszystko to jest kwestia relacji między pracodawcą a pracobiorcą. Jeżeli jestem lojalny w stosunku do osoby, którą zatrudniam, mówię, na jakich zasadach chcę z nią współpracować, to znamy swoje intencje. A jeżeli jestem pracodawcą, który kombinuje, to nawet jak pracownik ma umowę o pracę, to będzie miał słabo.

Wie pan, ja odkryłem, że my żyjemy w takim przekręconym kraju, z mentalnością katomarksistowską. No bo Jezus powiedział, że trzeba kochać ubogich, a Marks, że trzeba nienawidzić bogatych, i nam się to wymieszało jako jedna religia. Czyli wiedza nadprzyrodzona, z którą się nie dyskutuje.

70 procent rozmów, w których uczestniczę, polega właśnie na tym, że nagle ktoś zaczyna najeżdżać na tych, co są bogaci, prowadzą firmy, i kiedy mówię, że się z tym nie zgadzam, to nagle konsternacja. Bo gdy ktoś zaczyna jechać na bogatych, to wszyscy uważają, że trzeba mu wtórować.

Bogaty jest zły?

- To jest przecież pewnik, prawda?

W Polsce ludzie nienawidzą innych za to, że mają pieniądze. A nienawiść oznacza autodestrukcję. Samozniszczenie. Na co ja, jako ksiądz, po prostu zgodzić się nie mogę. Inna rzecz, że ja też kiedyś myślałem tak jak większość. Czyli że pieniądze są niegodziwe, a ludzie, którzy je mają, są raczej źli.

Z czego to się brało?

- No właśnie z tego katomarksizmu. Z tej takiej jakby wrodzonej podejrzliwości do pieniędzy.

To znaczy?

- Jeśli pan mnie pyta o to, co wyniosłem z domu, to u nas przede wszystkim się oszczędzało. A jeśli chodzi o przekaz, który pamiętam z Kościoła, to on w dużej mierze funkcjonował wokół przypowieści o bogatym młodzieńcu. Że on powinien sprzedać wszystko, co posiada. Problem w tym, że kontekst ewangeliczny tej przypowieści jest taki, że to jest jedyny przypadek, kiedy Jezus mówi komuś, żeby sprzedał, co posiada. A przecież miał wielu bogatych znajomych. Na przykład Józefa z Arymatei czy Nikodema. A tylko tego jednego się czepiał. I z tego zrobiono całą religię.

W przypowieści o bogatym młodzieńcu, co odkryłem dużo, dużo później, wcale nie chodzi o kasę.

A o co?

- Mówiąc w skrócie: kiedyś, jak jeszcze nie było start-upów, trudno było być młodym i się dorobić. Raczej się dziedziczyło. Tak więc ten biblijny młodzieniec odziedziczył majątek po rodzicach, czuł się za niego odpowiedzialny, a to uniemożliwiało mu rozpoczęcie życia na własny rachunek. Jezus więc nie tyle kazał mu pozbyć się pieniędzy, co uwolnić od życia swoich rodziców i zacząć żyć swoim.

A ta opowieść, że prędzej wielbłąd przejdzie przez ucho igielne, niż bogaty wejdzie do Królestwa Niebieskiego?

- Ewangelia wprowadza rozróżnienie między bogatym a bogaczem. Bogaty to jest ktoś, kto swoje poczucie wartości czerpie z siebie. Bogacz to jest ten, który je czerpie z tego, co posiada.

No, ale jak już powiedziałem, to wszystko odkryłem dużo, dużo później. Bo na razie moja historia idzie tak, że mając 21 lat, przeżyłem nawrócenie i wstąpiłem na dość radykalną duchową ścieżkę, która polegała na przykład na tym, że spałem na podłodze, dużo też pościłem. No i w pewnym momencie doprowadziłem się do takiej sytuacji, że w zasadzie niczego już nie potrzebowałem. Nie czułem nawet smaku potraw. Ostatnią rzeczą, która jeszcze mi smakowała, były lody, a tak to nie potrzebowałem żadnych dodatkowych przyjemności, żeby być szczęśliwym.

I jak z tej perspektywy ksiądz patrzył na ludzi?

- Nie potrafiłem zrozumieć, dlaczego ktoś, kto już ma samochód, musi mieć zaraz drugi, nowszy, bo ten pierwszy nie ma czegoś, co ma ten drugi. Do dziś zresztą nie rozumiem tej chęci nachapania się.

A z drugiej strony widziałem, że jest wiele osób potrzebujących i że można by tymi pieniędzmi zarządzić tak, żeby świat był lepszy.

Ten pierwszy okres dorabiania się w Polsce był naprawdę mocny. No bo to były często pierwsze pieniądze zarobione przez tych ludzi i to też było połączone z takim poczuciem pogardy. Że ja pracowałem, ja się dorobiłem, było mi ciężko; jeśli ty jesteś biedny, to znaczy, że się nie starałeś odpowiednio mocno.

Powiedział ksiądz: "można by tymi pieniędzmi zarządzić tak, żeby świat był lepszy". Czyli wyrównać?

- Wyobraźmy sobie, że w domu, w którym mieszka siedem osób, jedna jest chora na grypę. Leży w łóżku, ale nikt się nią nie interesuje. Nie podaje jej herbaty, nie kupuje lekarstw. Problem w tym, że grypa jest zaraźliwa. Można więc powiedzieć, że ta choroba to nie jest problem tylko tej osoby. Ona działa źle na wszystkich mieszkańców tego domu. Wioski. Miasta. Województwa. Państwa...

Są ludzie, którym po prostu należy pomóc, żeby się podnieśli, zaczęli sobie sami radzić w życiu.

Mój przełom w myśleniu o pieniądzach nastąpił właśnie w związku z moim zapałem do pomagania. Bo pomagałem, pomagałem i się okazało, że im więcej pomagam, tym więcej jest potrzebujących.

Początki Szlachetnej Paczki były takie, że staraliśmy się dobrać konkretnych ludzi, którzy co miesiąc dostarczaliby pomoc materialną do konkretnych rodziny. A potem przyglądaliśmy się, co się za tym kryje. No i szybko się okazało, że my tę pomoc dostarczamy, a ta biedna rodzina zaczyna ją po prostu wpisywać do budżetu. I tym bardziej przestaje się starać. Czyli my tych ludzi demoralizujemy. Zacząłem więc szukać odpowiedzi na pytanie: jak pomagać? I to był ten bezpośredni, życiowy powód, żeby na nowo poczytać Ewangelię. Tylko tym razem postanowiłem odłożyć na bok swój światopogląd, swoje prazałożenia, i otworzyć się na to, co naprawdę w niej jest napisane.
 
Ostatnia edycja:
Do góry Bottom