W reklamie tylko potwierdzone naukowo fakty

Nene

Koteu
1 095
1 596
Wszystkie chwyty dozwolone? Być może, ale nie w reklamach jedzenia. Europejscy parlamentarzyści podtrzymali plany stworzenia listy zabronionych haseł reklamowych związanych ze zdrowiem, które nie są dostatecznie uzasadnione naukowo. Za pół roku, kiedy nowe prawo wejdzie w życie, już ci nie wmówią, że po wypiciu jogurtu zyskasz odporność na przeziębienia. Nie będą mogli też ściemniać, że... chipsy i kremy czekoladowe są zdrowe, a cukierki to wymarzone źródło witamin.

Europejski Urząd ds. Bezpieczeństwa Żywności (EFSA) poddał analizie hasła reklamowe i za pełnoprawne uznano jedynie te, które miały naukowe uzasadnienie. Wśród odrzuconych haseł były m.in. te reklamujące niektóre jogurty jako produkty wzmacniające układ immunologiczny, czy polecające kremy czekoladowe jako dobre źródło energii dla dzieci. Produkty, które zawierają takie wprowadzające w błąd informacje muszą w ciągu pół roku zniknąć ze sklepowych półek tak w Katowicach, Bielsku-Białej, jak i w Paryżu czy Brukseli.
http://www.dziennikzachodni.pl/artykul/ ... l?cookie=1

A czemu się doczepili kremu z czekolady? Przecież czekolada jest źródłem energii, powinni jeszcze ją reklamować jako źródło szczęścia!
Od ludzi wymaga się coraz mniej myślenia. Większość wie, że na przeziębienie nie pomoże jogurt, a na reszcie tylko producent zbija kasę. Miał dobry pomysł, powinien z niego korzystać.
 

Ciek

Miejsce na Twoją reklamę
Członek Załogi
4 568
10 972
Widzę tutaj dwie sytuacje:
1. Producent reklamuje produkt akcentując pewne właściwości, a pomijając inne. Przykładowo – cukierki jako źródło witamin. Jak mają faktycznie jakieś witaminy to jest zachowanie okej.
2. Producent kłamie, przykładowo podaje, że w jogurcie jest bakteria l casei defensis, która to leczy AIDS, wydłuża penisa i w ogóle, a bakteria taka nie dość, że nie istnieje bo nazwa jest przekręcona, to w praktyce jej odpowiednik nie wiadomo czy cokolwiek daje. Dla mnie jest to umyślne wprowadzenie w błąd, zagranie poniżej pasa. Gdyby był to obwoźny sprzedawca to by się go poszczuło psami albo rzuciło kamieniem i sprawa byłaby rozwiązana ale przy dzisiejszym modelu rynku to nie działa bo nie rzucimy przecież w telewizor. Dlatego warto pomyśleć nad innymi środkami. Akurat w nakazy i zakazy specjalnie nie wierzę, ale myślę, że robiony w balona konsument powinien mieć możliwość pozwania producenta o zaprzestanie emisji reklam wprowadzających w błąd, a ciężar przeprowadzenia dowodu powinien spoczywać na producencie.
 

kawador

Merchant of Death
Członek Załogi
13 177
20 194
Była kiedyś sprawa siedmiu koncernów tytoniowych ("siedem krasnoludków"), które dodawały do tytoniu szkodliwe substancje chemiczne, przy każdej okazji kłamiąc, że nic takiego nie robiły. Substancje te były silnie trujące, a ich spożywanie skutkowało uzależnieniem od produktu. W 1999 roku Michael Mann nakręcił na ten temat kapitalny film - "Informatora":

Lowell Bergman jest producentem programu stacji CBS 60 minut - jednego z najbardziej opiniotwórczych programów telewizyjnych. Pewnego dnia dostaje kilkaset stron akt, dotyczących właściwości chemicznych tytoniu. Szuka kogoś, kto mógłby mu je przystępnie objaśnić. Jego wybór pada na Jeffreya Wiganda. Wigand był wicedyrektorem firmy Brown & Williamson (jeden z największych koncernów tytoniowych), ale został zwolniony, a przyczyny były niejasne. Podczas rozmowy w hotelu Bergman domyśla się, że Wigand posiada cenne informacje. I nie myli się. Wigand ujawnia przyczyny odejścia - jego niezgoda na dodanie do papierosów substancji chemicznych, które uzależniają. Wigand decyduje udzielić wywiadu, który przeprowadził Mike Wallace, i otwarcie oświadczył, że przedstawiciele "siedmiu krasnoludków" - jak ironicznie nazywa się siedem największych amerykańskich koncernów tytoniowych - skłamali zeznając przed kongresem Stanów Zjednoczonych, że palenie tytoniu nie stanowi żadnego zagrożenia dla zdrowia człowieka.
Film jest super, bo pokazuje, jak wyłącznie prywatne siły (cywile) mogą rozpracować spisek wielkich bohemotów z branży i postawić ich przed sądem.

