Status kobiet oraz problemy męskiej atrakcyjności a kwestie demograficzne. [O normach obyczajowych w tętniącej życiem cywilizacji ładu bezpaństwowego]

FatBantha

sprzedawca niszowych etosów
Członek Załogi
7 776
21 541
Ostatnio w wątku o LGBT narzekałem na libertarian nie podejmujących żadnej poważniejszej refleksji cywilizacyjnej w dobie nasilającej się wojenki kulturowej trawiącej Zachód. Nie podobała mi się nasza cisza, nieprzerwana żadnym wyraźniejszym głosu sprzeciwu wobec wysiłków propagandowych lewicy, starającej ponownie zagospodarować jakieś wymyślone naprędce grupy uciskanych przez ogół.

Wspomniałem również, że wolnościowcy zamiast wtórować postępowcom demolującym bezmyślnie swymi egalitarnymi ciągotkami zachodnią cywilizację - w dodatku bez perspektywy zabezpieczenia jakichkolwiek własnych interesów - powinni zwrócić się w stronę konserwatywną i przedstawić się w roli odpowiedzialnych naprawiaczy upadającej cywilizacji (albo jeszcze lepiej - twórców nowej), przestając zabiegać o uwagę osób o mentalności ludycznej, niezdolnych do zaangażowania się w tworzenie cokolwiek wykraczającego poza środki służące własnemu zaspokojeniu.

Marudziłem również, że brakuje tematów odważnych czy nawet prowokacyjnych, kontestujących obecne normy a tym bardziej nowy kierunek w jakim są przeforsowywane w mainstreamowej polityce. W ramach naprawy tego stanu rzeczy, postanowiłem więc założyć ten temat i wrzucić kilka intelektualno-obyczajowych granatów odłamkowych, które zakwestionują postrzeganie oczywistości wszelkiego równouprawnienia a przy okazji wstrząsną też nieco naszymi wyobrażeniami obyczajowości funkcjonującego ładu bezpaństwowego i uwikłają je w kontekst nieco bardziej przyziemnej a jednocześnie cielesnej, reprodukcyjnej problematyki. Dobrze też będzie uświadomić sobie istnienie pewnych dylematów związanych z wolnością obyczajową i gospodarczą oraz biologicznym podtrzymywaniem istnienia społeczeństwa, aby sprecyzować, na ile realnie tej wolności gospodarczej i obyczajowej może być nas stać bez ryzykowania śmiercią demograficzną, czyli po prostu wymarciem.



Czy równouprawnienie płci ma sens w świetle odmiennego postrzegania wzajemnej atrakcyjności przez kobiety i mężczyzn?

Zgodnie z prawem nagłówków Betteridge’a, na tak zadane pytanie powinniśmy odpowiedzieć: "nie" i na tym zakończyć temat. Stracilibyśmy jednak doskonałą okazję na udręczenie nowocześniactwa oraz zasiania w nim wątpliwości wobec tego, czy równouprawnienie jest faktycznie jakimś cywilizacyjnym osiągnięciem, czy raczej jednym z wielkich, kulturowych filtrów samozagłady, jakiego w trosce o swoją intelektualną reputację lepiej jednak nie celebrować; a potraktować bardziej jak żenujący przesąd epoki wyznawany przez otumaniony plebs, kończący tak ostatecznie występ własnej tradycji na arenie dziejów.

O ile postronnym mogę się wydawać osobą paradoksalną, ponieważ z jednej strony jestem zaangażowany w krzewienie i rozwijanie myśli wywodzącej się z liberalizmu, będącego przecież jedną z wielkich ideologii Oświecenia, z drugiej jednak tkwię głęboko zakorzeniony w irracjonalnych archaizmach przednowoczesnej kultury; ustanawiających niezmienne, odwieczne paradygmaty społeczne za pośrednictwem mitologii, religii oraz godnościowego, rytualnego przeżywania swojej metafizycznej roli w życiu społecznym, o tyle też nie mam najmniejszych trudności w reewaluacji i łatwym odrzucaniu elementów doświadczenia charakteryzującego dzisiejsze społeczeństwo masowe. Bo i tak uznaję je za puste, jałowe czy mierne, zatem niespecjalnie jestem do niego przywiązany - toleruję je z konieczności, bo jest mi dane w nim żyć.

