Sztuka

T.M.

antyhumanista, anarchista bez flagi
1 316
4 128
W warszawskim zoo o artystce na razie cicho. Ale niebawem może się to zmienić, kiedy na Allegro pokaże się pierwsza praca szympansicy Lucy http://www.rp.pl/artykul/529425.html

Nie chce mi się teraz szukać, ale kiedyś jakaś galeria zrobiła sobie jaja i sprzedali obrazy autorstwa małpy, ściemniając, że to dzieła jakiejś japońskiej artystki. Swoją drogą, gdyby chcieli sprzedać obrazy małpy, jako dzieła artystki np. z Konga, to by było so racist.
 

GAZDA

EL GAZDA
7 687
10 758
to jest niezły pokaz sztuki...
669-1404475153.gif
 
K

Kurier

Guest
N

nowy.świt

Guest
u-myslacy.gif
różnokolorowe szklanki i napój w nich reprezentuje różnorodność etniczną - żołądek i organizm przestrzeń życiową - wymiociny reprezentują swarliwość ludzi i rasizm - płótno jest tu symbolem i przybiera formę wygnania, braku akceptacji dla odmienności i udręki.

Myślę że artystka chciała przekazać nam właśnie to - jak bardzo jeszcze wiele musi być zrobione w ramach tolerancji dla inności
u-myslacy.gif


Naprawdę zacna praca.
 

Racibor

Well-Known Member
408
2 084
Chcesz zarobić? Wystarczy, że rozpłaczesz się w "Skupie Łez" w Lublinie

Oficjalne otwarcie "Skupu łez", który znajduje się przy ul. 1 Maja, nastąpi dopiero w czwartek, ale "skup" otwarty był już w środę po południu. Pierwsi lublinianie mogli więc już popłakać za pieniądze. W "skupie" obowiązuje przelicznik: 100 zł za 3 mililitry łez, ale napłakać do fiolki można za 50, 20 czy nawet 5 zł.

Jako pierwsza zarobiła para młodych lublinian, która wypłakała 20 zł. Młodzież do wywołania łez posłużyła się "środkiem dopingującym", czyli olejkami eterycznymi z domieszką eukaliptusa. Jest to dozwolone - nie wolno tylko sprawiać sobie bólu zagrażającego zdrowiu. Na czwartek zaś już zapowiedziała się z płaczem pewna pani, która rozpacza z powodu zdrady męża. Czas na oddanie łez - dowolny.

Skup działać będzie przez tydzień lub do wyczerpania budżetu. Brzmi to wszystko jak prima aprilis, ale w rzeczywistości "Skup łez" to projekt społeczno-artystyczny Alicji Rogalskiej i Łukasza Surowca, którzy przyjechali do Lublina na rezydencję artystyczną i tu go wymyślili. W projekcie chodzi głównie o pracę i wykluczenie. - Lokalizacja nie jest przypadkowa. Chodziliśmy po ul. 1 Maja, czyli mającej związek ze świętem pracy, i zauważyliśmy, że o tę pracę dość tu trudno. Wokół jest mnóstwo lombardów, punktów z pożyczkami... Pieniądze pożyczy ci wiele firm, ale pracy jakoś nikt nie chce tu dać - tłumaczą. "Skup łez" powstał w ramach akcji "Rewiry", organizowanej w Centrum Kultury. Jej pomysłodawcą jest Szymon Pietrasiewicz.

- W "Skupie łez" są dwa wątki: pracy, a raczej jej braku, i wykluczenia społecznego, które ten brak pracy rodzi. Bezrobocie prowadzi też do depresji, smutku, a więc łez - opowiada animator kultury. - Za pomocą "Skupu łez" dajemy mieszkańcom Lublina zarobić. Co więcej: oni sami przychodząc i płacząc - stworzą sztukę. Artyści mają na zapłatę za łzy 5 tys. zł. Mniej więcej tyle też kosztowała cała, finansowana w połowie przez Ministerstwo Kultury i lubelski Urząd Miasta, akcja (plus tysiąc zł za tygodniowy wynajem lokalu i honoraria za całą rezydencję). Co stanie się z kolekcją lubelskich łez? Pomysłów jest wiele. Był chociażby taki, by oblać nimi tych, którzy są odpowiedzialni za kiepską sytuację gospodarczą w kraju - zapewne polityków. Łzy można też sprzedać lub wystawić je w galerii sztuki