 

Taki Owaki

Libertyn mimo woli
387
1 279
Ostatnio coraz częściej zacząłem spotykać się z twierdzeniami o istnieniu problemu, jakim jest produkcja i sprzedaż towaru innego, niż deklarowany, a przynajmniej o potencjalnym istnieniu takiego problemu wynikającym z "niedostatecznych regulacji".

Przykładem (szczególnie często pojawiającym się w internetowych środowiskach "pronaukowych") są suplementy diety. Argumentem przeciwko ich nabywaniu i stosowaniu ma być fakt, że nie są regulowane i kontrolowane przez państwo tak jak leki, dlatego "producent może tam nasypać wszystkiego", a zwykli konsumenci "nie mogą tego zweryfikować". Innym przykładem są plastikowe zabawki zawierające szkodliwe związki wbrew wyrażonym wprost zapewnieniom producenta, że owych związków nie zawierają.

Czy w obecnym porządku prawnym państw zachodnich oszukany konsument istotnie nie może dochodzić sprawiedliwości by choć trochę stwarzało to pozory "potrzeby" odrębnych regulacji, czy są to urojenia etatystów? Jak dla mnie jest to zwykła niezgodność towaru z umową, która to kwestia jest już jako tako uregulowana. Czy w takim razie znane są przypadki spraw, w których konsumenci udowodnili lokalnym producentom/dystrybutorom kłamstwo (zakładam, że istotnie może być to trudne w przypadku producentów np. z Chin), co następnie NIE poskutkowało pokajaniem się kłamcy i zmianą opisu na zgodny z prawdą? Ile z takich spraw mogło w ogóle nie zaistnieć z powodu zaporowych kosztów takiej zabawy?
 

tolep

ChNiNK! ChP!
7 778
13 422
Trzeba rozdzielić dwie sprawy

A) nieszkodliwość/bezpieczeństwo
B) zgodność towaru z etykietą

A) W tym pierwszym przypadku, dopuszczenie na rynek wspólnotowy jest możliwe tylko z oznaczeniem takim jak CE (może istnieją inne dla specyficznych grup towarów)
B) słyszałem na przykład o piwie, na jakimś filmiku Kopyry, że jeśli producent deklaruje 5% alkoholu, to dopuszczalna przepisami tolerancja jest +-/ 1%. Ale na przykład jeśli masz napój multivitaminowy, na którym jest napisane ile tam miligramów witaminy C jest w 100 mililitrach, to już nie wiem czy jakaś instytucja to kontroluje, szczególnie z własnej inicjatywy i na bieżąco.


Od jakiegoś czasu w prawie polskim jest instytucja pozwu zbiorowego. W sumie ciekawe, czy opłacalne byłoby założenie komercyjnego laboratorium pod egidą jakiejś fundacji lub stowarzyszenia, i ruszenie do boju.
 
Ostatnia edycja:

Taki Owaki

Libertyn mimo woli
387
1 279
Z tego co zalinkowałeś wynika, że w przypadku oznaczeń CE dla pewnych towarów jest możliwość samodzielnej deklaracji producenta, że produkt spełnia normy bezpieczeństwa. Ktoś musi mieć dokumentacje, ktoś musi ją przejrzeć, jak komuś się coś nie podoba to musi zawiadomić służby... W niektórych przypadkach nadal może pojawiać się problem deklaratywności i braku aktywnego, ciągłego nadzoru, który tak bardzo niektórym doskwiera.

W każdym razie nie ustalono takich, czy jakichkolwiek innych, norm bezpieczeństwa, dla (przykładowo) seks zabawek, które mają przecież styczność z wrażliwymi narządami. I na rynku faktycznie pojawiają się produkty zawierające powszechnie znane, szkodliwe związki, ale producenci mimo wszystko zapewniają o braku tych związków. Tak więc niekoniecznie rozdzielałbym kwestie bezpieczeństwa i niezgodności z opisem.

Konsumenci najwyraźniej nic z tym nie robią. Może to wynikać z tego, że zwykle są to produkty Chińskie. O ile się orientuję, w prawie polskim za niezgodność z opisem odpowiada sprzedawca, więc raczej nie jest to pole dla działania pozwów zbiorowych. W przypadku multiwitamin i innych soczków to zakładam jednak, że mogą istnieć jakieś organizacje konsumenckie monitorujące jakość produktów. Tym bardziej w przypadku suplementów diety. O wałkach na tych rynkach się jednak (chyba) nie słyszy.

Na piwie się nie znam, ale przypuszczam, że alkohol to jeden z produktów, który może podlegać odrębny regulacjom.