Anarchokapitalizm w mojej interpretacji w gruncie rzeczy od zawsze zrywał ze swoimi oświeceniowymi korzeniami, gwałtownie ucinał jakąkolwiek opcję powrotu do prawa publicznego i odcinał się od nowoczesnych form kontroli społecznej (również stąd brała się moja niechęć do PAO i zewnętrznych wobec właściciela sądów standardyzujących wykładnię libertariańskiego aksjomatu nieagresji), torując miejsce przede wszystkim dla tych tradycyjnych, w których suwerenni, równi sobie właściciele, aby wytworzyć jakikolwiek porządek społeczny bez nadrzędnego względem siebie podmiotu, zdani będą na powrót do kultury honoru i sumienia, pozostawiając swoją moralną reputację (arete?) jako ostateczny środek stabilizujący społeczeństwo. Propertarianizm można więc interpretować poniekąd jako ideał ładu bezpaństwowego osiągany metodami archaicznego arystokratyzmu, odrzucającego zarówno jakikolwiek centralizm władzy, jak również wyjałowienie charakteryzujące nowoczesne pospólstwo, za które ktoś inny podjął już wszystkie istotne prawnie decyzje i podporządkował regułom, które odtąd egzekwowane będą bezobsługowo, bez poczucia osobistego wpływu na proces osiągania sprawiedliwości, zatem też bez doświadczenia bezpośredniego uczestnictwa w mitologicznej naprawie ładu moralnego spajającego społeczeństwo, w jakie jest się zaangażowanym, ale także ćwiczenia własnej kompetencji etycznej - cnoty sprawiedliwości. (Etyka cnót z kolei charakteryzuje przede wszystkim arystokratyczne ustroje społeczne, w których biurokracja - publiczna czy prywatna, nie ma niczego do gadania a tym bardziej osądzania. DIY or GTFO)

Tak czy inaczej, właśnie dlatego, że jedną nogą stoję w przednowoczesności, o wiele łatwiej jest mi się pożegnać z rozwiązaniami obyczajowymi czasów obecnych, które w większości i tak uznaję głównie za poboczne efekty procesów ślepych, demagogicznych dążeń demokratycznych i kolejnych przypadkowych rezultatów podejmowanych prób zabezpieczenia swoich interesów, definiowanych głównie i tak przez jakichś polityków, pragnących uzyskać od swoich elektoratów wpływy niezbędne do zdobycia lub utrzymania władzy. Tak też postrzegam kwestię równouprawnienia kobiet, walkę sufrażystek o prawa wyborcze i wysiłki mniejszościowych ruchów społecznych zawiązujących ruchy emancypacyjne biorące od tamtych wzór działania. Na ogół, to po prostu bzdury użyteczne ostatecznie przede wszystkim dla państwowej biurokracji i postępowców dla których postęp jest metodą zabezpieczania władzy kosztem mniej postępowego ogółu, który z tej całej emancypacji i tak niczego dla siebie nie uzyskuje.

W ładzie demokratycznym, kultura i wzorce wychowania pełnią służebną rolę wobec polityki i się do niej dostosowują. O tym, co w społeczeństwie będzie uchodziło za słuszne, a co nie, mogą więc zadecydować kolejne wybory czy zdobycie jakichś poważniejszych politycznych wpływów na fali zmiennych nastrojów społecznych. Panuje tam prezentyzm, czyli krótkowzroczność interesu sięgająca od wyborów do wyborów. W ładzie przednowoczesnym kultura i jej wzorce poprzedzają oraz ograniczają działania polityczne różnymi tabu, niezbędnymi do utrzymania odpowiedniej konsystencji moralnej społeczeństwa, nadającej mu odpowiedniego charakteru i przekazania go w przyszłość przez kolejne pokolenia. To polityka podporządkowuje się obyczajowości i musi znaleźć w niej uzasadnienie dla swoich działań. Obyczajowość zaś utrzymuje się po to, by zadośćuczynić nadrzędnemu, sprawdzonemu wzorcowi cywilizacyjnemu.

Wzorzec ten powinien brać pod uwagę stałe ludzkie skłonności, na przykład kryteria atrakcyjności jakimi posługują się kobiety i mężczyźni przy swoim doborze, wpływającym następnie na proces zakładania rodzin i rozmnażania się. W innym razie, ryzykujemy, że do tego zakładania rodzin i rozmnażania nie dojdzie.

Przyjrzyjmy się więc problematyczności równouprawnienia płci.

Zasadniczo cały kłopot z takim wzorcem kulturowym polega na tym, że kobiety i mężczyźni inaczej określają swoją wzajemną atrakcyjność jako partnerów. O ile dla faceta pozycja społeczna, status kobiety nie ma większego znaczenia, bo liczy się głównie atrakcyjność fizyczna a wychędożyć można zarówno chłopkę jak i szlachciankę, o ile tylko są ładne, tak już dla kobiet status czy prestiż związany z danym mężczyzną w długoterminowej relacji ma kolosalne znaczenie, bo wpływa na postrzeganie jego zdolności zabezpieczenia bytu całej rodziny.

Dlaczego stanowi to kłopot?

