RFN, NRD, Niemcy: zbiorczy temat o sprawach zza zachodniej granicy pod wezwaniem lewego jaja Führera

FatBantha

sprzedawca niszowych etosów
Członek Załogi
8 893
25 482

"My, Niemcy, staliśmy się kiepskim żartem" - pisze redaktor naczelny gazety "Die Welt" Ulf Poschardt w tekście zatytułowanym "Witamy w Niemieckiej Republice Federalnej Klaunów". Globalne rozczarowanie nowym rządem i jego polityką zagraniczną odsuwa kraj od Zachodu.
Dzisiaj, 12:35
"Czy to kryzys ukraiński, transformacja energetyczna, czy też polityka w pandemii: rząd koalicji SPD, Zielonych i FDP nie przepuszcza żadnej okazji, by sprowadzić Niemcy na groteskową Sonderwege (specjalną drogę) - zauważa w komentarzu Poschardt. "Azymutami są: moralna arogancja, tchórzostwo i wygodnictwo".
"Witamy Niemieckiej Republice Federalnej Klaunów. Oferta 5000 hełmów dla Ukrainy, zagrożonej przez agresywnego autokratę, może stać się stałą frazą na przyszłych szczytach NATO i G-7, jeśli chodzi o poczucie odpowiedzialności Niemców. Staliśmy się żartem, złym, okrutnym. Mieszanką Gunthera (z »Przyjaciół«) i Utera Zoerkera, niemieckiego studenta w skórzanych spodniach z »The Simpsons«".
"Niestety, niemiecki dziwak powrócił" - uważa autor. "Globalne rozczarowanie nowym rządem i jego polityką zagraniczną odsuwa kraj od Zachodu. Kiedy w rosyjskim kanale propagandowym Russia Today sławi się niemieckiego admirała za zdradę idei wolności liberalnego Zachodu, wiadomo, dokąd doszliśmy" - podkreśla Poschardt.
Dalsza część artykułu pod materiałem wideo:
Zdaniem naczelnego "Welt" "aktualizuje się nieufność wobec Niemców, która poza oficjalną retoryką tak zasadniczo nie wygasła w Londynie, Paryżu czy Kopenhadze. (...) Nasza moralna pycha jest tylko po to, by zamaskować nasze tchórzostwo i wygodnictwo".
"Pacyfizm narodowy jest pretekstem do maskowania naszych lęków. Największą koalicją w tym kraju jest koalicja Putina i Rosji. Gdzie krytykuje się Putina co najwyżej od czasu do czasu ze względów strategicznych".
"Niemcy, »wciąż drewniany pedantyczny lud / wciąż kąt prosty / w każdym ruchu i w twarzy / zastygła pycha«, pisał Heinrich Heine w 1844 roku. Tak było przed nazistowskim barbarzyństwem - i tak pozostało" - pisze redaktor naczelny dziennika 'Welt".
 

NoahWatson

Well-Known Member
1 280
3 158
#rotfle
Meanwhile, it emerged that the timing of the Russian invasion had caught the head of German intelligence off guard after he was trapped in Kyiv as forces advanced.

Despite repeated warnings from the US and its allies, Bruno Kahl, the head of Germany's BND foreign intelligence service, had to be rescued over land in a two-day journey by special forces when the country's airspace was closed.
 

ckl78

Well-Known Member
1 335
1 619
Niemcy już mają pierwsze porozumienie o gazoporcie.

Agencja KfW działająca w imieniu rządu niemieckiego podpisała memorandum o porozumieniu z holenderskim Gasunie oraz niemieckim RWE w sprawie wspólnej budowy terminalu LNG w Brunsbuttel. KfW ma przejąć jego połowę udziałów, a przepustowość ma sięgnąć 8 mld m sześc. To reakcja Niemiec na atak Rosji na Ukrainę. Niemcy czerpią ponad jedną trzecią gazu z Rosji, ale zrezygnowały z projektu Nord Stream 2.


– Terminal zwiększy bezpieczeństwo dostaw i przyczyni się do większej niezależności od importu gazociągowego w północno-zachodniej Europie. Partnerzy projektu pracują na rzecz wdrożenia go tak szybko jak to możliwe z uwzględnieniem wymogów pomocy publicznej – tłumaczy resort gospodarki i energetyki. Zastrzega, że w przyszłości terminal może posłużyć do dostaw zielonego wodoru i amoniaku.

– Jest absolutnie jasne, że musimy uczynić dostawy surowców neutralnymi klimatycznie obniżając zużycie gazu i rozwijać dalej odnawialne źródła energii oraz wodór w pełnym tempie. Musimy jednak mieć gaz na okres przejściowy. Jednocześnie musimy zmniejszyć zależność od importu z Rosji tak szybko jak to możliwe, ostatecznie wojna Rosji w postaci agresji przeciwko Ukrainie czyni to naszym obowiązkiem. Terminale LNG są jak dodatkowe objazdy. Pomagają zwiększyć bezpieczeństwo dostaw Niemiec i Europy – wyliczał minister gospodarki i klimatu Robert Habeck.

Niemcy zamroziły projekt Nord Stream 2 i zapowiedziały budowę do dwóch terminali LNG, aby uniezależnić się od gazu z Rosji.

Ruskie sobie strzelbę przyłożyli podbijając cenę gazu.
 