Edit:
I podlega: https://www.prawoalkoholowe.pl/tag/zawartosc-alkoholu/
 
Ostatnia edycja:

tolep

ChNiNK! ChP!
7 778
13 422
Jakieś gadzety z Ali są w mniej czy bardziej szarej strefie. Tak naprawdę rząd (a dokładniej UE, bo to ona zarządza granicami celnymi) musiałby otwierać każdą paczkę i rekwirować produkty bez takiego oznaczenia. Po prostu im się nie chce na to marnować zasobów.

A jeśli chodzi o biznesy w naszej częście świata defaultowo zakłada się że producent nie chce zaszkodzić klientom. Rząd przeznacza minimalne zasoby na kontrolowanie produktów, bardziej kontroluje się raczej warunki produkcji (w spożywce na przykład i tam gdy produkty moga rzeczywiście zaszkodzić, np. jakieś partie leków, gdzie są specjalnie procedury wycofywania z obrotu). Głównie działa się reaktywnie, gdy jacyś klienci dostaną sraczki po paprykarzu albo jeden rzeźnik pojebie drugiego. Jak widać, system działa całkiem dobrze.

Organizacje konsumenckie? A kto by na nie płacił? Gapowicze otaczają nas.
Musialby dostawać hajs od rządu, wtedy byłyby klasycznymi quaNGOsami, albo mieć sponsorów korporacyjnych i tez przestałyby być konsumenckie.

Tak jak zasugerowałem wcześniej, musiałby byc w tym jakiś hajs do wyrwania, by opłacało się działać oddolnie.
 

Taki Owaki

Libertyn mimo woli
387
1 279
A jeśli chodzi o biznesy w naszej częście świata defaultowo zakłada się że producent nie chce zaszkodzić klientom.
Paranoiczne komuchy zwykle zakładają inaczej. A produkty chińskie nie są sprzedawane tylko przez aliexpress, istnieją jeszcze na zachodzie sklepy stacjonarne, hurtownie i importerzy. Istotnie jednak niektóre produkty (niemedyczne, nie przeznaczone dla małych dzieci itd.) po prostu nie są uznawane za dość ważne, by poświęcać środki na ich kontrolę celną.

Co do organizacji to faktycznie. Obecnie jeśli funkcjonują prywatnie i są sponsorowane przez inne branże, np. banki, to prima facie zajmują się raczej paramarketingiem i odznaczaniem pozytywów (certyfikat jakości, laur konsumenta itp., które raczej wywołują uśmiech politowania) niż piętnowaniem negatywów.

Głównie działa się reaktywnie, gdy jacyś klienci dostaną sraczki po paprykarzu albo jeden rzeźnik pojebie drugiego. Jak widać, system działa całkiem dobrze.
A jednak nie każdy tak sądzi, i każdy przypadek wyrywkowej kontroli jest pretekstem do nawoływania o "usprawnienie systemu", tj. całkowite scedowanie kontroli produktów na państwo. Dlaczego nie idzie to w odwrotnym kierunku?

Tak jak zasugerowałem wcześniej, musiałby byc w tym jakiś hajs do wyrwania, by opłacało się działać oddolnie.
Tak, i to mnie najbardziej interesuje w tej kwestii, oraz to, ile mogłyby pochłonąć koszty: 1. postępowania sądowego; 2. samej analizy laboratoryjnej. Ewentualnie: dlaczego nie zajmuje się tym chociażby Krytyka Polityczna dla samej zasady? Albo np. ubezpieczyciele?
 

T.M.