Z tego mianowicie powodu, że kobiety w społeczeństwie uznającym pełne równouprawnienie płci rywalizują z mężczyznami nie tyle o same pieniądze, stanowiska, wpływy polityczne czy kulturowe, ale przede wszystkim o związany z nimi wszystkimi abstrakcyjny status społeczny - czyli też w gruncie rzeczy główną walutę za pomocą której określają atrakcyjność mężczyzn, tym samym dewaluując ją i subiektywnie czyniąc ich mniej dla siebie atrakcyjnymi. Niezależnie, czy jest to udział w życiu politycznym, kulturalnym czy gospodarczym, kobiety dopuszczone do tych samych działalności, wykonujących kompetentnie te same zadanie co mężczyźni, doprowadzają do sytuacji, w których same mogą zdobyć pożądany status społeczny bez żadnej roli mężczyzny. Kobieta zdobywająca zasłużenie wyższy status społeczny, podnosi również wymagania wobec statusu potencjalnego partnera, eliminując w grze o atrakcyjność sporą pulę potencjalnych partnerów. W postępowym społeczeństwie opartym na równouprawnieniu prędzej czy później musi wystąpić zjawisko awansu społecznego w staropanieństwo. Można starać się bronić tego rodzaju równość jako sprawiedliwość, argumentować jej zachowanie jako kwestię braku dyskryminacji, ale płaci się za nią problemami z wyceną seksualnej atrakcyjności, niestabilnymi rodzinami i niskim przyrostem naturalnym.

Przednowoczesna kultura zainteresowana przede wszystkim zabezpieczeniem kwestii rozpłodu i rzutowania się samej na kolejne pokolenia miała oczywiście na to swoje sposoby. Od kobiet wymagała i rozliczała je przede wszystkim z reprodukcji i od tego zadania uzależniała uzyskanie przez nie szacunku czy właściwej reputacji. Kobiety mogły pracować na równi z mężczyznami, ale praca ta nie nobilitowała ich w tym samym stopniu, nie cieszyły się w opinii społecznej tym samym uznaniem, bo wkraczały na męskie poletko. Nie wiązał się z tym żaden prestiż, wręcz przeciwnie - kryła się tam niezgrabna niestosowność. Relacje społeczne były prowadzone tak, by to wyłącznie dla mężczyźn były zarezerwowane prestiżowe społecznie działalności, po to, aby mogli wyłącznie między sobą rywalizować o pozycję społeczną, stając się tym bardziej łakomymi kąskami dla kobiet czy decydujących o ich losach rodzin. Kobieta awansować społecznie mogła w zasadzie tylko przez odpowiednie zamążpójście. Tym sposobem nie rywalizowała bezpośrednio z mężczyznami i nie mogła własnymi posunięciami wpłynąć negatywnie na swoje postrzeganie ich atrakcyjności.

Radykalizm odcinania kobiet od zajęć uznanych wyłącznie za męskie mógł wyglądać zresztą bardzo różnie w różnych kulturach. Można porównywać pozycję kobiety w islamie, gdzie nawet w sądzie jej świadectwo było warte ledwie w połowie świadectwu mężczyzny, z kulturą wiktoriańskiej Anglii, gdzie tak jak w klasycznych kulturach starożytnego Rzymu czy Atenach, kobiety nie miały prawa brać udziału w życiu politycznym kraju ani zajmować masowo publicznych stanowisk.

Męski szowinizm "patriarchatu" polegający na wykluczaniu kobiet z wyścigu o prestiż - albo przez eliminację ich z rywalizacji gospodarczej, albo z polityki, albo z kultury (tylko faceci mogą być teatralnymi aktorami), albo z religii (tylko faceci mogą być kapłanami), generalnie z całej działalności publicznej, nie miał na celu gnębienia kobiet czy sprowadzania ich do roli jakichś podludzi drugiej kategorii, a po prostu uniknięcia dystrakcji i skoncentrowania się przez nie na swojej roli reprodukcyjnej, bez zaburzania postrzegania hierarchii społecznej swoim uczestnictwem, dzisiaj eliminującym je często z roli matek na rzecz kariery.

Nic z tego nie byłoby przecież potrzebne, gdyby kobiety oceniały atrakcyjność partnerów dokładnie tak samo jak mężczyźni. Ale nie oceniają. Z oczywistych ewolucyjnych powodów, status ma dla nich znaczenie a biorąc udział w grze o status, same sobie zawyżają oczekiwania co do statusu partnerów, który powinien być jeszcze wyższy.

Moglibyśmy powiedzieć - cóż z tego, w sumie? Czy nie jest to czynnik motywujący w większym stopniu facetów do ruszenia dupy z troków i wykazywania się w licytacji również z kobietami? Może i w teorii jest, ale warto jednak spojrzeć też na demografię równouprawnionych, nowoczesnych społeczeństw. Ostatecznie można zapytać, co z talentów i wysiłków zawodowych kobiet, świadczonych przez nie usług oraz wytwarzanych dóbr ma wynikać dla długoterminowo dla cywilizacji, jeżeli i tak znajdą się kolejne pokolenia, bo nie zostaną w odpowiedniej liczebności spłodzone?