FatBantha

sprzedawca niszowych etosów
Członek Załogi
8 893
25 482

Po agresji Rosji na Ukrainę w polskiej debacie publicznej wielokrotnie wyrażano oburzenie w związku z asekurancką postawą Niemiec. Postępowanie naszych zachodnich sąsiadów, którzy zwlekali z wprowadzeniem sankcji, miało być kolejnym dowodem na to, że Niemców nie interesuje dobro wspólne krajów UE, lecz realizowanie bilateralnych interesów gospodarczych z Rosją. By dobrze zrozumieć ich postępowanie, trzeba dobrze poznać ich sposób myślenia – postrzegania samych siebie i świata. Warto się przyjrzeć się dokładnie tym cechom „niemieckiej duszy”, które określają sposób prowadzenia polityki przez naszych zachodnich sąsiadów.
Niemiecka obsesja przewodzenia innym
Każdy naród ma swoje przywary. Jedną z największych naszych zachodnich sąsiadów jest pragnienie bycia mistrzem świata w niemalże każdej dziedzinie. Niemcy chcą być lepszymi od innych oraz innym moralnie przewodzić. Niezależnie od tego, czy chodzi o mistrzostwo świata w piłce nożnej, czy też masową eksterminację innych narodów, Niemcy chcą być Weltmeisterami. To ich ulubione słowo. Najważniejsze jest to, że nikt nie robi tego aż tak dobrze, jak oni.
Momentem przełomowym w kulturze niemieckiej ostatnich kilku dekad były mistrzostwa świata w piłce nożnej w 2006 r., kiedy to Niemcy po raz pierwszy masowo i z dumą wywiesili czarno-czerwono-żółtą flagę i poczuli się „mistrzami świata serc”. To określenie głęboko przeniknęło do niemieckiej psychiki i stało się paradygmatem budowania narodowej i indywidualnej tożsamości. Weltmeister der Herzen oznacza tożsamość fajnego, tolerancyjnego i wielokulturowego Niemca. Co ważne, Niemiec oczekuje, że będzie za to wszystko przez innych podziwiany.
Nasi zachodni sąsiedzi od II wojny światowej starają się pozować na największego nawróconego grzesznika pokutującego za największe zbrodnie. Niemcy chcą być jak św. Piotr, który najpierw upadł, gdy zaparł się Chrystusa, a potem został liderem największej organizacji religijnej na świecie. Tak też Niemcy z największych zbrodniarzy chcą zmienić się w liderów wskazujących innym narodom drogę.
Przykładem niemieckiej chęci liderowania jest chociażby tzw. droga synodalna. Dzięki ścisłej współpracy z państwem Kościół katolicki w Niemczech ma, co prawda, puste ławki, ale dużo środków finansowych i wpływ na politykę kościelną w wielu krajach. Uniwersalizm katolicyzmu czy w ogóle istnienie Rzymu tylko przeszkadzają Niemcom w realizowaniu ich agendy. Niemiecki Kościół forsuje rozwiązania, które nawet w samych Niemczech się jeszcze nie sprawdzają. A co dopiero w Ameryce Południowej, Europie Środkowej lub Afryce.
Podobnie rzecz ma się z polityką klimatyczną i migracyjną. Niemcy zamykają elektrownie jądrowe i otwierają granice dla migrantów. Z drugiej zaś strony nikt w Europie tak jak oni nie zanieczyszcza atmosfery spalanym węglem. Zapomina się też o tym, że np. Turcja przyjmuje znacznie więcej migrantów, zaś Pakistan, Uganda i Sudan przyjmują ich (po przeliczeniu wszystkich proporcji) praktycznie tyle samo. Wielu Polaków, Syryjczyków i właśnie Turków przekonało się na własnej skórze, że w praktyce niemiecka tolerancja wygląda różnie. Stąd może zrodzić się podejrzenie, że chodzi raczej o pozę, która ma po raz kolejny wykreować Niemców na mistrzów świata, a nie realne działanie na rzecz dobra wspólnego.
Niemiecki festiwal zbiorowej pokuty
W obliczu wojny niemieckie media z ledwo skrywaną radością prześcigają się w rozliczeniach z własnych błędów. Jak mogli być tak naiwni? Jak mogli uwierzyć Putinowi? Jak mogli wydać na świat kogoś takiego jak Gerhard Schröder? Nie trudno zauważyć, że ten temat niemalże przykrywa to, co się dzieje na Ukrainie.
Gdy w latach 90. budowano w Berlinie duży pomnik dla ofiar Shoah, to tamtejszy burmistrz – Eberhard Diepgen – zastanawiał się, czy Berlin nie stanie się w ten sposób stolicą żalu. Kilka dekad po zakończeniu II wojny światowej można sobie postawić pytanie, czy coroczne rytuały pamięci o Zagładzie nie są raczej ofiarą składaną ku czci niemieckiego ego, aniżeli wyrazem szacunku i pamięci dla faktycznych ofiar zbrodni. Historyk Michael Bodemann krytykował, że rola ofiar sprowadza się do statystów swoistego „teatrzyku wspomnienia”.
Gdy dochodzi do konkretów, Niemcy nagle stają się zaskakująco twardzi w negocjacjach, co już niejednokrotnie udowodnili (jak w przypadku sprawy zadośćuczynienia za ludobójstwo dokonanego na członkach plemienia Herero w Namibii). Sugeruje to, że nie tyle chodzi o realne wynagrodzenie krzywd, co raczej złożenie hołdu ku czci swojego ego, zostanie prymusem i wzorem do naśladowania.
Wspominam o tym, ponieważ spostrzegam, że niemieckie media w momencie inwazji wojsk rosyjskich na Ukrainę znowu w pewien sposób pomijały istotę tematu. Wojna na Ukrainie stała się okazją do kolejnego rytualnego samozachwytu nad własną umiejętnością żalu za grzechy. Wystarczy, że podam przykładowe tytuły artykułów z niemieckich mediów: Historyczna porażka Niemiec oraz trudne pytanie o alternatywy („Welt”), Koniec naiwności (Spiegel). W wywiadzie dla telewizji ARD Robert Habeck oznajmił, że „byłoby mądrzej, gdybyśmy nigdy nie zbudowali Nord Stream 2”. Dopiero przytłaczająca presja innych krajów zmusiła Niemcy do zmiany narracji i podjęcia właściwych kroków.
W tej całej medialnej, wewnątrzniemieckiej narracji rzeczywista ofiara konfliktu – Ukraina – jawi się jako statysta w kolejnym germanocentrycznym spektaklu. Zrozumiałe są refleksje obecne Polsce o tym, jak największy kryzys geopolityczny naszych czasów wpłynie na politykę krajową – czy to wzmocni Kaczyńskiego, czy Ziobrę, a może Tuska. Jeszcze bardziej zrozumiałe są pytania zadawane sobie przez Francuzów na niecałe dwa miesiące przed wyborami, czy aby urzędujący prezydent dobrze radzi w sobie w sytuacji kryzysowej. Ale egocentryczne zapatrzenie się na własne podwórko w wykonaniu Niemców jest jednak absolutnym ewenementem.
Dlaczego Niemcy zwlekały z sankcjami?
Można wskazać trzy powody niemieckiej powściągliwości w podjęciu decyzji co do ewentualnych sankcji nałożonych na Rosję. Pierwszym jest zarysowany przeze mnie niemiecki egocentryzm. Drugim i najprawdopodobniej najważniejszym powodem jest interes gospodarczy Niemiec. Niemcy wyróżniają się nieporównywalnym poziomem powiązań gospodarczych z autorytarnymi rządami na świecie: Rosją, Chinami oraz różnymi krajami Bliskiego Wschodu. Niemiecki przemysł nie przewiduje możliwości zerwania stosunków gospodarczych w razie konfliktu.
Odcięcie Rosji od systemu SWIFT mocno uderzyłoby w gospodarkę niemiecką, jako że jest on potrzebny do prowadzenia interesów związanych z gazem i ropą. Trochę ponad dekadę temu Merkel podjęła historyczną decyzję odejścia Niemiec od energii atomowej pod wpływem głęboko irracjonalnego lęku części społeczności przed potencjalnym promieniowaniem. Ceną jest duży wzrost zapotrzebowania na surowce i wzrost zależności energetycznej od Rosji.
Na marginesie chciałbym zwrócić uwagę na zwrot, jaki dokonał się w ostatnich dniach w niemieckim dyskursie na temat energetyki. Chodzi o freiheitsenergien (energię z wolności). To termin używany przez Christiana Lindnera. Nawiązuje on do odnawialnych źródeł energii, które są oczywiście od Rosji niezależne. Termin ma wymiar metaforyczny – oznacza zrodzone w Niemcach wolne działanie zdolne dostosować się do nowych geopolitycznych warunków. Niemcy odkryli, że wobec nowej sytuacji politycznej są gotowi na szybkie wprowadzanie zmian. Pokazuje to, że nasi zachodni sąsiedzi, co do zasady, są niechętni wobec gwałtownych ruchów w polityce, ale mogą je podjąć, gdy zachodzi taka konieczność.
Trzeci czynnik wymaga szerszego omówienia. Chodzi o specyficzne i niezrozumiałe dla Polaków nastroje polityczne niemieckiego społeczeństwa. Można wyróżnić cztery nurty. Pierwsza grupa to milcząca większość. Ludzie, którzy co prawda nie lubią Putina, ale zarazem Ukraina jest dla niej bardzo odległa i wątpią „czy ich to wszystko w ogóle dotyczy”. Stosunkowo nieliczni decydują się na coś więcej niż założenie błękitno-żółtej nakładki w mediach społecznościowych. Drugi nurt można by nazwać otwartą piątą kolumną Putina. Mowa tu o ludziach otumanionych rosyjską propagandą i rusofilach, którzy postrzegają Putina jako ostoję konserwatyzmu, głos sprzeciwu przeciwko politycznej poprawności i koronadyktaturze.
Trzeci nurt stanowią nieświadomie pożyteczni idioci Kremla. Są to m.in. Friedensbewegung, czyli groteskowi pacyfiści. Ledwo zdążyły spaść pierwsze bomby, a oni już wyszli na ulicę, by protestować… przeciwko NATO. Dla znaczącej części niemieckiego społeczeństwa wrogiem numer jeden zawsze była i pozostanie Ameryka. Przyjmują ze zgrozą fakt, że teraz NATO przemieszcza wojska na zagrożony wschód Europy. Najwięcej przedstawicieli tej grupy możemy znaleźć wśród klasycznej lewicy, Zielonych i skrajnej prawicy. Sekcję komentarzy pod bieżącymi artykułami online są dokładnie podzielone między nimi a osobami o zdrowym rozsądku, kwestionującymi stwierdzenie, że „to NATO sprowokowało wojnę”.
Ciekawe zjawisko stanowi czwarta grupa wyborców, na którą składają się mieszkańcy landów byłej NRD. Od czasów komunistycznej dyktatury panuje tam swoisty syndrom sztokholmski (wyjątkiem jest Berlin), silne zamiłowanie do Rosji i nienawiść wobec Ameryki. Lokalni politycy biorą te nastroje pod uwagę. Ich działanie nie jest jednak cyniczne – rzeczywiście wolą Rosję od Stanów Zjednoczonych.
Jako przykład prorosyjskiego polityka może posłużyć chociażby Manuela Schwesig, premier Meklemburgi-Pomorza Przedniego, która jest czołowym rzecznikiem na rzecz współpracy z Rosją i wielkim zwolennikiem uruchomienia gazociągu Nord Stream 2. Tradycyjnie najwięcej osób spośród wymienionego przeze mnie czwartego nurtu znajduje się w niemieckiej socjaldemokracji i wśród postkomunistów.
To ta ostatnia grupa miała niebagatelny wpływ na ostrożność Niemców w angażowanie się w konflikt po stronie Ukrainy. Jednak wobec solidarności całego świata z Ukrainą głosy prorosyjskie obecnie ucichły. Pojawił się wręcz nastrój „polowania na czarownice” którymi stali się sympatycy Kremla. Być może to tylko chwilowa emocja i nie ma powodu, by zanegować możliwość, że w momencie, gdy ucichną działa armat, nie pojawią się znowu argumenty, by „drugą stronę też wysłuchać”.
Niemcy nie potrafią myśleć w sposób globalny
Wszystkie wymienione przeze mnie grupy łączy jedna kluczowa cecha: niemiecki problem z myśleniem w kategoriach globalnych lub chociażby europejsko wspólnotowych. Zachodzi tu pewien paradoks. Można odnieść wrażenie, że Niemcy czują się indywidualnie odpowiedzialni za takie globalne problemy, jak uratowanie klimatu albo rozwiązanie kryzysu migracyjnego, ale już nie za skutki własnego działania. Swego czasu wielką burzę w Niemczech wywołała wypowiedź ministra obrony, Petera Strucka. Skomentował on obecność niemieckiego wojska w Afganistanie w sposób następujący: „Wolność Niemiec jest broniona nad Hindukuszem”.
Wielkie oburzenie, jakie wywołała w Niemczech ta wypowiedź, ma swe źródło w tym, że myślenie stojące za wypowiedzią Strucka jest radykalnie obce niemieckiej mentalności. Równie dobrze można by powiedzieć: spójność eurostrefy jest broniona w Grecji. Zamożność Niemiec jest broniona w Brukseli. Przemysł niemiecki jest broniony w krajach V4. Dla Niemców takie twierdzenia to absurd. Myślenie wspólnotowe albo chociażby logiczne połączenie faktów, że np. każde niemieckie euro zainwestowane w polskie autostrady potencjalnie się zwraca, nie przebija się do świadomości przeciętnego Niemca.
Naszym zachodnim sąsiadom brakuje poczucia, że wiele ekonomicznych „poświęceń” się im najzwyczajniej opłaca. Elity gospodarcze i polityczne często są świadome tego faktu, ale jest on wybitnie niepopularny, bo lepiej się czuć samodzielnym mistrzem świata w budowie samochodów niż przyznać, że cały przemysł by runął bez montowni w krajach Europy Środkowo-Wschodniej. Lepiej się też czuć wybitnym pod względem moralnym narodem przyjmującym rzeszę migrantów niż uświadomić sobie, że skuszona niemiecką obietnicą ogromna część z nich ginie w drodze albo obciąża kraje będące na szlaku do Niemiec.
W zwlekaniu z wprowadzeniem sankcji i dyskusjach o ich kosztach zabrakło wśród naszych zachodnim sąsiadów refleksji, że wysiłek dla zapewnienia pokoju i wolności w Europie jest w pewien sposób analogiczny do ofiary na rzecz zapobiegania katastrofie klimatycznej, którą przecież Niemcy chcą chętnie ponosić. I jedna, i druga ofiara jest jak najbardziej słuszna.
Dobro kosztuje, choć nie zawsze zwraca się bezpośrednio. Zielona minister Annalena Baerbock początkowo zdecydowanie blokowała wprowadzanie sankcji, uzasadniała to właśnie kosztami dla niemieckiej gospodarki. Jednak przy (słusznie) forsowanym Zielonym Ładzie jej partia nie sięga od razu po kalkulator. Podobieństwa między tymi sprawami są duże. W jednym i drugim przypadku chodzi o inwestycję długofalową, której zyski trudno oszacować.
Tak jak wspomniałem, niemieckie elity są świadome ogromnych korzyści z „ofiarności niemieckiego podatnika”. Żaden inny kraj w Europie nie zyskał tak wiele na istnieniu wspólnego rynku w UE. Jednak narracja, że wszyscy tylko wyzyskują „skarbonkę Europy”, niestety wciąż jest wewnątrz niemieckiej debaty publicznej bardzo popularna. Na tym zbiła swój kapitał populistyczna AfD, która protestowała przeciwko dotowaniu zbankrutowanej Grecji. Inwestowanie w polską gospodarkę się Niemcom opłaca, stawianie na niemiecką zieloną technologię po części też, utrzymywanie eurostrefy zdecydowanie tak, ale dobra niematerialne, takie jak pokój, stabilność i zdrowy klimat nie zawsze dają się oszacować. Polacy okazujący ofiarną pomoc Ukraińcom raczej nie myślą o korzyściach.
Nieczęste okazy wielkości i męstwa w niemieckiej polityce w ostatnich latach polegały właśnie na tym, że politycy potrafili choć na chwilę odłożyć bezpośrednie korzyści i zainwestować w ryzykowną przyszłość bez gwarancji zwrotu kosztów. Autentyczne wysiłki w polityce klimatycznej czy migracyjnej, nakłady pieniężne lokowane w krajach afrykańskich, zaniechanie zbijania kapitału politycznego na antyamerykańskich nastrojach – te postawy udowadniały, że Niemcy są w stanie przekroczyć swój partykularny interes.
Na ogół jednak Niemcy potrzebują uzasadnienia ofiarności poprzez potencjalne zyski. Christian Lindner ze swoją Freiheitsenergie pokazuje, że odcięcie się od rosyjskiej energii może się Niemcom ostatecznie opłacić. Martin Schulz (SPD) albo Katrin Göring-Eckardt (Zieloni) przekonywali kiedyś, że uchodźcy „są jak złoto” dla Niemiec (za te komentarze zostali przez populistów pożarci). Dla naszych zachodnich sąsiadów najlepiej byłoby, żeby wszystko otrzymywali za darmo i nigdy żaden Niemiec nie musiał za nic zapłacić, a już na pewno nie za własne błędy.
***
Niemcy zmieniły politykę, gdyż postawiono ich w roli pariasa, który znajduje się po niewłaściwej stronie historii. Gdyby nie międzynarodowa presja i obrazy bomb spadających na Kijów, nic nie ruszyłoby niemieckiego olbrzyma. Jednocześnie nie ma co się łudzić, że Niemcy trwale zmienili nastawienie. Publicysta „Zeit” komentujący wypowiedź Ursuli von der Leyen o możliwym członkostwie Ukrainy w UE z niepokojem zapytał: „A co, jeśli ona tak na poważnie?”. Niemcom należy nieustannie przypominać, że są integralną częścią Zachodu. Ostatnie wydarzenia pokazują, że presja ma sens. Przede wszystkim jednak trzeba pokazać Niemcom, że prawdziwe mistrzostwo świata osiągną wtedy, gdy zaczną realnie dbać o dobro wspólne Europy. Tylko wtedy ich pragnienie przewodzenia może zostać pozytywnie skanalizowane.
 