Czytaj więcej: http://www.kurierlubelski.pl/artykul/3508783,chcesz-zarobic-wystarczy-ze-rozplaczesz-sie-w-skupie-lez-w-lublinie-zdjecia,1,id,t,sg.html?cookie=1#galeria-material
 

kr2y510

konfederata targowicki
12 509
23 718
Na szczęście dzięki skaczącemu Buddzie, są jeszcze artyści którzy robią normalną, miłą dla oka sztukę, a swoje fanaberie robią za prywatne pieniądze. 50-letni Japończyk Azuma Makato, w ramach swych fanaberii, wysyła drzewa bonzai i inne kompozycje z roślin, w kosmos za pomocą balonów.
TheHuffingtonPost ⇨ Artist Launches Bonsai Trees And Other Lovely Plant Arrangements Into Space
Azuma Makoto na co dzień uprawia sztukę użytkową z roślin.

rośliny lecą w kosmos - projekt Exbiotanica:
flower00.jpg
pine00.jpg


...a tu próbka normalnej sztuki artysty...
s_9999_121.jpg


s2F_9999_216.jpg

2_9999_100.jpg

Zachęcam do odwiedzenia strony artysty i jego Fb.
facebook /MakotoAzuma
strona artysty: azumamakoto.com
 

Mad.lock

barbarzyńsko-pogański stratego-decentralizm
5 148
4 925
To nie kosmos, tylko stratosfera. Stamtąd też skakał ze spadochronem ten gość z balonu. Ale ziemia już stamtąd wygląda "kosmicznie". Wyżej pewnie balon pęka, a nawet gdyby wytrzymał, to jak kończy się atmosfera, albo jest ona rozrzedzona, to nie ma już tego balonu co wypychać w górę.
 

Racibor

Well-Known Member
408
2 084
Wklejam felietony malarki Poli Dwurnik opublikowane na łamach wrocławskiego dodatku do wyborczej. Dobra beka.

z12470375Q,Pola-Dwurnik-na-wystawie---Wymarzony-ogrod-Apoloni.jpg

Śniadanie na Oranienstrasse, czyli czemu Pola wybiera Berlin

FELIETON POLI DWURNIK. Z Warszawy do Berlina przeprowadziłam się z kilkudziesięciu różnych powodów i każdemu z nich poświęcę jeden felieton. Od którego zacznę? Wiadomo. Ab ovo - od śniadania.

Bez niego nie umiem funkcjonować i nie mogłabym żyć w miejscu, w którym po przetańczonej lub przepracowanej nocy i przebudzeniu się w południe nigdzie nie można już zjeść śniadania. W stolicy Niemiec serwowanie tego posiłku w drugiej połowie dnia jest standardem, a w Bateau Ivre śniadanie podawane jest do godziny siedemnastej. Stricte berlińska, niedbale chybocząca się pod papierowymi lampionami knajpa o obdrapanych, jasnozielonych ścianach znajduje się w klubowo-barowym zagłębiu północnego Kreuzbergu - na rogu Heinrichplatz i kultowej Oranienstrasse, po której w 1987 roku chodziły anioły w "Niebie nad Berlinem" Wima Wendersa. Do Bateau nie wolno przynosić laptopów i nie działa wi-fi, ale pomimo tego prawie nigdy nie można znaleźć wolnego stolika.

Tak też było w duszne, majowe południe 2010 roku, gdy trafiłam tu zataczając się niczym rower bez koła, prosto z łóżka kolegi, który tej nocy okazał się moim kochankiem. Albo pseudokochankiem, bo miłość po dwóch butelkach wina jest raczej przedłużeniem alkoholowej euforii; mechanicznym, bezmyślnym i beznadziejnym. Oboje o tym wiedzieliśmy i czuliśmy się fatalnie, szarzy na twarzach i utykający na słabszą nogę.

Dochodziła pierwsza po południu. Zaczerwienionymi oczami próbowaliśmy wyświetlić sobie wolne miejsce, aż wreszcie padliśmy obok pary młodych Duńczyków, którzy uprzejmie oddali nam połowę solidnego, drewnianego stołu. Chwyciłam się jego krawędzi, żeby poczuć masywność drewna i urealnić własną obecność - stary trik zalecany przy napadach paniki. Przed Duńczykami dumnie prężyła się ogromna deska serów i pomyślałam, że dobre śniadanie odwróci nurt złych wydarzeń. Od śniadania zacznie się nowy, lepszy dzień. Będzie to musli z owocami i jogurtem, a towarzyszyć mu będzie prawdziwe, włoskie latte machiatto z gęstą, zwartą pianą. Mój pseudokochanek zamówił piwo (mnie na klin zabrakło śmiałości) oraz talerz wędlin (później powie, że przecież jest wegetarianinem i nie rozumie, dlaczego wcina mięso, gdy jest pijany lub ma kaca).