Koszt zakończenia cywilizacji w wyniku demograficznego upadku powodowanego subiektywnym spadkiem wyceny atrakcyjności potencjalnych partnerów, nie jest raczej wart wkładu kobiet w gospodarkę. Co gorsza, równouprawnienie powoduje, że pracujące kobiety stanowią dodatkowe źródło przychodu dla biurokracji państwowej, mogącej teraz zdzierać hajs z obu płci i wydłużać czas potrzebny do zgromadzenia sensownych środków na założenie rodziny. Przynajmniej w stosunku do modelu, w którym zarobkowo pracują wyłącznie mężczyźni i muszą w dodatku utrzymać swoje rodziny, więc podatników jest z zasady o połowę mniej.


I tu pojawia się zasadnicze pytanie dla wolnościowców, którym droga jest wolność zarówno ekonomiczna jak również obyczajowa. To znaczy, ile konkretnie tej wolności obyczajowej i ekonomicznej realnie jesteście kulturowo w stanie zagwarantować kobietom, a ile mężczyznom, żeby postulowane przez was społeczeństwo osiągnęło sensowny przyrost naturalny, biorąc pod uwagę, że faktyczne równouprawnienie może spowodować sytuację, w której struktura demograficzna spowoduje załamanie pokoleniowe waszej bezpaństwowej cywilizacji?

Ja, szczerze mówiąc, propertarianizm wymyślałem z milczącym założeniem o równości płci. To znaczy, kobiety posiadające ziemię, tak jak mężczyźni uznawani byli za suwerenów, mogących stanowić i egzekwować na niej swoje prywatne prawo oraz eksterytorialnie wchodzić z innymi suwerenami w ugody regulujące wzajemne gwarancje, niezbędne na przykład do podjęcia wspólnych inwestycji i rozkładu odpowiedzialności za nie. Czyli cieszyły się tym samym prestiżem w związku z pełnieniem funkcji właściciela. Z drugiej jednak strony, propertarianizm od strony mniej formalnej, kulturowej, z racji jego arystokratycznego charakteru niesamowicie łatwo przystosować do wariantu, w którym kobiety nie posiadają zdolności honorowej, więc do egzekwowania części spraw, na przykład rozstrzygania kwestii oszczerstw czy zniewag potrzebują męskiego opiekuna, który będzie je reprezentował.

Taka jest zaleta ustrojowego stania jedną nogą w przednowoczesności. Daje to opcje łatwiejszego przerzucenia obyczajowego ciężaru bez przejmowania się oburzeniem i jękami współczesnych.

Nie wiem ile luzu w określaniu pozycji kobiet w społeczeństwie mają libertarianie, wychodzący z założenia o samoposiadaniu ludzi i w jaki sposób chcieliby usankcjonować ewentualne rozwiązania kulturowe, chroniące w oczach kobiet męską atrakcyjność, zapewniając też większą szansę na sukces demograficzny.

Ale to kwestia do dyskusji.
 

kompowiec

Open Source Boy
1 677
1 636
które zakwestionują postrzeganie oczywistości wszelkiego równouprawnienia a przy okazji wstrząsną też nieco naszymi wyobrażeniami obyczajowości funkcjonującego ładu bezpaństwowego i uwikłają je w kontekst nieco bardziej przyziemnej a jednocześnie cielesnej, reprodukcyjnej problematyki
Wszystko się kręci wokół równości, metody wpływu są ino różne:

Amatorski socjalista znany jest z zrzędliwości, nudnych monologów i niechęci do pracy, o ile nie przynosi mu to korzyści w krótkim okresie.

Zawodowi socjaliści niespodziewanie doszli do wniosku, że socjalizm to bzdury. Dlatego zamiast tego piszą o kuzynach socjalizmu, znaną powszechnie jako walka klas i specjalizują się w ich tworzeniu:
równe płace
ruch anty-wzrostowy: Próba powstrzymania ludzi przed ulepszaniem ludzkiej cywilizacji, jak znalezienie lekarstw na choroby i znalezienie sposobów na powstrzymanie niszczenia środowiska
ekologia: dążenie do dyskryminacji samej ludzkości i jednocześnie beznadziejnie antropocentryczna
multikulturalizm (bez komentarza)
feminizm - równouprawnienie, czyli dyskryminacja mężczyzn
LGBT - równe traktowanie, czyli dojenie państwowego cyca i trollowanie kościołów
BLM - sprawiedliwość i równość, czyli kill whitey


dlaczego tego po prostu tego nie połączyć do jednej wielkiej komuszej grupy, skoro to jest jedno i to samo. W końcu to jedna z kolejnych religii która neguje teorie ewolucji - tak wiem, marks opowiadał ze religia to opium dla ludu ale w tym tkwi jego geniusz, stworzył własna ale nikt tego nie zauważa - i dlatego jest oszustem który gardzi ludźmi którym rzekomo "pomaga".

A dlaczego łączyć, ponieważ wojna klas marksa. Będziesz się martwił równouprawnieniem, komuchy wyskoczą z LGBT, będziesz walczył z LGBT to wymyślą BLM i tak dalej. A syf jak jest tak będzie. Wieczny i eskalujący. Bez rozwiązania dla rdzenia problemu.