NoahWatson

Well-Known Member
1 280
3 158
Niemieccy Mistrzowie Logicznego Myślenia
Ruscy imigrańci w Niemczech protestują wobec przyjmowaniu imigrantów z Ukrainy.
#Russians who immigrated to #Germany took to the streets to protest against the acceptance of refugees from #Ukraine

If there are those in #EU who are nostalgic for #Soviet Union it is time to return to their homeland, where there is no more currency and shortage of basic goods.


View: https://twitter.com/nexta_tv/status/1502646830693339142
 

FatBantha

sprzedawca niszowych etosów
Członek Załogi
8 893
25 482
Politico dosyć brutalnie poszło, IMO. Pytanie, gdzie podziewały się podobne teksty w czasach rządów Merkel?

Niemcom nie jest obce opowiadanie się po złej stronie historii, dlatego nikogo nie powinno dziwić, że przez ostatnie 16 lat Berlin stał po niewłaściwej stronie sporu o to, jak postępować z Rosją. Mniej przewidywalna była szybkość, z jaką Niemcy porzuciły w ostatnich tygodniach swoje stanowisko wobec Moskwy, wstrzymując kontrowersyjny projekt gazociągu Nord Stream 2, wysyłając broń do Ukrainy, przyłączając się do sankcji wobec Rosji, a nawet ogłaszając, że zaczną inwestować znaczne sumy we własną armię.
Matthew Karnitschnig
Dzisiaj, 08:18
  • Podtrzymywanie dialogu z Putinem pomimo jego nieustannej agresji było błędem, który zapewni Merkel miejsce w panteonie politycznej naiwności obok Neville'a Chamberlaina
  • Miękkie podejście Merkel do Rosji nie tylko otworzyło Putinowi drzwi do dalszych działań, ale wręcz skutecznie go do nich zachęciło, dodaje autor
  • I stwierdza: inwazja Rosji na Ukrainę to nie tylko porażka lat rządów kanclerz Merkel, ale także całego pokolenia niemieckich polityków z wszystkich opcji
  • Choć Merkel ponosi największą winę za wpadnięcie w pułapkę rosyjskiego przywódcy, to prawda jest taka, że winna jest cała niemiecka klasa polityczna, pisze Karnitschnig
  • Lider koalicyjnych Wolnych Demokratów powiedział w dniu rozpoczęcia wojny, że Berlin nie wyśle broni do Ukrainy, bo kraj "ma jeszcze tylko kilka godzin" suwerenności
Niemcy niemal z dnia na dzień zgodziły się zrobić wszystko, do czego Stany Zjednoczone i inni sojusznicy namawiali je od lat. Berlin wymyślił nawet hasło przewodnie tej zmiany, które nadaje się na hashtag: Zeitenwende, czyli punkt zwrotny.
Po kilku tygodniach stało się jasne, że to, co niemieccy przywódcy tak naprawdę chcą powiedzieć, to: "Nie ma o czym mówić".
W tej kwestii Niemcy mają jednak tyle szczęścia, co armia rosyjska w Ukrainie. Dzieje się tak dlatego, że Niemcy nie tylko "źle oceniły Putina", jak powiedział w zeszłym tygodniu wieloletni doradca Angeli Merkel ds. polityki zagranicznej Christoph Heusgen, nowy przewodniczący Monachijskiej Konferencji Bezpieczeństwa.
Uparte dążenie Niemiec do podtrzymywania stosunków z rosyjskim przywódcą w obliczu jego nieustannej agresji (katalog przewinień obejmuje inwazję na Gruzję, zabójstwa przeciwników za granicą i zbrodnie wojenne w Syrii) było niczym innym jak katastrofalną pomyłką, która zapewni Merkel miejsce w panteonie politycznej naiwności obok Neville'a Chamberlaina.