Wiedzieliśmy, co robimy. Wkrótce w czeluść naszego poimprezowego rozstroju wjechał lunapark - ogromny talerz kolorowych owoców, śmiejących się do nas szeroko znad białego jak śnieg jogurtu i chrupkiego musli oraz wesoło kręcąca się na nóżce okrągła taca zachwalająca błyszczące, różowe wędliny pachnące ziołami. Od razu zabłysły nam oczy i zapomnieliśmy o przeszłości, jak przystało na wprawnych członków konsumpcyjno-klubowej wspólnoty. Ananas, kiwi, winogrona, jabłka, granat, orzechy, szynka parmeńska, salami i płatki kukurydziane szczelnie wypełniały wszystkie opustoszałe w nas miejsca, niczym słodkie cukierki buzie zapłakanych dzieci. Łapczywie połykaliśmy dary śniadania i nie zauważyliśmy momentu, kiedy nieprzyzwoicie trzeźwa duńska para opuściła nasz stolik. Pozostawiła siedem lekko tylko nadkrojonych francuskich serów, jak siedem nie całkiem popełnionych grzechów. Spojrzeliśmy po sobie i bez cienia wątpliwości sięgnęliśmy po nie swoje dobra, podobnie jak noc wcześniej zgodnie wpadliśmy sobie w ramiona.

More is more, do złupionych serów zamówiliśmy wino i sałatę oraz kolejną kawę. W milczeniu i bezczasie pozwalaliśmy smakom panować po horyzont i dopiero kiedy poczuliśmy nagłą, obezwładniającą senność, zorientowaliśmy się, że minęło sześć godzin. Czym prędzej zapłaciliśmy i uciekliśmy do domu. Przez cały ten czas nikt nas nie pośpieszał, nie przynosił rachunku, nie proponował lanczu ani kolacji i nie pytał, czy mamy rezerwację na wieczór. W Berlinie długo się tańczy i długo się śpi, a po długiej nocy je się długie śniadanie.



Cały tekst: http://wroclaw.gazeta.pl/wroclaw/1,...__czyli_czemu_Pola_wybiera.html#ixzz3KfEjWnm5

Noc w Monarch - [POLA DWURNIK Z BERLINA]
Jestem niedopieszczona, niedoedukowana, niewypromowana i niespokojna i nie ma sensu udawać, że jest inaczej, wracać do domu, zamykać czerwonych butów w szafce i walić głową w komputer. Należy wreszcie ucieszyć się berlińską nocą i z pokorą przyjąć jej gorącą cielesność.


Jest początek lata 2010 roku, czerwiec, wczesny, radosny upał. Siedzę w pracowni i nie mam ochoty wychodzić, ale trójka znajomych od godziny uparcie dobija się do mojego telefonu. No, chodź. Chodź z nami w czarną, dziką noc. Tak ich lubię, ich bezwstydne spojrzenia, surrealistyczne poczucie humoru, błyszczące czubki nosów. Dzwonią i dzwonią, gdzie będziesz tam siedziała w swojej złotej pracowni, zejdź z tronu w mrok, do tłumu, bliżej ciała.

Mają rację, zaczynam myśleć i po chwili wsiadam w U1, które furkocząc i sapiąc niechętnie przewozi mnie z pachnącego Rolexem Charlottenburga do ociekającej moczem stacji Kottbusser Tor. W samo knajpiane centrum Kreuzbergu. Joasia, Roman i Tomek stoją pod sklepem Kaiser's i kręcą się niecierpliwie, gotowi odpalić bombę. Żadnych złudzeń, emaliowych obrazków, miętowej gumy do żucia i cukrzonego soczku. Ma być ostro; papierosy, wódka, pot, krew i szałowy taniec do rana w jednym z obskurnych klubików na ostatnim piętrze przy wiadukcie metra.