 
Ostatnia edycja:

workingclass

Well-Known Member
1 851
3 182
Nie wiem ile luzu w określaniu pozycji kobiet w społeczeństwie mają libertarianie, wychodzący z założenia o samoposiadaniu ludzi i w jaki sposób chcieliby usankcjonować ewentualne rozwiązania kulturowe, chroniące w oczach kobiet męską atrakcyjność, zapewniając też większą szansę na sukces demograficzny.
Zażenowałem się i trąca mi tu bojącym się i chcącym wyeliminować konkurencję incelem.
Wolny rynek, kto chce niech rodzi kto chce niech utrudnia życie mężczyznom dewaluując ich główną walutę.
 
Ostatnia edycja:
OP
FatBantha

FatBantha

sprzedawca niszowych etosów
Członek Załogi
7 776
21 541
Każdy po części jest planistą, niekoniecznie państwowym, ale ma wpływ na kryteria ostracyzmowania innych, wywierania na nich presji, chwalenia i ganienia, zachęcania i odwodzenia od czegoś.

W wiktoriańskiej Anglii może nie było obowiązku narzuconego prawnie i z pomocą państwa, aby kobiety na spotkania z młodzieńcami chadzały z przyzwoitykami, ale jednak ludzie jakoś oddolnie wprowadzili sobie taki obyczaj, widocznie zupełnie dobrowolnie sobie go narzucając no i kobiety chadzały na randki z przyzwoitkami.

Trudno z powodu przyjmowanych obostrzeń obyczajowych powiedzieć, aby rynek był wówczas mniej wolny niż dzisiaj, skoro jego regulacji było pewnie znacznie mniej.
 

from_my_cold_dead_hands

Well-Known Member
265
433
ale ma wpływ na kryteria ostracyzmowania innych, wywierania na nich presji, chwalenia i ganienia, zachęcania i odwodzenia od czegoś.
Nie zaprzeczyłam temu. Po prostu mówię że pytanie do wolnościowców
ile konkretnie tej wolności obyczajowej i ekonomicznej realnie jesteście kulturowo w stanie zagwarantować kobietom, a ile mężczyznom, żeby postulowane przez was społeczeństwo osiągnęło sensowny przyrost naturalny
zabrzmiało dla mnie, jakby się ktoś zapytał "Jak zaplanowałbyś wolny rynek?"
 
Ostatnia edycja:

tosiabunio

Grand Master Architect
Członek Załogi
6 718
13 766
Trudno z powodu przyjmowanych obostrzeń obyczajowych powiedzieć, aby rynek był wówczas mniej wolny niż dzisiaj, skoro jego regulacji było pewnie znacznie mniej.
[citation needed] Trąci mi tu panajanuszowym wymądrzaniem się - nie jestem ekspertem w sprawach wiktoriańskich praw obyczajowych, ale może warto byłoby to najpierw sprawdzić.
 
OP
FatBantha

FatBantha

sprzedawca niszowych etosów
Członek Załogi
7 776
21 541
Nie zaprzeczyłam temu. Po prostu mówię że pytanie do wolnościowców zabrzmiało dla mnie, jakby się ktoś zapytał "Jak zaplanowałbyś wolny rynek?"
Wolnego rynku nie trzeba planować, bo powstaje sam. Kulturę wokół której powstaje już wypadałoby zaplanować, bo jeśli pozostanie się na nią obojętnym, zrobią to inni i niekoniecznie będzie z niej wynikało wychowanie sprzyjające temuż wolnemu rynkowi.

[citation needed] Trąci mi tu panajanuszowym wymądrzaniem się - nie jestem ekspertem w sprawach wiktoriańskich praw obyczajowych, ale może warto byłoby to najpierw sprawdzić.
Z tego co pamiętam, wiktoriańskie prawa obyczajowe de facto sprowadzają się w kwestiach formalnych do specyficznego prawa dziedzicznego, pomijającego zupełnie kobiety na rzecz męskich potomków bądź protektorów.

No i do tego:
Pod wpływem ruchów emancypacyjnych sytuacja kobiet zaczęła się powoli poprawiać. W 1836 r. Parlament uprawomocnił małżeństwa cywilne zawierane przed urzędnikiem (civil registrar), a w 1857 r. również w małżeństwie kościelnym (anglikańskim) wprowadzono możliwość rozwodu w sytuacji zdrady któregokolwiek z małżonków, jego okrucieństwa lub bigamii.

Mimo tych zmian kobiety dalej były dyskryminowane w wielu dziedzinach życia, chociażby prawa własnościowego.
Po rozwodzie mąż zatrzymywał całą własność małżeńską, wraz z posagiem żony.