Niemcy dostrzegają błędy Merkel

Powoli, ale nieuchronnie, do Niemców zaczyna docierać, że miękkie podejście Merkel do Rosji – które sięgnęło zenitu wraz z decyzją z 2015 r. o zezwoleniu na budowę gazociągu Nord Stream 2, pomimo aneksji Krymu przez Rosję i jej roli w wojnie separatystów we wschodniej Ukrainie – nie tylko otworzyło Putinowi drzwi do dalszych działań, ale wręcz skutecznie go do nich zachęciło.
Inwazja Rosji na Ukrainę to nie tylko porażka lat rządów kanclerz Merkel, ale także całego pokolenia niemieckich polityków z wszystkich opcji, zaślepionych nostalgią za Ostpolitik i Wandel durch Handel (Zmiana przez handel), polityką odprężenia z lat 70. XX w., której orędownikiem był kanclerz Willy Brandt i która według niemieckiej mitologii doprowadziła do zakończenia zimnej wojny.
Zbiorowa odpowiedzialność Niemiec sprawia, że łatwiej jest powiedzieć, niż zrobić. W niemieckiej polityce nie ma postaci w stylu Churchilla, która od lat ostrzegałaby przed niebezpieczeństwami związanymi z zaufaniem do Putina. Choć Merkel ponosi największą winę za wpadnięcie w pułapkę rosyjskiego przywódcy, to prawda jest taka, że winna jest cała niemiecka klasa polityczna.

Nie tylko Merkel

Jako minister finansów i wicekanclerz Merkel, obecny kanclerz Olaf Scholz, którego socjaldemokraci byli siłą napędową rurociągu Nord Stream, był orędownikiem poglądu, że najlepszym sposobem na poradzenie sobie z Putinem jest niekończący się "dialog".
Jens Plötner, obecnie doradca Scholza do spraw bezpieczeństwa narodowego, był jednym z głównych twórców tej polityki w latach, gdy był wysokim rangą dyplomatą w niemieckim MSZ, gdzie pełnił funkcję szefa sztabu ówczesnego ministra spraw zagranicznych Franka-Waltera Steinmeiera (socjaldemokraty, który jest obecnie prezydentem Niemiec), a ostatnio dyrektora politycznego ministerstwa.
Nawet po tym, jak w grudniu Putin zgromadził dziesiątki tysięcy żołnierzy na granicy z Ukrainą, Plötner doradzał Scholzowi pozostanie przy Nord Stream 2 i publiczne powtarzanie fikcji, że jest to jedynie "projekt komercyjny".
Dawny szef Plötnera, Steinmeier, który w 2016 r. oskarżył NATO o "pobrzękiwanie szabelką i podżeganie do wojny" za przeprowadzenie ćwiczeń wojskowych na wschodniej flance sojuszu, niemal do momentu oddania pierwszych strzałów w stronę Ukraińców przekonywał, że Niemcy powinny wykorzystać energetykę jako sposób na budowanie mostów z Rosją.
Obecnie Steinmeier, który jako prezydent ma być autorytetem moralnym Niemiec, zajmuje się organizowaniem koncertów pod hasłem "wolność i pokój" z udziałem rosyjskich i ukraińskich muzyków. (Jeden z takich koncertów odbył się na początku marca w Dreźnie, gdy na Charków, drugie miasto Ukrainy, spadały bomby).
W weekend Andrij Melnyk, ambasador Ukrainy w Niemczech, zadeklarował, że zbojkotuje najnowszą imprezę Steinmeiera, mówiąc, że Ukraińcy nie mają czasu na "wielką rosyjską kulturę", kiedy Moskwa morduje niewinnych cywilów.

Winni również koalicjanci SPD

Choć mniej odpowiedzialne niż chadecy czy socjaldemokraci Merkel za politykę, która doprowadziła do inwazji Putina na Ukrainę, mniejsze partie rządzącej w Niemczech koalicji – liberalni Wolni Demokraci i Zieloni – również nie okryły się chwałą.
Choć Zieloni sprzeciwiali się Nord Stream 2, uczynili to nie tyle z powodów ekologicznych, co z solidarności z Ukrainą. Bardziej znaczący był ich niezłomny sprzeciw wobec dostaw broni do Kijowa, który skończył się dopiero po rozpoczęciu walk.
Wolni Demokraci byli podzieleni w kwestii tego, co zrobić z Nord Stream 2. Wielu członków partii, w tym zastępca jej lidera Wolfgang Kubicki, popierało większe zaangażowanie w sprawy Rosji.
Według Melnyka lider Wolnych Demokratów Christian Lindner, który jest również ministrem finansów Niemiec, powiedział mu w dniu rozpoczęcia wojny, że nie ma sensu, by Berlin wysyłał broń na Ukrainę lub odcinał Rosję od międzynarodowego systemu płatności SWIFT, ponieważ jego kraj "ma jeszcze tylko kilka godzin" suwerenności.
Sceptycyzm co do perspektyw Ukrainy, nie mówiąc już o obawach dotyczących konsekwencji zbyt ostrego postępowania wobec Rosji, podzielało wielu członków głównej partii opozycyjnej, Chrześcijańskich Demokratów (CDU). Na kilka tygodni przed inwazją Rosji lider CDU Friedrich Merz ostrzegał, że odcięcie Rosji od systemu SWIFT może wyzwolić "bombę atomową na rynkach kapitałowych".

Wszyscy się myliliśmy

Myląc się co do Rosji i Putina na każdym kroku, niemieccy politycy uciekają się do argumentu "kto to mógł przewidzieć?"
– Ja się myliłem i wszyscy się myliliśmy – powiedział w weekend Wolfgang Schäuble, éminence grise niemieckiej polityki i wieloletni minister finansów CDU, w wywiadzie dla "Welt am Sonntag".
Schäuble i jego koledzy pomijają jednak fakt, że sojusznicy Niemiec od lat ostrzegali je, że nie doceniają Putina. W konfrontacji z tą rzeczywistością Niemcy nie bardzo wiedzą, jak zareagować.
Po tym, jak ukraiński prezydent Wołodymyr Zełenski przypomniał niemieckim deputowanym w przemówieniu wygłoszonym w tym miesiącu w Bundestagu, że interesy Niemiec z Rosją pomogły sfinansować wojnę przeciwko jego krajowi, i zaatakował ich za "nic niewarte" gołosłowne deklaracje na temat Holokaustu, posłowie zgotowali mu owację na stojąco – a potem szybko wrócili do normalnych zajęć, w tym do składania życzeń urodzinowych dwóm deputowanym.

Pożyteczni idioci

W czasie zimnej wojny termin "pożyteczny idiota" stał się etykietą dla umiarkowanych na Zachodzie, którzy łatwowiernie padli ofiarą argumentów komunistów.
Od zawetowania przez Niemcy członkostwa Ukrainy i Gruzji w NATO w 2008 r., przez dążenie do zawarcia umów gazowych z Moskwą, po opór przed wysłaniem broni do Kijowa – przywódcy tego kraju systematycznie służą jako pożyteczni idioci Putina.
Przez cały czas tzw. Russlandversteher – "rozumiejący Rosję" i zadowoleni z siebie sympatycy tego kraju, którzy zasiedlają krajowy establishment polityczny – odrzucali krytykę swojego postępowania, upierając się, że wiedzą lepiej, a jednocześnie (dosłownie) śmiali się Waszyngtonowi w twarz.
Nikomu już dzisiaj nie jest do śmiechu.
Nawet jeśli sojusznicy cieszą się z berlińskiej Zeitenwende, nie dają się nabrać na przemianę Niemców.
Ukraina, która została zrównana z ziemią przez Niemcy w czasie II wojny światowej, w wyniku której straciła ponad 15 proc. ludności, z pewnością nie wybaczy i nie zapomni.
Niemcy nie zyskają też prawdziwej wiarygodności w ramach sojuszu transatlantyckiego (niezależnie od tego, ile miliardów przeznaczą na obronę), dopóki nie nastąpi uczciwy rozrachunek z historią lat rządów Merkel-Putin.
Niemcy wiedzą aż za dobrze, że nawet jeśli na jakiś czas można się ukryć przed historią, to nie da się od niej uciec.
 

FatBantha

sprzedawca niszowych etosów
Członek Załogi
8 893
25 482

Ukraina - Rosja
Wczoraj, 4 kwietnia (17:32)

Markus Soeder, szef CSU i premier Bawarii, wezwał podczas poniedziałkowego posiedzenia zarządu partii do zmiany ministra obrony - informuje gazeta "Bild". Zdaniem Soedera, obecna szefowa resortu Christine Lambrecht (SPD) jest "całkowicie przytłoczona" wojną na Ukrainie, a także "zhańbiła Niemcy".
- Zhańbiła Niemcy w oczach Ukrainy i naszych zachodnich partnerów. Scholz powinien dokonać roszady w gabinecie - powiedział o minister Christine Lambrecht szef CSU. Dodał, że Ukraina potrzebuje więcej broni, a "Niemcy muszą dostarczać broń, nie stając się uczestnikiem tej wojny".