Wiecie, trochę jestem nieprzygotowana, nie zjadłam kebabu, nie zrobiłam sobie makijażu, buty mam niewygodne i przesadnie strojne, zapomniałam kurtki. No co ty? Moim kompanom w to graj - poliamoryczna cholerna ich wspólnota - podają mi otwartą butelkę wina (w Berlinie można spożywać alkohol w przestrzeni publicznej) i cmokają na moje czerwone szpilki, które służą do siedzenia na krześle, i nie można w nich po prostu sobie odejść. Nie ma co, nie ucieknę, grzecznie podaję dziubek butelce, a potem Joasi, która kładzie na nim lepki błyszczyk, dobranockowo migoczący na ustach. Chłopaki kończą wino i wspinamy się po szkaradnej, szaro-burej klatce schodowej prosto w paszczę klubu Monarch. Spryciarze! Jest dopiero po dziesiątej, jeszcze nie płaci się za wjazd.

Za godzinę tę najohydniejszą klatkę schodową Berlina po brzegi wypełni kolejka złaknionych imprezy za dwa euro. Część z nich zrezygnuje i spróbuje sił w kolejce do bliźniaczej Palomy, w drugim skrzydle budynku. Wszyscy się nie dostaną, bo miejsca w obu klubach jest tylko na sto osób. Na razie w Monarch kilka grupek sączy drinki i wciąga papierosy. Palą wszyscy, od drzwi dym uderza nas w oczy jak piasek. Porozstawiane po kątach stalowe popielniczki świecą jak kły groźnych zwierząt. Głęboko wciągam powietrze. Spod nikotyny przebija zapach wczorajszej imprezy, która skończyła się kilka godzin temu. Wnętrze przewietrzono bryzą znad zakorkowanego ronda, które widać za oknem. Tak, jest już po mnie.

Jestem niedopieszczona, niedoedukowana, niewypromowana i niespokojna i nie ma sensu udawać, że jest inaczej, wracać do domu, zamykać czerwonych butów w szafce i walić głową w komputer. Należy wreszcie ucieszyć się berlińską nocą i z pokorą przyjąć jej gorącą cielesność. Zblazowany didżej z pokerową miną puszcza Dawida Bowie'ego, Roman stawia tequilę, Tomek zdejmuje bluzę. Ma na sobie podkoszulkę w granatowe paski, na której widok razem z Joasią lekko omdlewamy (już jestem trochę wstawiona). Roman na wszelki wypadek też zdejmuje, co ma na sobie, a pod spodem nie ma nic. Jestem więc w najseksowniejszym towarzystwie w stolicy. Ruszamy w taniec (w Monarch nie ma parkietu, tańczy się, gdzie się stoi), didżej udaje, że nie widzi, ale zaraz nastawia stary rock and roll i obraca winylową płytę jak ciasto na pizzę. Ma dobrą intuicję, to czwórka Polaków rozkręca mu imprezę, za chwilę nastawi Izabelę Trojanowską. Skąd on to wziął?

Ale nie dopchamy się już do niego, wokół urósł tłum, szyby zaszły parą, dym stanął w powietrzu jak weselna dekoracja z szarej waty. Odrzucam w kąt szpilki, porywa mnie czarnoskóry wysoki chłopak w białych spodniach, coś mówi, że jest z Tanzanii, ale nic nie słyszę, prawie uderza głową w dyskotekową kulę. Teraz rumiana dziewczyna z równą jak od linijki grzywką obraca się dookoła mnie jak bączek.

I znów Joasia, Tomek, Roman, niczym trójgłowy smok-ladaco, wiją się wokół lubieżnie. I jak to jest, że w berlińskich barach nigdy nie czeka się na swoją kolejkę, nie trzeba kusić zwitkiem banknotów i roztrącać innych łokciami, barman od razu do ciebie podchodzi? Mniejsza o to, jeśli kochasz Kraftwerk i Bowie'ego, szalej w mroku na Kreuzbergu, bo nie zapamiętasz samotnych godzin przed komputerem ani pancernej witryny na Charlottenburgu, za to żar rozkołysanej nocy zostanie ci w sercu jak oblana miodem gruszka; lepka i niesamowita, soczysta i krucha. O, już jej nie ma.

Cały tekst: http://wroclaw.gazeta.pl/wroclaw/1,...___POLA_DWURNIK_Z_BERLINA_.html#ixzz3KfF9B000
 
Do góry Bottom