Ustawa o rozwodach („Matrimonial Causes Act”) z 1857 r. dawała prawo do minimum majątkowego kobietom porzuconym przez mężczyzn. W jedenaście lat później (1868 r.) powstał komitet walczący o prawa majątkowe kobiet (Married Women’s Property Committee), na którego czele stały Elizabeth Wolstonholme Elmy i Ursula Meller Wright. To dzięki nim udało się przeforsować ustawę zapewniającą kobietom prawa do zarobków za pracę wykonaną po zawarciu małżeństwa, utrzymywania oddzielnego konta w banku i czynienia zapisów do 200 funtów.
W drugiej połowie XIX w. poczyniono duże postępy w zakresie równouprawnienia kobiet, jednak wciąż nie miały one wstępu na brytyjskie uniwersytety. Prekursorem w tej dziedzinie stał się Uniwersytet Edynburski, który przyjmował pojedyncze kobiety na wydział medycyny, lecz bez możliwości zdawania końcowego egzaminu i otrzymania dyplomu. Dopiero w 1878 r. związki lekarskie dopuściły kobiety do egzaminów.
W gruncie rzeczy nie spodziewam się, ażeby istniało wtedy mnóstwo jakiegoś szczegółowego prawa stanowionego, zabraniającego czegokolwiek kobietom. Bo też do egzekwowania arystokratycznego stylu życia, w jakim nie miały wiele do powiedzenia bez zgody swoich ojców, mężów czy braci, wystarczyło samo milczące porozumienie tych ojców, mężów i braci obecne w ich obyczajowości, która dostatecznie regulowała życie nawet bez tego prawa. I ucierała konkretne koleiny społeczne.


Państwowe prawo stanowione było raczej wykorzystywane do tej całej emancypacji.

 
Ostatnia edycja:

tosiabunio

Grand Master Architect
Członek Załogi
6 718
13 766
W gruncie rzeczy nie spodziewam się, ażeby istniało wtedy mnóstwo jakiegoś szczegółowego prawa stanowionego, zabraniającego czegokolwiek kobietom.
Hmm, to założenie, a nie fakt. Poza tym, czy nie jest to kraina "common law", gdzie sądy ustanawiały wiele praw? Mogło tak być, że wszystko było regulowane obyczajem, ale też nie ma takiej pewności.
 
OP
FatBantha

FatBantha

sprzedawca niszowych etosów
Członek Załogi
7 776
21 541
Ano nie ma i ja nie zrobię Ci przeglądu kilkuset lat angielskiego prawa, bo do tego trzeba by jakąś brytolską feministkę zajmującą się historią dyskryminowania kobiet w UK znaleźć, która by wskazała też poszczególne precedensy na przestrzeni wieków gdzieś tak poczynając od feudalizmu. Co też niekoniecznie zmieniłoby cokolwiek w naszym tego rozumieniu, poza potwierdzeniem mniemań ówczesnych elit na temat miejsca kobiet w życiu społecznym. Nie byłoby to raczej niczym nowym.

Tak czy inaczej, wiktoriańska Anglia nie stanowi przecież clou tematu a jest po prostu ilustracją możliwej alternatywnej obyczajowości, która po części przynależała do świata przednowoczesnego, arystokratycznego, a jednocześnie panowała w społeczeństwie przechodzącym od jakiegoś czasu jak najbardziej nowoczesną rewolucję przemysłową.

Clou jest takie, że zbyt wiele wolności obyczajowej może spowodować w pewnych konfiguracjach masowy spadek atrakcyjności jednej z płci, zniechęcić do stabilizacji życiowej, doprowadzić do dekadencji i upadku demograficznego.

I niekoniecznie musi to nawet być wina państwa, bo coś takiego mogłoby pewnie wystąpić w ładzie bezpaństwowym. I jak sobie z czymś takim radzić bez wykraczania poza własne utarte poglądy ideologiczne?
 

kompowiec

Open Source Boy
1 677
1 636
Wolnego rynku nie trzeba planować, bo powstaje sam. Kulturę wokół której powstaje już wypadałoby zaplanować, bo jeśli pozostanie się na nią obojętnym, zrobią to inni i niekoniecznie będzie z niej wynikało wychowanie sprzyjające temuż wolnemu rynkowi.
marksizm kulturowy został zaplanowany bez udziału zwykłych ludzi a poprawność polityczna jest znienawidzona przez większość społeczeństwa:

work ma rację, śmierdzi incelizmem.


Clou jest takie, że zbyt wiele wolności obyczajowej może spowodować w pewnych konfiguracjach masowy spadek atrakcyjności jednej z płci, zniechęcić do stabilizacji życiowej, doprowadzić do dekadencji i upadku demograficznego.
No i prosz. Znasz elementarną podstawę ekonomii czyli popyt i podaż, prawda? Dopóki mężczyźni będą lizać i dosłownie włazić w dupę kobietom te będą sobie pozwalać na coraz wyższe cenienie się na rynku bo podaż jest ograniczona. Kultura cuckistanu to już swoją drogą ale póki tak się walczy o ograniczony zasób tak zawsze będzie cenny, niczym złoto. Dlatego hipergamia w ogóle działa - mężczyźni są solidarni dopóki się nie pojawi kobieta. I sama obecność kobiet jeszcze nie znaczy że wszystko zniszczy, przynajmniej dopóki nie komuszą tylko zachowanie samców którzy dostają małpiego rozumu.
 