Wojna w Ukrainie. Niemcy: Szef CSU żąda dymisji minister obrony

Jak przypomina "Bild", Lambrecht już od tygodni była mocno krytykowana za swoją pracę w gabinecie ministerstwa obrony. Główny zarzut dotyczył opóźniania tygodniami dostaw broni na Ukrainę. Potem, gdy dostarczono broń, okazało się, że była ona niesprawna.
"Minister zawiodła jako jedna z kluczowych osób, odpowiedzialnych za zarządzanie kryzysowe od początku wojny z Putinem" - zauważa "Bild" i podaje, że potwierdziła to również ankieta, przeprowadzona przez instytut badań opinii Allensbach na zlecenie "Der Spiegel".
Z sondażu wynika, że 55 proc. obywateli jest niezadowolonych lub bardzo niezadowolonych z pracy minister obrony. - Lambrecht to całkowita porażka z perspektywy Niemców - skomentował Klaus Schweinsberg, szef Centrum Strategii i Wyższego Zarządzania w Allensbach.

Niemcy odmawiają Ukrainie. Chodzi o wozy bojowe

W niedzielę minister obrony Niemiec Christine Lambrecht odrzuciła prośbę Ukrainy o przekazanie jej siłom zbrojnym bojowych wozów piechoty. Prosił o nie w oficjalnym piśmie szef MON Ukrainy Ołeksij Reznikow.
Niemiecki resort obrony wyjaśnił, że wszystkie opancerzone bojowe wozy piechoty Bundeswehry są potrzebne ze względu na zobowiązania NATO i decyzja o ich wycofaniu musiałaby zostać podjęta w ramach Sojuszu.
 

FatBantha

sprzedawca niszowych etosów
Członek Załogi
8 893
25 482

Dla Niemców oczywiste powinno być opowiedzenie się po stronie ukraińskiego prezydenta Zełenskiego i jego kraju. Paradoksalnie jednak agresor zyskuje więcej współczucia niż ofiara. Niemiecka empatia dla Ukrainy i dla Zełenskiego jest ograniczona — uważa autor tekstu opublikowanego przez tygodnik "Spiegel".
Wczoraj, 23:59
  • Niemiecki komentator Christian Neef tłumaczy, dlaczego uważa, że Niemcy powinny mocno wspierać Ukrainę
  • Jednym z powodów braku opowiedzenia się po stronie Zełenskiego i Ukrainy "są względy materialne" — uważa Neef
  • Neef: "Fakt, że Niemcy muszą poświęcić część swojego dobrobytu na rzecz małej i z ich punktu widzenia coraz bardziej nieskromnej Ukrainy — rzekomo mało znaczącego państwa, które w rzeczywistości jest około dwa razy większe od Niemiec i posiada znaczący przemysł — nie jest dla wielu zrozumiały"
"Niedawno usłyszałem coś dziwnego od dalekiej znajomej, która wie o moim zainteresowaniu Rosją i Ukrainą. Odezwała się do mnie, a ja zrozumiałem, że szuka odpowiednich słów: »Zełenski tak wiele od nas wymaga« — powiedziała. A potem dodała: »Ale na wszystko pracowaliśmy przecież własnymi rękami«. Kilka dni później pewien starszy pan o liberalnych poglądach wyjaśnił mi prawie to samo, ale innymi słowami" — pisze Christian Neef, autor tekstu opublikowanego w "Spieglu".

"Do tej pory o wątpliwościach dotyczących ukraińskiego przywódcy słyszałem tylko z Moskwy. W tym kontekście słowo »wątpliwości« jest zbyt słabe. Ponieważ każdego dnia Rosja wylewa na Zełenskiego wiadra brudów, z nienawiścią i podstępnością, które zapierają dech w piersiach" — zauważa Christian Neef.

Dlaczego Niemcy powinni stać przy Ukrainie?

Czyż Niemcy nie powinni "stanąć po stronie Zełenskiego i jego kraju?" — zastanawia się autor. "Teza Putina o walce idei między Rosją a Zachodem określa również nas, społeczeństwa, jako przeciwników tej wojny".
"Mogą być dwa powody, dla których tak się nie dzieje" — uważa Neef. Po pierwsze, "istnieje oczywiście stała protekcjonalność wielu Niemców (zachodnich) wobec Europy Wschodniej. Kraje takie jak Ukraina przez dziesięciolecia były ślepymi zaułkami w ich świadomości. Byli skupieni na wielkiej Rosji, którą choćby ze względów historycznych należało zadowolić".
Nawet po tym, jak Putin "rozpętał morderczą wojnę w środku Europy, nie wydaje się, by ta fiksacja na punkcie Rosji zmalała, a może wręcz przeciwnie. Dla wielu Niemców roszczenia Ukrainy nic nie znaczą, natomiast Rosjan — tak. Obserwujemy więc w tej wojnie paradoks: agresor spotyka się z większym zrozumieniem ze strony wielu Niemców — mniej lub bardziej ukrytym — niż ofiara".
Drugim powodem braku opowiedzenia się po stronie Zełenskiego i Ukrainy "są względy materialne" — czytamy w tekście. Zdaniem autora w miarę trwania wojny "wielu Niemców staje się coraz bardziej świadomych zagrożeń, jakie ta wojna dla nich stwarza. Słyszą o gwałtownie rosnących cenach gazu i obserwują wzrost cen benzyny na swoich stacjach benzynowych.
Fakt, że muszą poświęcić część swojego dobrobytu na rzecz małej i z ich punktu widzenia coraz bardziej nieskromnej Ukrainy — rzekomo mało znaczącego państwa, które w rzeczywistości jest około dwa razy większe od Niemiec i posiada znaczący przemysł — nie jest dla wielu zrozumiały".
Ukraina jest przecież "częścią tej Europy Wschodniej, która — podobnie jak Węgry, Polska czy kraje bałtyckie — lubi marudzić przeciwko duchowi Zachodu i w ten sposób wywoływać niepokoje" — pisze Neef.

Postawa wyczekująca Niemiec

Czy Angela Merkel "nie sygnalizowała wielokrotnie Niemcom: nie zabiorę wam niczego, na co tak ciężko pracowaliście, nie będzie żadnych reform, wasz standard życia pozostanie taki, jaki jest? Jej polityka była polityką status quo. Olaf Scholz nie ma sobie nic do zarzucenia, ponieważ od samego początku brał pod uwagę tę mentalność, przyjmując postawę wyczekującą" — uważa autor.
Dlatego, zdaniem autora tekstu, "niemiecka empatia dla Ukrainy i dla Zełenskiego jest ograniczona. Prezydent Ukrainy i jego 40 milionów rodaków płacą za to cenę. I my też w pewnym momencie będziemy. Ale tylko kilka osób w Niemczech zdaje się to rozumieć" — konkluduje Christian Neef.
 

FatBantha

sprzedawca niszowych etosów
Członek Załogi
8 893
25 482

Ukraina - Rosja
Od wybuchu rosyjskiej wojny przeciwko Ukrainie wizerunek Niemiec w Polsce mocno ucierpiał - pisze "Frankfurter Allgemeine Zeitung". - Od wybuchu wojny w Polsce można zaobserwować poważną utratę zaufania do Niemiec. Grozi to tym, że kraje wschodniej i zachodniej UE oddala się od siebie - powiedział niemiecki ambasador w Warszawie.
"Nastroje między Polską a Niemcami są złe" - pisze we wtorek niemiecki dziennik "Frankfurter Allgemeine Zeitung". "Od dłuższego czasu po obu stronach wyczuwalna jest obcość. Do tego dochodzi teraz wojna w Ukrainie, która wiele spraw w stosunkach polsko-niemieckich stawia w nowym świetle" - ocenia korespondent gazety Gerhard Gnauck.
Jak pisze, mocno ucierpiał wizerunek całych Niemiec - a nie tylko byłej kanclerz Angeli Merkel i kanclerza Olafa Scholza - z powodu błędów w polityce wschodniej i energetycznej oraz kluczenia w sprawie dostaw broni dla Ukrainy. "Z kolei Polska, udzielająca szerokiego wsparcia zaatakowanemu sąsiadowi zyskała większe poważanie" - ocenia Gnauck.

Utrata zaufania

Ambasadorowie obu krajów mocno odczuwają tę obcość, twierdzi niemiecki dziennikarz. Opuszczający placówkę w Warszawie niemiecki ambasador Arndt Freytag von Loringhoven mówi gazecie: "Od wybuchu wojny w Polsce można zaobserwować poważną utratę zaufania do Niemiec. Grozi to tym, że kraje wschodniej i zachodniej UE oddala się od siebie".
"W tej dramatycznej sytuacji w Europie polska partia rządząca PiS musi jasno pokazać, czy chce, by Niemcy były partnerem, czy też służyły za obraz wroga i kozła ofiarnego, którego publicznie się krytykuje. My chcemy współpracować. Jednak PiS wykorzystuje ten temat do urabiania elektoratu" - ocenia niemiecki dyplomata.