antyhumanista, anarchista bez flagi
1 243
3 790
Przykładem (szczególnie często pojawiającym się w internetowych środowiskach "pronaukowych") są suplementy diety.
Już Ci wyjaśniam, dlaczego w tym przypadku konsument nie ma szans na wygranie sprawy. Na Onecie widzi reklamę środka, dzięki któremu już 17 456 osób schudło średnio 8 kg w ciągu tygodnia. Są świadectwa prawdziwych ludzi ze stocka i poswiadcza to światowej sławy ekspert z 30 letnim doświadczeniem (też że stocka). Konsument wypełnia formularz kontaktowy, bo jest akurat promocja, która skończy się za kilkanaście minut, a produkt jest tańszy o 87%. Ponieważ zostawił numer kontaktowy, dzwoni do niego kolejny ekspert, specjalista od odchudzania, przedstawia się wymyślonym nazwiskiem. Bada, czy ma do czynienia z głąbem totalnym, czy tylko z lekkim. Jeśli z totalnym, to zapewnia, że wynaleziona przez NASA technologia sendnudesowa była pierwotnie przeznaczona dla astronautów, ale zostało odkryte jej ekstremalne działanie odchudzające. Ponieważ klient ma miły głos, ekspert doda nawet specjalny rabat pracowniczy, za pełną kurację klient zapłaci zamiast 1500 jedynie 600 zł. O tym, że w reklamie w Internecie widniała super okazyjna cena 130 zł już dawno nie pamięta. Jeśli klient ma wciąż wątpliwości, specjalista przypomina sobie podobną historię innego kuracjusza, który też miał wątpliwości, a ostatnio dzwonił z podziękowaniami za pomoc w odchudzaniu. Specjalista może się założyć z klientem, albo obiecać, że przyjedzie do niego z kwiatami, pogratulować efektów za miesiąc. OK, konsument otrzymuje kurację, czyli witaminę C w osłonce żelatynowej, która jest sprzedawana raz jako środek na odchudzanie, innym razem jako rewolucyjny wydłużacz penisa (w innym kartoniku). Dziwnym trafem delikwent nie schudł wcale, a nawet przytył kilogram, podczas gdy miał zrzucić 31. Wkurwiony dzwoni na numer, który jego opiekun kuracji podał mu podczas rozmowy i bardzo gorąco prosił o zapisanie. Odbiera już inny ekspert. "Jak to, młodszy specjalista nie powiedział panu o kuracji pomocniczej? W pana przypadku, z taką historią otyłości, musi pan jeszcze..." Do klienta leci kolejna partia witamin (w innym kartoniku oczywiście). Historia może się powtórzyć nawet kolejny raz. W końcu po jakichś trzech miesiącach wkurwiony i upokorzony grubasek idzie z całą sprawą do UOKiK. Wcześniej próbował jeszcze reklamować produkt (miał otrzymać zwrot 100% środków w przypadku niepowodzenia kuracji), ale przez maila dostał tylko ofertę jeszcze lepszej kuracji w jeszcze lepszej cenie. I tu zaczyna się problem. Reklama na Onecie posługiwała się jakąś marką, ale należy ona do zupełnie innej firmy, niż dystrybutor suplementu. Obie są zresztą zarejestrowane w innych krajach, obie poza UE. Urzędnik z UOKiKu wkurwiony kolejną taką sprawą pomaga wystosować pismo, ale nawet on nie wie, że w całym łańcuchu pośredników jeszcze inne firmy zajmowały się kreacją reklamy, magazynowaniem, wysyłką... Jedyny zarejestrowany w Polsce podmiot to ten, w którego biurze siedzą specjaliści, ale nawet oni mają już dwie inne spółki na hybrydowej umowie zlecenie/dzieło. Poza tym, te nazwy nie padają w ogóle w kontekście obrotu jakimiś cudownym suplementami. Nie pomaga fakt, że ukryty w cieniu właściciel interesu pije czasem Moeta z politykami mniejszego i większego kalibru. I to on stawia. Dzięki temu może np. przy okazji podnająć biuro za bezcen od państwowej spółki. Pardon, nie on, jakaś zupełnie nie powiązana z nim spółka. No to może konsument powinien znaleźć innych oszukanych? O, jest temat na popularnym forum o zdrowiu. Ale tam ludzie od kilku stron kłócą się, czy PiS czy PO bardziej pozwoliło na ten proceder. A sporo postów napisali po godzinach eksperci od odchudzania. Jeśli już jednak powstaje jakąś poważniejsza inicjatywa pozwu zbiorowego, no to płaci się właścicielowi forum za zamknięcie tematu (w końcu non stop ktoś łamie tam regulamin i rzuca fałszywe oskarżenia).

Dlatego zastosowanie znajduje znów uniwersalna zasada, że lepiej nie być debilem.

Powyższe zmyśliłem, jest to moja kreacja artystyczna, przyczynek do książki "Wilk z downem".
 
Ostatnia edycja:

bombardier

Well-Known Member
1 386
6 036
Przykładem (szczególnie często pojawiającym się w internetowych środowiskach "pronaukowych") są suplementy diety. Argumentem przeciwko ich nabywaniu i stosowaniu ma być fakt, że nie są regulowane i kontrolowane przez państwo tak jak leki, dlatego "producent może tam nasypać wszystkiego", a zwykli konsumenci "nie mogą tego zweryfikować".
Oczywiście, że mogą - jest spora ilość laboratoriów, które świadczą usługi analityczne. Niejednokrotnie widziałem na różnych forach zbiórki organizowane w tym celu. Są strony dzięki którym można jechać na gapę, na przykład consumerlab.com, labdoor.com, badamysuplementy.pl, czy dnstars.vip, dla narkotyków z darknetu. Są prywatne instytucje certyfikujące. Są marki z wyrobioną reputacją.

Wystarczy nie być debilem.
 

T.M.

antyhumanista, anarchista bez flagi
1 243
3 790
Chwila, a co za różnica, scam czy nie scam? Na scam wchodzą miliony użytkowników rocznie.
 
Do góry Bottom