Ostatnia edycja:

from_my_cold_dead_hands

Well-Known Member
265
433
No i prosz. Znasz elementarną podstawę ekonomii czyli popyt i podaż, prawda? Dopóki mężczyźni będą lizać i dosłownie włazić w dupę kobietom te będą sobie pozwalać na coraz wyższe cenienie się na rynku bo podaż jest ograniczona.
Racja.
I dałoby się sprawić żeby cena kobiet spadła do zera, albo poniżej zera [To jest że by płaciły żeby być z mężczyznami, na przykład prezentami]. Wystarczy że mężczyźni nie robiliby nic żeby zdobyć kobietę. Dużo kobiet stałoby się wtedy desperatkami. To by się dało zrobić, ale kobiety musiałyby przestać być traktowane jakby były jakimiś boginiami, żeby tak się stało
 
Ostatnia edycja:

workingclass

Well-Known Member
1 851
3 182
Clou jest takie, że zbyt wiele wolności obyczajowej może spowodować w pewnych konfiguracjach masowy spadek atrakcyjności jednej z płci, zniechęcić do stabilizacji życiowej, doprowadzić do dekadencji i upadku demograficznego.

I niekoniecznie musi to nawet być wina państwa, bo coś takiego mogłoby pewnie wystąpić w ładzie bezpaństwowym. I jak sobie z czymś takim radzić bez wykraczania poza własne utarte poglądy ideologiczne?

Należy znaleźć sobie kobietę, chcącą, o silnych biodrach, również bojącą się upadku demograficznego... i płodzić się do upadłego,
lub założyć firmę "Dobra jakość w dobrej cenie, dzieci do wyboru do koloru".
 

alfacentauri

Well-Known Member
1 148
1 894
Co gorsza, równouprawnienie powoduje, że pracujące kobiety stanowią dodatkowe źródło przychodu dla biurokracji państwowej, mogącej teraz zdzierać hajs z obu płci i wydłużać czas potrzebny do zgromadzenia sensownych środków na założenie rodziny. Przynajmniej w stosunku do modelu, w którym zarobkowo pracują wyłącznie mężczyźni i muszą w dodatku utrzymać swoje rodziny, więc podatników jest z zasady o połowę mniej.
No tak jeśli jest mniej mamony dla państwa to ma się ono gorzej. Ale idąc tym tropem po co się ograniczać do piętnowania pracy kobiet. Może lepiej jest w ogóle głosić jakiś gomułkizm jak kiedyś robił Cokeman albo iść jeszcze dalej. W czasach zbieracko-łowieckich efektywność gospodarcza była tak niska, że ludzkość nie byłaby w stanie utrzymać zawodowej armii urzędników, żołnierzy i innych państwowców. Jak się wszyscy zarówno mężczyźni, kobiety jak i dzieci przerzucą na zbieractwo-łowiectwo to to załatwi państwo. Antyekonomia lepsza od kontrekonomii;)
Zasadniczo cały kłopot z takim wzorcem kulturowym polega na tym, że kobiety i mężczyźni inaczej określają swoją wzajemną atrakcyjność jako partnerów. O ile dla faceta pozycja społeczna, status kobiety nie ma większego znaczenia, bo liczy się głównie atrakcyjność fizyczna a wychędożyć można zarówno chłopkę jak i szlachciankę, o ile tylko są ładne, tak już dla kobiet status czy prestiż związany z danym mężczyzną w długoterminowej relacji ma kolosalne znaczenie, bo wpływa na postrzeganie jego zdolności zabezpieczenia bytu całej rodziny.
Być może nie ma to większego znaczenia (a może jakiś ma) dla rozważań, ale czy mechanizm nie jest bardziej skomplikowany? Różni incele robili prowokacje po portalach randkowych i okazywało się, że kobiety leciały po prostu na przystojniaków. Dla kobiet inny facet będzie ideałem na kochanka, a inny na męża – to wiadomo od dawna. Ale czy nie jest podobnie u mężczyzn? Kiedyś czytałem jakiegoś lewaka, który twierdził, że wbrew pozorom bajki o kopciuszku się w rzeczywistości nie zdarzają. Wiemy, że jest tak, że jak jakaś biznesłomen zarobi milion na rok to facet co zarabia 100 000 rocznie jest dla niej nieudacznikiem i szuka sobie na męża biznesmena co wyciąga rocznie 2 miliony. Być może klucz jest tu, że mężczyzna patrzy podobnie tylko w drugą stronę. Jeśli szuka kochanki to jej status nie ma znaczenia, ale jeśli szuka sobie kandydatki na żonę to szuka kobiety stojącej niżej na drabinie, ale z kolei nie za nisko. Słyszy się o lekarzach co poślubili pielęgniarki, ale czy ktoś słyszał o dyrektorze szpitala co poślubił szpitalną sprzątaczkę? Czy prezesi korporacji chodzą do dyskontów spożywczych prosząc o rękę pracujące tam kasjerki? Być może dla typowego biznesmena co zarabia 2mln idealną partnerką będzie kobieta co zarabia 1mln. Nie znam się na tym, ale to jest ciekawe.
I tu pojawia się zasadnicze pytanie dla wolnościowców, którym droga jest wolność zarówno ekonomiczna jak również obyczajowa. To znaczy, ile konkretnie tej wolności obyczajowej i ekonomicznej realnie jesteście kulturowo w stanie zagwarantować kobietom, a ile mężczyznom, żeby postulowane przez was społeczeństwo osiągnęło sensowny przyrost naturalny, biorąc pod uwagę, że faktyczne równouprawnienie może spowodować sytuację, w której struktura demograficzna spowoduje załamanie pokoleniowe waszej bezpaństwowej cywilizacji?
Ja nie uważam, że najważniejszym problemem ma być ekspansja ilościowa ludzkości. Jeśli tak ma być to co z jazdą samochodami? Cenny materiał ludzki ginie w wypadkach? Co z wolnością pływania, wspinania, latania na motolotniach itp.? Co z prawem do posiadania broni? No i jeszcze temat broni masowego rażenia. Jest pełno zagrożeń dla cennego ludzkiego życia.
Natomiast jeśli miałbym odpowiedzieć na Twoje pytanie o wzorce kulturowe przyczyniające się do zwiększenia przyrostu naturalnego to rozwiązania mogą być różne. Przedstawiasz się jako antyegalitarysta i Twoja koncepcja oczywiści będzie antyrównościowa, bo dyskryminująca kobiety, ale zwróć uwagę, że z drugiej strony egalitarystyczna dla mężczyzn. Jak poprzez obniżenie statusu kobiet wzrośnie względnie status mężczyzn to wszyscy (a jeśli nie wszyscy to w każdym razie bardziej równo) mężczyźni załapią się na kobiety. Ale przecież możemy wyobrazić sobie inną sytuację -antyegalitarną - poligamię. Mężczyźni będą mogli mieć po kilka żon. W tej sytuacji kobiety, które szukają mężczyzn o wysokim statusie będą mieć łatwiej zdobyć co chcą. Oczywiście będą musiały się dzielić tymi mężczyznami z innymi kobietami, ale lepszy super mężczyzna dzielony niż żaden albo jakiś niedojda. W ten sposób nie będą musiały zostawać starymi pannami i będą mogły rodzić dzieci. Być może będą mogły nawet pracować. Incele oczywiście pozostaną incelami. Nie dość, że zwiększy się przyrost naturalny, to może zwiększy się również jego jakość w porównaniu do Twojej koncepcji. Przekazywane będą geny wygrywów. Geny mężczyzn nie mogących sprostać statusowym wymaganiom kobiet odpadną z puli. Co Ty na to?
 