Sympatię zastąpiła niechęć

"FAZ" cytuje także byłego polskiego ambasadora w Berlinie Andrzeja Przyłębskiego, który zakończył swą misję krótko przed rosyjską inwazją na Ukrainę. Jak mówi, nie dostrzega pogorszenia się stosunków polsko-niemieckich w ostatnich miesiącach. "W najlepszym razie od lat były one poprawne, o co zabiegały obie strony, a polska strona intensywniej. Ale to, co pogorszyło się znacząco, to wizerunek Niemiec w Polsce" - ocenia Przyłębski, cytowany przez "FAZ".
Dodaje, że niegdysiejsza sympatia dla Niemiec przerodziła się w niechęć. Pierwszym powodem była strategia Berlina wobec Ukrainy, polegająca na słowach zamiast czynach. Zaś drugim: zachowanie niemieckich polityków w Parlamencie Europejskim i w Komisji Europejskiej. "Mam na myśli nieusprawiedliwioną, uzasadnianą ideologicznie blokadę środków UE" - mówi Przyłębski. Dodaje, że większość Polaków uznała to za stawanie po stronie opozycji, aby pomóc jej w powrocie do władzy.

Krytyka w obozie liberałów

Korespondent "FAZ" ocenia też, że wydarzenia za wschodnią granicą Polski są dla szefa PiS Jarosława Kaczyńskiego potwierdzeniem, że bezpieczeństwa należy szukać "przede wszystkim w narodowych ramach". W Polsce także czytano sondaże z ostatnich siedmiu lat, według których niemieckie społeczeństwo w większości byłoby przeciwko udzielaniu Polsce pomocy militarnej w sytuacji kryzysowej, pisze Gnauck.
Do tego obrazu pasuje to, że - "najwyraźniej z powodu wygórowanych polskich żądań" - nie doszło do wymiany czołgów między Berlinem a Warszawą w zamian za sprzęt dostarczony przez Polskę Ukrainie, dodaje. Według "FAZ" lepiej wygląda sytuacja z planem dostarczania ropy do rafinerii w Schwedt za pośrednictwem portu w Gdańsku.
Niemiecki dziennik wskazuje, że niezadowolenie z niemieckiej polityki "sięga do obozu liberalnych intelektualistów". Cytuje teksty publicystki Ewy Wanat, która ostro skomentowała niedawny list otwarty niemieckich intelektualistów i celebrytów do kanclerza Scholza, sprzeciwiających się dostawom ciężkiej broni dla Ukrainy, a także artykuł producenta filmowego Macieja Strzembosza w "Rzeczpospolitej", który zarzucił Niemcom m.in. to, iż "przepracowali po wojnie kwestię antysemityzmu i Holokaustu, ale nie przepracowały innego problemu nazizmu, czyli dogmatu o wyższości wielkich narodów nad mniejszymi".
Anna Widzyk
 

FatBantha

sprzedawca niszowych etosów
Członek Załogi
8 893
25 482
:)

3 sierpnia 2022, 19:15
Rosyjski Gazprom może wreszcie odebrać turbinę Nord Stream 1 z naprawy w Kanadzie. Po tygodniach zabiegów Niemiec dotarła ona na ich terytorium, ale Gazprom jej nie odbierze, za to dostawy gazu spadły jeszcze przed tą deklaracją.
– Reżim sankcji w Kanadzie, Unii Europejskiej i Wielkiej Brytanii, a także niezgodność obecnej sytuacji z obecnymi zobowiązaniami kontraktowymi Siemensa czyni dostawę turbiny 073 do tłoczni Portowaja niemożliwą – ocenił Gazprom po tygodniach sporów z Niemcami.
Rosjanie przekonywali, że bez tej turbiny gazociąg Nord Stream 1 nie będzie mógł pracować, więc Berlin wymusił na Ottawie zawieszenie części sankcji, by dostawa z naprawy w Montrealu była możliwa. Wówczas Gazprom ocenił, że psują się kolejne turbiny i przez sankcje nie można ich konserwować, więc dostawy po przerwie technicznej z początku lipca spadną. Kiedy dostawy przez Nord Stream 1 spadły do 20 procent jego przepustowości, Niemcy ocenili, że turbina nie jest potrzebna do ich zwiększenia, a działania Rosjan to blef. Kulminacją była wizytacja kanclerza Olafa Scholza w miejscu przechowywania turbiny i jego ocena, że Rosja celowo ogranicza dostawy gazu.
Krytycy działania Gazpromu wskazują, że ogranicza on dostawy gazu od wakacji 2021 roku podsycając kryzys energetyczny w celu sparaliżowania wsparcia Europy na rzecz Ukrainy zaatakowanej przez Rosję. Gazprom wielokrotnie używał argumentu sankcji zachodnich jako przyczyny problemów z Nord Stream 1. Niemcy oceniają, że nie ma podstaw technicznych do ograniczenia dostaw tym szlakiem.
Wojciech Jakóbik


W ubiegłym tygodniu były kanclerz Niemiec Gerhard Schroeder spotkał się z Władimirem Putinem. Potem w wywiadzie dla tygodnika "Stern" i telewizji RTL/ntv przekazał m.in., że "Kreml chce dążyć do rozwiązania konfliktu poprzez negocjacje". Niemieckie dzienniki komentują.
Komentator "Frankfurter Rundschau" podsumowuje wywiad Schroedera dla tygodnika "Stern": "Gerhard Schroeder rozmawiał ze swoim przyjacielem, watażką Władimirem Putinem. Dobra wiadomość jest taka, że Kreml chce wynegocjować pokój dla Ukrainy - twierdzi polityk SPD. Zła wiadomość jest taka, że były kanclerz Niemiec zmienia się w marionetkę Putina. Putin najechał i niszczy sąsiedni kraj, chcąc go całkowicie podbić. Schroeder uznaje za coś oczywistego aneksję Krymu w 2014 roku. Och, i odłożony na półkę Gazociąg Bałtycki Nord Stream 2 byłby rozwiązaniem dla ewentualnych braków w dostawach gazu. Wystarczy go tylko uruchomić - mówi Schroeder (...). Jedynym właściwym rozwiązaniem byłoby zakończenie wojny przez Putina. Bezwarunkowo. O to powinien się postarać Schroeder".

"Schroeder w obecnej wojnie gospodarczej walczy po stronie rosyjskiej"

Dziennik "Frankfurter Allgemeine Zeitung" zauważa, że szaleństwem byłoby "gdyby Scholz zastosował się do zaleceń swojego poprzednika Schroedera, który w pełni stał się nadwornym błaznem Putina. Rozwiązanie dla Donbasu oparte na szwajcarskim modelu kantonalnym? Oddanie do użytku Nord Stream 2, bo Siemens sabotuje powrót niecierpliwie wyczekiwanej przez Moskwę turbiny? Dostawy gazu wcale nie są redukowane na polecenie Kremla? Można zacząć współczuć temu człowiekowi. W każdym razie nie można go już traktować poważnie".
Również "Sueddeutsche Zeitung" zwraca uwagę na to, że "Schroeder, który w obecnej wojnie gospodarczej walczy po stronie rosyjskiej, nie wzbrania się nawet przed twierdzeniem, że nie ma żadnych politycznych poleceń Kremla, by redukować przepływ gazu. Jest to jakoby 'problem techniczny i biurokratyczny' po obu stronach. W ten sposób realizuje tylko jeden cel - zwiększenie presji społecznej na rząd niemiecki i swojego następcę Olafa Scholza".

"Problemów w konflikcie ukraińskim nie da się tak prosto rozwiązać"

Wypowiedzi Gerharda Schroedera komentuje także prasa regionalna. Na przykład "Pforzheimer Zeitung": "Po wizycie w Moskwie w ubiegłym tygodniu, były kanclerz Gerhard Schroeder uważa, że możliwe jest wynegocjowane z Władimirem Putinem pokoju w Ukrainie. I uważa uruchomienie niedawno ukończonego gazociągu Nord Stream 2 za 'najprostsze rozwiązanie' problemów Niemiec oraz Europy z dostawami gazu w nadchodzącej zimie. Schroeder rozbudza nadzieję u ludzi, i w tym tkwi prawdziwe niebezpieczeństwo. Bo problemów w konflikcie ukraińskim nie da się tak prosto rozwiązać. Putin to perfidny watażka i bezwzględny dyktator. W najlepszym wypadku Putin rzeczywiście daje się przekonać Schroederowi. W najgorszym razie - co jest znacznie bardziej prawdopodobne - Schroeder jest instrumentalizowany przez Putina".

Niemiecka prasa o Schroederze: To czysty jak łza agent Putina

"Były kanclerz Gerhard Schroeder jest politycznym hochsztaplerem" - komentuje dziennik "Münchener Merkur". "To czysty jak łza agent Putina, który udaje uczciwego mediatora między Zachodem a dyktatorem na Kremlu. Na zlecenie tego ostatniego Schroeder wbija klin w społeczeństwo, podburzając głęboko zaniepokojonych wojną oraz inflacją niemieckich obywateli przeciwko własnemu rządowi i mamiąc ich gotowością Rosji do negocjacji. Taka gotowość nie istnieje. Czego naprawdę chce Putin, zdradzili w rozbrajający sposób jego poplecznicy: 'Granice Rosji' groził ostatnio Gruzji i Kazachstanowi kaznodzieja nienawiści Kremla Dmitrij Miedwiediew, 'nie kończą się nigdzie'. Schroeder bierze udział w wojnie propagandowej przeciwko krajowi, któremu przysięgał kiedyś jako kanclerz, że będzie zapobiegał wszelkim szkodom. To jest bezprecedensowe. Jeśli SPD kiedykolwiek miało powód, by wydalić swojego członka, teraz ma go na tacy. SPD nie powinna z tym zbyt długo zwlekać. W przeciwnym razie padnie na nich długi cień ich byłego kanclerza".
Bartosz Dudek/ Redakcja Polska Deutsche Welle
 

ckl78

Well-Known Member
1 335
1 619
Niemcom udało się porozumieć z Norwegią w sprawie zwiększenia dostaw gazu.


Kanclerz Niemiec Olaf Scholz poinformował w poniedziałek wieczorem, że jego kraj porozumiał się z Norwegią w sprawie zwiększenia produkcji gazu. Wszystko po to, by zastąpić paliwo z Rosji. Jednocześnie Polska wciąż zmaga się z zapewnieniem wystarczających dostaw, by uruchomić w pełni gazociąg Baltic Pipe.

"Norwegia zwiększyła dla nas produkcję gazu. Pomoże to przetrwać zimę teraz i ponownie napełnić nasze zbiorniki gazu w przyszłym roku" - napisał na Twitterze kanclerz Niemiec Olaf Scholz.

Podziękował również tamtejszym władzom, że "może polegać na Norwegii jako dostawcy energii".
Szczegóły umowy między Norwegią i Niemcami nie są jeszcze znane, ale wiadomo już, że dzięki niej skandynawski kraj stanie się największym eksporterem gazu na świecie. Po raz pierwszy w historii wyprzedzi pod tym względem Rosję.

Przypomnijmy, że jednocześnie o norweski gaz bardzo zabiega Polska. W Business Insider Polska jako pierwsi pod koniec lipca pisaliśmy o tym, że błękitnego paliwa może zabraknąć, by uruchomić w pełni gazociąg Baltic Pipe. Ten ma ruszyć jesienią tego roku.


Polski gigant gazowy PGNiG wciąż nie ma bowiem podpisanych kontraktów na takie ilości gazu z Norwegii, które zapełniłyby nowy gazociąg Baltic Pipe. To kluczowy kierunek dostaw błękitnego paliwa do Polski po jej odcięciu od rosyjskiego surowca. Tymczasem chętnych na norweski gaz jest wielu i Polska musi ścigać się o kontrakty z innymi krajami Europy.

Komu w pierwszej kolejności dostarczą? Najpierw do Niemiec, a gdy coś zostanie to ewentualnie do Polski.
 

FatBantha

sprzedawca niszowych etosów
Członek Załogi
8 893
25 482

O lumpenpacyfizmie, niemieckiej Watergate i o tym, dlaczego Niemcom wciąż trudno porównywać Putina z Hitlerem, mówi Cornelius Ochmann, niemiecki politolog i ekspert od relacji UE-Rosja.
14 sierpnia 2022, 20:00

Newsweek: W czasie kryzysu uchodźczego 2015 r. Niemcy były moralną potęgą. Po inwazji Rosji na Ukrainę z sumienia Europy stały się wyrzutem sumienia Europy.

Cornelius Ochmann: Niestety, ma pan rację. W ciągu ostatnich pięciu miesięcy roztrwoniliśmy kredyt zaufania, jakim obdarzyła nas Europa. Niezdecydowana postawa Niemiec wobec pomocy wojskowej Ukrainie uwarunkowana jest problemami wewnętrznymi, szczególnie w SPD, ale to osłabiło pozycję Niemiec w Europie i negatywnie wpłynęło na stosunki polsko-niemieckie. Na szczęście w Niemczech dochodzi właśnie do zwrotu polityczno-gospodarczego na miarę przełomu, który przeszedł do historii jako Ostpolitik [rozpoczęta w 1970 r. polityka normalizacji relacji i zbliżenia z ZSRR – red.], co było dziełem kanclerza Willy’ego Brandta. W latach 80. wszyscy żyli zjednoczeniem Niemiec, do którego nie doszłoby bez zapoczątkowanej przez niego współpracy z ZSRR. Zbliżenie ze Związkiem Sowieckim zaowocowało zacieśnianiem relacji z Rosją. Dziedzictwem Ostpolitik było złudne poczucie bezpieczeństwa, którym do niedawna żyło społeczeństwo niemieckie. Wszystko to teraz legło w gruzach.

Nie tylko Jarosław Kaczyński, ale część niemieckich publicystów uważa, że Ostpolitik prowadziła do ustępstw wobec Breżniewa, a potem Putina, a bez tego nie byłoby inwazji na Ukrainę.

– Takie stawianie sprawy to przesada. Kiedy ponad 20 lat temu Putin doszedł do władzy, nie miał aż tak wrogich zamierzeń wobec Europy. Wystarczy przeanalizować jego politykę gospodarczą w ciągu pierwszych 10 lat i przypomnieć sobie, co mówił podczas słynnego przemówienia w Bundestagu we wrześniu 2001 r. [przekonywał m.in., że bez współpracy z Rosją Europa nigdy nie stanie się potężnym i samodzielnym ośrodkiem polityki światowej – red.]. To właśnie na tej podstawie niemieckie elity doszły do wniosku, że Rosja rozwija się w pożądanym kierunku i że może stać się kiedyś państwem demokratycznym. Największym błędem Niemiec było to, że nie skorygowano tej polityki po 2014 r., kiedy eksperci, również niemieccy, bili na alarm, że aneksja Krymu to dopiero początek procesu odbudowy Związku Radzieckiego. Wówczas nastąpił rozłam między trzeźwo oceniającymi sytuację analitykami a politykami i ludźmi biznesu, którzy nie traktowali ostrzeżeń poważnie. Niemieckie elity gospodarcze dalej wierzyły w Rosję, zaś społeczeństwo żyło w bańce Ostpolitik. Część SPD wpatrzona jest w Rosję do dzisiaj. Ci politycy nie chcą zrozumieć, że rozpad ZSRR rozpoczął niekontrolowany proces odradzania się innych narodów byłego imperium sowieckiego.

Niemieckie elity skupiły się na współpracy z Rosją, zaniedbując Ukrainę i Białoruś?

– Dokładnie, dodałbym do tego ignorowanie wydarzeń na Kaukazie. Rosja napadła przecież na Gruzję już w 2008. Ostpolitik była nawiązaniem do XIX-wiecznej tradycji współpracy gospodarczej z carską Rosją, a potem – ze Związkiem Sowieckim. Ta polityka bardzo długo przynosiła Niemcom wymierne korzyści. Jej pokłosiem były dostawy ropy i gazu do Niemiec. Wzajemne powiązania były rozbudowywane. Niestety, zapatrzone w Rosję elity biznesowe nie zauważyły, że Rosja i Ukraina podążają inną drogą. Pierwszym sygnałem alarmowym była pomarańczowa rewolucja w Ukrainie w grudniu 2004 r., po której doszło do przerwy w dostawach gazu z Rosji. To był pierwszy kryzys energetyczny, z którego nie wyciągnięto wniosków. Zignorowano też drugi sygnał ostrzegawczy, jakim był wybuch wojny w Ukrainie w 2014 r. Kardynalnym błędem była decyzja o budowie Nord Stream 2. Nawet jeśli kanclerz Angela Merkel nie dowierzała Putinowi, to nie była w stanie tego projektu zablokować, bo stał za nim niemiecki biznes. Zresztą w demokratycznym kraju szef rządu nie może podejmować decyzji sprzecznych z tym, czego pragnie większość.
Moi sąsiedzi w Berlinie wciąż proszą, żebym wyjaśnił im, o co chodzi w wojnie w Ukrainie. Przeciętnemu Niemcowi trudno to ogarnąć

Kiedy Angela Merkel po kilku miesiącach milczenia w końcu zabrała głos w sprawie inwazji, nie przeprosiła za swą błędną politykę wobec Rosji. Dlaczego? Wielu znawców Niemiec oczekiwało, że uderzy się w piersi za Nord Stream 2.

– Mnie nie zdziwiło, że zamiast przeprosin starała się usprawiedliwić swoją politykę wschodnią. Podkreślała, że choć nie ufała Putinowi, musiała prowadzić politykę wiązania Rosji z Europą nie tylko w interesie Niemiec, ale i całej UE, a przecież wśród polityków europejskich nie miała wielkiego wsparcia. Gdyby nie Merkel, pakiet sankcji nałożony na Rosję przez UE po aneksji Krymu byłby znacznie słabszy. Musiała do nich przekonywać prezydenta Francji, premierów Włoch i Hiszpanii.

Nord Stream 2 to największą porażka gospodarczą Niemiec po II wojnie światowej?

– Co najmniej 10 mld euro poszło w błoto, nie mówiąc o konsekwencjach politycznych, które są katastrofalne. Największym problemem Niemiec pozostaje dziś Gerhard Schröder. To, co mówi i robi były kanclerz, jest również w oczach wielu Niemców przykładem największej korupcji politycznej w powojennej historii kraju.

SPD nie była w stanie nawet wyrzucić go ze swych szeregów.