alfacentauri

Well-Known Member
1 148
1 894
dałoby się sprawić żeby cena kobiet spadła do zera, albo poniżej zera [To jest że by płaciły żeby być z mężczyznami, na przykład prezentami].
Generalnie w naszej cywilizacji bardzo długo tak to wyglądało. Ludzi na zachodzie współcześnie bulwersuje, że gdzieś tam na świecie kupuje się kobiety za kozy, ale jakby nie patrzeć to u nas kupowano mężczyzn.
Kiedyś to mężczyźni, chcąc mieć żonę składali swe oferty. Rodzina kobiety mając różne oferty wybierała mężczyznę i jak go wybrała to musiała wnieść posag, czyli uiścić zapłatę za męża, którego wybrało się na matrymonialnym rynku. W skrócie to rodzina kupowała kobiecie męża.
 

noniewiem

Member
86
93
Dobrze też będzie uświadomić sobie istnienie pewnych dylematów związanych z wolnością obyczajową i gospodarczą oraz biologicznym podtrzymywaniem istnienia społeczeństwa, aby sprecyzować, na ile realnie tej wolności gospodarczej i obyczajowej może być nas stać bez ryzykowania śmiercią demograficzną, czyli po prostu wymarciem.
Czemu libertariana miała by przejmować śmierć demograficzna czyli coś co zdarzy się po jego śmierci skoro jest indywidualistą?
 

Norden

Well-Known Member
721
856
Ostatnio w wątku o LGBT narzekałem na libertarian nie podejmujących żadnej poważniejszej refleksji cywilizacyjnej w dobie nasilającej się wojenki kulturowej trawiącej Zachód.
To nic dziwnego - zauważ, że libertarianizm (niedefiniowany jako minarchizm) jest częścią tej wojny i to po przeciwnej stronie. Redefinicja pojęć np. wolności, negowanie fundamentu cywilizacji zachodniej (istnienia państwa jako instytucji) czy wreszcie podatność na ideologie lewicowe tylko to potwierdza.
 
Do góry Bottom