– Niestety, nie, i to jest bardzo zły sygnał dla przeciętnego obywatela. Z historycznego punktu widzenia to, co dzieje się wokół Schrödera, jest porównywalne z aferą Watergate w USA. Niemiecki system nie może poradzić sobie z jawnym przykładem tak krańcowego zepsucia politycznego.

Tej plamy nie da się wyczyścić?

– Schröder jest skończony, skompromitował się politycznie, ale prawa nie złamał. Z prawnego punktu widzenia nie da się go pociągnąć do odpowiedzialności, a w Niemczech wszystko musi być zrobione zgodnie z prawem. Były kanclerz jest wielkim problemem SPD także dlatego, że jego prorosyjską politykę popiera nadal wielu członków tej partii.

Dla mnie Schröder jest skrajnym przykładem fatalnego zauroczenia Niemiec Rosją, które nie zaczęło się przecież za Brandta.

– To dziedzictwo pruskiego militaryzmu. Współpraca pomiędzy Niemcami a Rosją sięga wieki wstecz i ma bardzo głębokie korzenie. Wspomnę choćby cesarzową Katarzynę Wielką [była księżniczką anhalcką – red.] czy rolę, jaką w rozwoju kraju odegrali niemieccy generałowie w armii carskiej, lekarze, naukowcy, odkrywcy, kupcy. Przecież w Sankt Petersburgu elity gospodarcze mówiły po niemiecku. Po przegranej I wojnie światowej Niemcy były skazane na współpracę z Rosją Sowiecką, czego negatywne konsekwencje odczuła też w 1939 r. Polska. Układ z Rapallo do dziś jest negatywnym symbolem współpracy niemiecko-sowieckiej.

Na Ostpolitik korzystała także Rosja. Kiedy walił się ZSRR, Deutsche Bank uratował reformy Gorbaczowa, udzielając niemal z dnia na dzień 5 mld marek kredytu, za który Rosja kupiła na Zachodzie żywność.

– Niestety, wszystko to doprowadziło do tego, że do 24 lutego 2022 r. niemieckie elity gospodarcze wierzyły w pozytywny rozwój wydarzeń w Rosji. Dlatego to, co kanclerz Olaf Scholz nazwał Zeitenwende [punkt zwrotny – red.], jest rzeczywiście zwrotem w niemieckiej polityce.

Ten zwrot nie jest jednak tak radykalny, jakby oczekiwali tego partnerzy w Europie Środkowej.

– Bo Niemcy muszą przetrawić to, co się stało, najpierw musi dokonać się mentalna przemiana, co nie jest łatwe. Widać jednak, że krok po kroku podejście do Rosji się zmienia. Jeszcze kilka miesięcy temu szef koncernu BASF twierdził, że niemiecka gospodarka załamie się bez dostaw rosyjskiego gazu i że konsekwencją tego może być największy kryzys gospodarczy od czasów II wojny światowej. Teraz okazuje się, że niemieckie firmy są w stanie w ciągu pół roku przestawić się na inne źródła energii. W Niemczech powstają plany na wypadek całkowitego odcięcia gazu z Rosji. Wiele będzie zależało od tego, jak przetrwamy zimę. Ludzie w Niemczech nie interesują się przebiegiem wojny, tym, czy Rosjanie zdobędą Odessę i Charków. Zajmuje ich głównie to, czy zimą dojdzie do załamania gospodarki i czy nie zmarzną. Moi sąsiedzi w Berlinie wciąż mnie proszą, żebym wyjaśnił im, o co chodzi w tej wojnie. Przeciętnemu Niemcowi trudno to ogarnąć. W Niemczech do tej pory nie porównuje się Putina z Hitlerem, co np. w Polsce jest dość powszechne.

Dlaczego?

– Niemcy uważają, iż Hitler był absolutnym złem, a zdaniem wielu moich rodaków Putin działa w interesie Rosji. Eksperci dowodzą, że Putin korzysta z tych samych mechanizmów i metod co Hitler, ale określenie "rosyjski faszyzm" nie przechodzi Niemcom przez gardło, głównie z powodów historycznych. Istnieje obawa, że zrównywanie działań Rosjan w Ukrainie z faszyzmem będzie odebrane jako relatywizowanie niemieckich zbrodni z czasów II wojny. Z tego samego powodu w Niemczech był też silny opór przed stawianiem znaku równości między faszyzmem a komunizmem.
Ważne, że Niemcy otworzyli się na Ukrainę. Mamy ponad milion ukraińskich uchodźców, czyli najwięcej poza krajami graniczącymi bezpośrednio z Ukrainą. Na szczęście UE wyciągnęła wnioski z kryzysu uchodźczego 2015 r. Prawo zmieniono tak, że Ukraińcy uciekający przed wojną mogli swobodnie przemieszczać się pomiędzy krajami UE. Gdyby obowiązywał stan prawny sprzed kryzysu uchodźczego, Polska, Litwa czy Rumunia załamałyby się pod naporem uciekinierów z Ukrainy.

Timothy Snyder twierdzi, że Putin wykorzystał niemieckie poczucie winy za II wojnę światową. Niemcy szukali rozgrzeszenia za wymordowanie dziesiątków milionów obywateli ZSRR, więc weszli w biznesy z Sowietami, a potem Rosją. W konsekwencji finansowali rosyjski faszyzm. Zgadza się pan z takim postawieniem sprawy?

– Absolutnie się z tym zgadzam. Dodałbym tylko, że Putin to niemieckie poczucie winy wykorzystał w sposób doskonały. Nie robił tego zbyt nachalnie, tylko sączył jak doświadczony kagebista – wiedział komu i co powiedzieć. W ten sposób zyskał wsparcie niemieckich elit, przede wszystkim prezesów dużych koncernów. Tak zrodziły się wielkie inwestycje w Rosji Volkswagena czy Siemensa. Dziś koncerny liczą straty idące w setki miliardów euro, ale wciąż liczą na to, że wrócą do Rosji.

Nie tylko wielki biznes czuje respekt przed Rosją. W Niemczech pojawiło się wiele listów otwartych, w których naukowcy czy ludzie kultury apelują o pokojowe zakończenie wojny, argumentując, że Ukraina tego starcia nie wygra.

– Dzieje się tak z kilku powodów. Po pierwsze, w Niemczech jest silna tradycja pacyfizmu. Teraz na fali wojny w Ukrainie pojawił się nowy termin – lumpenpacyfizm, czyli pacyfizm za wszelaką cenę. Po drugie, Niemcy nie rozumieją dobrze procesów zachodzących na obszarze byłego ZSRR, gdzie poszczególne kraje wchodzące kiedyś w skład imperium rozwijają się w różny sposób. Weźmy Mołdawię. Większość Niemców dowiedziała się o jej istnieniu dopiero w 2012 r., kiedy pojechała tam z wizytą Angela Merkel. Informacja o tym trafiła na pierwszą stronę "Bilda", ale tylko dlatego, że z lotniska w Kiszyniowie zniknęła trawa w rolkach, którą rozwinięto specjalnie na przyjazd niemieckiej kanclerz.

Część niemieckich mediów przejrzała na oczy. Na przykład "Die Welt" pisał w kwietniu, że rząd federalny ponosi część odpowiedzialności za zbrodnie w Buczy.

– Media odgrywają pozytywną rolę, ale to Timothy Snyder przyczynił się do tego, że niemieckie elity zaczęły inaczej patrzeć na Ukrainę. W książce "Skrwawione ziemie" pokazał, że II wojna na froncie wschodnim toczyła się głównie na terytorium Ukrainy i Białorusi, a nie w Rosji, więc to te dwa kraje zostały najbardziej zniszczone. To ważne, bo kiedy w 1994 r. w Ukrainie odbywały się wybory, czołowe niemieckie media zastanawiały się, co to w ogóle jest ta Ukraina? Dziś mamy ponad 100 oddolnych inicjatyw niemiecko-ukraińskich, głównie porozumienia o miastach partnerskich, dzięki którym przeciętni Niemcy pomagają Ukraińcom. Ludzie wiedzą już, co to jest Ukraina i że ten kraj stawił czoło rosyjskiemu agresorowi. Powoli przebija się też do świadomości społecznej to, że Ukraińcy walczą także w imieniu UE, a więc bronią nas przed rosyjskim faszyzmem.
W lutym był szok, potem zaczęli przyjeżdżać uchodźcy, teraz w Niemczech toczy się dyskusja o bezpieczeństwie energetycznym. Przyjdzie czas na debatę o przyjęciu Ukrainy do UE i o europejskiej obronności. Europa powinna wyciągnąć lekcje z tego, co się dzieje na świecie. Stany Zjednoczone ciążą ku Azji. Skoro Amerykanie byli w stanie w ciągu kilku dni wycofać się z Afganistanu, mogą się też równie szybko zwinąć z Europy z powodu konfliktu z Chinami. Nikt nie zagwarantuje nam, że zostaną na zawsze. W ramach NATO muszą powstać europejskie struktury obronne, które będą w stanie działać bez amerykańskiej pomocy.
Cornelius Ochmann (ur. 1964) jest dyrektorem Fundacji Współpracy Polsko-Niemieckiej, doradzał niemieckiemu MSZ i instytucjom europejskim w sprawie relacji z krajami Europy Środkowej i Wschodniej
 
Do góry Bottom